Do Wyszkowa „zjechałem” w środku lat 70-tych z całym „dobytkiem”, po kilkunastu latach mieszkania w opolskim cementowym pyle, potem wąchając kędzierzyńską „ciężką chemię”. Normalny, dla tamtych okolic las, to sadzony „pod sznurek” las sosnowy, rzeka to jakiś ściek płynący między przeciwpowodziowymi wałami.
Ale to było ciekawe. Holowniki ciągnące barki, a pod mostami okropnie dymiące, bo trzeba było „łamać komin”. Odkrywanie portów, ogromnych magazynów i nabrzeży. Cementownie, a tam obok nich duże jeziora. To zalane wyrobiska surowca do produkcji cementu. A jaka tam woda! Kolor nie do opisania. Oczywiście kilka tragicznych informacji o topielcach, o rozerwanych niewypałami tam znalezionymi…, taka codzienność.

Wyszków – to Mazowsze. Pewnie też płaskie ale inne. Kiedyś, w wakacje, tędy jechałem rowerem z Warszawy do Gdyni.

W Wyszkowie codzienna gonitwa przy budowie nowej fabryki. Brak czasu na wszystko – na patrzenie na okolicę, szczególnie. W poniedziałki, w firmie, trwają ożywione dyskusje. Ryba taka, siaka, rapa, sum, kij, zanęta, przynęta, blacha, kołowrotek. Czasem sąsiad podrzucił „dzwonko” suma – o takie sobie – na obiad kilkuosobowej rodziny. Sumy. Kiedyś pomagałem mu wrzucić takiego do wanny. To była ogromie duża ryba. Do wanny się zmieściła, jak karp na półmisku. Sprawdzam te przyjemności! NRDowski spining, „ruski” kołowrotek, polskie żyłka i blachy, czasem własnej roboty. Karta wędkarska i 1 maja nad Bug. Kilka godzin chodzenia wzdłuż rzeki, przedzieranie się przez zarośla, by dojść do wody, brodzenie w przybrzeżnym błocie, chodzenie po nadrzecznych łąkach by ominąć te wszystkie przeszkody. Ani śladu wału przeciwpowodziowego, a jedyne ograniczenie potencjalnego nurtu rzeki to wysokie skarpy, bliżej lub dalej od rzeki. To ona tak wyznaczyła swoja „strefę wpływów”.

Z wędkowaniem to był kłopot, szczególnie jak coś się złapało. Nie mogłem tym rybom patrzeć w oczy. Wolałem rozglądać się po okolicy. Bo to na łąkach ciągłe wrzaski i jakiś „powietrzny cyrk”. Człowiek idzie umęczony z wędką i w „guminiołkach” po miękkiej trawie, a te wrzeszczące ptaki chcą mu czapkę z głowy zdjąć. Te ptaki, to jakieś dziwne, jak bociany tylko małe, brunatne, dzioby i nogi długie i ciągle w powietrzu. Jakieś inne im towarzyszące, też okropnie wrzeszczą. Czarno – białe, szerokie skrzydła, w powietrzu wyczyniają jakieś „wygibusy”, przejść nie pozwalają.

Dopiero po kilku wędkarskich sezonach zrezygnowałem z tej formy myślistwa. Wolę rycyki, czajki, rybitwy, wrony, kruki, gawrony, czaple, żurawie i wszystko inne co żyje nad wodą. Jakie możliwości poznania praw przyrody – drapieżnych praw przyrody!

Byłem atakowany przez rycyki na nadbużańskiej łące. Nie bez powodu. To była przecież pora lęgów a, że to zagniazdowniki, to za całe gniazdo służy im dołek wygnieciony w suchej trawie. Jak tylko pisklęta wypadną z jajka już biegają po łące. Pilnowane są z góry, przez rodziców. No trafił się taki „Guliwer” i chce podeptać potomstwo. Precz takim. Wrzeszczeć na takiego, kłuć, szczypać, gonić, wykłuć oczy! A czajki i inne zagniazdowniki, dobrze wiedzą co robią trzymając się blisko rycyków. Znaleźć takich obrońców to szczęście. Jaki krukowaty zbliży się do piskląt jeżeli będzie tak atakowany jak „spokojny” wędkarz?

Trudno w to uwierzyć ale na łąkach na Bugiem, między Wyszkowem a Gulczewem istniała, wytyczona przez przyrodę granica. W pewnym momencie zauważyłem, że idąc wzdłuż rzeki widzę prawie tylko stada czarnych, wrzaskliwych wron, gawronów, które szczególnie wieczorem, okupują rosnący przy skarpie niewielki las, właściwie lasek, ale wysokich drzew. Kilkadziesiąt metrów dalej czarne ptaszyska „wymiotło”. Równie głośno, ale inaczej, wrzeszczące „moje” rycyki dominują.

Zaczynam obserwować tę okolicę i co? Na granicy niewidzialna strażnica i systematyczne wojny powietrzne. Szczególnie rycyki gonią krukowate ze swego terytorium. Te „czarne” też błyskawicznie przepędzą każdą czajkę i każdego innego ptaka, który nieopatrznie przekroczył tę granicę.

Tak było, minęło. Każdego roku przylatywało mniej „moich” ptaków. Najszybciej ubywało rycyków, aż kiedyś naliczyłem 2 pary. Czajek też coraz mniej, „czarne” coraz dalej i śmielej penetrowały teren „moich”, potem i one gdzieś znikły. Dlaczego? A kogo to interesuje?! Powspominać tylko można! Więc było tak.
Wiem, że jak „moje” ptaki wrzeszczą mi nad głową to pewnie mam szansę trafić butem na jakieś pisklę. Uważnie więc patrzę pod nogi i mam. Biegnie taka mała kulka po trawie i mało nie padnie z wysiłku. Niestety nie wytrzymało pisklę. Zatrzymało się w tym biegu, znieruchomiało, oczy „w słup”. Koniec – myślę – zdechło. Coś tam czytałem, że to może być „zmyłka”. Robię kilka zdjęć i pomału się wycofuję. Nad głową ciągle krążą rycyki. Nagle z góry wyraźna, donośna ptasia komenda i mój „truposz” ożył. Pobiegł jeszcze szybciej niż przed „śmiercią”. Tylko na chwilę spojrzałem w górę, by sprawdzić jaki to ptak tak rządzi nad moją głową i …, pisklaka już nie było. Maskuje się toto idealnie.

Osobiście uważam, że za takie przygody warto zapłacić wiele, zapłacić własnym, wolnym czasem.
Tylko uwaga! Chętni do regulacji rzeki Bug, jednej z ostatnich takiej właśnie rzeki, już działają. Chyba dostali koncesję na wydobywanie kruszywa z jej dna. Gdzie będzie składowany urobek? Gdzieś w „porcie”, na łące z piękną drogą dojazdową wyłożoną betonowymi płytami.

Rzeka jest „nasza”, nic nie kosztuje! Będą tanie drogi!
fot. Wiesław Czapski nad Bugiem
www.owyszkowie.blox.pl












Specjalnie spać nie poszłam, żeby być pierwsza
Pamięta Pan kto odkrył dla nas Pana nadbużańskie zdjęcia? Rozmawialiśmy kiedyś na temat tych fotografii i stwierdziliśmy, że trzeba być nieprawdopodobnie dobrym, spokojnym, zrównoważonym, poukładanym, pogodnym, otwartym i szczerym człowiekiem, by móc tworzyć tak piękne portrety fauny i flory. Bo przecież nie tylko ptaki jak tu. Bo przecież nie tylko szuwary nad Bugiem. Bo przecież nie tylko Księżyce i wschody, i zachody Słońca. Bo przecież i mgła, i rosa. I domy. I ludzie… na przykład ta postać kobieca z zamyśleniem wpatrzona w dal łąki. Wszystko!
Dobrze pamiętam jeden kawałek listu skierowany do mnie – jak sfotografować ważkę? Wstać świtem, iść na nadbrzeżną łąkę, położyć się, podeprzeć wygodnie łokciami i… czekać. Nie zrażać się, że swoimi dookolnymi oczami wyczuje nasz ruch szybciej niż zwolni się migawka. Próbować znów. Do skutku. Proste?
Przyroda kocha Pana, bo Pan ją!
I nawet w zasadzie nie trzeba byłoby czytać potwierdzających to stwierdzenie powyższych mądrych słów, bo zdjęcia mówią same za siebie.
Kiedyś po kilkakrotnym zestawieniu w jednych wpisach zdjęć Pana i Prowincji stwierdziłam, że jakoś pasujecie do siebie. Zastanawiałam się jak to będzie, gdy wyjedzie ona do Szwecji, czy da się znowu razem zestawić teraz już na przykład szwedzkie grzybki z nadbużańskimi.
Odpowiedź przyszła szybko aczkolwiek nader nieoczekiwana – wysłaliście zupełnie nieświadomie, nieomal jednocześnie swoje wpisy. Tak samo traktujące o miłości do ziemi, gdzie przybyliście lub… skąd wybyliście.
Zatem znamienne, że dziś znów Wasze zdjęcia są obok siebie lecz tym razem już wzbogacone o wspaniałe opisy autorów. Chyba mogę tak powiedzieć – nauczyciela i ucznia.
Cudowny wpis!
a ja zawsze myślałam o Mazowszu : „piasek, Wisła i las.Płasko, daleko” chyba Broniewskim. Tylko jeszcze „nudno” dodawałam. A tu , z tych zdjęć tchnie wszystkim tylko nie nudą. Zdjęcie z kobietą – niesamowite! Oczu nie można oderwać.Włączam do mojej kolekcji :ULUBIONE razem z Zalewem Mike.
Przy najbliższej okazji popatrzę na Wyszków i poszukam łąki nadbużańskiej.
Zarozumiała jestem. Myślałam, że tylko moją przytulną Warmię można TAK kochać. Wiesławie, Ty pewnie tak jak ja, marzysz by o tym jednym kawałku ziemi zapomnieli politycy i pseudoturysci.
Ela, obawiam się, że wszyscy co tu zaglądają są z nami „po drodze”. To ludzie- oszołomy. My wierzymy, że skarb to nie konto w banku. I wiemy na bank, że ekonomia nie może być jedynym argumentem na wszystko.I że można nie hamować postępu i jednocześnie chronić tę resztkę natury jaka została nienaruszona.
…w wiecie…Choć może to nie na miejscu. Ale kiedy widzę taki piękny zakątek to wtedy czuję, że znalazłam dowód na istnienie Boga.
Myślę, że każdy z nas ma taką własną, małą ojczyznę – pierwszą, drugą, może następne… Moją pierwszą są Góry Świętokrzyskie, i te „prawdziwe” – z klasztorem i zdążającym do niego na kolanach Emerykiem na jednym szczycie, z gołoborzem, z cudownym źródełkiem u stóp drugiego szczytu – i ten region, który się nazywa „Świętokrzyskiem”, z Krzemionkami i bliższymi i dalszymi okolicami Ostrowca Świętokrzyskiego. Moja druga – to Tatry i Zakopane, dokąd jeździłam od najwcześniejszego dzieciństwa i które kocham – choć te sprzed pół wieku były tak inne, choć dziś „ludzie” na szlaku rzucają mięsem przez komórki, a „dzień dobry” wymienia się z co pięćdziesiątą osobą – z turystą, chłonącym i piękno dolin, i łagodność Tatr Zachodnich, i imponującą Orlą Perć. Moja trzecia ojczyzna to lasy i łąki nad Pilicą, to jej groźne wiry u ujścia do Wisły wiosną i jej leniwy spacer przez piaszczyste zakola, w których przed laty moja jamnisia stała w wodzie „po kolana”, to szafirowy błysk zimorodka, wylatującego z gniazda w piaszczystym, stromym brzegu, to ogłuszające ptasie koncerty w „moim” lesie, rudzik, kąpiący się w ustawionym poidełku zawsze pod koniec dnia…
Każdy z nas ma swoje „ojczyzny” – tylko do jednych nam bliżej, więc je znamy, o innych nie wiemy – i trzeba „ecodnia”, żeby je poznawać!
Ela.
Kiedyś czytałam rozważania psychologów na temat patriotyzmu. I wyszło im, że patriotyzmu nie uczy się dzieci wyłącznie poprzez wpajanie przekonania, że jeden naród jest lepszy od innych. Że patriotyzm wyrasta na glebie tej najmniejszej ojczyzny. Że wskazując swoim dzieciom i wnukom to co piękne w najbliższym otoczeniu uczymy je miłosci do miejsca skąd się wywodzą a im są większe to miejsca się rozrasta.
Zastanawiam się.
Moje są w zasadzie dorosłe wg metryki ale wciąż jeszcze pachną im wielkie swiaty i imponują wielkie miasta. Jak mnie kiedys .Czy nauczyłam je patriotyzmu ? Czas pokaże. W Polsce jest modny typ patriotyzmu heroicznego : z szabelką, na czołgi, za straconą sprawę. Ale czyż mniej wysiłku się wkłada w nauczenie młodszych pokoleń, że to co nas otacza potrzebuje naszej troski i dbałosci ? Że równie trudno jest wyskoczyć z szablą na czołg jak przeciwstawić się głupiej urzędniczej decyzji.
Czytam te wpisy tutaj i myślę sobie, że znalazłam się w doborowej grupie najprawdziwszych patriotów. To dobre uczucie.
Na te zdjęcia oniemiałem – czuć rękę Mistrza…
Będę wdzięczny za info co do sprzętu – rodzaj, parametry (ogniskowe), trochę kuchni (o ile to nie wścibstwo, czy wykradanie warsztatu).
No i czekam na więcej!
Mike! Masz u mnie plusa za ten komentarz, bo już miałam napisać jak Ty pod Shackletonem „gdzie ci mężczyźni”…
To piękne co napisałaś o małych ojczyznach. A w szczególności o tatrzańskich terenach. I tak trafnie zauważyłaś, że to mówienie sobie dzień dobry zanika choć jeszcze nie jest tak źle porównując tamte kontakty z obcymi ludźmi z kontaktami w mieście. To jedna z tych magii gór, że tam z obcymi jesteśmy bliżej niż tutaj coraz częściej jesteśmy oddaleni od bliskich. Wydaje się, że to tam wracamy do takiego siebie jakim jesteśmy naprawdę i choć niektórym przychodzi to z trudem to jest to ciągle rzadkie.
Skoro to nasza mała ojczyzna to jesteśmy rodakami. Super.
Przeczytałam jednym tchem i jestem zauroczona zdjęciami, treścią i „duszą” tego wpisu. Aż zapachniało kwiatami z łąki, a na twarzy czuć mgiełkę otaczającej wody.
Myślę, że mamy na eco nowego Michała Sumińskiego, a nikt piękniej nie opowiadał o przyrodzie. Widział to, czego inni nie dostrzegali, a jego obrazowe opowieści,hmm.. potrafił zrobić sensację z rechoczącej żaby 
Trochę sentymentalnie przeniosłam się w czasy mojego dzieciństwa, gdy z maślanym rogalem i kubkiem mleka mama sadzała mnie przed szklanym ekranem bo właśnie zaczynał się „Zwierzyniec”
To się nazywa pasja i zamiłowanie.
Będę wypatrywać nowych „odcinków” Panie Wiesławie