Po spłynięciu w czerwcu Bugiem jego odcinka granicznego od Gołębia do Dorohuska w ramach I Ogólnopolskiego Spływu Kajakowego było nam tej rzeki jeszcze mało, więc postanowiliśmy wrócić. Tym razem indywidualnie: my dwoje i pies. Odcinek od Mielnika do Broku długości 140 km wydał się w sam raz na tygodniowy urlop. Aby płynąć od Niemirowa zabrakło nam czasu – żal. Do przygotowania logistycznego musiały nam wystarczyć „Przewodnik kajakowy Polska Północno –Wschodnia” Marka Śleszyńskiego i zwykła mapa samochodowa. W przewodniku odcinek za Drohiczynem jest potraktowany po macoszemu – może autor ten odcinek poznał mniej. Szkoda że tak malowniczy i oryginalny szlak nie jest wnikliwiej opisany w formie przydatnej dla wodniaków. Wart jest tego jak mało który. Najwyższy czas wydać mapę w serii szlaków wodnych PTTK. To niby drobiazg, ale brak informacji o tym, gdzie sklep, gdzie możliwość biwaku, gdzie wysiąść warto, żeby coś zobaczyć był bodaj jedyną niedogodnością organizacyjną. A o smoczej jamie za Nurem to się dowiedzieliśmy od Joasi – miłej gimnazjalistki, której baśnie o okolicy opowiadała pewna emerytowana bibliotekarka – odszukamy starszą panią, jak przyjedziemy następnym razem. Nas, obytych po wodach zrazić nie mógł brak informacji, ale szlak rozreklamowany, to więcej spływów, a więc i więcej turystów cichych, dobrze zaprzyjaźnionych z przyrodą i nie zostawiających po sobie śladów. Nie wdzierających się nad rzekę samochodami z grillami z krzesłami i stolikami, z butelkami, z puszkami reklamówkami i słoikami, z którymi potem nie wiadomo co zrobić, więc do rzeki. A jest co reklamować!

Na Bugu jest szerzej nieba. Wyjdźcie ze swoich domów w mieście, czy w miasteczku nocną porą i spójrzcie na gwiazdy, a zróbcie to na łąkach za Mężeninem, czy za Zuzelą. W mieście między obrysami dachów co widać? – łunę miasta i parę zduszonych gwiazdek nie układających się w żadne konstelacje, a Księżyc kaszląc nie może się wyplątać spomiędzy anten. A na łąkach? Na łąkach Kasjopeja, Perseusz, Byk.., a gdy będziecie tam jak my, w połowie sierpnia i przeczekacie aż rozgrzany do pomarańczu Księżyc się wyciszy, zesrebrzy, to spomiędzy Plejad spłyną na łąki łzy świętego Wawrzyńca – spadające gwiazdy! W czapkę łapać. A w dzień są dwa nieba: na niebie i odbite w rzece. Oba ogromne.
Na Bugu jest szerzej ziemi. Wyjdźcie ze swoich domów w mieście, czy w miasteczku w południe.., a wejdźcie na górę zamkową w Mielniku, lub stańcie na Skarpie Mołożewskiej. Tam są dowody że Ziemia jest okrągła: widać jak zakręca. Na horyzont się tu patrzy w dół, a nie w górę ile dachy pozwolą. Horyzont jest obrysowany dalekim lasem i łąkami, a nie rynną dachową.
Na Bugu jest więcej powietrza – wciągnijcie do płuc powietrze o świcie w Zajęcznikach, czy za Nurem. Spróbujcie przejrzeć mgłę co unosi całe wyspy i odpływa z nimi po budzącym się srebrze rzeki.
Na Bugu jest więcej rzek – odnajdźcie się między wyspami i łachami pod Małkinią gdy zachód tuż, a miejsca na biwak jeszcze szukać żal.
Wzdłuż Bugu jest większy czas. Czas głębszy. Kredowe dno praoceanu inkrustowane skorupiakami pod Mielnikiem, drogi wyrzeźbione stopami Jaćwingów nawróconych ogniem i mieczem, warstwy czasu jak słoje drzew w Drohiczynie. Gdzie jest wspanialsze „wypłynięcie” miasta zza zakola jak właśnie w Drohiczynie, gdy wyłaniają się kolejne wieże kościołów i cerkwi w otuleniu drzew. A po wsiach ciesiółka domów wyrafinowana przez pokolenia: geometria zrębów, płynne wycięcia płatwi i belek wieńczących, orientacja deskowań szczytów o rysunku nienaruszalnym jak rysy świętych bizantyńskich. Splecenie czasów i modlitw. Marsz krzyży od cerkwi w Mielniku, obok synagogi i kościoła Przemienienia Pańskiego na Grabarkę.

Z Mielnika właściwie uciekamy zwiedziwszy go ledwie po łebkach, przed narastającym festynem pseudoludowym, który pewnie i w zamierzeniu jest zbożny – Muzyczne Dialogi nad Bugiem, ale ten jarmark plastikowych cudeniek gwiezdnowojennych wokół, te kretyńskie nawijki konferansjerów jakby tu ludzie głupsi mieli być, ta zanosząca się dyskoteka z debilnym refrenem „Ciało do ciała…” – na wodę, byle dalej. Na wysokości promu już nic nie słychać. Cisza pielęgnowana przez wędkarzy. Mijamy mosty, mijamy Mężenin. Namiot rozbijamy naprzeciw Zajęczników. Jest doniośle cicho. Nagle. już gdy szaro, ktoś daleko strzela z karabinu. Nie ma pewnie nawet do czego i dlaczego o zmierzchu. Pewnie przyjechał tak sobie postrzelać. Po kilkunastu strzałach słychać odległy warkot silnika i dalej cisza. Rozpalamy malutkie ognisko, jedyne jak okiem sięgnąć, ale na miejscu, gdzie już kiedyś ognisko palono. Czekamy na spadające gwiazdy. Gdyby nie to, że idąc za potrzebą wpadam po ciemku na stertę blach od syrenki noc by była astralna, a tak, to bandaże, plastry. Rano oglądamy wszystko dokładnie: drzwi od syrenki, błotniki od moskwicza; są i stare opony, jest obudowa telewizora, no i puszki, puszki – kto to tu przywlókł? W miejscu gdzie strzelano rozprute poszycie traw i płożących się roślinek do samego piachu jak do krwi. Kółka i ósemki po oponach samochodów terenowych. Rany zadane po próżnicy. Płyniemy dalej.
Zatrzymujemy się w Drohiczynie, zwiedzamy. Dalej kręcimy wśród wysp, pozdrawiamy wędkarzy, szukamy miejsca na biwak. Brzegi wysokie powiercone przez żołny i jaskółki. Duże stado czubatych czajek, na łasze trzy większe ptaki z dość długimi dziobami – odlatują nierozpoznane – może to wodniki, może słonki, może bekasy. Nareszcie miejsce dogodne do postawienia namiotu. Po szczegółowej analizie mapy i przewodnika wychodzi nam, że to Wydma Mołożewska – rezerwat. Zachowujemy się dyskretnie. Z Putkowic leżących po drugiej stronie przez całą noc dudni dyskoteka. Jak długo można wytrzymać piosenkę „Ciało do ciała, usta do ust” i jeszcze gorszych. Disco-polo powinno być ścigane prawem. W nocy rozbudza nas bliski gwar i warkot starego samochodu. Wychylam głowę z namiotu, trochę mi straszno – widzę przemykające cienie, w dali polonez bez świateł ryjący wydmę w koła i ósemki, kilku wchodzi do wody, prawie nie rozmawiają. Biorę saperkę, będę bronił w razie czego żony, psa i całego dobytku. Pies nie wytrzymuje napięcia i zaczyna ujadać – jesteśmy zauważeni. Podchodzi trzech, przyglądają się. Oni, że nie można tu biwakować, że rezerwat, ja, że nie wiedziałem, że nie oznakowano, że brak informacji. Odchodzą w zgodzie. Oddychamy z ulgą. A z drugiego brzegu: „Ciało do ciała, usta do ust…” Tajemniczy goście wracają za pół godziny i przynoszą sześć ryb. Okazuje się że to kłusownicy. Robi się to tak: jeden brzegiem idzie i trzyma jeden koniec sieci, a drugi środkiem rzeki (tak tu płytko) ciągnie drugi koniec sieci. Jedno stumetrowe przejście, to około sto ryb różnej wielkości. Oglądam darowane ryby – trzy to bolenie, jeden chyba leszcz, ale coś za duże łuski jak na leszcza, a dwie zupełnie nie znane: grzbiet prosty, pysk bardzo zadarty, drobna łuska. Co robić. Tamci siedzą i popalają papierosy, obserwują czy nie wzgardzimy. Rozpalam ognisko patroszę ryby, doprawiam solą cytryną i pieprzem. Pyszności. „Ciało do ciała” nie daje spać – oglądamy łzy świętego Wawrzyńca – płacze że tak głośno w tym rezerwacie ptaków. Bladym, mglistym świtem odkrywamy trzy dzikie wysypiska śmieci: stare tapicerki, blacharki, piecyki żeliwne, rower, pralka, puszki, butelki plastikowe, gruz – komu się chciało to wszystko tu przynosić? A przy wejściu do wsi jest kontener na śmieci. Jeden. Zasypany, że go nie widać. Płyniemy dalej.

Polujemy zenitem z teleobiektywem na czaple. Czaple siwe, ale są i dwie białe – ależ to czujne ptaki: z polowania nici. Zatrzymujemy się w Grannych – trzeba uzupełnić zapasy: chleb, mleko, pomidory. Idziemy wzdłuż malowniczych wierzb rozsypanych jak nuty na plakacie festiwalu szopenowskiego. Cała droga usłana puszkami po piwie i plastikowymi butelkami. Ileż tu tego. Mieszkańców tu jest na pewno mniej. W sklepie chleba nie ma, mleka nie ma, pomidorów nie ma. Jest kilkanaście gatunków piwa. Kupujemy puszkowe i puszki rzucamy na drogę – może to tutejszy zwyczaj. Namiot rozbijamy w Nurze. Idziemy ścieżką pokazaną przez tutejszych. Dróżka do ulicy prowadzi wzdłuż wysypiska śmieci: stare miski plastikowe, puszki, worki foliowe, gruz – smród aż do zaduchu. W nocy obok młodzież miejscowa rozpala ognisko. Ubaw trwa całą noc. Podziw wzbudza umiejętność budowy zdań z użyciem pięciu wyrazów, z czego cztery są powszechnie uznawane za wulgarne. To przeczy badaniom Naoma Chomskiego. Zdania są wykrzykiwane na całe gardło do samego świtu. Obserwujemy bogactwo znaczeń i swobodę wypowiedzi, bo spać nie można, bo z przenośnego magnetofonu leci nieśmiertelne „Ciało do ciała, usta do ust”. Na przykład „zapierdalać” znaczyć może: pracować, iść, kraść, tańczyć, a „wpierdolić” może znaczyć: zjeść, włożyć, pobić, wpaść. Mało było czasu żeby to wszystko usystematyzować – sprawa warta poważnych studiów. Rano idziemy zwiedzić miejscowość. Pytamy o inne dojście, żeby uniknąć smrodu wysypiska. Droga wskazana jest ułożona z płyt i biegnie wzdłuż drugiego wysypiska. Na końcu jest tablica: „Zabrania się wysypywania…”. Zwiedzamy miejscowość. Urzekająca stara architektura drewniana. Zamożniejsi obili ją sidingiem – co za zbrodnia estetyczna. I to na terenia Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego. Przy dzisiejszych możliwościach w zakresie impregnacji i malowania drewna. Czy tu się nie zatwierdza modernizacji jak każe prawo budowlane? Plastikowe deski, drewniane kamienie – kicz. I jeszcze te wysypiska co sto metrów prosto do rzeki. Gmina wystawiła kontener na śmieci. Jeden. W święto niewidoczny spod zwałów odpadów. Na prywatnych działkach też małe wysypiska, co doskonale widać od strony rzeki. Może to hobby takie. Uciekamy.
Za dziesięć kilometrów wieś Zgleczewo – tu się rozbijamy. Nareszcie cicho, nareszcie czysto. Rano, do sklepu idziemy tak: Zgleczewo, Zakrzewo Słoma i Zuzela. Idziemy skrajem szosy wzdłuż lasu. Takich ilości śmieci w przydrożnym rowie na całej długości to nie widzieliśmy nigdzie indziej w Polsce. Puszki, butelki, worki foliowe. To trzeba umieścić w przewodnikach! Horror. Zwiedzamy muzeum Kardynała Stefana Wyszyńskiego, kościół. Robimy zakupy, wchodzimy do zagrody po wodę. Wszędzie schludnie, czysto, ludzie przemili, życzliwi. Budynek muzeum imponująco zrekonstruowany i zakonserwowany – można i bez sidingu. Od gospodarza kupujemy mleko – wszędzie otwarte serca. Sypią nam jabłka i śliwki. Zostajemy na cały dzień. Do lasu na linii od Zgleczewa do Zuzeli się nie zbliżamy.
Ostatni odcinek do Broku. Kluczymy wśród wysepek i łach. Przecudownie. Cisza, zieleń, ptaki. Wędkarze machają do nas serdecznie, choć z rybą coś słabo. Na wysokości Małkini (pamiętamy z „Rejsu” kto się tam urodził), po przeciwnej stronie wysiadamy. Mamy zamiar zwiedzić muzeum Treblinka. Brak informacji .Idziemy na czuja jedynym dobrze i nowo wyasfaltowanym odcinkiem szosy, bo w innych kierunkach, to porozwalane płyty żelbetowe, jakby miały prowadzić na koniec świata. Taka wystawna droga, to pewnie do mauzoleum, do grobu Janusza Korczaka. Ubraliśmy się mniej pstrokato, nazbieraliśmy polnych kwiatów. Idziemy. Droga prowadzi w pole i tam się kończy. Co jest – pytamy okolicznych. A nie, tą drogę, to gmina zbudowała radnemu. Do mauzoleum to tamtędy, starą drogą. Parę kilometrów jeszcze. Rezygnujemy. Może tym krajem powinien rządzić król MaciuśI?!
Koniec spływu. Żegna nas gwałtowna burza nad Brokiem. Pioruny na do widzenia. Niebo nad Polesiem drży. Błyskawice rozrywają chmury i dogasają gdzieś nad Węgrowem, nad Sokołowem Podlaskim za Lasami Międzyńskimi. Wracamy do Gdyni. Wrócimy tu, bo jest tu pięknie. Już wiemy gdzie są wysypiska i jak je omijać, wiemy gdzie ułożono siding – gdzie nie wysiadać, żeby nie gwałcić tego kawałka mózgu, co estetyką zawiaduje. Zorganizujemy sobie lepsze mapy i wrócimy. Wrócimy, bo warto. Do tego nieba, do tej ziemi i wody, do tych uśmiechniętych ludzi.
Jarosław Kroplewski
fot. Wiesław Czapski Bug










Chyba trafił swój na swego? Jeden maluje nadbużański świat słowami drugi obiektywem… obaj niepowtarzalnie pięknie.
Kochana jesteś!
Jak tam byłem, to jakaś dziewczyna w sklepie, po rozmowie, poprosiła mnie o materiał do jakieś gazety. Materiał miał propagować, a ja dałem trochę czadu z tymi śmieciami, więc myślałem, że ją zawiodłem. A tu patrzcie Penetratorka odszukała. I jak tu Ciebie nie kochać!
Fotki rewelka oczywiście. A zdjęcie czapli to już pełen odlot!
Gorące buzi!
Jarek
matko, zakochałam się w tym opisie!
Mój drogi kroplewski – Ty napisz swój własny subiektywny przewodnik po szlakach wodnych. Kto powiedział, że przewodniki mają zawierać suche fakty : „po trzech kilometrach ciekawostka turystyczna”. Brrr. Przewodnik sercem pisany to zupełnie cos innego.
Napisz, jedna czytelniczke masz na bank.
Przeczytałam z zapartym tchem – chociaż oprócz piękna opisuje tyle smutnej ludzkiej głupoty… Sama w swoich nadpilicznych lasach to samo obserwuję: wyrzucanie śmieci, wielki wysiłek włożony w to, żeby wtaskać do lasu stare meble czy kuchenkę gazową, że nie wspomnę o tonach sztywniejącej folii przykrywającej wiosną truskawki czy ogórki…
Ale krajobrazy śliczne!
Kroplewski, zapraszam na szlak Pilicy, córka znalazła w necie doskonały przewodnik kajakowy Marka Lityńskiego (i okazało się, że to mój były sąsiad!), opisujący trasę od źródeł do Góry Kalwarii! A po drodze – do mnie na chwilę oddechu (1 km odnogą od Pilicy pod koniec trasy, przed ujściem do Wisły!), do tych nadpilicznych lasów i do skansenu (dla chętnych!) przyczółka warecko-magnuszewskiego!
ale latem mi zapachniało …