fot. Tomek Tatry, Polska
„Wspinaczka na Kościelec” jest utworem, do którego zainspirował mnie Tomek swoimi opisami gór i wspinaczek. Ja co prawda się nie wspinam, ale po górach chodziłem dość sporo myślę, że mam wyobrażenie, ale jest jeszcze coś…
…dla mnie to też była wspinaczka.
Po raz pierwszy zastosowałem w swoim utworze tyle elektroniki. Właściwie mamy tylko instrumenty elektroniczne, klawiszowe oraz specjalny dodatek – dwa flażolety, w tym jeden o stroju oktawę niższym.
Flażolet to instrument, w którym zakochałem się jakiś czas temu. W tym utworze zastosowałem go po raz pierwszy. Przygotowanie do nagrań trwało długo i było prawdziwą wspinaczką po flażoletowe umiejętności.
Obecność flażoletu w tym utworze uzasadnia się jeszcze czymś. Nawet najstarsi górale nie pamiętają czasów, kiedy w muzyce góralskiej królowały nie skrzypce, ale… multanki (czyli prymitywne fletnie) oraz flety podobne do flażoletu irlandzkiego.

Dźwięk takiego fletu to właściwie dźwięk powietrza rozbijanego o krawędź… a to tak dobrze znamy z gór.” – Marcin Maj











Cudo, cudeńko:)
Uwielbiam oglądać góry z tej perspektywy, bardziej nawet niż zdobywanie ich szczytów i obcowanie bezpośrednio ze skałą. Widać jak promienie słońca odbijają się w granitowych ścianach a chmury otulają wierzchołki.Majestat w pełni z muzyką
Chce się tam być, odetchnąć pełną piersią, oprzeć na kochanym ramieniu…
Tomek, pamiętasz???
A da się słowami opisać wrażenia po tak pięknej muzyce i takich widokach?
W pierwszym, próbnym kawałku z rozpoczętej wspinaczki potrafiłam opowiedzieć o radosnym człowieku lekko wchodzącym na stok, czasami zatrzymującym się w swej wspinaczce, rozglądającym ciekawie na boki, podziwiającym przestrzeń, widok z góry na świat, człowieku zwalniającym kroku z biegiem czasu, z dochodzącym wciąż nowym, uciążliwym zmęczeniem… To była próbka utworu.
A całość? To już jak stary, wytrawny Indianin siedzący spokojnie w blasku zachodzącego słońca nad skrajem przepaści Wielkiego Kanionu i nadający ton do marszruty wspinającym się młodym łowcom mustangów.
Mnie uderza podobieństwo ujęcia do fotografii Moni. To praktycznie to samo miejsce jakby fotografujących zafascynował Kościelec w tej samej chwili
Utwór pamiętam bo trafiał do wyobrażenia tej góry opisanej dźwiękami.
Evito, miałem to szczęście właśnie, że kochana osoba oparła się na moim (ze względu na wzrost nie mogłem oprzeć na jej).
Cudnie
ojej…jakie to piękne! zwłaszcza połączone ze zdjęciem Koscielca. Ten szczyt to takie niby nic, niezbyt wysoki w porównaniu do innych, a trudny…Nie wspinałam się, ale wiem. No i siedziałam kiedys na przełeczy Karb pod nim, a całkiem niedawno na Czarnym Stawem u jego stóp.
Poproszę o jeszcze!
Marcinie – muzyka cudowna, flety grają tu „jak z nut”. Faktycznie osiągnąłeś w ich opanowaniu co najmniej Kościelec, a moim skromnym zdaniem blisko Ci już do Mont Blanc (a z tamtąd już tylko kawałek do Everestu). Wiem co mówię, bowiem grywałem onegdaj, jeszcze w liceum na fletach prostych (teneorowym i basowym) w międzyszkolnym zespole muzyki dawnej.
Ale po wysłuchaniu Twojego dzieła, mam raczej nietypowe odczucia. Twoja piękna muzyka przeniosła moją jaźń nie w Tatry, a… na Szetlandy. Niewielkie, brytyjskie wyspy pomiędzy Atlantykiem i Morzem Północnym. Niezbyt wysokie, ale ze znacznymi różnicami względnymi poziomów; intensywnie zielone, ale pozbawione drzew; wiecznie zamglone i wystawione na atlantyckie wiatry. Gdy łaziliśmy z synem po okolicach Lervick to coś samo z siebie „grało mi w duszy”. Wtedy jeszcze nie potrafiłem skonkretyzować tej melodii, tylko ją przeczuwałem, tłukła mi sie gdzieś po zakamarkach duszy.
Ty ją napisałeś, wykonałeś i nagrałeś. Można powiedzieć „Słowo stało się ciałem”. W dodatku uczyniłeś to znakomicie, choc bezwiednie. Byłeś kiedyś na Szetlandach?
Jeśli nie to jakim cudem tak pieknie zilustrowałeś Szetlandy? Pasaże i ozdobniki flażoletów – to wiatr rozbijający się o krawędź klifu; długie, wstępujące pochody sekundowe w podkładzie – to powolne, majestatyczne przesuwanie sie żaglowca w wąskiej rynnie zamglonego szkieru; i wreszcie wybuchające raz po raz kule dzwięku – to olśniewające widoki otwierające się po obu burtach, gdy wiatrowi uda się na moment przegonić mgłę i na kilka pięknych chwil błyśnie ostre, północnoatlatyckie słońce.
Tomku – uczta dla ucha i serca, z serca dziękuję za tą inspirację Marcina!
Wczoraj na komunii siedziałem w widzianym pierwszy raz na oczy towarzystwie. Na początku trudno było z kimś porozmawiać, przełamać jak to u mnie bywa barierę otwarcia.
I nagle zobaczyłem w telefonie współbiesiadnika obok mnie tapetę w postaci jakiejś góry. Od słowa do słowa dyskusja rozgorzała. Okazało si, że siedzę wśród pasjonatów gór dla których Tatry są najpiękniejsze. Ktoś powiedział, że wszędzie by wszedł tylko nie na Kościelec i jakże dumny byłem wtedy gdy patrzono na mnie z zainteresowaniem.
Och Kościelcu, Kościelcu – tyś mnie obdarzył swoją duszą, naznaczył swym pieknem, pozwolił spozierać ze swego szczytu i bezpiecznie odprowadził na dół mimo potężnej ulewy. Wiedziałeś pewnie, że będę o Tobie snuł opowieści, że będę pisał pochwalne panegiryki, że rozkocham w twym widoku ludzi o bogatym wnętrzu wrażliwych na piękno.