Monthly Archives: Kwiecień 2009

Włochy, Rzym i epilog do Rząśnika

„Zafascynowany wszystkim co związane ze starożytnym Rzymem jakże uradowałem się spotykając na drodze przez Tunezję wzniesiony w III wieku przez cesarza Gordiana Amfiteatr Rzymski”. Byłem, zdobyłem, wróciłem… Rzym:

Jak Rzym to i Watykan:

Forum Romanum, to tu za kolumną odbywały się marsze tryumfalne cesarzy wracających ze zwycięskich wojen. Duch tego miejsca ciągle istnieje choć to już ruina. Łuki Tytusa, Konstantyna, Septymiusza, Świątynie Westalek podczas opowieści pilota malowały się w wyobraźni. Mury odbudowywały się, czas się cofał:

Koloseum – Chodząc po Koloseum wyobrażałem sobie odgłosy starożytnej widowni. Amfiteatr mieścił 50 tysięcy ludzi którzy podobno potrafili opuścić obiekt w ciągu 15 minut co jest niemożliwe na najnowszym współczesnym stadionie. Stojąc pod tymi ruinami i widząc najwyższy punkt Koloseum przygniata jego wielkość ale też piękno architektury. Na fotografii z wnętrza amfiteatru widać kawałek nowej podłogi a tam znajdowała się arena. Pod nią widać pozostałości lochów dla gladiatorów i dzikich zwierząt. Uważam, że będąc w Rzymie trzeba koniecznie zobaczyć stworzoną przez Flawiuszów budowle pamiętając jednak o jej ponurym przeznaczeniu:

Asyż i Bazylika św. Franciszka:

W Asyżu najbardziej przemówił do mego serca ten pomnik. Chwila przemiany, zrozumienia, opamiętania. Materializm to bezsens a duch i uwielbienie przyrody to cechy drugiego Franciszka tego który w tej chwili uwiecznionej w kamieniu zrozumiał co jest najcenniejsze, najwspanialsze w naszym życiu. Żałował straconego czasu. Bardzo osobisty dla mnie widok tej spuszczonej w dół głowy:

Umbria:

I wreszcie wspomniany epilog do Geologiczne „odkopaliska” w Rząśniku pana Wiesława – Na plaży Anzio, widok ściętej wydmy przypomniał mi dawny temat na Ecodniu. Tam jak i tu, świetnie uwidocznił się wpływ czasu i sił, tyle że tam przyroda rzeźbiła , a tu odkryła przed nami dzieło rąk żyjącego w starożytności człowieka:

fot. Tomek Włochy

Κρήτη – silna

Hmm a może nie tylko słoneczna Italia, w której jest teraz Tomek, to miejsce, gdzie mogłabym żyć? Ta wyspa grecka na Morzu Śródziemnym, (bardzo dobrze się to hasło googluje, ktoś z Włoch, po polsku zapytał „gdzie leży Morze Śródziemne”, odpowiedź padła… na ecodniu), jest oddalona w prawie równej odległości od trzech kontynentów: Europy, Azji, Afryki. I dlatego klimat  Krety ma miano najzdrowszego w całej Europie. Stykają się tu bowiem klimaty śródziemnomorski, kontynentalny i afrykański, więc nie jest nudno. Nie tylko z powodu klimatu – zachwycają liczne pozostałości archeologiczne. Największe atrakcje turystyczne to niewątpliwie ruiny pałaców minojskich. W Knossos możemy iść śladami Minotaura, a w ruinach pałacu oglądać liczne zabytki, ceramiczne figurki, naczynia, gliptykę oraz tabliczki pokryte pismem linearnym A i B. Do zwiedzenia też Káto Zákros, fortyfikacje wzniesione przez Wenecjan w Rethimnon i Spinalonga, wąwóz Samaria i inne mniejsze.  A do tego zamiast omaski cztery duże pasma górskie sprawiające, że krajobraz Krety też nie jest nudny, a do tego jeszcze jak wisienka na torcie skaliste wybrzeża przeplatają się z szerokimi, jasnymi plażami.  Czego chcieć więcej? Wyspa z czasów Cesarstwa Bizantyjskiego jest więc wspaniałą mekką turystyczną dla wielbicieli zabytków, historii ale i dla smakoszy tych piaszczystych, czystych plaż, wody, słońca, zieleni, owoców i… miłości. Mogłam oczywiście pokazać Wam wszystkiego po trochu, wybieram jednak klucz „człowiek”  – ten miejscowy i turysta.
Popatrzmy, czy chcielibyśmy tak żyć, czy tylko zobaczyć, zasmakować i… wrócić? – ew

fot. Saber Kreta

Spacerek na Magurkę

DSC01383

Moja mała Ameryka – Magurka Wilkowicka (909 m.n.p.m.) z dawien, z niemieckiego dumnie Josefsberg od źródełka św. Józefa. I przepiękne widoki na Beskid Śląski, Mały, Żywiecki. Na Babią Górę, na Pilsko, na Wielką Raczę, na Baranią Górę, na Skrzyczne, na Klimczok, na całe Bielsko! No, ja ten masyw mam jakoby z okna, a dokładniej Łysą, od której na skróty, a nie przez Przegibek, rozpoczniemy dzisiejszą marszrutę. To moje sioło, moje rewiry. Nie tylko widok z okna ale i miejsce odwiecznych niedzielnych spacerów, zaprzeszłych szkolnych wagarów, pierwszych randek. Trąci, że jestem nieobiektywna, ale naprawdę nie znam bardziej widokowego, piękniejszego szlaku niż ten.  Tu widok na moje osiedle  będąc już na stoku Łysej:

Wspinamy się wyżej:

Z Siodełka, widokowej przełęczy pomiędzy Łysą a stokami Magurki, widok na nadal ośnieżone Skrzyczne, Klimczok, Szyndzielnię:

A po drugiej stronie, widok na Straconkę z jej kamieniołomami, od których ponoć ma nawet swą nazwę. To z niego według stugębnej plotki, onegdaj strącano skazanych na śmierć:

Po drodze nie tylko śnieg, ale i wykopaliska prehistorycznych dinozaurów:

Wspinaczkę urozmaica masa grzejących się w zlotoslanym słonku nieostrych motylków, dające się łatwo podejść drżącej ręce równie nieostre, czarne wiewiórki oraz sromotnikowe, z tego samego okresu co ślady dinozaurów, beskidzkie, międzylistne, nieostre landszafty :)

Towarzyszy nam stały widok na B-B. Ta ciemna góra po lewej to wspomniana wcześniej, moja zaokienna Łysa:

Pare godzinek, z 200 zdjęć, jedna zgubiona bluza i… już jesteśmy na szczycie Magurki:

Z niej cudowny widok na wspomniane powyżej szczyty, ale nas urzeka Jezioro Międzybrodzkie i Góra Żar:


Jeszcze zaczesujemy ręką źdźbło traw i…

… wracamy. Dziesięć godzin za nami, ale i gorące przeświadczenie, że to nie ostatni raz, bo…

Góry to góry!
Który ze znanych widoków może zastąpić Ci ten?

Czy istnieje w ogóle taki, który sprawiłby, że zapomnisz o pszonkowej, wysokiej, przekwitniętej trawie, pachnącym zlotoslanym sianku na stromym zboczu, bzykaniu much, cykadach świerszczy, trelach ptaków, cieple słonka, lekkim wietrze, parującej ziemi i pofalowanym mocno horyzoncie sprawiającym podgrzewanie krwi do wrzenia oraz… niesamowitym poczuciu bezpieczeństwa.
Bo góry to jak majestatyczne ściany przyjaznego ci pokoju.
Jak łono matki, jak ręka ojca.
Mieszkając tu, codziennie widzisz jego granice, masz wyraźnie zarysowane poczucie, że wiesz gdzie jest koniec twojego maleńkiego świata. Dobrze ci w wybranym przez siebie grajdołku dlatego nie starasz się zmieniać lokum. A jeśli już, to robisz to tylko na chwilę i w każdej drodze powrotnej tęsknie wypatrujesz pierwszych zarysów masywu – bo to znak, że twój dom jest już blisko.
Góry to trudny partner do zamieszkiwania razem, jeden z najbardziej wymagających. On nie pozwoli lenić się, spokojnie polegiwać na sofie z najlepszą nawet książką lub komputerem.
Każdy kto widzi góry nie może o nich nie myśleć.
Stale masz wyrzuty sumienia, stale sobie składasz solenne obietnice. Podczas każdej domowej czynności patrzysz co chwilę przez okno i oceniasz wygląd swojej zielonej ściany – nieśmiało planujesz kolejny trawers.
I tak mija dzień za dniem a ty się nie nudzisz, bowiem tak oto każda twoja wolna chwila spędzana jest właśnie na tym mglistym planowaniu – jak tylko znajdę czas to choćby się waliło i paliło idę poleżeć na przełęczy. I nic, i nikt a tym bardziej brak nika nic nie może mi w tym przeszkodzić…
A góry jak to góry – nie narzekają, nie ponaglają tylko spokojnie na ciebie czekają – ew
fot. ewolny Beskidy

Rola samca w rodzinie cz. 1

W USA ojciec troszczy się o swoje dziecko przeciętnie 38 sekund, stwierdziła po badaniach na polecenie Cartera profesor socjologii Emily Dale. W prognozie Gluecka o ewentualnej przeszłości dziecka, rola w wychowaniu nie jest w ogóle uwzględniona (!) ponieważ okazała się bez znaczenia. Nic dziwnego zatem, że coraz częściej stawia się pytania do czego w ogóle nadają się ojcowie poza robieniem pieniędzy? Angielski zoolog, dr Desmond Morris, autor książki „Naga Małpa” także twierdzi, że u ludzi po dokonaniu aktu seksualnego ojciec ma takie samo znaczenie w życiu swoich dzieci, co pasza dla pawianów: mianowicie żadne. Czy tak jest istotnie?

Nad małym jeziorkiem leżącym na sawannie w Afryce Wsch. jakieś wścibskie małpiątko spadło z gałęzi do wody, w której tylko na to czekało stado krokodyli. Malec piszczał, wywijał rączkami i nóżkami, rozbryzgiwał wodę, ale nie potrafił o własnych siłach dobrnąć do brzegu. Tymczasem matka biegała na brzegu tam i z powrotem, krzycząc ze zdenerwowania i wymachując ramionami, ale nie miała odwagi wejść do wody, by uratować dziecko. Wtedy przywódca hordy spokojnie podniósł się i bez wahania wszedł do jeziorka, złapał krzyczące dziecko, wepchnął je zmieszanej matce a potem wymierzył jej siarczysty policzek. Sporny popęd ojcowski został odkryty i opisany przez Lilli Koenig, członka Austriackiej Akademii Nauk:

- 21 dni samica syczka Polyksena wysiadywała swe 4 jaja w starej dziupli po dzięciołach. Jej mąż Priamus karmił ją obficie cały czas. Przyszły ojciec siedział na gałęzi w pozycji obronnej, nie spuszczając oka z dziupli. Co godzinę lub dwie ogarniały go wątpliwości czy Polyksena tam jest jeszcze. Wtedy pohukiwał a gdy ona nie odpowiadała, natychmiast leciał do dziupli i wsadzał do niej głowę, żeby przekonać się na własne oczy, czy wszystko jest w porządku. W 22 dniu wydarzyło się coś co przemieniło życie Priamusa. Zaczął padać ulewny deszcz i on też zapragnął wleźć do suchego gniazda. Samica początkowo się wzbraniała, ale w końcu go wpuściła i oboje siedzieli tak przytuleni do siebie. Wtem, samiec usłyszał jak z jaj leżących pod jego piersią wydobywa się cichutki świergot. Tak jak przy kiełkowaniu popędu macierzyńskiego, bardzo subtelne boźdce wywołują zdecydowane działanie, tak stało się i tutaj. Cichutki świergot wydobywający się z jaj jak czarodziejskie zaklęcie przemienił Priamusa z czułego małżonka w pełnego poświęcenia ojca. Wcześniej cały dzień spędzał na siedzeniu, gapieniu się i dopiero z nadejściem nocy, gdy Polyksena czując głód energicznymi krzykami prosiła go o posiłek, samiec ożywiał się i gorliwie ruszał na polowanie. A więc pan kazał się prosić. Ale odkąd usłyszał świergot wewnątrz jaj ogarnął go jakiś niezrozumiały niepokój. Chociaż nie przestało jeszcze padać, chociaż dopiero zapadał zmierzch i chociaż Polyksena nie wołała o pożywienie, Priamus zerwał się i poleciał na polowanie. Jeżeli do tej pory co noc przynosił 44 razy pożywienie, to teraz nagle zwiększył swe wysiłki o więcej niż dwukrotnie. Kiedy małe się wylęgły nie przynosił samicy zdobyczy w całości, ale rozrywał ją na małe kawałeczki, żeby zmieściły się w dzióbkach. Zaczął zakładać wokół gniazda magazyny z żywnością, gromadził tam: pasikoniki, chrząszcze, ćmy, dżdżownice, a czasem małe myszy i ptaszki.

U syczka interesujące jest to, że samce w ogóle nie biorą udziału w wysiadywaniu jaj, nie ma też ich w chwili, kiedy wylęgają się pisklęta, czyli wyrażając się antropomorficznie nie są obecne przy narodzinach dzieci. Zatem gdyby nie nadeszła ulewa, która zmusiła samca do schronienia się w gnieździe, może w ogóle nie wzbudziłyby się w nim uczucia ojcowskie? To spostrzeżenie potwierdzają również obserwacje laureata nagrody Nobla, prof. Konrada Lorenza.

Wniosek, że u ojców ludzkich dzieje się coś podobnego narzuca się sam. Smutne, że wielu naszych ojców na pierwszy widok swego dziecka przez sterylną, pancerną szybę chroniącą przed bakteriami w klinice położniczej odczuwa jedynie strach przed kłopotami i finansowym obciążeniem, że nie ma w nich śladu prawdziwego uczucia ojcowskiego. Jest to przypuszczalnie spowodowane tym, że nie byli obecni przy porodzie, pokazuje im się opatulone dziecko z daleka, wreszcie kiedy dziecko jest już w domu, oni pracując zawodowo – są stale poza domem, są samoczynnie odsuwani przez matki popadające w macierzyńską nadopiekuńczość, wyganiające samca z gniazda, wręcz agresywne w stosunku do niego, już niepotrzebnego przecież reproduktora. Sądząc po zachowaniu, wielu ojców nie zasługuje na to miano, z tego powodu rozpada się wiele małżeństw ale czy to do końca ich wina, że nie są przez naturę obdarzeni fenomenem macierzyństwa? cdn… ew
Źródło: Vitus B. Droscher „Rodzinne gniazdo”

Na bohaterów popyt minął?

Nie! A  na pewno nie na autorytety, na ludzi z  charyzmą, z talentem. Tak to oto pod zwyczajnie-niezwyczajnymi zdjęciami autorstwa Pana Wiesława, posypały się słowa uznania  dla postaci właściciela tych koni. „Piękny człowiek” ale i piękne wspomnienie o Nim Pana Wiesława a dla nas nadzieja, że skoro Profesor jeździł w wieku 80 lat na Hubertusy to kochani, życie przed nami!   Wikipedia krótko, treściwie, ale Pan Wiesław nie. Dziś dowód na to jak rodzą się takie talenty. Kontrolując  co mówi nauczyciel Profesor wyraźnie  na lekcji się nudził. Jak każdy z nas. Zwykłe, standardowe, lekcyjne notatki, a  na nich bazgroły. Jak każdy z nas. Niekoniecznie związane z tematem lekcji,  w większości wcale nie związane. A te zwyczajnie-niezwyczajne bazgroły już nie jak każdy z  nas. A po nich w przyszłości takie obrazy – ew

Starożytny amfiteatr w El Jem

Zafascynowany wszystkim co związane ze starożytnym Rzymem jakże uradowałem się spotykając na drodze przez Tunezję wzniesiony w III wieku przez cesarza Gordiana Amfiteatr Rzymski. Koloseum to budowano w latach 230-238 n.e. wykorzystując bloki kamienne z niedalekich kamieniołomów w Sulakta. Jest to trzecie co do wielkości koloseum na świecie 149m. długości i 124m. szerokości. Chodząc po podziemnych korytarzach czułem wręcz atmosferę tamtych lat gdy gladiatorzy słyszeli dochodzące z góry okrzyki widzów. Co ciekawe historia naszych poczciwych stadionów sportowych w prostej linii wywodzi się od takich właśnie amfiteatrów gdzie odbywały się krwawe, barbarzyńskie widowiska.

fot. Tomek Tunezja

Spacerkiem po NYC

Zaproszenie na piwo zostało bezwzględnie przez Was odsunięte na “kiedy indziej, może wcale”, a ja do cierpliwych nie należę.


Zabieram wiec Was bez ceregieli na krótką wycieczkę, żebyście chociaż mogli posmakować co tracicie nie odwiedzając koleżanki za wielką kałużą. Ode mnie wyruszamy przed południem, żeby metro nie było jeszcze załadowane, wsiadamy na Brooklynie i czeka nas ponad półgodziny jazdy. Lepiej usiądźcie, bo na następnych stacjach zrobi się tłok.


Wysiadamy nadal na Brooklynie i idziemy na Most Brooklynski. Jeszcze wszyscy są żwawi i pełni życia to trzeba to wykorzystać. Most mimo, że jest jednym z najstarszych mostów wiszących na świecie, tętni życiem. Niczym nie przypomina typowych zabytków architektonicznych

Mamy do przejścia 1835 metrów samego mostu, ale uwierzcie mi, warto i nie będzie się dłużyło nawet przez chwilę. Spacerując jednym z chodników możemy widzieć po bokach Hudson i widok na Manhattan, a po prawej dodatkowo kolejny Most, tym razem Manhattan Bridge.

Przechadzając się ulicami Manhattanu mamy okazję widzieć, cudaczne rzeczy, które po jakimś czasie stają się normalnością. Mówi się, że ludzie albo kochają albo nienawidzą Nowego Jorku, bo pozostać obojętnym jest niemożliwe. Jest coś w tym powiedzeniu, bo ja na pewno obojętna nie jestem. Można nienawidzieć za wieczny tłum, za przepychanie się, za zatłoczone ulice chociażby Chinatown, gdzie przechodzenie chodnikiem jest niemożliwe ze względu na brak miejsca, a prowadzenie samochodu to udręka każdego kierowcy, bo piesi nie patrzą wchodząc Ci prosto pod koła.

Można jednocześnie kochać ten tłum, gwar, nawet smród, a zwłaszcza to, że tutaj nie można się nudzić. Każdy dzień jest inny, ludzie są tak różni, że tworzy to niesamowitą mozaikę kultur, kolorów skóry, przekonań, stylów. A pośród tego my – kobiety i mężczyźni z małych i dużych miast Polski. Też jakże inni od wszystkich, jakże egzotyczni z naszymi rozpuszczonymi włosami, jasnymi oczami i ciekawością świata.

Spacerując po tutejszych parkach, skwerach, czy nawet stacjach metra można zobaczyć wiele amatorskich przedstawień. A to muzyka grającego tak pięknie, że serce frunie gdzieś daleko. A to kobietę gumę, czy grupę młodych akrobatów. Zawsze zatrzymuję się przy takich widowiskach i podziwiam umiejętności tych ludzi, którzy z talentu uczynili swój sposób na życie

Znużeni całym dniem wrażeń wracamy do domu. Jurto zabiorę Was na Coney Island i cały dzień przeleżymy na plaży zatłoczonej tak samo jak to miasto.


fot. evita_duarte NYC, USA
www.marzenkowonyc.wordpress.com

Poprawa cieszyńskich zdjęć

Jakoś tak samo od siebie wyszło, że na ecodniu uczymy się nawzajem sztuki fotografii.  Jedni są biegli w tej dziedzinie, inni chcą się dokształcać, a jeszcze inni, do których ja się zaliczam,  tylko intuicyjnie uwielbiają piękne zdjęcia, mając o nich niewielkie pojęcie. Od pewnego czasu, mamy nie tylko „okazy” znawców, ale i kilka słów na temat techniki ich wykonywania. Poddaliśmy już ocenie kilka zdjęć, ale oto nadeszła od Pana Wiesława niesamowita niespodzianka. Napisał On tak „Naprawdę nie wiem jak przekazać swoje uwagi. Przesyłam więc kilka pani zdjęć, które troszeczkę „pokiereszowałem”. Jest to, tak sądzę dowód, że po zrobieniu zdjęcia jest potrzebna nad nimi dalsza praca.”
Jestem usatysfakcjonowana doresztnie! Pamiętajmy, że zdjęcia robię telefonem, gdzie niezmiernie trudno jest o profesjonalne ustawienia, czasem dodatkowo nie widać dobrze obiektu, wręcz nie widać nic w kadrze. Ich jakość ze zrozumiałych względów nie jest zatem najlepsza ale jest coś, co przecież mogę poprawić – konstrukcję obrazu. Dlatego ta obróbka zdjęć jest po prostu poradnikowym rekordem świata.  Coś jak Pochwała statywu, najtrudniej bowiem o najprostsze rozwiązania.
Dla niewtajemniczonych zamieszczam ponownie oryginalne zdjęcia Cieszyna i już po fachowym strzyżeniu przez Pana Wiesława (przeskalowane stąd gorsza już jakość, ale nie o to teraz chodzi). Nie opisuję, które są które, bo jaki koń jest, każdy widzi – cudowny efekt:

Cieszyn cieszy

Granica na Olzie była tą, którą z racji bliskości przekraczałam najczęściej. No, jeszcze Zwardoń, ale o Słowacji kiedy indziej. Dlatego tak mocno zapadły mi w pamięć te ogromne kolejki na moście Przyjaźni, to podekscytowanie podczas kontroli, że dziś świecąca pustkami czeska granica przyprawiła mnie o większe zdziwienie niż swobodny wjazd do Niemiec. Cieszyn to piękne,  najstarsze na Śląsku miasto, podzielone graniczną Olzą, ale nam trafiła się ta lepsza połowa – Czesi dostali fabryczną dzielnicę, Saską Kępę.

Na  zdjęciu nasz Rynek z licznymi zabytkowymi kamienicami, na pierwszym planie studnia ze świętym Florianem z XVIII wieku:

„Roku 810 wiaropodobne założenie miasta Cieszyna  przez trzech synów Leszka IIIgo  Króla Polskiego. Trze bracia książęta, Bolko, Leszko i Cieszko zeszli się po długiej wędrówce przy tym źródle i ciesząc się, zbudowali na pamiątkę miasto, które miano Cieszyn otrzymało”:

I sama studnia ze źródłem, w niej monety:

W Cieszynie charakterystyczne są nieprawdopodobne różnice poziomów, wysokie na kilka metrów zabudowane wielkimi płytami ściany gruntu, tu stoimy na dolnych chodniku a  w górze są domy:

Oczywiście jesteśmy już w Cieszyńskiej Wenecji, ul. Przykopa. Jedna strona:

I druga:

Ale tak naprawdę to zalążkiem Cieszyna jest  Góra Zamkowa, tu ślady osadnictwa sięgają już VI-V w. p.n.e.  Na zdjęciu rotunda romańska z XI wieku:

Oczywiście Tomek wysłał już po naszym powrocie sms „wejdźcie na wieżę zamkową -  piękne widoki”, gotycką wieżę z XIV wieku tzw. Piastowską:

Nie weszłyśmy, ale widoki i tak były przednie  mimo nie najlepszej pogody – w dole wijąca się Olza, za nią zabudowania Czeskiego Cieszyna,  w tle góry:

Szlak magnoliowy? I owszem, to jego początek na dziedzińcu zamkowym:

Tak jak wspomniałam, pusta granica i już jesteśmy na rynku Czeskiego Cieszyna:

Nie ma tu co zwiedzać… Ratusz, Rynek.  Da się  natomiast do woli nacieszyć z wszelkich nazw, na przykład ulic, gdzie Havličkowa Havlička zbiega się z Čapkową Čapką :) A na to wszystko na koniec knedliček za… złotówki (sic!) a piwo, piwo będzie moim zdjęciem do oceny – ew

W szklance chłodzone Brackie i arkady, a w tle cieszyński Ratusz. Sama natura – zero Gimpa, Photoshopa i… wpisz dowolne. Za to długa ogniskowa – moja ręka, bowiem wszystkie zdjęcia to oczywiście jak zwykle nie aparat a telefon. Tytuł Złote Złotej:

fot. ewolny Cieszyn & Český Těšín