Chyba nie ma strony piszącej o przyrodzie, pięknie świata i ekologii, która chociaż raz nie poruszyłaby palącego problemu opakowań z tworzyw sztucznych. I nie inaczej jest z ecodniem. O darmowych, foliowych torbach pisaliśmy już nie raz, jak również o tym, że wzrasta świadomość potrzeby zrezygnowania z tej wątpliwej wygody.

Kolejno wielkie miasta swoimi zakazami używania foliowych toreb, wyeliminują z rynku niewyobrażalne wprost liczby takich „wiecznych” śmieci. Na przykład samo Los Angeles wyprowadzi z obiegu ponad 2.3 miliarda woreczków rocznie. Bo wszystko byłoby w porządku, gdyby tworzywo, z którego wytwarzane są plastikowe butelki, opakowania, jednorazowe naczynia i folia na woreczki, nie rozkładało się kilkaset lat. Zanim dojdzie do  biodegradacji zalegają one na wysypiskach śmieci a folia dodatkowo fruwa unoszona przez wiatr zakotwiczając na parkanach i drzewach. Tylko w ciągu jednego roku na całym świecie zużywa się dziesiątki bilionów takich siatek, niezliczoną ilość butelek po napojach, niezmierzoną masę jednorazowych naczyń zatem nic dziwnego, że ekolodzy biją coraz głośniej na alarm.

Nie tylko poszczególne miasta, ale i kolejne kraje łącznie z  Polską, prowadzą wojnę zakazując, wprowadzając opłaty lub komponenty gwarantujące rozkład folii do góra dwóch lat. Irlandia jako pierwsza wprowadziła opodatkowanie dotychczasowych darmowych toreb, w Niemczech widziałam zwrot za kaucją butelek plastikowych. Naukowcy badający ekosystem oceanów wypływają w rejs jednostką zbudowaną właśnie z plastikowych butelek, polscy studenci budują z tychże tratwę i w ramach nagłośnienia protestu spływają z Krakowa do Gdańska Wisłę. Skojarzenie jest jedno – gdyby każdy zechciał zbudować coś z niepotrzebnych butelek może by się sam rozwiązał problem z już wyrzuconymi i zalegającymi na wysypiskach śmieci tworzywami. Gdyby.

Ale oto dostaję zdjęcie. Niby nic spektakularnego: lasek, wydmy, ścieżka na plażę a na niej podest. Wszystko wskazuje, że to stare, zmurszałe drewno jakich pełno i w naszych nadmorskich kurortach. Nic bardziej mylnego, bowiem okazuje się, że podest ten wytworzony jest z… plastikowych butelek. Bardzo proste założenie, że skoro tworzywo to potrzebuje do biodegradacji setek lat, to produkcja tego leśnego udogodnienia właśnie z tego niepotrzebnego już nikomu tworzywa ma sens, bo wykonanie jej zapewnia bezawaryjne użytkowanie przez ten sam długi okres. Jeżeli do tego przypomnimy, że szczebelki nie są wykonane z nowego granulatu a z odzyskanego surowca, który gdyby nie to przedsięwzięcie trafiłby niechybnie jak i inne na wysypisko śmieci, to chyba nikogo już nie trzeba przekonywać do genialności tego prostego pomysłu.

Nie sposób wyliczyć ile jest możliwości zastosowania tej nowatorskiej metody, u nas na przykład można by  wykonać tym sposobem dobre, mocne schodki umożliwiające zejście do morza z wysokich klifów. I chyba równie ważnym w tym wszystkim jest fakt, że kolorystyka tworzywa wcale nie szpeci otoczenia – przecież na powyższym zdjęciu nic nie wskazuje, że jest tu plastik. Zatem swobodnie to a’la drewno może wtopić się w okoliczności cudnej przyrody prosząc tylko, by wziąć zeń przykład – ew
fot. cam USA

Tag: ,

Paweł Yaho

25 sierpnia rano ruszyłem w kierunku Rabki-Zdrój wioząc samochodem dzieci i żonę do sanatorium Olszówka. Podróż przebiegła spokojnie i na miejsce dotarliśmy w miarę szybko mimo pobłądzenia w Wieliczce (zniknęły ulice, które miał w swojej bazie GPS). Tak więc w drodze daliśmy sobie świetnie radę. Po przyjeździe nie było zbyt wiele czasu na zwiedzanie, obeszliśmy dookoła jedynie Park Zdrojowy i odwiedziliśmy tężnię solankową.

Rabka widok z Grzebienia
Następnego dnia piękna słoneczna pogoda zachęciła całą naszą czwórkę do wybrania się w góry. Wybraliśmy dość prosty szlak w Gorcach na Grzebień (667 m.n.p.m.). Góra znajduje się jeszcze w obszarze Rabki, ale widoki z niej zapadną nam na długo w pamięć. Wspaniale jest iść i co kilka metrów mieć w prezencie większą przestrzeń, szerszy widok, większą wolność. Tego samego dnia późnym popołudniem zaplanowałem powrót do Lublina, ale tak zachłysnąłem się górami, a bliskość Niedzicy i Czorsztyna nie pozwalała mi wracać prosto do domu.

Jak to zobaczyłem musiałem się zatrzymać…
Wyruszyłem więc z Rabki przez Chabówkę w kierunku Nowego Targu i zaraz po opuszczeniu Chabówki musiałem się zatrzymać bo widok jaki ujrzały moje oczy na południu (w prawym oknie samochodu) nie pozwalał mi spokojnie jechać. Serce mocno zabiło, w oddali, ale już bardzo wyraźne wznosiły się szczyty Tatr, bardzo jasne, prawie białe, ale zdecydowanie odcinające się od nieba.

Jezioro Czorsztyńskie
Po kilku minutach ruszyłem dalej przez Nowy Targ wysoko ponad brzegiem jeziora Czorsztyńskiego do Czorsztyna, a potem do Niedzicy


Niedzica


Od 21.00 do piania kurów
Chwilę zabawiłem na zamku, byłem również na zaporze, która naprawdę przytłacza swym ogromem, na niej dopiero dobitnie odczułem swój lęk wysokości.

Zapora
Z Czorsztyna dojechałem do Krościenka nad Dunajcem i tu zaczęła się kolejna bajka dla oszalałego już zmysłu wzroku, kilkanaście jak nie więcej kilometrów jazdy z przecudną rzeką po prawej stronie, tuż za oknem samochodu.

Góry to jest coś dla mnie – to jest miejsce, w którym czuję się wolny i szczęśliwy
Dunajec doprowadził mnie, aż do Starego Sącza, potem przez most na Popradzie do Nowego Sącza. Po kolejnych kilkunastu kilometrach Dunajec rozlał się w jezioro Czchowskie. Niestety dochodziła już godz. 21 i zrobiło się naprawdę ciemno. Pożegnałem się z górami mijając Tarnów, zahaczając o Rzeszów skierowałem się na Kraśnik i już prosto do domu. Cały czas jednak miałem z tyłu głowy, że góry to jest coś dla mnie – to jest miejsce, w którym czuję się wolny i szczęśliwy, a Beskid Wyspowy, Gorce, Beskid Sądecki to przepiękne krainy. Muszę do nich wracać.

Załączam kilka (dobrych kilka) zdjęć z wyprawy zrobionych aparatem z telefonu komórkowego. Płaskie, małe zdjęcia nie oddają potęgi gór i przestrzeni, ale budzą wspomnienia i zachęcają do powrotu w te miejsca.
www.madabautmusic.blogspot.com

Tag:

ew Sierpień 31st, 2010

Bo „Kościół św. Michała jest najważniejszym i najpiękniejszym kościołem barokowym w północnych Niemczech. Jest przy tym główną świątynią protestancką Niemiec obok drezdeńskiego kościoła Najświętszej Maryi Panny”.

Kościół St. Michaelis, najbardziej znany spośród pięciu głównych kościołów Hamburga, powoduje, że przed jego majestatem zwyczajnie klękasz i to od progu.

Bo „Nad głównym portalem umiejscowiony jest wielki, brązowy posąg patrona świątyni, Archanioła Michała, przedstawiający jego zwycięstwo nad diabłem”.  Respekt?

Bo wreszcie „Jego wysoka wieża, zakończona smukłą, miedzianą kopułą, zwana pieszczotliwie „Michel“, postrzegana od stuleci przez przybywających od strony morza jako pierwszy, rozpoznawalny symbol miasta”.


„Tak jest do dzisiaj, gdyż jego wieża wraz z pięcioma innymi wysokimi wieżami (wieże pięciu głównych kościołów oraz wieża ratuszowa) dominuje, niczym korona, nad zabudową centrum Hamburga. Wieże te są zarazem nielicznymi, ocalałymi ze zniszczeń wojennych, świadkami szczególnej historii tego hanzeatyckiego miasta. Żadna inna budowla w Hamburgu nie cieszy się taką renomą jak ten najmłodszy spośród jego pięciu głównych kościołów. W nim świętowano zakończenia wojen i przyjmowano cesarza jako honorowego gościa podczas ponownego poświęcenia w 1906″.


A żeby zobaczyć Hamburg w pełnej krasie, wystarczy wspiąć się na 109 metrową wieżę tego wspaniałego kościoła. Za jedyne 3 euro pokonanie wszystkich r o d z a j ó w schodów, to nie tylko możliwość 360 stopniowego zlustrowania miasta. Po drodze poznaje się jeszcze jego nomen omen burzliwą historię, a na ostatniej kondygnacji mija…mini bar, gdzie podobno można zorganizować klimatycznego Sylwestra lub przyjęcie ślubne:

I tu ciekawostka, lęk wysokości nie dał rady, aczkolwiek mocno się starał – było naprawdę ciężko. Za to na górze czekała prawdziwa nagroda – panorama z tak wysokiej wieży musi i zapiera dech w piersiach:


W sposób dosłowny :)

fot. ewolny Hamburg

Tag:

ew Sierpień 31st, 2010


Grafika: cam

Tag:



fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam

Tag: ,

ew Sierpień 30th, 2010

MojeSandomierskie

Jadąc z Sandomierza do Opatowa, mniej więcej w połowie drogi przejeżdżamy przez wieś Włostów, znaną do niedawna ze znajdującej się tam cukrowni. Mało kto wie, że w tej niewielkiej wsi znajdują się ruiny niezwykle ciekawego pałacu, należącego niegdyś do rodziny Karskich.

Niestety pałac znajduje się w ogromnej ruinie, ściany porasta dzikie wino, wokół jest mnóstwo śmieci, a sądząc po zapachu same ruiny służą jako….. ubikacja. Cały teren to raj dla botaników zajmujących się badaniem „roślinności ruderalnej”. Status pałacu nie jest do końca uregulowany, formalnie należy do skarbu państwa, obecnie zarządza nim stowarzyszenie „Nasz Włostów”, a inne ubiega się o zakup terenu i odbudowę pałacu z przeznaczaniem na hotel.

Neorenesansowy pałac rodziny Karskich wzniesiono w latach 1854-60 na zlecenie Stanisława Karskiego. Autorem projektu był Henryk Marconi – polski architekt włoskiego pochodzenia, jeden z najwybitniejszych architektów polskich XIX wieku. Pałac otaczał 10 hektarowy park. Obok znajdowały się oficyny oraz „lamus” – zbudowany w XVI wieku przez braci polskich (arian) budynek do przechowywania cennych przedmiotów – przed powstaniem pałacu był tam prawdopodobnie zbór ariański.

Przez długie lata pałac tętnił życiem. Włostowski pałac gościł między innymi Stefana Żeromskiego, który we Włostowie właśnie pracował nad „Popiołami”", a także Achillesa Ratti, który gościł tu jako nuncjusz apostolski (późniejszy papież Pius XI). O wizycie tego ostatniego świadczy znajdujący się przy głównej drodze obelisk, upamiętniający wizytę znamienitego gościa. W 1929 roku gościł tu również prezydent Ignacy Mościcki, którzy przybył na odsłonięcie pomnika poległych pod Konarami legionistów podczas słynnej „Bitwy pod Konarami” w 1914 roku. II wojnę światową pałac szczęśliwie przetrwał, ale w kolejnych latach, kiedy teren został własnością PGR-u, szybko popadł w ruinę. Ucierpiał również przypałacowy park, w którym wycięto wiele zabytkowych, wiekowych drzew.
Przez lata pałac był systematycznie plądrowany i dewastowany. Wyrywano podłogi, zdzierano kafelki kominkowe, zdejmowano cynkową blachę dachową – jednym słowem wszystko to co można było jeszcze wykorzystać.

Dziś odwiedzający pałac mogą oglądać resztki ścian, które są w tak złym stanie, że za kilka lat nawet po nich nie będzie śladu. Przypałacowy park również nie jest zbyt reprezentatywny, służy raczej jako miejsce spotkań okolicznych „miłośników” taniego wina – PK
Fragmenty Pałac Karskich we Włostowie – z cyklu „Artykuł na weekend”
www.mojesandomierskie.blogspot.com

Tag:

ew Sierpień 29th, 2010


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam

Tag: ,

ew Sierpień 29th, 2010


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam

Tag: ,

ew Sierpień 28th, 2010

Psi Ząb

Był park i była jesień. Na ziemi leżały liście pożółkłe, brunatne i złote, tak że nie było widać ścieżek tylko liście. Już z daleka słychać było grę na trąbce, taki smutny kawałek jakby miał odbywać się gdzieś pogrzeb. Nie było widać kościoła ani żałobników, ani karawanu tylko ten dźwięk trąbki drgał w powietrzu.

Pojawił się jednak kościół a właściwie kościółek, jak barak lecz pomalowany na zielono. Pojawili się też żałobnicy, różni, przeważnie starzy, ale młodzieży również było trochę, choć nieopodal stała karczma z piwem i orkiestrą. Karawaniarze ponieśli trumnę do kościoła i postawili na katafalku.

Rozległy się dźwięki organów, na których organista próbował marsza Szopena, ale nie wychodziło. Potem ksiądz kazał wstać wszystkim, potem uklęknąć, potem znowu wstać i podać sobie znak pokoju. Obok mnie stał kolega, który jest święcie przekonany, że mu uwiodłem żonę, ale to jest nieprawda, przez co jego żona uważa mnie za śmiertelnego wroga. Podaliśmy sobie jednak znak pokoju. Potem karawaniarze ponieśli trumnę, w której leżał mój kolega, o dziesięć lat młodszy. Za trumną szła jego żona, młodsza od niego o dziesięć lat, w czarnym płaszczu z pięknymi złoto-blond włosami, smukła jak topola, a nad nami fruwały jasne anioły.

I ja też fruwałem i miałem skrzydła, choć Mirzam uważa, że nie wszyscy, którzy mają skrzydła są aniołami, ale mnie się wydawało, że jestem, przynajmniej upadłym aniołem. Potem polecieliśmy nad grób i tam rozległo się to requiem Mozarta a właściwie lacrimosa, wzbudzająca dreszcz.

A przecież mieliśmy się zabić już wcześniej na Małym Kołowym, na drodze Motyki, uchodzącej niegdyś za najtrudniejszą drogę w Tatrach. Lunął deszcz i trzeba się było wycofać, więc wbiłem haka do zjazdu i on miał zjeżdżać pierwszy. Po kilku metrach hak zaczął wypadać, więc podtrzymałem go ręką i tak mój partner szczęśliwie zakończył zjazd. Teraz przyszła kolej na mnie. Ale kto podtrzyma haka ręką, gdy ja będę zjeżdżał. Los nieubłagany nie wziął jednak pod uwagę, że mam skrzydła i jestem upadłym aniołem więc jakoś udało mi się sfrunąć. Świeciło słońce w środku żółtego października – nieśmiertelnika.

A po ulicach w lekkiej jesieni – Fruwały za mną jasne anioły.

To był tylko sen.

www.kazir.blog.onet.pl

Tag:


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam

Tag: ,


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam

Tag: ,

ew Sierpień 27th, 2010

Czy Piekło czasami to nie tak, że Ziemia nam się przeobrazi, a my w niej?

Od czego się zaczęło? Może Krosta zwiastowała początek: „Jako piykno łona była, piykne rzecy se nosiła, moja miła, moja miła, ino krostę zostawiła, ino krostą zaraziłaaaa, hej”. Może Krosta. Bo zawsze Miłe są złego początki.

Telefon: – Mamo, jak wyglądają wszy?

Nasze dzieci uczą teraz, jak szybko zarabiać bardzo duże pieniądze, ale nikt nie pokaże jak wygląda wesz. Takie wykształcone dziecko świetnie sobie radzi w świecie biznesu, lecz na łopatki jest kładzione przez zwykłą gnidę. A ta przecież potrafi zaskoczyć.

Dopiero co gościu chodził z guzem na głowie. Nie przeszkadzał mu on fizycznie, dlatego wyhodował go do rozmiarów jaja kurzego. W końcu gdy zaczął odczuwać dyskomfort estetyczny, gdy nie czuł się już z tym elegancko, zdecydował go zoperować. Jakież było zdziwienie chirurga, gdy po rozcięciu rozpełzły mu się na ręce, na stole suche wszy. Gniazdo suchych wesz…

Czy możemy stanowić wyspę dla inwazyjnych gości? Czym różni się człowiek od połaci ziemi? Czy nie jesteśmy planetą dla mikroskopijnych gości? A co jeśli to goście niepożądani?

Jeżeli wyspa Guam przeżywa ekologiczną inwazję zdominowana przez nadrzewne węże, które powoli sunąc w swej ekspansji osiągnęły już Hawaje. Jeżeli w Australii ropucha aga nie dość, że brzydka, to w dodatku trująca, rozmnaża się w tempie zagrażającym równowadze biologicznej. Jeżeli niektóre rośliny, niepożądane przez nas, rozmnażają się w tempie geometrycznym i dominują nam pola, czyniąc nań spustoszenie niezgorsze od inwazji węży, żab, czy prawdziwych szarańczy… Jeżeli w końcu na 500 metrach kwadratowych pająki rozwijają swe sieci, czyniąc kolonię przyprawiającą o zawrót głowy i swędzenie tejże, dlaczego nie pokusić się o próbę wyobrażenia nas w 3D?

Z krostami, guzami pełnymi wszy żyjemy w miastach, wioskach spowitych takimi pajęczynami zasłaniającymi nam słońce, a powiew wiatru smętnie porusza tam wężami nadrzewnymi, za to w dole, pod nieostrożnie stawianymi stopami, kumkają w popłochu trujące ropuchy. Do tego z maczetą trzeba chodzić, by torować sobie ścieżkę jak wśród stale, szybko odrastającej rośliny, świetnie zachwaszczającej Straconkę.

Dlaczego nie założyć, że tak może być? Skoro człowiek, mimo coraz lepszego wykształcenia, nadal nie zna sposobu na wszy w przedszkolu, skoro nadal nie potrafi zatrzymać tych wymienionych powyżej ekspansji, to co z następnymi? Jeżeli nie potrafi wytłumaczyć skąd te 500 metrów kwadratowych pajęczyn, to nie będzie mógł zapobiec, gdy zechcą one spowić Manhattan!

Czy Piekło czasami to nie tak, że Ziemia nam się przeobrazi, a my w niej? – ew

Tag:

ew Sierpień 27th, 2010


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam

Tag: ,

ew Sierpień 27th, 2010


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam

Tag: ,

ew Sierpień 26th, 2010

cam

Dr. Stacy Tessler Lindau miała właśnie swój dyżur w Szpitalu Uniwersyteckim w Chicago, gdy została pilnie wezwana do łóżka jednej ze swoich ciężko chorych pacjentek. Stan pacjentki był bardzo zły. Podeszły wiek i przewlekła choroba wyniszczyły organizm na tyle, że każda chwila mogła być jej ostatnią. Przy łóżku ciężko chorej, dr. Lindau zastała całą jej rodzinę z niepokojem oczekującą informacji na temat rokowań w leczeniu. Doktor nie ukrywała prawdy o jej stanie i poprosiła ciężko chorą kobietę o wyznaczenie kogoś z najbliższych, kto podjąłby za nią decyzję w przypadku gwałtownego załamania się jej zdrowia. W szpitalnym pokoju zapadła cisza w oczekiwaniu na werdykt. Cisza przeciągała się, aż wreszcie przerwał ją jeden z jej synów, zgłaszając chęć wzięcia na siebie takiej odpowiedzialności, po czym wszyscy rozeszli się do domów. Jeszcze tego samego dnia, pacjentka ponownie poprosiła dr. Lindau o wizytę przy swoim łóżku. Drżącym głosem powiedziała, że chciałaby wyznaczyć inną niż jej syn osobę, do podejmowania decyzji w jej imieniu. Dr Lindau zdziwiła się trochę i wtedy pacjentka z lekkim zażenowaniem powiedziała, że tę osobą jest jej wieloletni partner, o którego istnieniu jej rodzina nie ma pojęcia.

Kiedy zmarł mąż pacjentki, ta przez kilka lat  nie mogła się z tego otrząsnąć, by w końcu odnaleźć spokój w ramionach człowieka o którym  – przez wstyd i zażenowanie – nigdy nie wspomniała nikomu ze swej rodziny. W jej mniemaniu rozpoczynanie  romansu  będąc wdową, było czymś ogromnie niestosownym, wręcz żenującym i dlatego ukrywała swój związek.

Ten i podobne jemu przypadki uświadomiły dr. Lindau jak niewiele wiadomo jest współczesnej medycynie o intymnym życiu ludzi w wieku dojrzałym. Jest to jeden ze współczesnych tematów tabu, który się skrzętnie omija, wierząc że wraz z wiekiem ludzie nie czują już potrzeby uprawiania seksu, a sama myśl o własnych rodzicach robiących coś innego w łóżku niż spanie, przyprawia o rumieńce zażenowania. Wnioski dr. Lindau były na tyle znaczące, że jej pracę  doceniło jedno z najszacowniejszych medycznych pism Ameryki – New England Journal of Medicine.

Okazuje się, że potrzeby seksualne nie tylko nie zanikają wraz z wiekiem, ale są często bardzo ważną częścią życia ludzi starszych. Przez pełny rok przeprowadzono rozmowy z ponad 3000 takich osób: najmłodsza miała 57 lat a najstarsza 85. Niemalże wszyscy do 70-tki byli seksualnie aktywni, ale także i później seks był wciąż dla nich istotny, co zaprzecza stereotypom w które także wierzy wielu lekarzy. Ci ostatni często zapisują bowiem swym starszym pacjentom leki, które zaburzają ich seksualność, jak choćby antydepresanty czy leki na nadciśnienie. Dr. Lindau uważa, że lekarze powinni być bardziej wyczuleni na różne aspekty życia swych pacjentów by w sposób przemyślany budować dla nich terapie, biorąc pod uwagę także ich seksualne potrzeby.

Dłuższa średnia życia, leki przywracające sprawność seksualną takie jak Viagra i internet sprawiają, że ludzie starsi zamiast oczekiwać na swój własny koniec, wciąż potrafią cieszyć się życiem, budując szczęśliwe związki które dodatkowo to życie przedłużają. Dr. Tessler Lindau jest profesorem na University of Chicago w Pritzker School of Medicine. Specjalizuje się w ginekologii – cam
www.nowaatlantyda.com

Tag: