Wiatr ustaje przed świtem. Pokazują się gwiazdy. Z ziemi odbłyskują im wapienne płyty lapiazu. W piramidzie świerka błąka się świetlik. 26 sierpnia 1966 roku, plateau Sornin, 1000 metrów nad dachami Grenoble, 1460 metrów nad poziomem morza. Plecy wsparte o szorstki pień, nogi opuściłem przez skalną krawędź ku wypełnionej nocą czeluści. Smużka alpejskich szczytów na horyzoncie, wśród nich najjaśniejsza dzięki swej wyniosłości kopuła Mont Blanc. Zapach żywicy. Na szyi czuję mokry dotyk gałęzi.
Jest dwudziesta godzina akcji. Dwadzieścia godzin temu, o godzinie zero, pod ziemię zeszła I grupa szturmowa… potem II. Teraz jest godzina zero plus 20.00 i dla mnie dopiero zaczyna się to, w czym tamci tkwią od dawna. W istocie i dla mnie zaczęło się dwadzieścia godzin temu. Jestem częścią zespołu, utożsamiam się z nim i jego działaniem, również jego błędami. Nie należało posyłać do akcji Baryły i Kopcia w jednej grupie. Zapomnieliśmy o wszystkim, co ich dzieli. Teraz jest już za późno. Są kilkaset metrów niżej, gdzieś we wnętrzu masywu skalnego. Być może, jednakowe czucie zagrożenia i ten sam nakaz wewnętrzny każący im schodzić w dół wpłynęły na zbliżenie. Ale o tym dowiem się dopiero po upływie dnia…
Jakby to powiedzieć, żeby nie wysilając się zazbytnio ująć zgrabnie swe myśli, nie zamęczyć aczkolwiek poczęstować przesłaniem. Piszą moi mili o wszystkich grzechach, zbrodniach tego świata, splamionych krwią rękach matek i niedoszłych ojców, wyścigu uciech, plagiacie mądrości Pana Boga. A potem o ucieczce człowieka w wirtualność, maile bez zapachu papieru listowego, parawan z muzyki słuchanej solo, blokadę z sms, przesyłanie myśli on line a wszystko to w absolutnej ciszy, zagłuszanej tylko pomrukiem wentylatorka. Bo przecież net nie boli, to życie boli, świat boli.
Ale o dziwo net boli i to bardziej niż byśmy się tego spodziewali. Jesteśmy jak w tej zacytowanej książce częścią zespołu schodzącą w czeluść. Ktoś o kogoś się martwi, ktoś kogoś czegoś uczy, wspiera lub dzieli się swym doświadczeniem. Czasami zwyczajnie tęskni. Tak naprawdę nie wchodzimy na forum, bloga by napisać li tylko tekst, ale aby spotkać się z opiniami wybranych, polubionych przez nas znajomych…
Ile mam już na koncie przeczytanych książek o wyprawach wysokogórskich? Może czas odwrócić tor myśli, spojrzeć głębiej, by zobaczyć więcej? „Czeluść” Macieja Kuczyńskiego stanowi właśnie o spoglądaniu w głębiny:
Poprowadził nas tą samą drogą. Żleb był spiętrzony, zsuwały się nim zbutwiałe pnie. Głowami trącaliśmy kiście fioletowych storczyków wiszących z konarów. Ze żlebu wyszliśmy na ścianę niemal pionową, ale pociętą w wąskie półeczki dające oparcie dla stóp. Obsiadły je poduszkami kaktusy. Nadsłuchiwaliśmy, ale nic się nie odzywało oprócz papug i lasu szeleszczącego kroplami.
Nasze klimaty? W taką czeluść, w tak doborowym towarzystwie, to czysta przyjemność… ew
fot. Wiesław Czapski Przełęcz Brenner, Alpy












Babo.
Nie wiem kto wymyślił, że internetowe znajomości są nieprawdziwe bo nie dzieją się na gruncie realnym. Mam wielu bliskich mi bardzo i cennych ludzi, których spotkałam przez internet. Tyle, że te znajomości szybko przeniosły się na grunt poza internetowy. Mail, gg czy wpisy na blogu są formą komunikacji, zastępująca niemożliwy kontakt osobisty. Pewnie, że nawet najdłuższy mail nie zastąpi spaceru na Wieżę Widokową w jurackie, deszczowe popołudnie, ale lepsze takie jak żadne spotkanie.
I prawdę głosisz na koniec, że w doborowym towarzystwie to w każdą czeluść.
PS. To kiedy na ten Bornholm z Mike’m ?
:P:P
Jest załoga, jest Bornholm