Żleb Drege’a i nic, tylko w dół

tarzanskie stawy 3

Bo czyż żleb Drege’a i po nim “nic tylko w dół”, to nie to samo co “równia pochyła w dół” w naszym życiu? Nijak zawrócić z niej przecież jeśli się zabrnie za daleko. Z początku bardzo dobra droga, wspaniałe rozwiązanie, doskonały skrót z czasem nastręczający kolejnych trudności, aż w chwili gdy uzmysłowimy sobie, że „nie tędy droga” okazuje się, że na odwrót za późno. Szlak niepostrzeżenie robi się zbyt stromy, by wrócić nim, a nam pozostaje tylko brnąć dalej aż do upadku lub świadomego skoku i niechybnej śmierci. Niekoniecznie tej biologicznej, gdyż jest jej wiele postaci: od zgonu zasad, przekonań, upadku woli lub zakończenia polowania na ideały. Bowiem Żleb Drege’a, to może być również bardzo dobra i ponadczasowa metafora, zasada która sprawdza się nie tylko na szlaku ale i w życiu – mimo bardzo dobrze oznakowanych tras dobra i zła, intuicji, pro formy i zasad każdy z nas prędzej czy później pakuje się w taki żleb – strzeżcie się zdradzieckich pułapek.

Książka W. Żuławskiego “Tragedie tatrzańskie” z ‘58 roku, opisuje masę, ale to masę nierozważnych kroków, ale ten żleb jest chyba jednym z najbardziej spektakularnych i zdradzieckich pułapek. Ten lead to wspomnienie starszych już, wakacyjnych dywagacji, o które przypomnienie z czasem upomniał się Tomek. Jakoś czytając na nadmorskiej ławeczce artykuł o Żlebie Drege’a co rusz przenosiłam to właśnie na nasze życie… Każdy, kto zna trochę nasze Tatry, kto choćby przyglądał się im z Zakopanego, musiał zwrócić uwagę na wyniosły, trójwierzchołkowy szczyt, leżący na lewo od Kościelca i Koziego Wierchu. Ten szczyt – to Granaty, jeden z najpopularniejszych celów wycieczek turystycznych. Od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego przedstawia się on najbardziej okazale. Widać wszystkie trzy jego wierzchołki: Skrajnego Granatu, za nią turnię Granatu Pośredniego i cofnięty w głąb najmniej widoczny a najwyższy Zadni Granat. Łagodne w górze, częściowo porośnięte trawą północno-zachodnie stoki Granatów obrywają się niżej pionowymi urwiskami, zbiegającymi niemal nad Czarny Staw. Ten z Czytelników, który przeszedł wierzchołki Granatów, zapewne nie znalazł tam dla siebie zbyt wielkich trudności. Wygodna ścieżka, gęsto usiana znakami, namalowanymi żółtą olejną farbą na białym tle, zaprowadziła go od Czarnego Stawu do stóp skalistej grzędy. Kilka żelaznych klamer ułatwiło przejście stromej ścianki, a dalej znów ścieżka – węższa niż dotąd, ale wciąż wygodna – wywiodła go wkrótce na szczyt Skrajnego Granatu. Orlą Percią, za czerwonymi znakami, w niespełna pół godziny zawędrował bez trudności poprzez Pośredni na Zadni Granat. W zejściu miał jeszcze łatwiejsze zadanie: zielono znaczona ścieżka szybko sprowadziła go przez łagodne zbocze na dno Koziej Dolinki.

Owemu Czytelnikowi nie przyszło prawdopodobnie nawet do głowy, że ten łatwy i bezpieczny szlak mógł pochłonąć już niejedno życie ludzkie. A jednak – jeśli szedł tym szlakiem w odwrotnym kierunku, od strony Zadniego Granatu, i stanął pomiędzy Pośrednim a Skrajnym – tam gdzie ścieżka gubi się nieco w sypkim, drobnym szutrze – być może zawahał się chwilę szukając dalszej drogi. Zanim ujrzał czerwone znaki prowadzące w górę na wierzchołek, wzrok jego musiał spocząć na szerokim, trawiastym żlebie spadającym w lewo, ku zachodowi. Żleb ten wprost zaprasza do zejścia. Widać, jak na przestrzeni kilkuset metrów zbiega łagodnie w dół, a gdzieś niżej, gdzie żleb się kończy – błyszczy tafla Czarnego Stawu. Biada jednak turyście, który by zaufał tej drodze i począł nią schodzić. Początkowo istotnie nie napotka żadnych trudności, potem już nieco gorzej, ale wciąż jeszcze będzie mu się dobrze schodziło poprzez niewielkie progi skalne, oddzielające od siebie części trawiasto-piarżystego żlebu. Wreszcie żleb zaczyna się robić bardzo stromy, a na koniec urywa się olbrzymim, przewieszonym kominem. Sto osiemdziesiąt metrów niżej widnieją piargi doliny, a dalej – tak bliski, a jednocześnie tak daleki – Czarny Staw.

Jeśli turysta zdecyduje się nierozsądnie zapuścić w stromą część żlebu – oznacza to, że dostał się w śmiertelną pułapkę. Zsunąwszy się raz i drugi, wylądowawszy na tej lub następnej platformie w żlebie – jeszcze zdrowy, choć mocno podrapany – ma teraz odciętą drogę odwrotu, gdyż ostatnie odcinki, przez które ześliznął się są już zbyt trudne, by potrafił je pokonać w górę. Komin, który się pod nim rozwiera, jest niemożliwy do zejścia bez długich zjazdów na linie. Turysta musi więc teraz wołać o pomoc i czekać cierpliwie, aż Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe wybawi go z tej matni. Próby dalszego schodzenia pionowym urwiskiem mogą przynieść tylko jeden wynik: zmasakrowane zwłoki, leżące na piargu u stóp ściany… Nazwa żlebu pochodzi od nazwiska Jana Drege’a – pierwszej tragicznej ofiary. Od tej pory, miało tu miejsce kilka turystycznych i taternickich wypadków śmiertelnych spowodowanych właśnie taką próbą zejścia żlebem – ew
Źródło: W. Żuławski „Tragedie tatrzańskie”
fot.  Jacek Maria Jeliński Tatry
www.zlotuptaka.eu
Zdjęcia  z FB – Polska z Lotu Ptaka

10 Responses to Żleb Drege’a i nic, tylko w dół

  1. Monia pisze:

    Myślę, że nic tak nie popularyzuje pewnych miejsc w górach jak zła sława. To tak jak powiedzieć dziecku nie rób tego, a na pewno to zrobi. Ranga góry jest uzależniona od otoczki, którą stworzyła historia, legendy i tragiczne wydarzenia…
    Najczęstszą przyczyną wypadków na Giewoncie, jest upadek poprzedzony zawrotem głowy w momencie popatrzenia w dół pionowej ściany-co robią ludzie?… masowo patrzą w dół sprawdzając czy rzeczywiście jest to tak porażająca otchłań.
    Nie rozumiem dlaczego ludzie tak w górach postępują… może to potrzeba afirmacji własnego ja, a może fakt, że w dobie telefonu komórkowego, helikopterów ludzie nie widzą zagrożenia, czują się “nieśmiertelni”. Iść w góry bez odczucia respektu to pierwszy krok do nieszczęścia.
    Ten rozsądek o którym piszecie to chyba cecha utracona u dużej części turystów, bo oczywiście nie możemy uogólniać.

  2. ela.d pisze:

    Kusi północna ściana Giewontu wielu… Tam najwięcej czarnych kropek, obrazujących wypadki śmiertelne – bo wydaje się bliski, taki tylko ręką sięgną. Tymczasem choć tak bliski i wydawałoby się tak bardzo znany – Śpiący Rycerz jest tak groźny!
    Bardzo lubię wracać do „Tragedii Tatrzańskich”, ale jeszcze częściej sięgam po „W stronę Pysznej” Stanisława Zielińskiego – wspaniały hołd dla Józefa Oppenheima i TOPRu. Mam starutkie I wydanie, ale mam też ostatnie, piękne wznowienie wydane przez Zysk z nowymi zdjęciami Tatr Adama Brzozy. Trudno się od „Pysznej” oderwać – choć tak wiele w niej również o górskich tragediach i śmierci, choć jest przestrogą przed brawurą. Ale czy niektórych ludzi da się przestrzec?

  3. Tomek pisze:

    Brawura jedno ale jest też zapatrzenie, zafascynowanie, instynkt samca modliszki ciągnący ku zgubie. Często jest tak, że idąc „niebezpiecznym” szlakiem decydujemy spontanicznie o brnięciu dalej i dalej. W pewnym momencie można przeliczyć zamiary nad siły. Granica jest cieniutka. A piękno kusi. Przychodzą po czasie ukryte wspomnienia: tam straciłem równowagę ale odzyskałem i nic się nie stało, tam stanąłem niebezpiecznie na kamieniu ale nogi nie skręciłem, nie złamałem, tam zastała mnie niebezpieczna ulewa z burzą i piorunami ale

  4. Mike pisze:

    Chylę nisko głowę przed Wami, góralami. Ze swobodą przerzucacie się znajomymi mi nazwami, których nie kojarzę z miejscami i szlakami bo tam nie byłem. Nie żeby mnie tam nie ciągnęło, wręcz przeciwnie.
    Zawsze Góry kochałem, ale One o tym nie wiedzą. Mam kolekcję książek i albumów górskich, lecz, niestety, platonicznie.
    W mojej naturze leży: ,,lepiej jedno a dobrze”, jak 3 sroki za ogon na niby. Stąd konieczność wyboru – padło na morze.

    Nie taka znów wielka różnica pomiędzy przeżywaniem gór i morza, bo wiele przemawia za tym, iż przygoda rozgrywa się (sex podobno również) w mózgu.
    Opis nieodwracalności sytuacji zagrażającej życiu, przyczyn które do tego doprowadziły i odczuć delikwenta są podobne, niezależnie od rodzaju środowiska.
    Także wnioski. Generalnie, najważniejszy jest taki: ZAWSZE, PONAD WSZYSTKO, MIEĆ PLAN ,,B”.
    Za kierownicą też – wyjście awaryjne.

  5. ew pisze:

    Eee tam, marudzisz. Wejść na górkę można w jeden dzień. I zejść. Wystarczy chcieć. Łatwiej o to, niż skombinować ten rejs, ścioranie fest a i widoki chyba lepszejsze.

    Dywagujemy tu jak to podobieństwa trudów wspinaczki można przełożyć na trud życia.
    I tak sobie myślę patrząc na ten test na Wilka Morskiego i nie tylko, że ludzie morza mają takie same przełożenie na życie ze swego trudu korzystania z umiłowanego żywiołu co my, ludzie gór. Bo przecież tam również czy byśmy sobie tego życzyli, czy nie nagłe załamanie pogody, niefrasobliwość, brak pokory, chwila nieuwagi lub gdy zawiedzie niezawodny sprzęt stawia równie błyskawicznie u bram św. Piotra. Powiem więcej, podczas gdy na przykład lawina zbiera żniwo grupowo, morze ma moc od razu robić to całymi szeregami jak w wojsku. Nie mówiąc już o tsunami, gdzie z rzadka, ale za to całymi wręcz dywizjami ścina bezradnego, zdawałoby się bezpiecznego, bo na lądzie człowieka…
    Ogrom wody, wielka morska otchłań jest równie piękna co nielitościwa, niełaskawa, surowa i nietolerancyjna, gdy tylko tego zechce.
    I w tym kontekście szkoda, że nie mamy takiej wiedzy, by móc z podobną swadą co przy górach, przenosić i te słone podobieństwa oczywistych prawd na życie.

    Pamiętam bardzo dobrze wkurzenie koleżanki podczas naprawdę porządnej burzy. Wydarzyło się wtedy coś, co nie tylko ją wytrąciło z równowagi. Byliśmy na lądzie, ale jej nerwy uzmysłowiły mi, że o morzu wie znacznie więcej ode mnie. To wpływ środowiska, w którym się wychowała, zasłyszanych opowieści i wydarzeń z pierwszej ręki – dopóki człowiek nie wyjdzie na ląd, może zdarzyć się wszystko – ona o tym wiedziała.

    To nie banał – pokornym trzeba być wobec każdego żywiołu.

  6. Tomek pisze:

    Do tematu można podejść właśnie od innej strony.
    Bo poza górami to jeszcze nauka życia a takich porównań do życia jest w samej wędrówce bardzo dużo. To samo życie.
    Wchodzenie, schodzenie, zgubienie się, trzymanie się wyznaczonego szlaku lub świadome zboczenie z niego, nagły przypływ sił gdy już byliśmy na ich skraju albo odwrotnie w jednej chwili uczucie ogromnego zmęczenia, jest już w dół a tu nagle znowu trzeba iść pod górę, pogoda jest piękna by w jednej chwili zakryły nas ciemne chmury…

  7. Tips_Senior pisze:

    Trzy uwagi.
    Po pierwsze:
    Będę przekorny, już taką mam naturę. Czy przypadkiem ten, kto zboczy (w przenośni!) na Granatach na zachód, w stronę żlebu i zleci na pysk na piargi nad Czarnym Stawem nie wychodzi z tego mocniejszy i bogatszy aniżli ten grzeczny turysta, który potulnie trzyma sie szlaku wyznaczonego łaskawie przez władze TPN? Znacie maksymę „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”? Mam paru wspaniałych przyjaciół, którzy w życiorysie mają mieszkanie pod mostem (dosłownie) albo darmowy wikt i opierunek w zakładzie karnym. Czy dlatego, że zaliczyli żleb, przestają być ludźmi?
    Po drugie:
    Cytat „ZAWSZE, PONAD WSZYSTKO, MIEĆ PLAN ,,B””. Chwalebne założenie, ale niestety nierealne. Co jeżeli plan „B” okaże się niewypałem? Praca konstruktora maszyn nauczyła mnie jednego – nie jestem wstanie przewidzieć wszystkiego. Choć nie wiem jak starannie i długo bym robił testy i próby nowej konstrukcji, to i tak po kilku godzinach normalnej eksploatacji nastąpi sytuacja, której nie przewidziałem. A to tylko maszyna, od początku do końca zaprojektowana przez mnie. Ciekawe, kto zaprojektował moje życie? Ono jest zawsze bogatsze od najbujniejszej wyobraźni, że nie wspomnę o przepisach i kodeksach. Dlatego Mike, przy całym szacunku, zmieniłbym Twą maksymę. Proponuję taką: „ZAWSZE MIEĆ PLAN „B”, ALE BYĆ PRZYGOTOWANYM NA WSZYSTKO”.
    Po trzecie:
    Cytat „a i widoki chyba lepszejsze.” Nie prawda! Inne, nie lepsze, nie gorsze tylko inne. Równie wspaniałe, równie imponujące, równie zapadające w pamięć. Kocham i Góry i Morze. Mój przyjaciel, Michał całe życie chodził po górach, zwiedził Himalaje, wspiął się na ponad 5 tys metrów, ale gdy w wieku 45 lat wyciągnąłem go na morze też się w nim zakochał. Ta miłość nie przekreśla miłości do Gór. One się wspaniale uzupełniają, nakładają i wręcz wzmacniają. Cito, czy przykład generała Mariusza Zaruskiego o tym nie świadczy?

  8. Mike pisze:

    Jakiś czas temu pisałem, że receptą na zmniejszanie ryzyka awarii (czy jak kto woli – zwiększania niezawodności) jest zdwajanie układów.
    Gdy jeden padnie, jest plan ,,B”, czyli drugi układ. Zabezpieczenie przed nieprzewidywalnym. To zwiększa koszty instalacji, ale zmniejsza koszty potencjalnej awarii, bo ogranicza jej prawdopodobieństwo.
    Plan ,,B” to w moim widzeniu również nie dopuszczanie do sytuacji bez wyjścia. W tym sensie to przytoczyłem.
    Dzięki Tips za uzupełnienie – nie doszukałem się jego kolizji wobec tego co napisałem. Zgadzam się, że nie można sobie pozwolić na uśpienie czujności, spoczęcie na laurach, bo ,,mam plan B”. Chyba tego nie sugerowałem?

    A playboy i przyjemniaczek Generał Zaruski, który przy swym biurku w Ministerstwie Wojny szkicował plany wycieczek i rejsów oraz pisał wspomnienia z nich, to piękny przykład na to, aby za bardzo nie przejmować się rolą, bo i tak cię …
    O tych co się przejmowali dawno zapomniano, a Zaruski – wiecznie żywy, dzięki hobby.

  9. Mike pisze:

    A ja, naiwny, myślałem że ma być trzech do przyjemnosci, na raz…

  10. ew pisze:

    Życie ludzkie w ogóle zależy od splotu naprawdę zwykłych, błahych wręcz okoliczności. To jak źle stąpnąć na równoważni, wybrać zły kamień – złe życie, nóżka się potknęła, bach i zgon. Ale jeśli wybrać dobry, mocny, stabilny, właściwą ścieżkę? Zamiast zgonu feeria kolorowych wrażeń.

    I taka mała dygresja, co jesteśmy warci i jak góry obnażają, jak bardzo pozwalają poznać drugiego człowieka. Tu akurat w bardzo ekstremalnej, bym rzekła ostatecznej chwili, której nie życzę nikomu, a zwłaszcza Wam. Pozdrawiam!

    „Wyprawa po Badrowskich i Hackbeilównę”:

    Stanąłem na płycie.

    Ciarki mię przeszły: postać leży na samej krawędzi, jedna noga wisi nad otchłanią w powietrzu!

    Szybko przestępuję nogą przez leżące ciało, mając na myśli – odgrodzić w pierwszej chwili nogami swoimi jak poręczą od przepaści człowieka…

    I kiedym przenosił nogę ponad ciałem, z bezwładnie leżącej masy doleciał głos ledwo słyszalny:

    - Ostrożnie, tam przepaść…

    Tych słów nigdy nie zapomnę!

    Ktoś na wpół sam już umarły, godzinami nad przepaścią leżący i nie mający sił, ażeby podźwignąć się wyżej, ostrzega przed niebezpieczeństwem, w którym sam się znajduje, żywego człowieka…

    Te słowa w prostocie swojej i mocy były niezwykłe!

    W najwyższe zdumienie mię wprowadziły.

    Nie czas był jednak na rozmyślania.

    Mając jedną stopę po drugiej już stronie leżącego ciała, szukałem dla niej oparcia…

    I nie znalazłem. Tak ściśle leżąca ta istota skojarzona była ze śmiercią, że na krawędzi płyty nie znalazło się już miejsca dla człowieka, który chciał ją sobą od śmierci odgrodzić.

    Zmuszony byłem zjechać jeszcze niżej na linie i tam zaczepiłem się nogami na jakimś wysterku. Postać leżącą miałem teraz na wysokości swej piersi. Odetchnąłem. Teraz już ciebie w przepaść nie puszczę!

    Zębami i lewą ręką ściągnąłem zapasową linę, przeznaczoną dla tych nieznajomych, którą wlokłem za sobą i obwiązałem ją wpół.

    Jużeś uratowana! 2*.

    Powróćmy znów do „Księgi wypraw”. W żlebie, w bezpiecznym już miejscu, Bandrowska została przebrana, napojona herbatą z koniakiem i została do rana wraz z Pogotowiem, za wyjątkiem mnie i Marusarza, którzy musieliśmy zejść do schroniska, żeby się przebrać. Od Bandrowskiej dowiedzieliśmy się, że brat jej w najwyższym zdenerwowaniu sam z tej płasienki rzucił się w przepaść 1*.

    Jak doszło do tej wciąż, mimo upływu lat tak poruszającej tragedii? Troje turystów, schodząc z Granatów – zgubiło ścieżkę. Weszli w żleb obrywający się zerwą. Ale przecież wciąż znajdowali się w terenie dającym wielkie możliwości wydostania się na ścieżką; wystarczyło tylko podejść w górę, łatwym tokiem, kilkadziesiąt metrów. Mężczyzna, najbardziej z całej trójki obyty z Tatrami, wpadł jednak w popłoch. Dlaczego? Próbował to wytłumaczyć Zaruski. Bandrowski chodził co prawda po górach – powiada Pan Mariusz – ale jednak niesamodzielnie i znanymi ścieżkami. Z chwilą zgubienia drogi i wejścia w żleb nieznany od razu stracił pewność siebie, a umiejętność jego orientowania się w położeniu najwidoczniej obniżyła się aż do niezdolności widzenia rzeczy zupełnie prostych. i etc ”

    Z kwartalnika http://www.wgorach.com/index.html?id=45236&lang_id=PL

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>