Monthly Archives: Luty 2009

Okopy Świętej Trójcy

Okopy Świętej Trójcy. Przedwojenny narożnik cywilizowanego świata – tam zbiegały się granice Polski, Rumunii i Rosji radzieckiej.


Dawniej, to wiesz: Konfederacja Barska, Kazimierz Pułaski rok opierał się wojskom carskim… To było bazą faktograficzną dla „Nieboskiej Komedii” Z. Krasińskiego. Dziś trochę ruin, wśród nich ten kościół. Wszystko się sypie, a w środku, tam gdzie stał ołtarz składują słomę na ściółkę dla bydła.

Jak tam byłem, to nadeszła wycieczka Polaków pilotowana przez księży i zakonnice. Weszli do środka i do tej kupy słomy zaczęli śpiewać „Boże coś Polskę”, co mnie, ateistę napełniło uczuciami mieszanymi.

Tam mieszka kilku Polaków, staruszków już. Jedna babulina, gdy do niej z żoną zaszliśmy, chwaliła się, że chodziła do polskiej szkoły przed wojną i że pamięta jedną polską piosenkę. Poprosiłem, żeby zaśpiewała, no to zaśpiewała „Zasiali Górale” – zaczęliśmy śpiewać razem, aż nas wzięło i zaczęliśmy tańczyć na środku podwórza – no wiesz przecież Niskopienna, jak to się tańczy. Babunia się od tego poryczała, ludzie się zatrzymywali, przypatrywali, jeszcze kilka babć się popłakało – jak się okazało, wszystkie Polki pod dziewięćdziesiątkę.
Jarosław Kroplewski

Morze Śródziemne

12

Jedno z największych ziemskich mórz o znacznej głębokości sięgającej nawet do ponad 5 tys m, obmywa brzegi aż trzech części świata: Europy, Azji i Afryki. Wpadają doń tak wielkie rzeki jak: Nil, Dunaj, Dniepr, Don, Pad czy Rodan. Do tego nad jego brzegami rozkwitały najwspanialsze w historii cywilizacji kultury, wyjątkowe morze – Morze Śródziemne.

Za pamięci ludzkości nie odbiega ono od normy, zimą wzbudza sztormy, latem kusi złotem piaszczystych plaż, świeżością łagodnej, ciepłej wody i malowniczymi wyspami. Niekiedy w jego głębinach  lub wokół brzegów wybuchają nowe wulkany, dno morskie to wznosi się, to opada ale jest to bez specjalnego znaczenia dla jego linii brzegowej. Jednak dzisiejsza nauka nie zadowala się już tylko ludzką pamięcią, coraz dokładniej bada dzieje Wszechświata,  Ziemi w tym i mórz. Półtora wieku temu, jeszcze w 1833 roku, dziejami Morza Śródziemnego zainteresował się angielski geolog Ch. Lyell. Zwrócił uwagę na fakt, że przed około sześcioma milionami lat, Morze Śródziemne połączone z oceanami Atlantyckim i Indyjskim, nagle zanotowało wymarcie prawie całej fauny charakterystycznej dla tych oceanów.

Przyczyną było pogorszenie warunków życia, gdyż morze stawało się coraz płytsze i jednocześnie wzrastało zasolenie wód. Powód mógł być tylko jeden – nagłe odcięcie od wód oceanu światowego co sprawiło powstanie olbrzymiego jeziora, którego powierzchnia szybko malała intensywnie parując. Po pewnym czasie, na miejscu wspaniałego morza, została pustynia leżąca 2 km poniżej wód oceanów. Wprawdzie pozostały na dnie jakieś małe jeziora, do których wpadały słodkie rzeki, ale niemniej zasolenie było tak wielkie, że żyć tam mogły tylko wysoko wyspecjalizowane gatunki małż i ślimaków. W końcu XVIII w. w trakcie prac wiertniczych odnaleziono dawne koryto Rodanu. Geolog S. Czumakow podczas budowy tamy asuańskiej odkrył głęboki wąwóz wrzynający się w granitowe skały na 200 m poniżej dzisiejszego Nilu. Podobne wąskie i głębokie kaniony odkryte zostały przy brzegach innych krajów śródziemnomorskich, a wszystkie powstały w czasach, gdy Morze Śródziemne nie istniało. Uczeni ustalili, że w ciągu milionów lat jego połączenie z oceanami zamykało się i otwierało wielokrotnie. Proces wysychania przebiegał w ok. tysiąc lat, prawdopodobnie napełnianie odbywało się w tym samym tempie poprzez powstawanie ogromnego wodospadu o wysokości 2-3 km i przepływie wody tysiąckrotnie większym niż Niagara.

Jednak pięć i pół mln lat temu podczas ogromnego trzęsienia ziemi  został rozcięty łańcuch górski tworząc cieśninę Gibraltar. Od tego czasu wody Morza Śródziemnego zyskały dodatkowe zasilanie. W czasach średniowiecznych cieśnina ta wyznaczała koniec znanego świata a od zawsze była ważnym punktem strategicznym. Z czasem pomyślano o zbudowaniu w niej gigantycznej elektrowni, której działanie  wykorzystywałoby różnicę poziomów Oceanu Atlantyckiego i Morza Śródziemnego. Aby ją wytworzyć, miano podsuszyć morze, nie dopuszczając doń wód oceanu. W projekcie tym planowano wykorzystać osuszone połacie dna morskiego na sady owocowe, winnice, plantacje. Jednak prędzej dojdzie do połączenia obu kontynentów, Europy i Afryki, mostem lub tunelem, bowiem budowa elektrowni budzi wątpliwości niemożliwe dziś do przewidzenia. Z pewnością byłyby to nieodwracalne zmiany w klimacie całej Europy – strat nie wyrównałyby żadne korzyści – ewolny
Źródło: M. Wasiljew „Zagadki współczesnej nauki”
fot. Saber Kreta

Sprzątanie świata photoshopem

11

Pan Wiesław napisał tak „Jaka radość „pobiegać” za takimi widokami. To środek miasta ale nad rzeką. Takie słońce tuż po 10-tej. Oczywiście, bo do tego już się przyzwyczaiłem – ni żywej duszy! Pewnie inni „pognali” w ciekawsze miejsca, bo do takich wędrówek trzeba mieć więcej zdrowia i mniej lat. Ale takie krótkie spacery mają też swoje zalety. Widać ile pracy trzeba włożyć, by miasto pozbyło się takich  niechcianych, industrialnych dodatków, w panoramie wspaniałego kościoła p.w. św. Idziego.”

Fakt.  Widok przedni, ale  też aż szczypie po oczach i wypadałoby coś z tym zrobić. Ale co?

Nie tak dawno czytaliśmy w „Łatwym trudzie fotografowania” jak to pogoń za coraz doskonalszą techniką czyni z  jeszcze doskonalszej rzeszy hmm fotografów. Szeroko otwarte drzwi dla profesji zastrzeżonej dotychczas dla elity.  Wszyscy przesiadamy się ochoczo na tego konika od rozwoju technicznego, zapominając o życiu u źródeł, od podstaw, na żywo – oszukujemy się zapominając o talentach rozdanych nam  przez Naturę nierówno.  Może dlatego też  ostatnie znaki czasu to delektowanie swych zmysłów nie nad rzeką a przed monitorem oglądając swoje i cudze widoki zamrożone w jpg.
I nieuchronnie koniec jest bliski skoro wolimy skorzystać nie z własnych rąk, mózgu, łopaty i wora na śmieci, akcji pt. „Czyn społeczny” vel „Sprzątanie świata”, a z Paintshop, Photoshop, Gimp  czy Picasa oraz… pomocy przyjaciela należącego do tej wąskiej,  bo jeszcze z zasadami, fotograficznej elity. By móc oglądać zwyczajnie i po ludzku wysprzątany teren bez tych „industrialnych dodatków”, na moich oczach Chris zburzył baraki, przesunął poza przykościelny obręb słup od napięcia, splantował ziemię, nasadził krzewy, drzewa, sypnął śniegiem i… :
I jeszcze ten niebieski worek na śmieci  podniósł ze skarpy. I już. Jest tak jak być powinno i to bez wychodzenia z domu:
Ale…  czy TO jest rozwiązanie? – ewolny

Nadbużańska szadź a „multimedialny”, czy może „drapieżny” kapitalizm

10

Rok temu stwierdziłem, że w „kablówce” brak jest stacji EUROSPORT.  Nic przecież nowego, bo bardzo często znikają z niej te lepsze programy a bardzo rzadko jest coś nowego i ciekawego. Wyczytałem, że to twarde warunki ekonomiczne francuskich właścicieli EUROSPORTU uniemożliwiają dalszą obecność tego programu w „kablówce”.

Z przykrością stwierdzam, że w oczywisty sposób „zły pieniądz wypiera dobry”.  EUROSPORT ze swoimi bezpośrednimi transmisjami z poważnych imprez sportowych został wyparty przez raczkujący TVP Sport. Dno programowe i realizacyjne. Teraz to można na kilku stacjach sportowych praktycznie oglądać tylko „kopaną” i krwawe jatki bokserskie.

Tyle o programie. Ale w czym problem ktoś powie: „Jak ci nie pasuje zmień operatora. Taki jest kapitalizm”. No i chyba trzeba zacząć coś kombinować. W pojedynkę niestety szanse są nikłe, by skutecznie dokuczyć potężnej firmie, dla której i w której pracują  szkoleni spece od marketingu. Żeby powiedzieć wprost: od wciskania „frajerom” taniej lipy by poprawić swój efekt ekonomiczny. Zrozumiałbym gdyby marketing powodował, że do „kablówki” wchodzą – obok czysto komercyjnych stacji, coś tam sprzedających – także programy lepsze jakościowo i o innej tematyce np. Zone Europa czy Mezzo.

Wydaje się, że decydujący głos w doborze programu mają w Multimediach „rachmistrze” liczący ile na tym można DZISIAJ zarobić. Oj, chyba zapominają, że jest coś takiego jak „marka produktu”. Prędzej czy później na marce byle jakiego produktu poznają się klienci.

A może to i dobrze, że program w „kablówce” coraz gorszy! Jest więcej czasu na fotografowanie i inne pożyteczne zajęcia… Pozdrawiam.
Wiesław Czapski
fot. Wiesław Czapski Nad Bugiem
www.owyszkowie.blox.pl

Les Alpilles – Małe Alpy

9

Les Alpilles – Małe Alpy – wapienny masyw górski o niezwykłych, poszarpanych kształtach, leżący między Rodanem a Alpami, na północny wschód od Arles.

„Alpije” to jeden z cudów Prowansji, którego nie można nie zobaczyć, to esencja pejzażu o niezwykłej harmonii, o przyrodzie wciąż dzikiej i pięknej, a zarazem krainy, gdzie sztuka życia to nie puste słowa, gdzie czas płynie inaczej, wolniej, a ludzie cenią tradycję, podtrzymują ją i wciąż z niej czerpią inspirację.

To Prowansja najprawdziwsza, pełna słońca, lawendy, oliwek…
To kraj pisarzy – takich jak Alfonse Daudet i Frederic Mistral, malarzy – jak Cezanne i Van Gogh, którego urzekło tutejsze światło, słoneczniki i cyprysy.

Pejzaże regionu „Małych Alp” zapadają w serce i w pamięć: białe, wapienne koronki nagich skał zdobią aksamit lasów sosnowych i dębowych, ozdobionych niczym haftem dawnymi ruinami lub zameczkami, albo błyszczą jak naszyte złotą nicią na tle oliwkowo-srebrzystej zieleni oliwek i szmaragdowych winnic.

Kręte, wspinające się stromo lub opadające serpentynami wąskie drogi nagradzają trud podróży niezwykłymi niespodziankami: nieoczekiwanymi panoramami o niepowtarzalnej urodzie, widokiem na szachownicę połaci oliwnych, rozdzielonych strzelistymi cyprysami, inkrustowanymi zarysami „bastides” – starych, odrestaurowanych, kamiennych budynków, mieszkalnych i gospodarskich.

Małe  Alpy, leżące w departamencie Bouches-du-Rhône, to łańcuch 30 km wzniesień niewysokich, bo sięgających do 500 m wysokości, od Awinionu i Tarasconu po krainę Camargue, przez Baux-de-Provence, Mausanne-les-Alpilles, Saint Rémy de Provence na północnym skraju i Saint Martin de Crau na południu, po Salon-de-Provence na wschodzie. Z dwóch stron opływają je dwie niezwykłe rzeki: Rodan i Durance.

A na tym niewielkim przecież obszarze gdzie tylko spojrzeć – niezwykłe zabytki: od starożytnych rzymskich, przez średniowieczne i renesansowe, od akweduktów przez średniowieczne fortece, kapliczki i kościółki romańskie, renesansowe pałace…

I budowle zwykłe: stare, kilkusetletnie „mas” – świadkowie tutejszego rolnictwa i hodowli, przez wioski i maleńkie miasteczka o niezwykłym uroku, stłoczone wokół kościółków, zacienione platanami, chłodzone fontanną na środku centralnego placyku,  z kolorowymi parasolami maleńkich kafejek i barów. Zatłoczone i ruchliwe w dni targowe, pachnące lawendą, melonami, ziołami, senne i ciche w godzinach sjesty, pełne życia  w czasie miejscowych tradycyjnych świąt i uroczystości, z pietyzmem przestrzeganych i obchodzonych w różnych porach roku, zgodnie z rytmem natury, a więc dni lawendy, ryżu, wina, oliwek, trufli, a także młodych byków czy miejscowych, hodowanych w rejonie Camargue, białych koni.

Alpije – serce Prowansji. Tak pisał o nich Frédéric Mistral, poeta, piszący w tutejszym starym języku oksytańskim i przywracający jego tradycje, laureat Nagrody Nobla:

Jak daleko pamięć sięga, widzę przed oczyma hen, na południu, wał gór, którego chełmy, jary, urwiska i doliny od rana do wieczora, raz jaśniej, raz ciemniej, błękitniały, falując. To łańcuch Alpijów, opasany gajami oliwnymi, jakby skalisty masyw grecki, prawdziwy belweder chwały oraz legend. [...] W tych aromatycznych wąwozach, w Baux, w Roque-Martine, w Romanin, piękne kasztelanki zasiadały w czasach trubadurów na trybunały miłosne [...] tu, w Montmajour, pod grobowymi płytami klasztoru śpią nasi arelaccy królowie [...], a wszystkie te wzgórza, wąwozy, jary o nazwach wspaniałych w prowansalskim języku, nazwach dźwięcznych i mówiących, na których lud Prowansji w lapidarnym stylu wycisnął piętno swego geniuszu, [...] to odwieczne pomniki naszego języka i kraju woniejącego tymiankiem, rozmarynem i lawendą, jaśniejące złotem i lazurem - ela.d
fot. ela.d Prowansja

„Ciało do ciała”

7

Po spłynięciu w czerwcu Bugiem jego odcinka granicznego od Gołębia do Dorohuska w ramach I Ogólnopolskiego Spływu Kajakowego było nam tej rzeki jeszcze mało, więc postanowiliśmy wrócić. Tym razem indywidualnie: my dwoje i pies. Odcinek od Mielnika do Broku długości 140 km wydał się w sam raz na tygodniowy urlop. Aby płynąć od Niemirowa zabrakło nam czasu – żal. Do przygotowania logistycznego musiały nam wystarczyć „Przewodnik kajakowy Polska Północno –Wschodnia” Marka Śleszyńskiego i zwykła mapa samochodowa. W przewodniku odcinek za Drohiczynem jest potraktowany po macoszemu – może autor ten odcinek poznał mniej. Szkoda że tak malowniczy i oryginalny szlak nie jest wnikliwiej opisany w formie przydatnej dla wodniaków. Wart jest tego jak mało który. Najwyższy czas wydać mapę w serii szlaków wodnych PTTK. To niby drobiazg, ale brak informacji o tym, gdzie sklep, gdzie możliwość biwaku, gdzie wysiąść warto, żeby coś zobaczyć był bodaj jedyną niedogodnością organizacyjną. A o smoczej jamie za Nurem to się dowiedzieliśmy od Joasi – miłej gimnazjalistki, której baśnie o okolicy opowiadała pewna emerytowana bibliotekarka – odszukamy starszą panią, jak przyjedziemy następnym razem. Nas, obytych po wodach zrazić nie mógł brak informacji, ale szlak rozreklamowany, to więcej spływów, a więc i więcej turystów cichych, dobrze zaprzyjaźnionych z przyrodą i nie zostawiających po sobie śladów. Nie wdzierających się nad rzekę samochodami z grillami z krzesłami i stolikami, z butelkami, z puszkami reklamówkami i słoikami, z którymi potem nie wiadomo co zrobić, więc do rzeki. A jest co reklamować!

Na Bugu jest szerzej nieba. Wyjdźcie ze swoich domów w mieście, czy w miasteczku nocną porą i spójrzcie na gwiazdy, a zróbcie to na łąkach za Mężeninem, czy za Zuzelą. W mieście między obrysami dachów co widać? – łunę miasta i parę zduszonych gwiazdek nie układających się w żadne konstelacje, a Księżyc kaszląc nie może się wyplątać spomiędzy anten. A na łąkach? Na łąkach Kasjopeja, Perseusz, Byk.., a gdy będziecie tam jak my, w połowie sierpnia i przeczekacie aż rozgrzany do pomarańczu Księżyc się wyciszy, zesrebrzy, to spomiędzy Plejad spłyną na łąki łzy świętego Wawrzyńca – spadające gwiazdy! W czapkę łapać. A w dzień są dwa nieba: na niebie i odbite w rzece. Oba ogromne.

Na Bugu jest szerzej ziemi. Wyjdźcie ze swoich domów w mieście, czy w miasteczku w południe.., a wejdźcie na górę zamkową w Mielniku, lub stańcie na Skarpie Mołożewskiej. Tam są dowody że Ziemia jest okrągła: widać jak zakręca. Na horyzont się tu patrzy w dół, a nie w górę ile dachy pozwolą. Horyzont jest obrysowany dalekim lasem i łąkami, a nie rynną dachową.

Na Bugu jest więcej powietrza – wciągnijcie do płuc powietrze o świcie w Zajęcznikach, czy za Nurem. Spróbujcie przejrzeć mgłę co unosi całe wyspy i odpływa z nimi po budzącym się srebrze rzeki.

Na Bugu jest więcej rzek – odnajdźcie się między wyspami i łachami pod Małkinią gdy zachód tuż, a miejsca na biwak jeszcze szukać żal.

Wzdłuż Bugu jest większy czas. Czas głębszy. Kredowe dno praoceanu inkrustowane skorupiakami pod Mielnikiem, drogi wyrzeźbione stopami Jaćwingów nawróconych ogniem i mieczem, warstwy czasu jak słoje drzew w Drohiczynie. Gdzie jest wspanialsze „wypłynięcie” miasta zza zakola jak właśnie w Drohiczynie, gdy wyłaniają się kolejne wieże kościołów i cerkwi w otuleniu drzew. A po wsiach ciesiółka domów wyrafinowana przez pokolenia: geometria zrębów, płynne wycięcia płatwi i belek wieńczących, orientacja deskowań szczytów o rysunku nienaruszalnym jak rysy świętych bizantyńskich. Splecenie czasów i modlitw. Marsz krzyży od cerkwi w Mielniku, obok synagogi i kościoła Przemienienia Pańskiego na Grabarkę.

Z Mielnika właściwie uciekamy zwiedziwszy go ledwie po łebkach, przed narastającym festynem pseudoludowym, który pewnie i w zamierzeniu jest zbożny – Muzyczne Dialogi nad Bugiem, ale ten jarmark plastikowych cudeniek gwiezdnowojennych wokół, te kretyńskie nawijki konferansjerów jakby tu ludzie głupsi mieli być, ta zanosząca się dyskoteka z debilnym refrenem „Ciało do ciała…” – na wodę, byle dalej. Na wysokości promu już nic nie słychać. Cisza pielęgnowana przez wędkarzy. Mijamy mosty, mijamy Mężenin. Namiot rozbijamy naprzeciw Zajęczników. Jest doniośle cicho. Nagle. już gdy szaro, ktoś daleko strzela z karabinu. Nie ma pewnie nawet do czego i dlaczego o zmierzchu. Pewnie przyjechał tak sobie postrzelać. Po kilkunastu strzałach słychać odległy warkot silnika i dalej cisza. Rozpalamy malutkie ognisko, jedyne jak okiem sięgnąć, ale na miejscu, gdzie już kiedyś ognisko palono. Czekamy na spadające gwiazdy. Gdyby nie to, że idąc za potrzebą wpadam po ciemku na stertę blach od syrenki noc by była astralna, a tak, to bandaże, plastry. Rano oglądamy wszystko dokładnie: drzwi od syrenki, błotniki od moskwicza; są i stare opony, jest obudowa telewizora, no i puszki, puszki – kto to tu przywlókł? W miejscu gdzie strzelano rozprute poszycie traw i płożących się roślinek do samego piachu jak do krwi. Kółka i ósemki po oponach samochodów terenowych. Rany zadane po próżnicy. Płyniemy dalej.

Zatrzymujemy się w Drohiczynie, zwiedzamy. Dalej kręcimy wśród wysp, pozdrawiamy wędkarzy, szukamy miejsca na biwak. Brzegi wysokie powiercone przez żołny i jaskółki. Duże stado czubatych czajek, na łasze trzy większe ptaki z dość długimi dziobami – odlatują nierozpoznane – może to wodniki, może słonki, może bekasy. Nareszcie miejsce dogodne do postawienia namiotu. Po szczegółowej analizie mapy i przewodnika wychodzi nam, że to Wydma Mołożewska – rezerwat. Zachowujemy się dyskretnie. Z Putkowic leżących po drugiej stronie przez całą noc dudni dyskoteka. Jak długo można wytrzymać piosenkę „Ciało do ciała, usta do ust” i jeszcze gorszych. Disco-polo powinno być ścigane prawem. W nocy rozbudza nas bliski gwar i warkot starego samochodu. Wychylam głowę z namiotu, trochę mi straszno – widzę przemykające cienie, w dali polonez bez świateł ryjący wydmę w koła i ósemki, kilku wchodzi do wody, prawie nie rozmawiają. Biorę saperkę, będę bronił w razie czego żony, psa i całego dobytku. Pies nie wytrzymuje napięcia i zaczyna ujadać – jesteśmy zauważeni. Podchodzi trzech, przyglądają się. Oni, że nie można tu biwakować, że rezerwat, ja, że nie wiedziałem, że nie oznakowano, że brak informacji. Odchodzą w zgodzie. Oddychamy z ulgą. A z drugiego brzegu: „Ciało do ciała, usta do ust…” Tajemniczy goście wracają za pół godziny i przynoszą sześć ryb. Okazuje się że to kłusownicy. Robi się to tak: jeden brzegiem idzie i trzyma jeden koniec sieci, a drugi środkiem rzeki (tak tu płytko) ciągnie drugi koniec sieci. Jedno stumetrowe przejście, to około sto ryb różnej wielkości. Oglądam darowane ryby – trzy to bolenie, jeden chyba leszcz, ale coś za duże łuski jak na leszcza, a dwie zupełnie nie znane: grzbiet prosty, pysk bardzo zadarty, drobna łuska. Co robić. Tamci siedzą i popalają papierosy, obserwują czy nie wzgardzimy. Rozpalam ognisko patroszę ryby, doprawiam solą cytryną i pieprzem. Pyszności. „Ciało do ciała” nie daje spać – oglądamy łzy świętego Wawrzyńca – płacze że tak głośno w tym rezerwacie ptaków. Bladym, mglistym świtem odkrywamy trzy dzikie wysypiska śmieci: stare tapicerki, blacharki, piecyki żeliwne, rower, pralka, puszki, butelki plastikowe, gruz – komu się chciało to wszystko tu przynosić? A przy wejściu do wsi jest kontener na śmieci. Jeden. Zasypany, że go nie widać. Płyniemy dalej.

Polujemy zenitem z teleobiektywem na czaple. Czaple siwe, ale są i dwie białe – ależ to czujne ptaki: z polowania nici. Zatrzymujemy się w Grannych – trzeba uzupełnić zapasy: chleb, mleko, pomidory. Idziemy wzdłuż malowniczych wierzb rozsypanych jak nuty na plakacie festiwalu szopenowskiego. Cała droga usłana puszkami po piwie i plastikowymi butelkami. Ileż tu tego. Mieszkańców tu jest na pewno mniej. W sklepie chleba nie ma, mleka nie ma, pomidorów nie ma. Jest kilkanaście gatunków piwa. Kupujemy puszkowe i puszki rzucamy na drogę – może to tutejszy zwyczaj. Namiot rozbijamy w Nurze. Idziemy ścieżką pokazaną przez tutejszych. Dróżka do ulicy prowadzi wzdłuż wysypiska śmieci: stare miski plastikowe, puszki, worki foliowe, gruz – smród aż do zaduchu. W nocy obok młodzież miejscowa rozpala ognisko. Ubaw trwa całą noc. Podziw wzbudza umiejętność budowy zdań z użyciem pięciu wyrazów, z czego cztery są powszechnie uznawane za wulgarne. To przeczy badaniom Naoma Chomskiego. Zdania są wykrzykiwane na całe gardło do samego świtu. Obserwujemy bogactwo znaczeń i swobodę wypowiedzi, bo spać nie można, bo z przenośnego magnetofonu leci nieśmiertelne „Ciało do ciała, usta do ust”. Na przykład „zapierdalać” znaczyć może: pracować, iść, kraść, tańczyć, a „wpierdolić” może znaczyć: zjeść, włożyć, pobić, wpaść. Mało było czasu żeby to wszystko usystematyzować – sprawa warta poważnych studiów. Rano idziemy zwiedzić miejscowość. Pytamy o inne dojście, żeby uniknąć smrodu wysypiska. Droga wskazana jest ułożona z płyt i biegnie wzdłuż drugiego wysypiska. Na końcu jest tablica: „Zabrania się wysypywania…”. Zwiedzamy miejscowość. Urzekająca stara architektura drewniana. Zamożniejsi obili ją sidingiem – co za zbrodnia estetyczna. I to na terenia Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego. Przy dzisiejszych możliwościach w zakresie impregnacji i malowania drewna. Czy tu się nie zatwierdza modernizacji jak każe prawo budowlane? Plastikowe deski, drewniane kamienie – kicz. I jeszcze te wysypiska co sto metrów prosto do rzeki. Gmina wystawiła kontener na śmieci. Jeden. W święto niewidoczny spod zwałów odpadów. Na prywatnych działkach też małe wysypiska, co doskonale widać od strony rzeki. Może to hobby takie. Uciekamy.

Za dziesięć kilometrów wieś Zgleczewo – tu się rozbijamy. Nareszcie cicho, nareszcie czysto. Rano, do sklepu idziemy tak: Zgleczewo, Zakrzewo Słoma i Zuzela. Idziemy skrajem szosy wzdłuż lasu. Takich ilości śmieci w przydrożnym rowie na całej długości to nie widzieliśmy nigdzie indziej w Polsce. Puszki, butelki, worki foliowe. To trzeba umieścić w przewodnikach! Horror. Zwiedzamy muzeum Kardynała Stefana Wyszyńskiego, kościół. Robimy zakupy, wchodzimy do zagrody po wodę. Wszędzie schludnie, czysto, ludzie przemili, życzliwi. Budynek muzeum imponująco zrekonstruowany i zakonserwowany – można i bez sidingu. Od gospodarza kupujemy mleko – wszędzie otwarte serca. Sypią nam jabłka i śliwki. Zostajemy na cały dzień. Do lasu na linii od Zgleczewa do Zuzeli się nie zbliżamy.

Ostatni odcinek do Broku. Kluczymy wśród wysepek i łach. Przecudownie. Cisza, zieleń, ptaki. Wędkarze machają do nas serdecznie, choć z rybą coś słabo. Na wysokości Małkini (pamiętamy z „Rejsu” kto się tam urodził), po przeciwnej stronie wysiadamy. Mamy zamiar zwiedzić muzeum Treblinka. Brak informacji .Idziemy na czuja jedynym dobrze i nowo wyasfaltowanym odcinkiem szosy, bo w innych kierunkach, to porozwalane płyty żelbetowe, jakby miały prowadzić na koniec świata. Taka wystawna droga, to pewnie do mauzoleum, do grobu Janusza Korczaka. Ubraliśmy się mniej pstrokato, nazbieraliśmy polnych kwiatów. Idziemy. Droga prowadzi w pole i tam się kończy. Co jest – pytamy okolicznych. A nie, tą drogę, to gmina zbudowała radnemu. Do mauzoleum to tamtędy, starą drogą. Parę kilometrów jeszcze. Rezygnujemy. Może tym krajem powinien rządzić król MaciuśI?!

Koniec spływu. Żegna nas gwałtowna burza nad Brokiem. Pioruny na do widzenia. Niebo nad Polesiem drży. Błyskawice rozrywają chmury i dogasają gdzieś nad Węgrowem, nad Sokołowem Podlaskim za Lasami Międzyńskimi. Wracamy do Gdyni. Wrócimy tu, bo jest tu pięknie. Już wiemy gdzie są wysypiska i jak je omijać, wiemy gdzie ułożono siding – gdzie nie wysiadać, żeby nie gwałcić tego kawałka mózgu, co estetyką zawiaduje. Zorganizujemy sobie lepsze mapy i wrócimy. Wrócimy, bo warto. Do tego nieba, do tej ziemi i wody, do tych uśmiechniętych ludzi.
Jarosław Kroplewski
fot. Wiesław Czapski Bug

Łatwy trud fotografowania

6

Znowu byłem nad wodą… Popatrzeć i zapisać. Jestem w dalszym ciągu zafascynowany dziejącą się rewolucją techniczną. Przykład – fotografia. A fotografuję wiele lat i mam porównanie. Żeby „zabrać ze sobą” to co się widziało, wielce trzeba było się napracować. Film, wywołanie; samemu lub u fotografa co to robił zdjęcia do legitymacji. Jakieś stykówki, chemia, powiększalnik… Potem ORWO slajdy, mini laby, rzutniki, ramki i „tylko 1 godz”. Ale film trzeba było kupić, a jakie czasem dostawało się odbitki?!

Długo broniłem się przed „cyfrówką”. Ale skanowanie slajdów i negatywów to był jedyny sposób na wejście w komputer i internet. Jak by nie patrzeć – OGRANICZENIA.

Jest porządny aparat cyfrowy i już tylko tworzyć.

I powstaje kilka filozoficznych pytań. Do czego dążymy? Czy malarz musi operować pędzlem czy kolorem, czy obraz będzie lepszy jak wykona go osobiście wykonanymi farbami czy tymi kupionymi w sklepie. Czy rzeźbiarz operuje dłutem czy kształtem, a pisarz – no właśnie piórem czy słowem? Czy książka jest lepsza, bo pisana klawiszami czy gęsim piórem? A czy Kochanowski i Szekspir napisaliby dzisiaj więcej czy lepiej?

Czy zdjęcie będzie lepsze, gdy do miejsca gdzie je zrobię, dojadę rowerem czy land roverem?

Czy więc techniczna łatwość wykonania pracy zamienia się w jakość?

No dobra. Jak sił starczy to pewnie znowu gdzieś trafię z aparatem i szybko zobaczę jak udały się zdjęcia. A może zobaczą to też inni?
fot. Wiesław Czapski Nad Bugiem
www.owyszkowie.blox.pl

Bajeczny Bajkał

1

To prawdziwe morze w głębi kontynentu, być może najstarsze jezioro świata, najgłębszy i największy zbiornik słodkiej wody na świecie – jezioro Bajkał. I  jest ono niestety zagrożone. Położone w środku Azji jezioro ma pojemność prawdziwego morza: wody Jeziora Bodeńskiego zmieściłyby się tu 460 razy, z łatwością pomieściłoby się tu również Morze Bałtyckie. Ma 336 dopływów a tylko jeden odpływ – Angarę. Jezioro zawiera około 1/5 światowych zasobów słodkiej wody. Taka ilość starczyłaby wszystkim mieszkańcom Ziemi przez 80 lat. Jezioro ma aż 1600 metrów głębokości, a to już czyni z niego najgłębszą rynnę świata wypełnioną wodą. Ale to nie wszystko. Na dnie jeziora spoczywa co najmniej sześciokilometrowa warstwa namułów, tak więc właściwe dno znajduje się około 8 kilometrów niżej.

Dopóki jedynymi mieszkańcami okolic byli tylko Buriaci, do jeziora dostawała się w naturalny sposób niewielka ilość zanieczyszczeń natychmiast rozkładanych przez licznie występujące tu skorupiaki. Dzięki temu woda pozostawała przejrzyście czysta i nie było problemów ze środowiskiem naturalnym. Z czasem ten mongolski lud, od pradawnych czasów zamieszkujący okolice „świętego morza”, został zdominowany przez rosyjskich zdobywców. Zaczął się wyrąb tajgi, zatapianie spławianego drewna, które gnijąc pogarszało jakość wody. Wreszcie powstały duże ośrodki przemysłowe, które bezpośrednio do jeziora odprowadzały nie oczyszczone ścieki powodując zaburzenia równowagi ekosystemu.

A Bajkał to pełna tajemnic skarbnica wiedzy o faunie naszego globu, bowiem żyją w nim do dziś prehistoryczne gatunki zwierząt. Naliczono tutaj ponad 1500 gatunków organizmów wodnych, z czego aż 3/4 to endemity, które zachowały się tylko w tym odizolowanym zbiorniku wodnym. Odnogą morską i dopływami rzecznymi przywędrowały tu foki prążkowane, które z biegiem czasu stały się zwierzętami słodkowodnymi. Jedyną na świecie foką słodkowodną jest właśnie foka bajkalska. Żyje tu także pies morski, wiele gatunków łososi, dorszy i karpi. Wokół jeziora występują lasy sosnowe i modrzewiowe oraz roślinność górskiej tundry i stepów. W nich bytuje wiele niedźwiedzi, wilków, lisów, łosi i jeleni.

Mimo wybudowanej oczyszczalni ścieków nieskuteczne prawo nadal sprawia, że to nadzwyczaj przejrzyste jezioro, do którego można sięgnąć wzrokiem aż do 40 metrów w głąb, jest dziś zagrożone. Jedynie pomoc finansowa z zachodu umożliwi zmianę produkcji na przyjazną dla środowiska i tym samym pomoże zachować ten specyficznie bajeczny ekosystem Bajkału – ew
Źródło: P. Göbel „Skarby UNESCO”

Aniołek

2

Niestety na nierównym kawałku muru pod kolejowym wiaduktem, gdzie raczej swe podpisy zostawiają napakowani sterydami szalikowcy wracający z meczów. Jest cudowny, oszczędny w kresce, za to światłocienie powodują  niesamowicie rzeczywistą głębię obrazu. Gdzie kończą się mazy na murze a zaczyna prawdziwa sztuka? Dlaczego nadal, z małymi wyjątkami jak tu, ci ludzie pozostają anonimowi?  (malik1@gazeta.pl)
fot. ewolny Bielsko-Biała