Szary dzień. Dzień jak co dzień. Typowy Dzień Świstaka.
Miasteczko Natenczasowo budziło się do życia. Wraz z brzaskiem wyłaniały się zarysy bloków z wielkiej płyty, z których wysypywały się postaci ludzi spieszących wykonywać te same ruchy co wczoraj, jutro, przedwczoraj czy pojutrze.
Na ławeczkę obok swojego czteropiętrowca z kolorowymi balkonami wyszła para emerytów. Babcia Halszka i dziadzio Gustaw Barańscy. Babcia ubrana w podomkę czekała, by poklachać z sąsiadkami a dziadzio z talią kart w kieszeni spodni od dresu wypatrywał kolegów, by na drewnianej ławeczce przy skleconym z dykty stoliku pograć w znanego w kręgach studenckich Pana (by nie rzec brzydziej jak owa gra się nazywała). Jak zwykle najpierw przypatrywali się otoczeniu milcząc w błogiej nieświadomości, bo też tylko ona była ich wybawieniem. Tak jak wielu im podobnym odrzucali myśl o wegetacji. Okrutnej wegetacji skazującej na zbliżający się koniec rzeczywistości.
I wtedy przed ich klatkę podjechała ogromna ciężarówka, która ledwie mieściła się w wąskiej, ślepej uliczce dochodzącej do wystawionych kubłów na śmieci i tam mającej swój kres. Państwo Barańscy nie widzieli już dobrze, ale przytępiony wzrok dostrzegał jak bardzo kolorowa była ta ciężarówka z jakimś napisem na boku i kwadracikami na zadzie.
- Zmiataj łobuzie! – krzyknął Gustaw wywijając laską – Tu jest zakaz parkowania!
Wschodzące na bezchmurne niebo słońce oświetlając ciężarówkę uwypukliło jej niezwykłość, bo pojazd tworzył ostry kontrast swą barwnością z szarym osiedlem i nawet kolorowe balkony wydawały się przy nim blade.
Z szoferki wysiadła blond włosa kobieta w mokasynach z krokodylej skóry, niebieskich znoszonych dżinsach, które przeżyły niejedną przygodę, w kraciastej koszuli i bielutkim, kowbojskim kapeluszu. Jej twarz promieniała blaskiem szczęścia a państwo Barańscy wpatrywali się w ten blask jakby zobaczyli coś boskiego.
Nagle zobaczyli to co stracili – Kipiącego życiem człowieka!
Poczuli coś jakby ekstazę na ten widok. O tak, życie jest piękne, życie jest piękne, życie jest piękne… Te dawno zapomniane słowa wypowiadały się najpierw cichutko a potem coraz głośniej.
A tymczasem właścicielka ciężarówki podeszła do tylnych drzwi i otworzyła je z głośnym trzaskiem. Ze środka wypadła… kostka Rubika. Tomek

Powoli pochyliła się siejąc zgorszenie u staruszków – ponętnie wypiąwszy się ukazała oczom gadziewi zamiast porządnych fig, coś na kształt sznurka. Podniosła energicznie kostkę pocierając nią o zewnętrzną część uda pokrytą jasnym jeansem. Zatrzasnęła drzwi ciężarówki i zabalansowała ciałem zatrzymawszy się w półobrocie po tym, jak dostrzegła skazę na doskonale błyszczącej alufeldze. Znów powtórzyła manewr z pochyleniem, ale tym razem włożyła weń więcej serca. Zaniepokojona była. Tarcie kolanem nie przyniosło spodziewanego efektu, matowa plamka nadal odcinała się od srebrzystego blasku. Zbliżyła usta do metalowej obręczy opierając się szeroko rozłożonymi rękami o brzeg czarnego, wielkiego koła. Chuchnęła mocno i niczym w zmrożonej szronem szybce zaczęła kolistym ruchem polerować niedoskonałość. Niestety bez skutku.
Wstając westchnęła ciężko i odwróciła się do staruszków uchylając swój awangardowy w tych stronach kapelusz:
- Hi, to znaczy haj – zawołała na odchodnym i pomachała szczupłą dłonią z paznokciami w kolorze meksykańskiej czerwieni takim jak ciężarówka. Jej postać zniknęła w bramie niszowej kamienicy, w której od lat pachniało moczem kotów lub po prostu starszymi już ludźmi. Młodzi powyjeżdżali, nie pisali, nie dzwonili. Pochłonął ich zgiełk wielkiego świata. Czasami tylko z okazji świąt wysyłali swym starym ojcom kilka cyfr, licząc na uśpienie swych wyrzutów sumienia. Halszka spojrzała na Gustawa:
- Pieronie ty! Kas się marnoto, durnoto ślepisz za chudziną? – i tu jeb go w pysk swą wyrobioną na śląskich kluskach łapą.
- Widziałech ja nie takie chudziny, co się cepias! Trzymia się ady, kas ja się głupia babo ślepiam? Ja wiem na co się ślepiam – z coraz mniejszym animuszem bronił się stary Gustaw – Zeby nas Jontek miał taka fura to by graty z wystawki z Hamburga móg wozić. Jo bych mu opylał.
- A do kogo ona szła? – Halszka już przestała się zajmować swym starym prykiem, dobrze wiedząc, że mocno przyspawan do jej spódnicy – Mus do Bercikowej. Myła ostatnio okna w środku tydnia. – mruczała – Po co? Musi wiedziała, ze gość w dom. Siedź stary jak kcesz ja idę posłuchać szklanką o czym gadać będą.
Halszka zwinniejszym ruchem niż jej poprzedniczka pokonała schody nawet po dwa stopnie na raz, tak bardzo jej żal było przegapić o czym ta wielkomiejska, światowa kobieta będzie rozmawiać i najważniejsze z kim!
Tymczasem w pokoju upstrzonym starymi obrazami, koronkowymi firankami, narzutami dzierganymi w samotne i długie wieczory, gdzie czuć było zapach naftaliny, która współgrała z zapachem kropli walerianowych, gdzie zapach kocich odchodów odurzał niezgorzej niż aromat anginki z parapetu, gdzie półmrok zza nazbyt małych okien pełzał po starych dębowych meblach – cisza aż dzwoniła w uszach…
Bielutki kapelusz leżał na stoliku nakrytym szydełkowym obrusem, wysokie seksowne kozaczki a’la mokasyny leżały zrzucone niedbale w progu pokoju, na krześle w rozpiętych już jeansach siedziała półleżąc zmęczona kobieta z ciężarówki. Nogi miała wsparte o stół, bose stopy tuż obok urokliwej kostki, przymknięte oczy. Feeria barw, kolorów mąciła jej spokój. Setki urwanych kadr z filmu przetaczały się w sposób niekontrolowany, czuła zawrót w głowie i zwiększony puls – uczucie żywcem z łańcuchowej karuzeli. Obrazy przetaczały się szybko nie dając zagościć ni krztyny dłużej – strzępy obrazów, migoczących po obu stronach dróg, widzianych z szoferki ciężarówki mknącej po szosie 170 km na godzinę.
Jej wzrok zatrzymał się dłużej na kostce.
Czy kanciasta kostka może oddać płynnie, precyzyjnie wymierzone ruchy uderzenia? Nie. Rykoszety lecą na prawo i lewo, piłka nie dająca się odebrać lub lecąca w przestrzeń – bez odbioru.
Daleko odjechała tą ciężarówką, za daleko od swych znanych, starych zapachów kociego moczu, naftaliny, odpadającego tynku, starych dobrosąsiedzkich układów… Zatęskniła za obłymi kształtami piłeczki do ping-ponga jak za otoczakiem przez lata wytartym swojszczyzną – witaj w domu na starych śmieciach. Ciężkie są takie powroty ale i nieuniknione.
Wyprostowała się na krześle i jeszcze wspominając swe pięć minut w wielkim świecie zaczęła powoli odlepiać czerwonokrwiste paznokcie, po nich szybko zdjęła ze spoconej głowy blond perukę, ciężko wstała z krzesła i jeszcze ciężej zsunęła obcisłe, wytarte jeansy, rozwinęła sześć zwoji bandaża elastycznego, który ciasno opinał jej tors i uda, rozpięła kraciastą koszulę a ze stanika wyjęła dwa motki moheru dziesięciodekowego, po czym już całkiem spokojnie zdjęła silikonową maskę z twarzy.
Zmęczona była.
Zmęczenie to przecież domena ludzi w jej wieku, więc wzięła pod bok swego wyliniałego kota i poczłapała w stronę wysokiego tapczanu. Po drodze zerknęła jeszcze zza firanki na RedBigTira i uśmiechnęła się delikatnie pod wąsem: se jutro pogadam z Halszką na polu, nie uwierzy.
Po czym już, już miała zasnąć jak to ona niespodziewanie i nagle, ale podniosła się jeszcze ciężko na swym starym łokciu, szybko jednym ruchem zwinnego języka wysunęła z ust państwową szczękę a ta zrobiła głośne chlup w stojącą tu od miesięcy szklankę z roztworem sody oczyszczanej. Lubiła ją mieć zawsze przy wezgłowiu łóżka, gdy tylko męczyła ją nocna zgaga po tłustych, śląskich roladach robiła łyk i przechodziło jak ręką odjął.
Opadła Bercikowa już uwolniona z wszelkich pozorów zatrzymywania czasa na swe patchworkowe wezgłowie i spokojnym, głośnym chrapem oznajmiła – śpię. ewolny
grafika: © ew












Widuje w lustrze taka jedna co jej sie ze zmeczenia nawet maski nie chce zakladac, ze o cyckach moherowych czy wyszczuplajacych getrach nie wspomne. Jakby kto ja ze znajomych spotkal na ulicy to ucieklby ze strachu
Zaluje, ze tak fajnie jak wy nie umiem napisac.
Jak czytam te nasze stare teksty ping-pongowe to łezka się w oku kręci. Jest taka powieść Kobierzec i tam bohater przenosił się do magicznego miejsca a po powrocie zapominał z czasem o wszystkim co tam widział, codzienne życie wymazywało wspomnienia o rzeczach niezwykłych. Tak to jest, że ta okropna codzienność obdarta z niezwykłości pochłania człowieka bez reszty, mydli oczy i ani się spostrzegamy jak lądujemy z talią kart w spodniach od dresu. To wymaga ogromnego wysiłku o gigantycznej siły by nie dać się wciągnąć w wir szarej rzeczywistości bo to najwygodniejsze biernie poddać się wichrowi a przecież podobno tylko powyrywane korzenie, gałęzie i śmieci płyną z prądem.
Czytając i wspominając przypominam sobie jedno z przesłań naszych ping-pongów o tym by iść pod prąd.
Witam! Mógłbym się przymierzyć do nakręcenia śląskiej sagi SF, gdyż bardzo zaciekawiła mnie ta historia.
Proszę jednak o skorygowanie frazeologii poprawnego słownictwa, wtedy poproszę o zgodę na ekranizację. W ogóle sporo tu pomocnego materiału.
Dziękujemy.
To łap ryczkę a do kompletu byfyj dorzucę, co stoi u frelki w antryju, a jak zgłodniejesz żymłę podam, przylipkę lub glonka z serem…
Mieszkałem w regionie, w którym nie mówi się po śląsku bo historycznie rzeka Brynica wyznaczała granice państwa i co za tym idzie także granicę kultur. Los chciał bym codziennie za chlebem przekraczał tę granice i co ciekawe gwara przenika. Często chwytałem się na przejmowaniu wyrazów ze śląskiego. Co jednak ciekawe, po powrocie i przekroczeniu słynnej Brynicy już jako 100%, gorol mówiłem czystą polszczyzną (choć EW i tak twierdzi, że mam śląski akcent).
… znaczy godać.
Pamiętam początki gdy nie miałem pojęcia o czym mowa gdy słyszałem: „To jest w ausgabie”, albo „niech no pan nam użyczy waserwogi”. W lecie w powietrzu fruwały śmaterloki a nocą moty i długo kombinowałem, że chodzi o motyle i ćmy. Przestałem nosić czapkę w zimie a przerzuciłem się na mycki. Największy cud stał się gdy wsiadłem na rower i po przejechaniu przez most na Brynicy zmienił się i jechałem na kole.
Wiele jeszcze by mówić
Gwara przenika. Przecież nie tylko łapię zwroty słowackie, ale przede wszystkim góralskie od Młodej Rudej, która nawiasem jest blondynką. Ona mnie rozwala najbardziej.
Pamiętam moje zdziwienie, gdy zrugała mnie za pisownię na www „a kas”. Zwrot ten obok „ady”, na stałe już jest w moim słowniku, ale zdarzyło się raz, że Młoda stanęła obok mnie w pracy i na pytanie, czy potrzebuje jeszcze czegoś odpowiedziała zadziwiając mnie dogłębnie:
- A ka.
Znana z tego, że nie cierpię skracania typu: nara, czecho, spoczko, spoko dałam reprymendę „młoda no co ty, wyrażaj się poprawnie”.
I tu moi mili przechodzimy do trzonu, osi, meritum, bowiem młoda odpowiedziała mi dobitnie:
- Jest „a ka” i „a kas!”
- „A kas” – a skąd. Używamy chcąc zaakcentować zaprzeczenie np „a kas mi roboty braknie”.
- „A ka” – a gdzie. To jakby mocny akcent na zaprzeczenie np „ależ co Ty mówisz, nie braknie mi pracy”.
Gdzie tu miejsce na „ady”? Ano jest:
- „Ady” – ale nie. To mocne zaprzeczenie mające na celu podkreślenie, czym różni się np od „a kas” np „a ka”. Jakby nasze „no nie – ady zrobię to, ady mówiłam ci, ady nie braknie mi”.
Górale kurde to jednak mądrzy ludzie – tak swobodnie pływać, w takich niuansach językowych. Przy nich prośba Młodej dziadka „zrób mi glonka, GLONKA z serem” to bajka, lub „chciałbym, żeby mi pan zrobił szafkę z dziesięcioma stolikami”. Po co komu dziesięć stolików zapytacie? To szuflady! Albo – dlaczego dziadek z glonkami z ż(rz)ymuły wychodzi przez od maryjkę na stajanie przez przykopkę?
To nie jest tak, że nie uczę się języków obcych, o nie!
No, a na koniec Młoda Ruda dobiła mnie doresztnie, mówiąc gołe:
- Kas.
Kas było bez tego przedrostka „a” – „a kas”. Mówię zaczepnie:
- Młoda, a bez tego „a” to co innego coś znaczy?
I całkiem spokojnie odpowiedziała:
- „Gdzież”, albo „skąd”.
Znowu mnie zachwyciłaś Ew! Twój talent pisarski i znajomość gwary śląskiej są wspaniałe. Uważam jednak, że zamiast dziergać powinno być sztrykować. A zamiast frazy „roztworu sody oczyszczonej” można użyć słowa „natron”. Proponowałbym także użyć słowa piznąć zamiast „jeb”. Np. ” …i tu pizła go w łeb”.
Przepraszam za wymądrzanie się. Nara!
Widzę synu, że jeszcze dużo nauki przede mną
Aczkolwiek jeśli chodzi o klnięcie, to nie ma mocnych, zawiodę Was – klnę jak szewc. Ostatnio zaaferowana fotografowaniem ptaka w locie, rzekłam na głos „ciekawe czy mi z kadru wyszłeś ch..u” akurat w momencie jak gościu przechodził.