Monthly Archives: Styczeń 2009

Historia Timofieja

5

Przybył tu z ukraińskim wojskiem – chyba armią Własowa, albo coś takiego. W Związku Radzieckim miał żonę w ciąży (ana astłas briemiennaja), i dorastającego syna, z tym że z tą brzemiennością, to nie było nic pewnego, bo w tej historii istotną rolę odegrał sekretarz partii w kołchozie, i to było powodem zmiany orientacji politycznej Timofieja i przez to przyłączył się do Germańców. Dotarł wreszcie do Monachium i wszystko szło w rozsypkę. Krążył po rozpadającym się świecie, aż w końcu postanowił się urządzić przy wysypisku śmieci, bo gdzie jest pewniejsza aprowizacja.
Zbudował z resztek rozmaitych chatynkę i już pierwszej nocy pokazała mu się „niebiańskaja carica”:
- Tiebie nada mnie cerkwiu pastawit!
- Kak mienia – ja maleńkij czieławiek.
- Ty pouczisz od mienia żenszczinu…
- Nu u mienia doma astała adna, ja dołżen wratit…
- Tiebie nada mnie cerkwiu pastawit zdies! A żena twaja uże niet twaja.
I gadaj z taką. Uparta, że do rana nie chciała ustąpić na krok.
Timofiej nie uwierzył w swoje możliwości i zwiał do Austrii. Założył tam ogrodnictwo – wprawdzie jeden sezon tylko, ale dorodna papryka, wspaniałe pomidory… Pojawiły się jakieś problemy własnościowe co do ziemi i postanowił pojechać do Włoch, bo taką rajzę organizowali właśnie. W nocy podjechało kilka autokarów. Wlazł do jednego z nich – usiadł koło młodej dziewczyny i zasnął. Obudził się w… Monachium. A dziewczyna zdała się całkiem na niego nie wiedzieć czemu. Natasza jej było. No jo, ale jak się tu teraz urządzić. Nie było innego wyjścia jak spróbować przy tym wysypisku, co tam był rok temu. Chatynka w jeden dzień zbudowana stała jak stała, choć niedokończona była.

Parę blach na dachu, kamienie, drewno, skrzynki… No a w nocy oczywiście znowu ta caryca:
- Tiebie nada mnie cerkwiu pastawit!
- Kak mienia – ja maleńkij czeławiek.
- Ty uże dwiewoczku poucził ad mienia – tiebie nada utra naczinat!
No i tak to się zaczęło. Po dwóch miesiącach była cerkiewka, chatę rozbudował i zakończył i tak to stoi do dziś. Ogródek założyli, ogrodzili. Po roku były maliny. Ukraińcy, co osiedlili się niedaleko (to ci koło MAN-a) grosza podrzucili czasem, a jak jaki wędrowiec zabłądził, to też sypnął do puszki. Natasza się najmowała do sprzątania. Żyli w czystości. Timofiej to bardzo mocno kilka razy w różnych miejscach swojej opowieści zaznaczał. W końcu Natasza poszła za kierowcę Zajaca. Zajac, bywało, że podrzucał coś przydatnego, bo jeździł w różnych firmach: a to budowlanych, a to drobnicę rozmaitą woził, a rok, to nawet ciastka. Naftę miał zawsze od Ukraińców. I tak jakoś szło, aż w końcu świat umyślił tu właśnie olimpiadę zorganizować, i powstał plan zakrycia wysypiska i pobudowania tam stadionów, basenów, jeziora nawet (Olympiasee) i wielkiej góry (Olympiaberg). Któregoś dnia do Timofieja zapukały buldożery, że niby welodrom tu ma być. Tak się wydało, że w największym mieście Niemiec jest pustelnia i pustelnik, i nikt nie umiał tak do końca rozstrzygnąć, czy to dobrze, czy źle. Ruszyły gazety przeciw spychaczom i koparkom. A tu plany, harmonogramy, dotacje, kredyty, projekty, a z drugiej łagodne oczy Timofieja, jego biała broda i „Bild” – brukowiec, a tu taka misja. Pokazał mi Timofiej wycinki z gazet i całe gazety. Bój był wielki, i aż niewiarygodne, ale welodrom przesunęli o kilkaset metrów. Mało tego – prąd doprowadzili i na koszt miasta może sobie Timofiej herbatę parzyć, lampę zapalić i zimą izbę ogrzać, bo licznika nie założyli. Ale ponieważ to Niemcy, to zabezpieczenie dali takie, że jak grzałka, to tak, ale już z piecem, to nie, a jak piec tylko, to na jedynce, ale już z grzałką, to też nie. No bo darmocha – owszem – ale bez eskalacji.
Teraz opowiada Timofiej o swoim ulubionym bohaterze biblijnym Noem, i historia tego Noego jest całkiem inna niż w biblii – tam potop, tu cywilizacja – ale równie budująca – Kroplewski Jarek
fot. Kroplewski Jarek & Timofiej

Wszyscy przejdziemy na wegetarianizm

4

Potrzeba pół hektara na wyprodukowanie 10 ton ziemniaków i również pół hektara na wyprodukowanie 70 kilogramów wołowiny, a także 7 do 16 kg zboża na wyprodukowanie jednego kilograma mięsa.

Potrzeba 30 000 do 60 000 litrów wody na wyprodukowanie 1 kg mięsa wołowego, a tylko 800 litrów wody na wyprodukowanie 1 kg zboża.

Jeden wół dostarcza 200 kg mięsa, czyli ok. 1500 posiłków. Zjedzone przez niego zboża mogłyby zmienić się w 18 000 posiłków.

W istocie powiem blisko 50 % wszystkich zbiorów produktów żywnościowych zjadają zwierzęta hodowlane, a 64 % ziem uprawnych na świecie służy produkcji mięsa (są to pastwiska i pola z roślinami paszowymi).

Zwierzęta hodowlane krajów rozwiniętych zjadają tyle zbóż, ile Hindusi i Chińczycy razem.

Logiczny wniosek nasuwa się sam: jeśli chcemy, aby wszystkie bogactwa naszej planety służyły wszystkim, trzeba być może zacząć od zmniejszenia konsumpcji mięsa.

Co roku umiera z głodu na naszej planecie ponad 50 milionów dzieci.

Odpowiecie może, że przecież nie hoduje się zwierząt na mięso ot tak sobie, dla psów, że przecież jedzą je ludzie.

Czy wiecie jednak, że świnia tucznik przed ubiciem dostaje ponad 80 różnych produktów (takich jak np. antybiotyki), albo że producenci drobiu, świń czy bydła rzeźnego w Kanadzie zużywają ponad 20 000 ton antybiotyków rocznie?

We Francji sytuacja zapewne nie jest lepsza, a może nawet gorsza, ponieważ mimo wszystkich starań, ponad 80 % zwierząt hodowanych w chowie zamkniętym choruje.

Są oczywiście i inne następstwa: ekskrementy bydła to w USA i w Europie 110 ton na sekundę: powoduje to skażenie 50 % wszystkich wód podskórnych świata.

Oczywiście, moglibyśmy przestawić się na ryby, jednakże pamiętajmy, że zasoby naszych wód i oceanów też są zdziesiątkowane, a niektóre gatunki są bliskie zagłady.

Wobec tego może jedzmy ryby hodowlane? Ale pamiętajmy, że 8-hektarowa ferma łososi w USA produkuje tyle odpadów, ile stutysięczne miasto.

W Tajlandii w ciągu 5 lat wyprodukowano na terenie bagiennym 120 000 ton krewetek – co zniszczyło te tereny, a także 800 000 ton innych gatunków.

No dobrze, wyobraźmy sobie, że jesteśmy Amerykanami, że te rozważania nas przekonały i że zostajemy wegetarianami.

Pojawiają się inne problemy, ponieważ 75 % ziem uprawnych, które istniały, kiedy Europejczycy kolonizowali Amerykę, znikło, a każdego dnia nieodwołalnie ginie 5 gatunków roślin: mniej więcej 87 % najróżniejszych warzyw, które znajdowały się na liście ministerstwa rolnictwa Stanów Zjednoczonych uważa się za stracone.

W każdej minucie na świecie wycina się około 30 hektarów lasu.

Według Richarda Beliveau, specjalisty-kancerologa, „spoczywanie warzyw mogłoby uratować nas od zachorowania na raka: problem polega bowiem na braku równowagi między ilością spożywanych kwasów wielonienasyconych Omega-3 i Omega 6. Te ostatnie występują 20 razy częściej, a kwasy Omega-3 znajdują się w owocach i warzywach (prawidłowy stosunek spożywania kwasów omega-3 do omega-6 powinien mieścić się w przedziale 5:1 – 4:1).

Pod warunkiem wszelako, że te owoce i warzywa nie są nafaszerowane pestycydami – wówczas mogą ocalić nas przed najgorszym.

Kapusta zapobiega atakom substancji kancerogennych na nasze komórki, cebula zmniejsza ryzyko raka systemu trawiennego, soja zabezpiecza przed rakiem piersi, kurkuma – przed rakiem systemu trawiennego i skóry, czerwone owoce zapobiegają guzom mózgu, tłuste ryby, nasiona lnu, orzechy, pomidory – rakowi prostaty i piersi, owoce cytrusowe zapobiegają rakowi przełyku, krtani, gardła, żołądka, a czerwone wino zapobiega rakowi piersi i okrężnicy.

„Kelner – w takim razie proszę podać wszystko po kolei!” – bo, jak mawiał mój przyjaciel: „Zmarli nie jedzą!” – ela.d

Źródło: www.naturavox.fr
Grafika: Chris Miekina

Fenomen macierzyństwa

3

Pisaliśmy o prawdziwych mężczyznach.  Ciężko dowieść nie tylko tą rzeczoną prawdziwość, bowiem nie wiadomo jaki obrać klucz, jaką miarką mierzyć. Ale jest sposób – gdy podejrzeć Naturę,  okazuje się, że tam gdzie nie w chodzi w grę żaden z ludzkich stereotypów zachowań, mamy jak na dłoni czystą i klarownie przejrzystą odpowiedź. Wszystkim wiadomo jaka potężna rola przypada w udziale tajemniczemu działaniu popędu macierzyńskiego w żywych stworzeniach. I właśnie fenomen ten, najlepiej widoczny jest w postaci najbardziej pierwotnej – w pozbawionej fałszu przyrodzie, w prostym świecie zwierząt.

Prawie wszystkie małpy, które wyrosły samotnie w klatkach i nigdy nie widziały porodu innych samic, czule tulą łożysko, kompletnie nie zwracając uwagi na leżące bezradnie na betonowej posadzce dziecko. Niektóre niedoświadczone matki podnoszą do piersi zarówno dziecko jak i łożysko traktując je jak bliźnięta. Nie wiedząc co to jest poród i noworodek, tylko wyczuwają, że wydaliły coś co sprawiało im straszny ból. Zamiast jednak mścić się na dręczycielu w matce zaczyna działać cudowna moc, która zmusza, by go pokochać.

Czasami jednak dopiero krzyk noworodka musi obudzić w młodej matce jakąś nieprzeczuwaną nigdy przedtem wiedzę co trzeba robić. Zdarza się, że nawet ten krzyk nie jest w stanie tego uzyskać, niemniej jeśli  już tak się stanie  to mimo, iż nie ma to nic wspólnego z rozumem ani litością to jednak w świecie zwierząt matki postępują zazwyczaj we właściwy sposób. I to właśnie stanowi wielką, na pozór niezgłębioną zagadkę popędu macierzyńskiego u zwierząt. Tak natura przemienia rażący egoizm jednostki w miłość bliźniego.

Człowiek gdyby nigdy nie widział porodu ani nawet nie słyszał o nim byłby równie zaskoczony i oszołomiony. Brzmi to nieprawdopodobnie ale tezę potwierdza przykład Indian ze szczepu San-Blas żyjących na małych wyspach koralowych wzdłuż karaibskiego wybrzeża Panamy. Żadna dziewczyna nie śmie wiedzieć skąd biorą się dzieci. Tabu tej rajskiej nieświadomości jest tak surowe, że nawet matki nie mają odwagi powiedzieć swym córkom co się z nimi dzieje. Brzemienne myślą, że są śmiertelnie chore i umierają.

To tabu ma utajony sens. Wstrząsające przeżycie, jakim jest pierwszy poród i przejście ze śmiertelnej trwogi do radosnego uniesienia, potęguje więź między matką a jej dzieckiem do niesamowitej wprost intensywności. Przeżycie to pozostawia na zawsze piętno spokoju i szczęścia na charakterze tamtych ludzi. Czego w tych niespokojnych czasach tylko pozazdrościć… – ew
Źródło: Vitus B. Droscher “Rodzinne gniazdo”

Komercja na Igle Południa

2

Aiguille du Midi – „Igła Południa” piękna, monumentalna, groźna góra i… zarazem najłatwiej dostępny szczyt w Alpach! A to za sprawą kolejki linowej, która wywiezie nas na 3842 m n.p.m.

Bardzo komercyjne i gryzie się to z eko-obcowaniem z naturą. Dowód na to, że człowiek potrafi „ujarzmić” chyba już każdy skrawek ziemi. Restauracja, sklep z pamiątkami wewnątrz góry na wysokości 3842 m n.p.m. to dla mnie niemy hołd dla człowieka, nie dla gór. Fakt faktem – obłędne widoki, kilka tarasów dosłownie wbudowanych w zbocze góry, winda w skale, która wyniesie nas dodatkowe 40 m w górę na sam szczyt, pajęczyna lodowych korytarzy – to robi kolosalne i niezatarte wrażenie ale i pozostawia lekki niesmak.

W ciągu około pół godziny od startu kolejki dostajemy się do innego świata, świata skał, zmarzliny, ciszy i wiatru. Stąd już tylko 8 km do najwyższego szczytu w Europie Mount Blanc, wystarczy zrobić pierwszy krok za barierkę.
Alpinizm już nie ma nic wspólnego z prawdziwym alpinizmem. To już nie są bohaterskie i ponadludzkie siły przejścia z czasów Bonattiego. Wielkie osiągnięcie techniki, która umożliwia ludziom „niezdolnym” do górskiej wspinaczki zobaczyć świat, który kiedyś mogli widzieć tylko zasłużeni. To jak wozy konne na ceprostradzie – ilekroć tamtędy idę i widzę przeładowane wozy ciągnięte przez zmęczone konie to krew mnie zalewa…

Chcesz człowieku zobaczyć cud natury, to się trochę wysil i zasłuż na ten piękny widok.
Gdy byłam na Aiquille du Midi było minus 25 stopni, rozrzedzone powietrze utrudniało nieco oddychanie, stalowe, ażurowe stopnie prowadzące na tarasy, pod którymi świeciła tylko przepaść, przelatujący samolot „na wyciągnięcie ręki” – to coś, co zostaje w człowieku na zawsze.
fot. Monia Aiguille du midi, w dole – Chamonix

Sztuczny śnieg a Sahara

1

W krajach alpejskich w czasie tylko jednego sezonu do produkcji sztucznego śniegu zużywa się 95 milionów m³ wody. To tyle, ile potrzebuje rocznie miasto liczące 1,5 miliona mieszkańców.

Tak podaje Instytut Górski Uniwersytetu Sabaudzkiego (Savoir we Francji) i trudno mu nie wierzyć. Bowiem dziś, większość stoków narciarskich nie ma racji bytu bez systemu sztucznego naśnieżania. Nawet gdybyśmy starali się nie używać określenia „ocieplenie klimatu”, to jednak musimy przyznać, że zimy mamy coraz łagodniejsze, cieplejsze, bezśnieżne. Właśnie wczoraj w stolicy Beskidów, w jeden dzień „zmiotło” cały śnieg. Jeżeli założymy przy tym, że nie tylko w krajach alpejskich narciarze korzystają z uroków białego szaleństwa,  co przecież jest zrozumiałe, to liczba obrazująca zużycie wody wzrasta przerażająco.

Bo wyrzucany z armatek śnieg, chociaż nazywany potocznie sztucznym jest nim w istocie – tworzące go kryształki to po prostu zamarznięta woda. W naturalnych warunkach, gdy powietrze jest odpowiednio chłodne, znajdująca się w nim para wodna opada jako śnieg. Generatory do jego produkcji wykorzystują podobne zjawisko, tyle tylko, że woda nie jest pompowana jako para wodna a ciecz. Najważniejszym czynnikiem przy wytwarzaniu sztucznego śniegu to temperatura otoczenia, wilgotność powietrza oraz kierunek i siła wiatru. Równie ważny jest czas opadania cząsteczek wody na grunt – czym jest on dłuższy, tym na stok opada więcej białego puchu.

Kilkumetrowymi masztami owszem można wydłużyć czas lotu cząsteczek wody i efektywnie je rozproszyć. Ale czy jesteśmy w stanie wyprodukować taką masę śniegu, by stworzyć nie tylko sztuczny stok narciarski, trasy biegowe dla turystów, ale i nowe miejsca do życia zwierzętom np. polarnym, którym zmieniają się warunki bytowe? Ekolodzy przestrzegają również, że produkcja sztucznego śniegu osiąga coraz większe rozmiary. Nie trzeba być jednak ekologiem, by móc przewidzieć, że to może mieć negatywny wpływ na środowisko i zasoby wodne. Agencja Reuters podaje, że tylko w Alpach rocznie pokrywa się nim obszar aż 24 hektarów. Niestety nie podaje ile to niehumanitarne marnotrawienie wody mogłoby uratować istnień ludzkich – ew

Soplem pisać wiersze, na plecach wylękanych…

fot. ewolny Wisła