ew, 09.02.2010

cam

Jak Filadelfia to i moje ulubione muzeum, Philadelphia Museum of Art. Byłem już w nim kilkaset razy i wciąż mnie ono ekscytuje. A może po prostu czuję się tam dobrze? Nie… nie jak snob. To miejsce jest jak schronisko, gdzie można odetchnąć od codziennego zgiełku:

Muzeum zbudowano na wzór Partenonu i od razu filadelfijczycy nazwali go greckim garażem, ale z czasem przywykli do jego skorupy i chyba nawet polubili:


Zawsze wychodzę z Muzeum drugim wyjściem, które prowadzi wprost do parku Fairmont. Tu wcale nie czuję, że jestem w centrum wielkiego miasta…

… bo już tuż obok muzeum, postawiono wieżowiec, który przypomina kształtem eksponat z wystawy sztuki współczesnej:

A centrum Filadelfii, które wzorem innych wielkich miast amerykańskich usiane jest wieżowcami, ogromnie różni się od tego w Nowym Jorku. O ile ten ostatni aż kipi od drapaczy chmur, które pączkują tam jak drożdże, o tyle centrum Filadelfii jest o wiele bardziej przestrzenne i eleganckie. Filadelfia to metal i szkło, w którym pięknie odbija się błękitne niebo. Niektóre z wieżowców, architekturą przypominają baśniowe zamki, gdzieś na szklanej górze:


Całość raczej interesująco organizuje przestrzeń i daleko jest jej od klaustrofobicznych uczuć. Tak w ogóle przestrzeni w Filadelfii jest znacznie więcej niż w NYC, mniejszy też pośpiech na ulicach, pełno miejsc gdzie bez kłopotów można zostawić, samochód i mnóstwo innych, które warto zobaczyć:

Bo Filadelfia ma znacznie bogatszą historię niż wiele innych miast na kontynencie i posiada budynki, które nawet w Europie uchodziłyby za zabytki. Urząd miejski pamięta jeszcze czasy Franklina, ale do dziś pełni tą samą funkcję. Wraz z upływem czasu, wyrosły dookoła niego drapacze chmur, choć wydaje się, że mimo olbrzymich pokoleniowych różnic, budynki żyją ze sobą w pełnej symbiozie. I nawet Tadek Kościuszko wydaje się być zadowolony z takiego wieżowcowego otoczenia:

Jak o pomnikach, to jeszcze fontanna, usytuowana w połowie drogi pomiędzy Philadelphia Museum of Art a Urzędem Miejskim. Zwana Swann Memorial Fountain jest jednocześnie pomnikiem upamiętniającym dr. Wilsona Cary Swanna, założyciela… Filadelfijskiego Towarzystwa Fontannowego. Czyż można znaleźć lepszy pomysł, by uczcić pamięć założyciela tak szacownej organizacji? Fontannę tworzą trzy figury, symbolizujące rzeki przepływające przez Filadelfię, a więc: Delaware, Schuylkill i Wissahickon. Rzekę Delaware symbolizuje postać męska,  ta poniżej to Wissahickon:

Ale mnie najbardziej podoba się Schuylkill:

Całość wyrzeźbił lokalny artysta Stirling Calder, którego ojciec Milne Calder, wyrzeźbił figurę założyciela Pennsylvanii - Williama Penna - na szczycie wieży Urzędu Miejskiego. Z kolei syn Stirlinga - Alexander - również był artystą i jego ruchoma rzeźba “Ghost”, wisi pod sufitem Philadelphia Museum of Art. Taka sympatyczna rodzinna tradycja.
fot. cam Philadelphia, USA
www.nowaatlantyda.com

ew, 08.02.2010

Psi Ząb

Kiedy w naszym mieście odbywały się targi międzynarodowe, wybraliśmy się, by je zwiedzić. Mnie zainteresowały dwie rzeczy, atlas geograficzny Eugeniusza Romera i duży, bajecznie kolorowy globus. Na pytanie, którą z tych rzeczy wołałbym, odpowiedziałem, że globus. I wszystko już wskazywało na to, że nie ominie mnie szczęście stania się jego posiadaczem.

Wtedy któreś z moich rodziców rzuciło pytanie: „A jeżeli on zrobi to samo co zrobił z koniem na biegunach” Zamarłem z wrażenia i czułem, że ziemia osuwa się z pod moich stóp. Stanęło mi przed oczami zdarzenie, co ja uczyniłem kiedyś z koniem na biegunach. Po prostu wziąłem pogrzebacz i podziurawiłem koniowi plecy. Właściwie to nawet mnie nie zbili, jak zwykle, tylko chcieli wiedzieć, dlaczego to zrobiłem, ale ja nie wiedziałem, czemu wziąłem pogrzebacz i czemu go podziurawiłem. Nie wiem po co im była potrzebna taka wiedza, dlaczego popełniłem ten czyn.

Wczoraj w telewizji pokazano film pod tytułem egzorcysta. Tam też dziewczynka schodziła do tyłu po schodach w pozycji mostka. I też jej rodzice chcieli wiedzieć dlaczego. Jakiś misjonarz w roli egzorcysty wyjaśnił im, że to na pewno przyczyną był demon.

Tak oto stałem się władcą atlasu i niezwłocznie przystąpiłem do malowania okrętów na mapach mórz i oceanów a na Saharze rysowałem obozy legii cudzoziemskiej z karabinami maszynowymi na rogach.

Gdy mieszkałem na ulicy Skawińskiej sąsiadem naszym był dozorca Klimczak, który objawiał się w swej głównej roli dopiero po zmierzchu, gdy zamykano bramy kamienic. Wtedy zakładał gacie i płaszcz i w takim ubiorze otwierał bramy spóźnionym lokatorom. Był to zresztą tradycyjny wieczorowy strój dozorców krakowskich, którzy stanowili hermetyczną kastę stołecznego miasta. W sąsiedniej kamienicy dozorcą był niejaki Turek, który bardzo nie lubił, kiedy chłopaki wołały za nim: „Turek Turka w tyłek szturcha”. Miał on syna imieniem Zbyszek,  zwanego powszechnie Gorylem. Kiedyś tenże zaproponował mi kupno 8 par łyżew za 2 złote. Trochę zastanawiałem, ale w końcu skusiła mnie niska cena. Z tych ośmiu par udało mi wybrać jedną dobrą i rozpocząłem naukę jazdy na lodowisku. Tam za Starowiślną na Grzegórzkach.

W domu zaś pod numerem czwartym mieszkał dozorca, o którym opowiadał mi jego syn, że gdy ojca nie był w domu od godziny, wtedy matka wszczynała alarm i wspólnie udawali się na jego poszukiwanie, gdyż  podejrzewała, że, jak się w zaufaniu wyraził: “ojciec poszedł na kurwy”. Zaczynali od przeszukiwania bulwarów, w których znajdowały się zakamarki, mogące służyć do uprawiania nierządu.

Innym razem Goryl przyniósł mi dwa tomiki atlasu Sawickiego i jeden atlas historyczny autorstwa niejakiego Eligiusza Niewiadomskiego. Nic mi to nazwisko na razie nie mówiło, ale po wielu latach dowiedziałem się, że był to morderca pierwszego prezydenta Polski Gabriela Narutowicza.

Jeszcze innym razem przyniósł mi dwa nakolanniki bramkarskie, służące do ochrony kolan. Kupiłem je za drobną kwotę i tak stałem się potencjalnym bramkarzem piłkarskim. W sąsiedniej kamienicy mieszkał  Stefan Sz. wybitny znawca piłki nożnej i świetny wirtuoz  żonglerki piłką oraz uczeń słynnego piłkarza i trenera Józefa Kałuży. Popisywał się przed nami swym talentem wykonując tzw. nożyce, czyli udając, że chce kopnąć prawą nogą, a w rzeczywistości czynił to drugą. Próbowałem go nieraz naśladować, ale zawsze myliły mi się nogi i zanim wykonałem manewr, piłka była już na ziemi. Ubrany w nakolanniki wkroczyłem na plac, służący między innymi do gry w piłkę. Nawiasem mówiąc, pasły się tam jeszcze konie, przeznaczone na wyrób wędlin.  Istniały dwa rywalizujące drużyny, które aktualnie .przygotowywały się do decydującego meczu. Natychmiast zostałem zauważony, a właściwie moje nakolanniki i zaproponowano mi grę na bramce. Mecz rozpoczął się dość niefortunnie dla mnie, od puszczenia piłki i stracenia punktu. Dalszy ciąg też nie był lepszy i ostatecznie po  przepuszczeniu 12 goli zostałem zwolniony z obowiązku bronienia bramki. Tak zakończyła się moja kariera piłkarska.

Wracając do artysty footballu, Stefana, ukończył on studia na architekturze a następnie przystał do komediantów i został reżyserem. Widziałem w telewizji film jego reżyserii „Tylko Beatrycze” wg Teodora Parnickiego, w znacznym stopniu nasycony treściami intelektualnymi, z których, przyznam się, nie wszystko zrozumiałem. Podczas bezsennych nocy udało mi się także wysłuchać audycji radiowej pt. „Zapiski ze współczesności”, w których Stefan wspominał o tańczeniu z Mrożkiem tanga przez całą noc. Tak oto zmarnował się najczystszej wody talent piłkarski.
www.kazir.blog.onet.pl

***

ew, 07.02.2010

Matka z motylem

Pochyloną nad żółtym motylem
W syczącej zielenią pszenicy
Pamiętam -
Aż do kropli zimnego potu
Wielkookiej dziecinnej trwogi

Jakbym wszystkie łany śniegi musiała odgarnąć
Po tamto lato
Przekopuję rozbiegłe pola
Torfowiska wiosen

W śnie głęboko - w zwęglałym cieniu
Rozkłada skrzydeł ciepłe złoto

Chcę widzieć bliżej -
Gorącym kłosem
Umyka moim rękom
Wysoko

Łzami rosnę za nią

Podmuch światła
W czarne ziarna ją roztrąca
Tak mi się rozwiewa
W jałowej pamięci

Jeszcze raz wołam
Na całą świata otwartą niepamięć

Z oddechu mgły przedsennej
Biały sad wschodzi
Wózek w liści światłach
Maleństwo śpi
Płatek jabłoni na policzek spada
Dziecko się budzi

Biegnę

Tak odnajduję ją w sobie
W umilkłym płaczu mojego dziecka
Kiedy mi dzisiaj
W pustej łzie zaświecił

Odchodzi
Skazując mnie
Jak kiedyś ją skazałam
Na odwrócenie głowy

Mieczysława Buczkówna
1924

wieslawcz

Sprowadzony aż z Chin, karmnik z którego, na moim balkonie, posilają się sikorki, budzi też zainteresowanie innych ptaków. Bynajmniej nie z powodu, wsypanych doń ziarn słonecznika. To sikorki stanowią obiekt zainteresowania małego, ptasiego drapieżcy.

Pewnego, mroźnego poranka, zamilkło radio. Audycji radiowych – szczególnie programu 2 PR – słucham z „satelity”. Miał być dobry program a tu – zupełna cisza. Co jest? Awaria radia, zła pogoda, awaria satelity? E tam – pewnie znowu jakiś gołąb siedzi na „patelni”. Odsłaniam zasłony w oknie i rzeczywiście jakiś ptak siedzi na antenie, tuż przy konwerterze. Nic dziwnego, że radio milczy. Tylko co to jest? To nie gołąb. Ale to tylko gołębie, na balkonie, niczego się nie boją. Jak nie gołąb to dlaczego nie odlatuje? Nagle „gość” odwraca głowę, pokazuje swój dziób. Bez wątpliwości – to drzemlik, kobuz może pustułka. Nic dziwnego, że przy wiszącym karmniku pustki. Przy takim ptaku, każdy inny jest tylko pokarmem, albo jest ciężko wystraszony.

Ptaszysko zauważyło mnie za szybą i tylem go widział.

Ta wizyta przypomniała mi i uwiarygodniła to co widziałem na tym balkonie kilka lat wcześniej. Zima, karmnik tylko taki z daszkiem, drobne ptaki zajadające się ziarnem i… nagle popłoch. Wszystkie gdzieś znikają i tylko taki jeden – widać straszliwie głodny lub łakomy – dziobnął jeszcze ostatnie ziarno i widzę jak podobny „gość” w locie chwyta małego „łakomczucha”. I tyle go widziałem. To było jak sen lub uderzenie pioruna.
Ot taki „obieg azotu w przyrodzie”, albo łańcuch pokarmowy.
fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl

Templariusze - Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona z 1118 roku, w którego ręce być może wpadła jedna z tajemnic Salomona, którego świątynią władali. I być może to właśnie sprawiło, że zakon ten rozrósł się w siłę i ostatecznie mógł wykupić nie tylko Watykan, ale i całą Europę. Dlaczego zatem Wielki Mistrz musiał spłonąć na stosie?  “W roku 1307 król Francji, Filip Piękny zarzucił zakonowi konszachty z diabłem, oddawanie czci Muhammadowi, parodiowanie mszy, sodomie z nowicjuszami i akty homoseksualne podczas świętych obrzędów”. Ale posiadając takie wpływy i taki majątek, za solidną “ofiarę co Bóg zapłać”, nie rozgrzeszono by i największego grzesznika?  Po upadku zakonu nadszedł czas masonerii. Ale czy Wielki Mistrz spłonął naprawdę, czy może zakon, razem ze swoją nieobliczalną fortuną, sam sprowokował pozorny koniec, by rozpocząć całkiem nowe? Tylko gdzie i jakie? Inne życie?  Z inną, nową, jaką tożsamością?
Masa pytań, masa niewiadomych. Na zdjęciach zabytkowy Tomar - jedna z europejskich posiadłości Templariuszy - ew


fot. Realka Portugalia

Tomek


Faktycznie, teraz sięgając pamięcią do Karola May’a,  przypominam sobie tamto zatracenie schematycznej granicy dobra i zła. To filmy w większości wyzwalały stereotypowe myślenie.


Po wpisie Canada z bardzo bliska, czyli Irokezi Pow Wow, odżyły dawne pasje. Może to i były zwykłe, często dalekie od prawdy westerny, ale obraz Indianina zawsze pobudzał wyobraźnię. Z wiekiem podział na złego Indianina a dobrego białego człowieka, transformował w odwrotną stronę. Winnetou - pamiętam jak jeden tom przeczytałem w jeden dzień, podczas choroby w szkole podstawowej. Wtedy to był trójwymiar absolutny, bo to co teraz widać w kinach 3D, wtedy widziałem w wyobraźni, niemal namacalnie, zapachy, kolory, ludzie, ich wybory i emocje. Wychowany na Niziurskim i właśnie May’u pozostałem wierny zasadzie, że jeśli jakieś dzieło jest tak skonstruowane, że i opowiadana historia i przesłanie są równie poważnie potraktowane, to jest najwspanialsze dzieło posiadające duszę.

Tak więc Karol May, Max Brand, Fenimore Cooper… otwierali drogę, ale dopiero “Tańczący z wilkami” otrząsnął mnie z dziecięcego tkwienia w stereotypowym myśleniu. Wreszcie Indianin zmienił wizerunek na w 100% ludzki. W miarę poznawania historii Ameryki wiedziałem, że gospodarze są niby gospodarzami a ci prawdziwi zostali wygnani, zmarginalizowani. Aż chciałoby się przeczytać powieść fantastyczną autora “Czerwonego Marsa” (Kim Stanley Robinson), o alternatywnej historii, w której Europa wymiera podczas wielkiej dżumy, a inne narody rozkwitają w wielkie cywilizacje wśród których jest właśnie ta - Indian.

Ostatnie furtki otwierał Sergio Leone swoimi filmami. W tym świecie pasjonuje mnie uwidocznienie kto jest kim. Że wrogowie nie ukrywają się za uśmiechami i udawanymi gestami, ale jasno dają do zrozumienia “jestem twoim wrogiem i musisz walczyć, albo mnie omijać”. No i wolność wyborów, otwarte drogi, możliwość zamieszkania gdzie się chce. Nie mam nic, to nie muszę kupić sobie czegoś (no bo za co?), ale wystarczy wbić łopatę w ziemię, by coś mieć. Czysta zasada. Wystarczy uczciwie popracować, by można było przeżyć a czy teraz ta uczciwość wystarczy?

To i wiele innych czynników wpływa na fascynację Dzikim Zachodem, albo postapokaliptyczną fantazją. Nie chciałbym żyć w tych czasach, ale pociąga bardzo ta czytelność i ta naturalność postaw ludzi tam widoczna. Coś jakby uspokojenie wzburzonej wody. Na koniec już, jeszcze nie widziałem postapokaliptycznego westernu “Księga ocalenia”. Mimo kiepskich recenzji chce jednak iść. A oczekuję na film “The Road”. Uważam, że właśnie ten film jest bardzo wart zobaczenia - Tomek
Graffiti: bosman Szczecin

MonsieurLaPadite

Słowo Mohawk (fonet.: moak) w języku ich odwiecznych i zaciętych wrogów -  Algonkinów - oznacza ludożerca. Prawdziwa nazwa tego plemienia jest Kanienkehaka (fonet.: kanienkeaka), co oznacza ludzie z krzemienia. Mohawkowie są jednym z sześciu wielkich plemion należących do grupy Irokezów. Poza nimi są jeszcze:
- Cayuga ; Kajugowie
- Oneida; Oneidowie
- Onondaga; Onondagowie
- Seneca; Senekowie
- Tuscarora; Tuskarorowie

Co roku, latem, w rezerwacie indiańskim Kahnawake (fonet.: kanałage), pod Montrealem, odbywa się festiwal folkloru indiańskiego pod dźwięczną nazwą POW WOW (fonet.: pał łał). Festiwal ma formę konkursu, podczas którego indiańskie plemiona ze szczepu Irokezów, dają popis swoich umiejętności tanecznych, oraz tradycyjnych strojów. Muzyka indiańska - walenie z całych sił w tam tamy i przeraźliwe krzyki dzikusów - w naszych, białoskórych uszach jest wszechobecna podczas całego wydarzenia.

Wielki szef Kahnawake nazywa się Michael Ahrihrhon Delisle I ma do pomocy 11 członków rady. Rezerwat Kahnawake liczy dzisiaj ok. 8500 indian, którzy zajmują się przede wszystkim rękodzielnictwem. Na terytorium rezerwatu znajduje się mały kościółek, z mini muzeum, msze w kościółku odbywają się w języku Mohawk. Posiadają oni również własną indiańską policję, podlegającą kanadyjskim władzom. Indianie w Kanadzie posiadają doskonałe warunki socjalne, bezpłatną opiekę medyczną, bezpłatne szkolnictwo, bardzo wysokie zasiłki pieniężne i nie płacą podatków.

Czerwonoskórzy są bardzo dumni z ich tradycji, ciągle patrzą podejrzliwie na Białe Skóry i fotografować ich podczas tego wydarzenia graniczyło iście z ryzykiem pożegnania się z własnym skalpem. Udało mi się jednak uchwycić tę chwilę, rytm, ruch, dynamikę, muzyki brak lecz dla ułatwienia dodam, że jest to coś niesamowitego: przeraźliwy łomot w bębny osobników, którzy popadli w totalną ekstazę, trans i odłączyli się całkowicie od rzeczywistości. Gdy dodamy do tego galimatiasu rytmicznego, odurzającego samym rytmem zawrotnym, ten przeraźliwy śpiew poszczególnych bębniarzy , tworzy  to wydarzenie całkowicie odrębne i rzadko spotykane. Krzyki, przeraźliwe piski zarzynanego kojota, lub agonizującego Algonkina.

Upaćkany Krogulec:

Tańczący z Wiatrami:

Myślący Bawół:

Krzywodzioby Dzięcioł:

Nastroszony Rosomak:

Frywolna Jaskółka:

Zalotny Sokół:

Zezowaty Bóbr:

Nazewnictwo tych Indian jest oczywiście tylko wytworem mojej fantazji, dzisiaj noszą oni francuskie lub angielskie imiona i nazwiska.   Znana jest już data tegorocznego POW WOW: 10 - 11 lipca 2010, zatem, gdy ktoś z Was będzie w tym czasie w pobliżu, serdecznie zapraszam.
fot. MonsieurLaPadite Kanada

ew, 03.02.2010

Sałatka? Tak! Ale nie ta, według tego przepisu - “elektrosmog w którym żyjemy, to mieszanka naturalnych oraz sztucznie wytworzonych promieni elektrycznych, inaczej zwana sałatką promieni”.

Elektro-klimat ten, tworzy promieniowanie kosmiczne, docierające częściowo od Słońca, Księżyca i innych ciał niebieskich jak również sztucznie wytwarzane fale elektromagnetyczne.  Pola elektryczne, tworzą się na przykład wokół każdego kabla, gniazdka, urządzenia, nawet wtedy, gdy nie jest pobierany prąd. Wystarczy, że wtyczka urządzenia tkwi w gniazdku, co ilustruje zdjęcie z inteligentnym, świecącym przewodem. Takie pola, tworzą się również wokół gniazdek, do których nie jest podłączone żadne urządzenie.

Zewsząd jesteśmy otoczeni sztucznie wytworzonymi falami i polami elektro-magnetycznymi: w mieszkaniu, w pracy, a nawet… na łonie natury!  Szczególnie niebezpieczne są miejsca krzyżowania linii energetycznych i żył wodnych, bo tam szybkość opadu naszej krwi przebiega rażąco anormalnie, jest przyspieszona lub zahamowana. Ogórki, fasola, rzodkiewka w miejscach tych nie kiełkują wcale lub nie rosną prawidłowo, myszy uciekają ze swych norek, a człowiek żyje, otaczając się dodatkowo sprzętem emitującym  ten szkodliwy elektrosmog.

Elektryczne, elektroniczne urządzenia, kable, lampy, jarzeniówki, komputery, telewizory, anteny satelitarne, telefony komórkowe, mikrofalówki oraz  przewody wysokiego napięcia ułatwiają nam nowoczesne życie, jednocześnie szkodząc. Nie udowodniono jeszcze, jak niebezpieczny jest w rzeczywistości elektrosmog, ale jedno jest pewne: podwyższone obciążenie promieniowaniem nie jest zdrowe, to stres dla organizmu. Osoby wrażliwe skarżą się na lęki, pieczenie oczu, kołatanie serca, swędzenie skóry, bóle głowy, zaburzenia jelit, żołądka, dolegliwości nerwicowe, zły sen, bóle mięśni i kości, nudności, obniżenie nastroju. Konsekwencją natężenia elektrosmogu są alergie, uszkodzenia genetyczne, osłabienie systemu immunologicznego, zaburzenia zachowania, rak.

Dłuższy czas działania, może wpływać na organizm i zmieniać jego reakcje na bodźce środowiska. Prawdopodobnie szkody zdrowotne spowodowane elektrosmogiem, wiążą się ze zmienioną produkcją melatoniny. Dlatego  warto z niektórych urządzeń zrezygnować, odsunąć je dalej od siebie i wyłączyć te, których się nie używa.  Trudne? Bardzo,  bo najtrudniej  sobie powiedzieć, że permanentna osiągalność dzięki komórce i laptopie nie zawsze jest konieczna.
ew
Źródło: A. Heßmann
fot. www.zielonemigdaly.pl
Grafika: cam

Niewiele ptaków z równą maestrią potrafi wykorzystać najmniejsze prądy powietrzne i - niemal bez poruszenia skrzydłami -  długo szybować nad polami, miastami, skalistym wybrzeżem lub górskimi szczytami. To jednak, co ludziom wydaje się piękne i romantyczne, dla kondorów wielkich jest sprawą życia i śmierci. Ich przodkowie, bliżej spokrewnieni z bocianami niż orłami, wybrali trudną dietę. Ponad 50 milionów lat temu zamiast zabijać, zaczęli żywić się świeżą padliną. Głodny kondor nie może ot tak, po prostu wyjść i zapolować. Musi czekać na okazję, przeszukiwać setki kilometrów. Ponieważ o padlinę trudno, podróż nie może pochłaniać cennej energii. A szybowanie to najtańszy sposób latania.

Cotabambas, leniwa wieś w Andach, budzi się do życia raz w roku. Zjeżdżają tu dziennikarze, ekipy telewizyjne i fotografowie, by obserwować obchody Dnia Niepodległości. 28 lipca 1821 roku Peru, po wiekach niewoli, wyzwoliło się spod panowania Hiszpanii. Peruwiański kondor pokonał hiszpańskiego byka a mieszkańcy Cotabambas traktują tę przenośnię dosłownie. Urządzają Krwawą Uroczystość, w której co roku święty ptak Inków poskramia byki sprowadzone do Ameryki Południowej przez konkwistadorów. Dwa tygodnie przed walką w góry wyruszają drużyny, których zadaniem jest schwytać najpotężniejsze zwierzę latające nad lądem - kondora wielkiego. To jeden z 7 gatunków kondorów, padlinożernych ptaków Nowego Świata, których odpowiednikiem w Starym Świecie są sępy. Rozpiętość skrzydeł kondora wielkiego przekracza 3 metry, a waga sięga 15 kg. Ma potężny dziób i szpony ale nie poluje - szuka świeżej padliny, w której zanurzy łysą głowę i napełni po brzegi żołądek, tak że ledwie będzie mógł się ruszyć. Żeby więc kondora złapać wystarczy wybrać odpowiednie miejsce i położyć tam przysmak i czekać.

Teraz tylko Bogowie Gór Apu, mogą przeciwstawić się próbom schwytania ich posłańca zwanego Apukuntur. Dlatego w skład każdej drużyny wchodzi brujo-szaman. W drogę zabierają starego konia, by go zabić zgodnie z rytuałem i poświęcić bogom Apu i Matce Ziemi - Panchamamie. Brujo rozpala ognisko i wrzuca doń ofiary - kukurydzę i inne ziarna, zioła, przyprawy. By osiągnąć porozumienie z duchami, szaman wypija alkohol, ale zawsze pierwsze łyki z butelki wylewa na ziemię, by przebłagać Panchamamę. Gdy ogień dogasa drużyna ukrywa się i czeka, czasem kilka dni. Bo kondory są inteligentne i ostrożne, niektóre dożywają siedemdziesiątki czasem nawet więcej i doświadczenie ostrzega je przed pochopnym lądowaniem, są też odporne na głód - mogą nie jeść ponad miesiąc. Zanim więc przysiądą koło poświęconego konia, przez kilka dni krążą i obserwują okolicę. Tylko kilkuletnie ptaki są tak naiwne, że dają się złapać. Kiedy już kondor zdecyduje się na lądowanie i zabierze do uczty, potrafi połknąć nawet 8 kg. czyli dwie trzecie swojej wagi. A z takim załadunkiem nie sposób wystartować, gdyby nie było drużyny z Cotabambas, kondor siedziałby przez kilka godzin i trawił. Ludzie jednak są i nagle gdy ptak ledwo się rusza wychodzą zza skał. Najedzony kondor w chwili zagrożenia zwraca pokarm, bierze rozbieg i chce uciec w powietrze ale… koń został położony w miejscu gdzie nie sposób się rozpędzić, nie ma kawałka pasa startowego, wokół wznoszą się wysokie górskie ściany, brak też powietrznych prądów. Ze zdobyczą otuloną delikatnie w poncho drużyna wraca do wioski.

El Cóndor Pasa

Yaw kuntur llaqtay urqupi tiyaq
maymantan qawamuwachkanki,
kuntur, kuntur
apayllaway llaqtanchikman, wasinchikman
chay chiri urqupi, kutiytan munani,
kuntur, kuntur.

Qusqu llaqtapin plaza-challanpin
suyaykamullaway,
Machu piqchupi Huayna piqchupi
purikunanchiqpaq.

O majestatyczny Kondorze, władco niebios,
zabierz mnie do domu, na szczyty Andów!
O Kondorze!
Pragnę znów powrócić w me rodzinne strony,
znów przebywać razem wśród mych braci Inków.
Tak tęsknię za nimi, o dumny Kondorze!

Czekajcie na mnie w Cuzco, na centralnym placu.
Może do Machu Picchu i Huayna Picchu powędrujemy już razem.

(ballada peruwiańska 1913 - oryginalny tekst w języku keczua)

Od tej chwili ptak jest jej najważniejszym gościem karmionym najdelikatniejszymi kawałkami mięsa i pojony najlepszymi trunkami. Kiedyś były to wysokoprocentowe napoje dziś biolodzy przekonali wieśniaków, że dla ptaka wódka jest zabójstwem, więc poją go piwem i lekkim winem. Kiedy przyjdzie czas, by dosiąść byka, oszołomiony alkoholem kondor zostaje przywiązany do jego grzbietu. Brama się otwiera i na arenę wpada potężne zwierzę z potężnym kondorem machającym skrzydłami tuż nad jego głową. Zwierzęta walczą, byk o to by kondor się wreszcie od niego odczepił a kondor o wolność. Wszystko trwa nie więcej niż kwadrans, kiedyś ptak miał wolny dziób i rozrywał skórę byka, lała się krew, byki umierały powoli z jej upływu. Dziś dba się, by żadnemu zwierzęciu nie stała się krzywda, szczególnie liczy się los kondora - jego śmierć to najgorsza wróżba na następny rok. Po powtórce z rytuału jeszcze jedną noc kondor pozostaje honorowym gościem wioski, by mógł nabrać sił. Wreszcie rankiem wszyscy zgromadzeni patrzą jak szykuje się do odlotu. Z przewiązaną na pamiątkę zwycięstwa kolorową wstążką na szyi, cały, zdrowy przy ogólnym aplauzie Apukuntur rozkłada skrzydła, bierze szybki rozbieg i wzlatuje w powietrze.
na podst.  “Dzikość serca” M. Nowakowska
fot. wikipedia

cam

Czy zgadnie ktoś skąd pochodzi zdjęcie poniżej? Nie… to nie są Włochy ani Francja. To The Cloisters w Nowym Jorku - część Metropolitan Museum of Art, poświęcona zbiorom sztuki średniowiecznej.

Absolutnie perfekcyjna kopia  włoskiego klasztoru została ufundowana  przez Rockefellera i wybudowana na wzgórzach tuż przy brzegach rzeki Hudson. O ile budynek Cloisters jest w miarę nowy (ponad 80 lat) to same kolumny krużganków są autentyczne. W XVIII i XIX w. zwłaszcza we Francji pozbywano się niszczejących i mniej wartościowych, niszczejących średniowiecznych budynków. Wiele z nich miało być obrócone w gruzy. Zanim jednak tak się stało, wujek Sam, tknięty przeczuciem, za psie pieniądze skupował te ruiny, by pieczołowicie odbudować je po drugiej stronie Atlantyku. To co czyni Cloisters miejscem wyjątkowym, to nie tylko średniowieczny kształt budynku, jakże adekwatny do pokazywanych wewnątrz ekspozycji, ale także sposób eksponowania kolekcji. Cloisters oznacza po prostu krużganki i takimi krużgankami oddzielono w muzeum od siebie kolejne sale:



Jest więc miejsce, w którym można posiedzieć, odpocząć, przemyśleć to co się zobaczyło, można wypić kawę i popatrzeć na setki gatunków roślin, którymi obsadzono krużganki i wsłuchać się w szmer fontann. Można nawet poczęstować się pigwą prosto z drzewa. I tylko most Waszyngtona, przerzucony przez Hudson, przypomina, że tuż za murami jest wciąż XXI wiek:

Cloisters nigdy nie pretendowały do tego by być klasztorem, mimo, że udaje średniowieczny klasztor to i tak pozostaje świątynią… sztuki. Jest zbudowane na wzór włoskiego klasztoru, ale od początku przeznaczeniem budynku było MUZEUM. Zamiast betonowego klocka, wybudowano pełną wdzięku konstrukcją, ktora nie tylko daje schronienie eksponatom, ale jednocześnie odtwarza ducha epoki nigdy nie znanej Ameryce. Gdyby w Warszawie wybudowano muzeum sztuki staroegipskiej w kształcie powiedzmy piramidy - czyż sam jej kształt nie byłby sam w sobie komplementem dla zbiorów, a unikalna architektura, czyż nie stałaby się atrakcją miasta? Tak jak na przykład szklana piramida na dziedzińcu Luwru, która jest jedną z głównych atrakcji miejsca.


Taki cel przyświecał twórcom Cloisters i myślę, że osiągnęli oni właściwy efekt. To nie jest jakiś Disneyland, to znakomite muzeum, gdzie przestrzeń została zorganizowana niezwykle twórczo. Jeszcze raz się powtórzę, bo pisałem już o tym powyżej. Same krużganki oddzielają od siebie kolejne sale ekspozycyjne. Sale te toną w mroku nie dlatego, że średniowiecze było mroczną epoką, ale dlatego, aby ochronić przed światłem cenne rękopisy, rzeźby, obrazy i tkaniny na ścianach. Gdyby chcieć spędzić w mrokach te kilka godzin przeznaczonych na zwiedzanie, wcześniej czy później mroczność zaraziłaby sobą nasz nastrój:

Dlatego jasne, tętniące życiem krużganki, które oddzielają od siebie sale, są fantastycznym urozmaiceniem. Muzeum zaopatrzyło je nawet w książki, z których można dowiedzieć się więcej o samej kolekcji. W Cloisters nie tylko poznaje się historię, ale i odpoczywa. Rockefeller kupując teren pod Cloisters, kupił także tereny po drugiej stronie rzeki Hudson, już w New Jersey, po to, aby żadne wille na tamtej stronie nie zaśmiecały krajobrazu oglądanego z muzeum. Myślę, że pomysł na miejsce takie jak Cloisters jest w 100% przemyślany i nie ma tu miejsca na tandetę. Oprócz przepięknych zbiorów, mają tu także dach nad głową… wróble!

Te niepozorne i powszechnie znane ptaszki, swoją obecnością nieoczekiwanie dodają autentyczności Cloisters. Tak jak ukryte w budynku zabytki, wróble również pochodzą z Europy i pojawiły się w Stanach dopiero w XIX w. Najbardziej intrygują je fontanny. Ma się wrażenie, że Cloisters dla tych wróbli to coś w rodzaju luksusowego kurortu na Karaibach, z prywatnymi basenami i tropikalną roślinnością:

Co prawda wewnątrz budynku można spotkać bardziej majestatyczne ptaki, tak jak ten cesarski orzeł z XIII w., na którego skrzydłach otwierano księgi liturgiczne, by czytać z nich wiernym. Ale każdy szanujący się wróbel wie, że lepszy wróbel na dachu niz orzeł, który siedzi w garści muzealników:

fot. cam NYC USA
www.nowaatlantyda.com