prowincjuszka
Śnieg padał coraz większymi płatami. Przykrywając świat białym puchem, wygładzał ostre krawędzie krakowskich ulic, przykrywał łyse gałęzie drzew na Plantach. Marysia z westchnieniem zasunęła firankę. Usiadła przy biurku, w ciepłym kręgu światła lampy i zadumała się nad białą kartką papieru. Tyle uczuć, tyle obrazów, jak przełożyć to na litery tak, by ci, którzy będą czytali zobaczyli to wszystko co ona?
Drzwi otwarły się z trzaskiem , do pokoju wpadła roześmiana, pulchna dziewczyna.
- Marysiu, patrz jaki śnieg, jak pięknie, chodź z nami na spacer! – wołała od progu.
- Nie mogę, muszę napisać list do swoich. Odkładam to już tyle dni…
- Co tam list, kiedy pierwszy śnieg! – przyjaciółka podbiegła do Marysi – Moja kochana, no chodź, zobaczysz jak będzie pysznie.
Marysia tylko poważnie pokręciła głową.
- Śnieg poleży jeszcze całą zimę, a oni tam czekają. Nawet nie wiesz jak czekają na każde moje słowo – uśmiechnęła się na widok zawiedzionej miny przyjaciółki – Jutro, obiecuję. A teraz biegnij…
Koleżanka z zawodem na jasnej twarzy opuściła izdebkę. Marysia znów usiadła przy biurku, zapatrzyła się w okno. W świetle ulicznych latarni śnieg miał żółtą poświatę. Marysia zmrużyła oczy, przyglądała się kręgom tworzonym wokół światła. Jakiś zbłąkany podmuch wiatru uderzył w niezbyt szczelne okno, przyniósł zapach palonego drzewa, przywiódł na myśl wspomnienie lasu rozgrzanego słońcem, zakurzoną złocistą drogę i wizg jaskółek nad głową.

- Tatku, dokąd tatko jedzie? – mała dziewczynka patrzyła jak ojciec zaprzęga konia do wozu.
- Do Szulców. Chałupę nową stawiają synowi, a co tam? – August obejrzał się na córkę .
- A nic, tylko pan nauczyciel mówił dziś w szkole, żeby w domu po niemiecku mówić. Bo to język nauki. I że jak kto chce się czego nauczyć to musi znać dobrze ten język.
August przeniósł spojrzenie z córki na żonę, która akurat wyszła na ganek mrużąc oczy. Milczał, zastanawiał się co powiedzieć.
- Jesteśmy Polakami, Marysiu – usłyszał spokojny głos żony – I mówimy po polsku. To jest piękna mowa, a każdy człowiek powinien kochać swój język ojczysty. W tym domu będziemy mówić tylko po polsku i koniec – dodała twardo.
August pogłaskał po policzku stropioną córkę, wskoczył na kozła, cmoknął na konia i pokiwawszy córce końcem bata wyjechał za bramę. Wieczorem, gdy dom pogrążył się we śnie Franciszka obróciła się do męża szeleszcząc krochmaloną pościelą.
- Co tej Marysi po głowie chodzi, August?
- Et. Dzieciak powtarza za nauczycielem – mruknął sennie.
- Mówiłam, że z tej niemieckiej szkoły to nic dobrego nie będzie. Zniemczą nam dzieciaki, nauczą, że własną mową gadać to wstyd. Rodziny się wyprą, wiarę zmienią, wyjadą i zapomną o ziemi ojców… – wzdychała Franciszka.
- Dajże spokój, kobieto. Nauczyciel to jedno, a dom to drugie. Dzieciak mówi co słyszy. Głupie toto, nie odróżnia co dobre co złe. Trza dzieciakowi tłumaczyć i uczyć, że być Polakiem to nie wstyd – zniecierpliwił się August na takie czarnowidztwo.
- I jak wytłumaczysz? Jak? – zaperzyła się Franciszka.
- A zobaczysz jak, a teraz daj spać – burknął niby groźnie, ale żonę przygarnął, pobrużdżone czoło pocałował.
- Nie martw się, nie damy naszych dzieci na zmarnowanie – powiedział jakoś tak pewnie, że we Franciszce fala troski opadła.
Ranek po ciepłej nocy wstał lekko zamglony, ale już znać było, że dzień będzie upalny i słoneczny. Z kościoła niósł się już dźwięk dzwonów wzywający na poranną mszę. August mrucząc pod nosem znów zaprzęgał konia.
- Marysia! Odziewaj się prędko! – zawołał, a głos jego poniósł się przez otwarte okno do izby. Dziewczynka wychyliła głowę trzymając w małej dłoni pajdę chleba.
- A co tam tatko potrzebuje?
- Jedz prędko, pojedziesz ze mną, mamy ważną sprawę – wyjaśnił.
- Do Szulców? – ucieszyła się.
- Nie, nie do Szulców. Zobaczysz. Pospiesz się. Musimy z powrotem na drugą mszę zdążyć.
Wybiegła z domu, w pośpiechu przygładzając ciemne warkocze, wskoczyła na wóz.
- Gdzie Franio? I Monika? – zapytał ojciec. Podniosła na niego ciemne, proszące oczy.
- A możemy bez nich? Ten raz? Ja bym chciała choć raz tylko z tatką…
Uśmiechnął się August pod wąsem, zupełnie zawojowany tymi słowami. Cmoknął na konia, wóz się potoczył na drogę.

Marysia z wysokiego kozła spoglądała dumnie na mijane domostwa. Oto ona, mała Marysia Zientarówna jedzie w ważnej sprawie razem z ojcem jak osoba dorosła. Rozglądała się ciekawie dookoła – świat z tej perspektywy wydawał się inny, ładniejszy jakiś i ciekawszy. Minęli czerwony kościół, kiwaniem głową pozdrawiając sąsiadów czekających na mszę.
- A ksiądz co mówił ostatnio? – ocknął się August z zamyślenia.
- Pytał czy znamy ten wierszyk „Kto ty jesteś ? Polak mały!”
- I co ?
- I ja znałam, a Tereska nie. I ksiądz mówił, że ten wiersz to dzieci razem z pierwszym pacierzem powinny znać. I Tereska płakała, bo zła była, że choć raz ja wiem coś, czego ona nie wie. Tatusiu, a co to ? – wóz wjechał na most, stukot końskich kopyt poniósł się echem.
- Jak to co? Jezioro – zdziwił się August, że córka takich oczywistych rzeczy nie.
- Ale jak się to jezioro nazywa? – dociekała dziewczynka, wychylając się ciekawie by jak najwięcej połaci srebrzącej się w słońcu wody zobaczyć – O! Łabędzie! – ucieszyła się.
- Mosąg się nazywa to jezioro. Uważaj, bo spadniesz.
- A ta rzeka, tatku, to Łyna ?
- Łyna.
- Ksiądz nam opowiadał legendę o Łynie, ale już nie pamiętam jak to dokładnie było…

- A ta wioska to Barkweda? To tu jeździ kolej?
- Barkweda. Tu.
- Jak ja bym chciała zobaczyć taką kolej. My już chyba strasznie daleko od Brąswałdu?
- Jakieś trzy wiorsty.
- To strasznie daleko. A dokąd my skręcamy tatusiu?
- A tu niedaleko, wjedziemy na wzgórze. Coś ci pokażę, ale na razie zamknij oczy – August choć sam milczący, lubił paplanie Marysi i jej wesołą, ciekawą wszystkiego obecność. Franciszka się zżymała, że za wiele córce pozwala, że smarkulę jak kogo dorosłego traktuje, że psuje, że to jego oczko w głowie i chyba miała trochę racji. Teraz uśmiechał się pod wąsem wyobrażając sobie reakcję córki.
- Nie podglądaj! – ostrzegł dziewczynkę widząc, że rozchyla palce. Wóz toczył się jeszcze krótką chwilę aż przystanął.
- Teraz patrz – powiedział.
Marysia opuściła ręce. August patrzył na córkę i widział jak ogromnieją jej oczy, jak usta rozchylają się, a na jej twarz wypływa wyraz bezbrzeżnego zdziwienia, a potem zachwytu.
- Co to, tatku ? – podniosła ku ojcu oczy.
- To Warmia, twoja ojczyzna, Marysiu.
Odwrócił wzrok od córki i sam zapatrzył się na pofałdowane, ścielące się u jego nóg łąki zielone od traw i pola złote od zbóż, kępy drzew z wystającymi, czerwonymi dachami zabudowań, a w oddali widział zamgloną linię lasu, spomiędzy której błękitem połyskiwało jezioro.

Marysia ocknęła się z zamyślenia nad pustą kartką. Otarła oczy wierzchem dłoni i nabrawszy atramentu zaczęła pisać:
Kocham cię o Warmio, bom warmińskie dziecię,
Piękność twa przewyższa wszystkie obce kraje,
Bo ja ciebie kocham nade wszystko w świecie
Twe modre jeziora, łąki, bory, gaje,
Twoje żyzne pola, co tak pachną chlebem.
I tę dal zamgloną, co się styka z niebem.Tu mi wszystko miłe, co mnie w krąg otacza,
I ten strumyk leśny, co cichutko gwarzy
I skowronek-śpiewak, co cieszy oracza,
I pobrzęki kosy wesołych kosiarzy
I klepanie kosy, co mnie budzi z rana
I ten zapach gleby, kiedy jest zorana.Druhny-wiśnie jak przydanki wiosną
I pochodnie głogów, nieba podpalacze,
I te dzikie róże, co na miedzach rosną,
I samotna wierzba, co nad Łyną płacze,
I ten krzyż przydrożny rzeźbiony przez dziadka,
Gdzie przyklęknie czasem dziecięca gromadka.Nade wszystko kocham poszum nieustanny
Naszych cudnych lasów bez granic i końca,
Kędy wśród jałowców wysokie dziewanny,
Jak złociste świece płoną na cześć słońca,
A w mchach aksamitnych jagódek rubiny
Śmieją się jak słodkie usteczka dziewczyny.O, ty Warmio moja! Najdroższa ojczyzno!
Tyś mi kołysanki jak matka śpiewała,
Uczyła czcić głowy pokryte siwizną,
Świętą wiarę ojców, mowę zachowała.
Warmio! Ja cię kocham nade wszystko w świecie
Bom twoją jest córką! Bom warmińskie dziecię!
Maria Zientara Malewska
fot. prowincjuszka Warmia
www.krainatrolli.blox.pl
Tag: prowincjuszka










coś pocudowałas z ostatnim zdjęciem, bo mnie wyszło zamglone- od kurzu, mgły i chyba od dymów.
Nad „Piesnią Warmianki” uprasza się nie wydziwiać.Że Mickiewiczem trąci, Konopnicką i rymem częstochowskim.
Maria Zientara- Malewska to poetka i działaczka na rzecz polskosci Warmii. Słowa Matki Marii na temat języka polskiego są zaczerpnięte z biografii Marii, tylko tu brzmią mniej gwarowo.
Wiersz powstał w 1924 roku. W tym samym roku autorka po raz pierwszy w życiu wyjechała „do Polski”.
Bardziej wymagającym poetycko polecam wiersz „Ręce” z obozu w Ravensbruk. Jest przejmująco prawdziwy wg mnie.
” Widziałam ręce, wiele rąk
wyciągniętych po kawałek chleba
wtenczas powiodłam okiem w krąg
po oczach jasnych jak strop nieba,
po czołach pochylonych w męce.
Widziałam ręce, ręce, ręce…”
Nie wiem co na to Tips, ale pocudował kolega grafik usuwając słupy, kable, linie od napięcia
Jakby ode mnie zależało to wywalam wszystkie.
Póki co tyle. Pozdrawiam z pracy.
mnie sie podoba.
Pozdrawiam ze szkoly!
Brawo!
Postaram się zebrać w sobie i zanim zasnę choreńka napiszę Ci najpiękniejszy komentarz jaki tylko mogę.
Brawo za opowiadanie.
Na losach takich dziewczynek-bohaterek z książek czytanych przeze mnie się wychowałam.
Brawo za szybką reakcję na apel do Look. Ktoś z Tobą przegrał o głowę, nie zgadniesz kto.
Jestem Wami u s a t y s f a k c j o n o w a n a
Brawo za to, że swoim opowiadaniem poruszyłaś bardzo ważną kwestię.
Miejsca godne odwiedzenia to nie tylko piękne krajobrazy, ciekawe przyrodniczo zakątki, ba, zmyślna urbanistyka. To wszystko piękne ale gdy bezimienne to jak wazon bez kwiatów, ciało bez duszy, dom bez okien, związek bez miłości… Albo raczej odwrotnie: kwiaty bez wazonu, dusza bez ciała…
Miano ciekawych do odwiedzenia miejsc tworzą też ludzkie historie, nietuzinkowi ludzie, którzy akurat tam zechcieli żyć, tworzyć, pracować, mieszkać, wypoczywać lub walczyć albo wręcz zginąć.
Z wieeelu, wielu przykładów, które można by tu teraz przytoczyć podam tylko jeden, na mojej mapie pt. „Do odbycia” – Leśniczówka Pranie.
Czy chatynka w lesie mogłaby być nie tylko muzeum lecz miejscem kultu, celem wycieczek, kropką na mapie gdyby nie Konstanty Ildefons i jego twórczość?
Tu, gdzie się gwiazdy zbiegły
w taką kapelę dużą
domek z czerwonej cegły
rumieni się na wzgórzu:
to leśniczówka Pranie,
nasze jesienne mieszkanie.
Gałczyński (z wiersza „W leśniczówce”)
To Mazury. Z Twojego wpisu przebija miłość do Warmii, nie tylko małej Marysi Zientarówny, ale nade wszystko… Twoja.
Śmiem twierdzić, że gdybym teraz znów była nad Wiartlem, to nie straszne byłyby te hektary i perspektywa niezdążenia z powrotem przed nocą – poszłabyś ze mną do tej mazurskiej Leśniczówki Pranie.
pzdr
Przepiękny asumpt do tego, by zwiedzić Warmię! Nie znam jej dobrze – byłam kilka lat temu na Suwalszczyźnie i bardzo mi zapadło w serce jej piękno. Myślę sobie, że Warmia też też mnie zachwyci!
ew – do Prania ??? ZAWSZE!! czy wiesz, że K.I. G. to mój ukochany poeta, że w chwilach wzruszenia mówię cytatami z jego wierszy ?
Wiele lat marzyłam o wyprawie do Prania. W czasach gdy nie było aut ani pieniędzy na pociąg, to było o czym marzyć. A dla mnie była to „wycieczka do ziemi świętej” i swięto. Nadal jest. Za każdym razem gdy tam jestem mam poczucie stąpania po saldach. Polecam tez książeczkę napisaną przez Kirę Gałczyńską „Mazurskie szlaki Gałczyńskiego” właśnie o tym jak K.I.G trafił do Prania, co go doń przywiodło i jak się im tam zło. Piękna, ciepła opowieść o pięknym człowieku.
Ech…Przepraszam. O Gałczyńskim mogę równie długo i namiętnie jak o Warmii.
ElaD. – marzy mi się , żeby tak kiedy zebrać was wszystkich, wsadzić w kajaki i spławić Łyną od Olsztyna do Bartoszyc.
Trochę szczegółów praktycznych
Wzgórza nad Brąswałdem tak naprawdę leżą pomiędzy Jonkowem a Barkwedą około 15 km od Olsztyna. Jadąc z Olsztyna trasą 51 na północ należy w Dywitach skręcić w lewo i zjechać z trasy 51. Po mniej więcej 4 km jest Brąswałd.Przy okazji : przy wjeździe do wsi nalezy skręcić w lewo, w brukowaną drogę, którz zawiedzie do elektrowni wodnej na Łynie. warto to zobaczyć, jak niepozorna rzeczka pokazuje swe całkiem inne oblicze.
W centrum wsi, w Brąswałdzie stoi niepozorny domek a przed nim popiersie poetki. Przejeżdżamy przez wieś i jedziemy dalej w kierunku na Barkwedę – Jonkowo. Po drodze mijamy pole bitwy z którejś wojny napoleońskiej,i most z widokiem na Mosąg po lewej. Wjeżdżamy do Barkwedy. Pod niedużym wiaduktem kolejowym przejeżdżamy, droga skręca w prawo i lekko się wznosi. Wyjeżdżamy na wzniesienie. Po lewej mamy głęboki jar, sądzę, że ok. 10 metrów. Po prawej zwykła, polna droga, która wywiedzie na wzgórze. A potem już nic tylko patrzeć. Ilekroć tam byłam nigdy nie było tam pól uprawnych tylko ugór. Acha! Bogaczy uprzedzam, że juz obsikałam ten teren i więc nikomu nie wolno na tej ziemi chaty stawiać. Moja ci ona!
Kasia, tak jak mnie się marzy spływ Was wszystkich Pilicą!
Złotos, jak żeś taka mądra, to dlaczego na jednym zdjęciu została linia kolejowa?
A poważnie – przepiękna opowieść. Zawsze byłem na bakier z poezją, więc mickiewiczowość i częstochowość absolutnie mi nie przeszkadzają. W końcu dobra poezja polega na tym, aby w minimalnym tekście zawrzeć maksimum emocji. Ten warunek spełnia nie tylko wiersz Marii Ziętara-Zalewskiej, ale również powyższy tekst, pozornie prozatorski, autorstwa Prowincjuszki. GRATULACJE!
Wiem z autopsji, że Warmia jest piękną krainą, bywałem tam wielokrotnie, ale ze wstydem przyznaję, iż nie trafiłem dotychczas do Brąswałdu. Ale wszystko przede mną. Własnie przyszedł faks od klienta z Suwałk. Jeśli szef mnie wyśle w delegację to obiecuję odwiedzić nie tylko dolinę Rospudy, ale i miejsca tak pięknie opisane przez Prowincjuszkę.
Pozdrawiam Ecodzienników.
Opbejrzałem sobie wszystko o czym tak precyzyjnie Prowicjuszka pisze w komentarzu. Na razie na zdjęciach satelitarnych http://www.zumi.pl Wszystko się zgadza! Prowincjuszko – powinnaś pisać przewodniki turystyczne. Piękne tereny, tym bardziej przy pierwszej okazji pojadę je obejrzeć w naturze.
Pozdrawiam Ecodzienników!