Monthly Archives: Maj 2009

Daleko od szosy

A oni ciągle czekali na ten autobus. Murowany przystanek PKS pamiętający jeszcze czasy PRLu, stał się swoistym domkiem dla trójki przyjaciół. Eulalia, Maszyna i Tadek już jakby przyrośli do drewnianego siedziska. Trzy posągi tworzyły tutaj idealną symbiozę. A autobus jak nie przyjeżdżał, tak nie przyjeżdżał.

Maszyna ciągle opierał się o głowę Eulalii wygrzewając sobie ucho w blond złotych kosmykach jej włosów. Po Tadziku pozostał już jeno prochowiec a sam właściciel zapadł się weń niczym żółw w skorupę. Czekali już ho, ho, będzie z ruski rok.

I wreszcie się doczekali. W tej trwającej bez końca mydlanej operze nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Z oddali zawył odgłos silnika najpewniej nadjeżdżającego wreszcie autobusu. To zmusiło ich do wysiłku rozprostowania swych zastanych w rozleniwieniu kości. Trzasnęło, jakby łamały się pod naporem wiatru drzewa i po chwili opuścili przystankowy domek. Jako że Tadek już całkowicie spierdołowaciał w nieznośnym bezruchu, Eulalia trzymała go za sznurowadło buta, a on powiewał na wietrze niczym balonik.

Maszyna otworzył szeroko oczy ze zdumienia – asfalt zafalował wylewając się częściowo na pobocze. Zamiast zwyczajnego autobusu po szosie płynął kuter rybacki cumując przy samym przystanku. Na pokładzie witał ich brodaty mężczyzna a za sterem machał drugi. Tomek

Eulalia spojrzała na towarzysza i już chciała mu coś powiedzieć, na temat tego wylewającego się asfaltu, gdy nagle poczuła silne szarpnięcie. Co je kurdęsz? Sznurówka, na której uczepiony był spierdołowaciany Tadzik, naszpanowała tak, że omal nie wypuściła jej z ręki:
- Sklarować foka do zrzucenia! – wrzasnęła odzyskując nagle wigor i naciągając ile sił wlezie sznurówkę.
- Fok klar! – odwrzasnął Maszyna prawie kładąc się na plecach.
- Fok  precz! – zarzuciła jeszcze komendą Eulalia i razem zaczęli ściągać to, co zostało po Tadziku, znaczy prochowiec, nadęty teraz na wietrze tak, że przypominał  do złudzenia czteromasztowy żaglowiec.

Wyczyny dotychczas ospałych przyjaciół, obserwowali z pokładu swojego statku dwaj schackletonopodobni inaczej. Zamyślony tęższy, palcem zaczesującym zapewne dotychczas źdźbło traw, aż loka na swej długiej brodzie w sposób doskonały wydziergał, a chudy? Chudy zapomniał  był na chwilę o niby fantomowym, ale zaiste rwącym bólu, w swej drewnianej, bo ze starej czereśni, nodze – musi bardziej oszczędzać oną, pomyślał, a głośno zakrzyknął:
- Amerykanom nasze strachy latają obojętnym kalafiorem! A hoj!
- Juści ja! – odwrzasnęła Eulalia – Bowiem gnoi ją z piedestału swego skomplikowania. Zazdraszczam! – a na wypłaszczonej stronie rzekła do Maszyny:
- Ten ma chyba mózg jak zeszyt w kratkę, wszystko obczajone, wycyrklowane, poukładane. Chyba mamy dziś farta, w końcu zwiozą nas z onego przystanku. Skończy się wreszcie ten nasz zaokienny pejzaż, zobaczysz synek, własnousznie i własnoocznie zobaczysz.
Jej zapluszczone ze starości oczy aż zmrużyły się na samą myśl lubieżnie i już, już zaczęła smerać po wyżynach wyobraźni, gdy nagle ten tęższy zakrzyknął:
- Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na nasz pokład do dalszej dyskusji!
No! Usatysfakcjonowanie doresztne zatchnęło ją. Gdyby była niezapisaną księgą, doznałaby teraz wspomnianego wypłaszczania stron. Maszyna, jako odporny na ekspozycję, wszedł pierwszy na zrzuconą drabinkę. Dwa szybkie kroki, bo długie nogi miał, i już był na pokładzie:
- Sromotnikowe, beskidzkie, międzylistne landszafty witają was, i dziękują, że pomożecie obronić się przed spierdołowaceniem.
Eulalia tymczasem spojrzała na dyndającego nad nią Tada i rzekła:
- Sztaksle luz! Przygotować żagle do zrzucenia! – po czym wszyscy usłyszeli ciche psss, a z nadętego jak balon tadzinego prochowca uszło zjełczałe powietrze. Eulalia szybkim ruchem zwinęła go niczym śląską roladę, owinęła ciasno sznurówką i wpięła pod kok do włosów. Podnosiło to zarazem i jej fryzurę, i ego:
- Dam ja mu fok na motyla. Zamilkam! – po czym szybko wskoczyła do wody, a ta… zamknęła się nad nią.

A tymczasem, sołtys z Natenczasowa zbudził się z podwieczornej drzemki – mus zwinąć asfalt na noc, za darmo mu przeca funkcyjnego nie płacą.  ewolny

Starożytne statki cz.1

Łodzie trzcinowe
Na początku był to kawałek drzewa płynący po wodzie, którego człowiek się  mógł się uczepić, by przepłynąć z jednego punktu do drugiego. Następnie w miarę postępu i pomysłowości powstawały tratwy, wydrążone łupiny pni drzew, wzmocnienia w postaci burt i tak aż do formy wyglądu statku, który istnieje w naszym wyobrażeniu do dziś.

Do najstarszej łodzi świata zaliczyć można te wykonane z trzciny, która jako budulec obficie porastała brzegi rzek. Kształt dobrze nam znanej łodzi datuje się na około 3500 rok p. n. e. (sic!) Wtedy to po Nilu zaczęły żeglować pierwsze łodzie, których dziób i rufa wygięte były tak, by przybić do brzegu na płytkich wodach. Osobiście widzę w nich podobieństwo do skorpiona. Na głębszych wodach tj.: morzach i oceanach rufa i dziób wyginano już w inny sposób, przypominający  do złudzenia łuk.

Łodzie trzcinowe charakteryzowały się tym, że skrajne wiązki tworzące burtę były większe od reszty. W nich żagle wykonywano z papirusu. Prostota budowy sprawiała, że łódź ta była nader wygodna, niestety równie niepraktyczna – wymagała bowiem częstego suszenia, z powodu szybkiego nasiąkania wodą. Po bokach jeżyły się w nich rzędy wioseł, nieodzowne podczas płynięcia pod prąd. Z nich, jedno albo dwa, przeznaczano do sterowania – Tomek
cdn
Źródło: http://www.zaglowce.ow.pl/

Tęcza okiem fotoamatora

Rzeczywiście, aż za dobrze jest z telefonem, to on za człowieka myśli robiąc chwalone przez Was zdjęcia. Już się nawet zastanawiałam, na co porządny aparat, skoro na potrzeby bloga, ten Sony Ericsson W910i za 1 zł (sic!), w zupełności wystarcza. Ano, nic mylnego. Są sytuacje, które po prostu wymagają dobrego sprzętu.

SMS do Tomka, „Z mojego balkonu robię zdjęcia tęczy” i moja natychmiastowa odpowiedź, „Ja też!!!”. Przez południe kraju, przetoczyła się olbrzymia burza, mieszkamy od siebie jakieś 100 km, więc czy to była ta sama tęcza? Moja też była piękna, a jej ogromna, szeroka wstęga powiewała nad świeżo zmytymi szczytami gór.  Niestety… przy tej oto tęczy, mój telefon właśnie poległ – na zdjęciach nie było jej widać!

Tomek, bez dwóch zdań, to najpiękniejsze zdjęcie tęczy jakie znam. Widzę oko Pana Boga zawieszone w niebiesiech. Kategoria „Naj – artystycznie wybujałe” – ew

Biedroneczko, leć do nieba… i lepiej nie wracaj!

Nie, nie chodzi o naszą znaną i lubianą siedmiokropkę, która ma nam przynieść kromeczkę chleba.

Chodzi o IGO – Inwazyjny Gatunek Obcy, biedronkę azjatycką Harmonia axyridis, zwana arlekinem, silną i bardzo płodną. Zajmuje ona terytorium innych biedronek: zjada ich jaja, wyjada mszyce, miodówki i pluskwiaki, które są głównym pokarmem biedronek miejscowych, gryzie też ludzi.


Inwazyjne gatunki obce (przede wszystkim rośliny, ssaki i owady) uznaje się za ogromne zagrożenie dla różnorodności biologicznej, już narażonej na utratę naturalnych siedlisk i zmiany klimatu. Skala problemu jest ogromna. Wyniki jednego z badań wskazują, że całkowite straty gospodarcze i ekologiczne, spowodowane obecnością IGO tylko w Wielkiej Brytanii, USA, Południowej Afryce, Indiach i Brazylii wynoszą prawie 330 mld USD!

Wróćmy jednak do naszej – nie naszej – biedronki. Jak ją poznać? Ma bogate ubarwienie: może być żółta, pomarańczowa, czarna, czerwona, ma od 1 do 23 kropek i jest dość duża: 6-8 mm. Ma charakterystyczny garb na końcu pokryw. Woli tereny zurbanizowane.

Jest już w Wielkiej Brytanii, gdzie stanowi „śmiertelne zagrożenie” dla tamtejszych biedronek – jak twierdzi dr Michael Majerus z Wydziału Genetyki Uniwersytetu Cambridge, coraz liczniej występuje we Francji, gdzie istnieje specjalna grupa badawcza, obserwująca przemieszczanie się „arlekina”, a także w Szwajcarii. Rozpoczął się również monitoring w Polsce (www.cbe-pan.pl).

Harmonia axyridis zwana jest również Halloween Lady Betele, bo na przełomie października i listopada najłatwiej ją zauważyć, gdy przygotowuje się do przetrwania zimy. Wtedy to całe grupy tych biedronek poszukują miejsca do hibernacji. We własnym środowisku zimują licznymi grupami pod korą drzew, ale cenią również ciepło domostw ludzkich. W słoneczne jesienne dni w godzinach najwyższej temperatury gromadzą się na ramach okiennych, szukając wejścia  do zacisznych kącików.

Cóż – nasza biedronka to „boża krówka”, ale czy ta nazwa przystoi również IGO Harmonia axyridis? – ela.d

Na podst:
www.notre-planete.info
www.robale.pl
fot. wikipedia

Niedziela w Beskidach

Już od samego początku, można zakochać się w tej trasie. Goleszów uderza swym urokiem miasteczka czystego, estetycznego i ładnego. Idąc dalej spotykamy pierwszy przepiękny punk widokowy, na malowniczo usytuowane w dole jezioro, mieniące się kolorami, gdy patrzeć pod różnym kątem:

Trochę później trasa troszeczkę traci na atrakcyjności, bo idziemy zwyczajną szosą, obok jakiejś straszącej fabryki kamieni. Za to podejście od Schroniska Pod Tułem (560 m.n.p.m.) w pobliżu rezerwatu cisów do samej Góry Tuł, rekompensuje wszystko. Zaczynają się wspaniałe widoki na Nizinę Polską, Małą i Wielką Czantorię, malowniczo położone domki.
Im wyżej, tym większa ekstaza, tym smaczniejsze danie dla oczu.
A kropką nad „i” jest zejście z Czantorii szlakiem, do Ustronia Uzdrowiska – to długa, ciągnąca się w nieskończoność, niby aleja w parku.

Widok z Góry Tuł:

Szlakiem. I nagle… Czantoria:

Znów, widok ze szlaku:

Niknąca droga:

fot. Tomek Beskidy

Bzykanie Kucowołocha

●Vlach – w ten sposób Goci nazywali Rzymianina; jest to także bardzo częste określenie Aromuna w języku angielskim (na przykład w Encyklopedii Britannica); Słowianie przejęli to słowo od Gotów – stąd na przykład polskie określenie ,,Włoch”;
●Vlachos – to grecka wersja słowa Vlach, ale przez długi czas określenie to było powiązane z pasterstwem i zaczęło oznaczać po prostu pastucha (wielu Greków nie wie, że to słowo oznacza Rzymianina); etnonim Vlachos ma wydźwięk pejoratywny;
●Koutsovlachos (polska wersja – Kucowołoch) – wariant występujący w języku greckim, znaczy ,,kulawy Wołoch”, pochodzenie słowa nieznane;

Ze mną pracuje Słowaczka  – słowacki jest lepszy od czeskiego, zamiast „szukać” mają „bzykać” – ew
fot. ewolny Bielsko-Biała

Błatnia przez Dolinę Luizy

Na dymy pod czachą, na szczęk broni wszelkiej, na zgiełk złego miasta i smród myśli ciemnych, wejdź w ściany lasu, ścioraj się, zamęcz, nałykaj kurzu, poczuj pragnienie, niech pot spływa z czoła i oko choć wykol… napawaj się. Tam wszystko jest prostsze.

Ostatnie stadium ściorania – Błatnia (917 m.npm.). Ode mnie 3 godziny szlakiem i 2 autobusy, więc z jednego rezygnuję i wyruszam pieszo spod dworca PKP Wapienica; tu zaczyna się szlak niebieski. Po blisko godzinie marszu wzdłuż jezdni, wreszcie las. Wapienica to miejsce spacerów bielszczan, cel rowerowych wycieczek, deptak mojego taty.  Co drugi dzień robi tu 2,5 godzinną pętlę – samo zdrowie! Bowiem w tej dolinie jest niesamowity mikroklimat – aż z trzech stron są masywy górskie, odgradzające nas od miasta, spora woda no i zwarty, gęsty las. Ciekawostką jest fakt, że sama Brigitte Bardot, nomen omen B-B, napisała kiedyś, otwarty list do prezydenta L. Wałęsy z prośbą, aby cofnął zezwolenie na odstrzał tutejszych wilków.

Teraz idziemy wzdłuż rzeki, która zaprowadzi nas do zapory. Czterokilometrowa Dolina Luizy to pierwszy ekologiczny park w Polsce. Unikalny mikroklimat tworzą liczne akweny i masywy odcinające w sposób naturalny to miejsce od zakurzonego miasta. W lasach dominują buki, świerki, jest tu wiele pomników przyrody, najwięcej w Dolinie Żydowskiego Potoku m.in. dąb o obwodzie 400 cm. Nazwę swą dolina zawdzięcza księżnej Sułkowskiej Luizie, dawnej właścicielce tych terenów. Między masywami Jezioro Wielka Łąka, zbiornik wody pitnej dla Bielska, ujęty w ryzy zapory. Na zdjęciu widok z masywu na wprost, z drugiej, wyższej strony. Na końcu tamy widzimy  budynek Centrum Nurkowego, zarazem knajpkę,  w której wyśmienite pierogi, kawa, piwo i starodawny kostium płetwonurka. Czy ktoś je jeszcze pamięta?

Niestety, musimy wspiąć się prawie pionowym szlakiem na górę, by wreszcie po około 45 minutach baaardzo ostrego podejścia – nagroda – cudownie widokowa przełęcz Palenica. Z niej m.in. wspaniały widok na miasto, z którego przyszłam, masywy po drugiej stronie zapory, ale i wioski ciągnące się w stronę Ustronia i Wisły:

Teraz idziemy już zupełnie spokojnie, szczytem masywu, po prawie płaskim terenie,  gdzie m.in. widok na zawias szczęki między Dębowcem i Palenicą:

Zbaczam ze szlaku i idę odwiedzić uroczysko – miejsce kultu z XVII wieku. „Na tym uroczysku w okresie kontrreformacji odbywały się nabożeństwa ewangelickie. Na stromym stoku wykuto 13 stopni, jeden nad drugim, każdy o szerokości 1 metra, wysokości 0,5 – 0,75 metra i długości 30 metrów. Stopnie były starannie wyłożone płaskimi kamieniami i z obu stron ograniczone poprzez prowadzące w górę ścieżki. Taka sam ścieżka biegła również przez środek stopni. Stanowisko to mogło zapewnić miejsca siedzące co najmniej 500 osobom. Miejscem dla kaznodziei była najprawdopodobniej niżej położona ambona.”
Tu znowu widokowe miejsce, tym razem tylko, na  przeciwną stronę niż moje miasto:

Poza tym, na południu bez zmian, też wypalają:

Idę. 3 godziny w lesie mijają jak bajka. Tyle razy tu byłam, ale dopiero teraz Błatnia zaserwowała mi nie tylko cudowną pogodę, ale i niecodzienny widok – Coloseum (sic!):

Zatem do schroniska, oddalonego raptem o 5 minut drogi, nie idę, zostaję tu. A na tym najpiękniejszym, bo z „dookolną” panoramą, widokowym, górskim szczycie,  ta porzucona budowa daje mi po wejściu na się… nieprawdopodobne wprost #omujborze! spojrzenie na wszystkie okoliczne masywy, białe, rozsypane kosteczki w B-B i żółte, rzepakowe dywany w okolicznych wsiach,  w dali nie tylko śląski smog, ale i nawet tafla Jeziora Goczałkowickiego, a pod nogami morze, co ja mówię, ocean! borówkowych krzaczków:

Chwilę odpoczywam upajając się widokiem, zapachem, ciepłem i odgłosami żyjącej góry. Po Tipsowemu znów zaczesuję ręką źdźbło traw: dmuchawce, latawce, wiatr, do ciebie po niebie szłam…

Veni, Vidi, Vici. Wracam:

fot. ewolny Beskidy

Zobacz:
- Błatnia przez Dolinę Luizy film – ew

ماطماطة القديمة – surrealistyczny plan „Gwiezdnych wojen”

Nieoczekiwanie bardzo zielono i barwnie było w Tunisie albo Oazie Douz i nagle wyobrażenie o piaszczystej Afryce prysło. Moje zdanie jest takie, że warto tam być, bo trudno inne kraje jak Tunezję, będącą wielkości połowy Polski, w ciągu 7 dni zwiedzić od południa do północy i od zachodu po wschód.

Taką miłą ciekawostką i zaskoczeniem było to, gdy noszono mężczyznom albo witano się ze mną pierwszym :D

Oczywiście żartuję drogie Panie feministki. Mimo, że było mi trochę głupio, to  bez mrugnięcia okiem wziąłem walizkę Korali. Dalej nie mówię, bo się tu na mnie rzucą tak czy inaczej.

Po wjeździe do Mátmátah wkraczamy w ten jakże inny świat żyjących tam Berberów, których historia sięga starożytności. Prawdopodobnie nie zauważyłbym ich mieszkań gdyby nie informacja naszego pilota, którym był rdzenny Tunezyjczyk. Wskazał on na odległe rejony pustyni, gdzie w skałach widniały mroczne groty. To niewyobrażalne, że w tym „piekle” ktoś może mieszkać. Dla nas Europejczyków był to szok.
Niektórzy Berberowie żyjący w tych jaskiniach to typowi pustelnicy ale są też jaskinie z pięknymi drzwiami, z antenami satelitarnymi, kujące bogactwem. Różnice w stylu i wyposażeniu jak w naszych miastach. Bogactwo miesza się z biedą.
Odwiedzona przez nas jaskinia-dom była bardzo przytulna a w każdej jaskini mimo potwornego upału panował przyjemny chłód.

Chyba mało kto wie, że w tunezyjskim  El Jem, jest trzecie co do wielkości Koloseum. Wzniesiony w III wieku przez cesarza Gordiana Amfiteatr Rzymski, zbudowano z kamiennych bloków z niedalekich kamieniołomów w Sulakta.
A co do  „Gwiezdnych Wojen”, to w „Mrocznym widmie”, rozpoznałem wysoką wydmę, z której schodziłem jak nas jeepy podwiozły do wioski na „planecie Naboo”.

I na koniec już, Góry Atlas,  jakżeż są inne od naszych Beskidów, bo zero drzew:

Kanion Kolorado:

Mátmátah:

fot. TomekTunezja

Prypeć – miasto duchów

Czarnobyl, strefa zamknięta – na stronie znalezionej  w sieci przez piotr.amigo. To moja odpowiedź na dywagacje, na temat wyprawy w to miejsce.

Z podanej strony wybrałam tylko kilka zdjęć i cytuję pierwsze i ostatnie zdanie z fotoreportażu.  Bardzo  znamienne jest szczególnie to ostatnie. Na całość, naszych „entuzjastów świecenia”, zapraszam na >>> www.opuszczone.com – ew

„Maj 2005 – po prawie rocznych planach i przygotowaniach w końcu udało nam się osiągnąć cel dla Opuszczonych najważniejszy. Odwiedziliśmy sanktuarium Opuszczonego i zapomnianego świata. Było nas czterech, każdy z nieco innym nastawieniem – oczekiwaniem. Każdy z dozą niepewności i ryzyka – co nam odbiło żeby pchać się tam gdzie skąd każdy normalny człowiek by uciekał. Pasja.”

„Najwcześniej będzie można ponownie bezpiecznie zaludnić te obszary za około 900 lat. Z miasta może już niewiele pozostać.  Tworzy się w nim nowe, niesamowite i tajemnicze życie. Ludzie są tam zbędnym dodatkiem.
Tutaj teraz rządzi czas. Jeszcze tutaj wrócimy.”

fot. www.opuszczone.com

Kazimierz nad Wisłą, czyli powrót do edenu

Mój fetysz to zielono, mokro, słonecznie i ślady constansu – dowody na ciągłość ludzkiego bytu – historia. Kazimierz Dolny to przestrzeń, słońce, woda, powietrze i życie – przyroda i człowiek, ten obecny i miniony.

Nie znam obecnie piękniejszego zakątka  Ziemi niż Kazimierz Dolny, dlatego zadziwiła mnie przewodniczka swą odpowiedzią, gdy zapytałam ją czy jest już objęty lub czy są jakieś kroki, zmierzające do objęcia go ochroną UNESCO:
- No wie pani, my tu tak prawdę powiedziawszy niewiele mamy. Nie zachowały się plany, zapiski, kamienice są z odtworzenia, zamek zburzony przez Szwedów, niewiele mamy. Za mało.
No ludzie! Konwencja o Ochronie Dziedzictwa Przyrody (1972) dotyczy ochrony przyrody i skarbów kultury, ale na liście co ważne, znajdują się także krajobrazy kulturowe świadczące o ścisłym, ciągłym, nierozerwalnym związku człowieka z przyrodą. Chyba zatem kwalifikuje się i Kazimierz, któremu sam Pan Bóg nie poskąpił. Takiego ścisłego kontaktu: zalesione wzgórza – miasto  – człowiek – czas – rzeka, nie ma chyba żadne inne miejsce jak to:

Nazwę swą zawdzięcza Kazimierzowi Sprawiedliwemu, ale już budowę zamku, legendarnie przypisuje się Kazimierzowi Wielkiemu, za to prawa lokacji… Władysławowi Jagielle. To właśnie tędy biegły trakty kupieckie. Nad miastem a wzdłuż Wisły góruje wzgórze, które niczym bocianie gniazdo, daje baczenie jak przez domowego “judasza”, na cały teren:

Na nim świetnie zachowana 20 metrowa  baszta zamku górnego, z której widok na najbardziej wysunięte na wschód, zakole Wisły. Dalej na wschód już nigdzie indziej Wisła nie płynie:

W historycznych zaroślach willa, ponoć zakupiona przez  prezydenta K. a zbudowana przez człowieka, który dorobiwszy się fortuny, zwiózł z RPA niesamowitą kolekcję złota. Złożone w depozycie w miejscowym muzeum dało podwaliny wystawie, a honorowy mieszkaniec miasta, dostał nie tylko zezwolenie na budowę na historycznym wzgórzu, ale i zgodę na zabudowę wbrew architektonicznym planom zagospodarowania miasta. Druga willa, również widoczna wśród gęstych drzew z baszty, to już tzw. „antyzamek” Pruszkowskiego – malarza, człowieka renesansu, profesora, wychowanka młodzieży. Ten wiecznie chodzący na czarno ubrany pan, spowity obszernym płaszczem, kapeluszem, spodniami wsuniętymi w wysokie, czarne buty, był nawet piewcą krzewienia świata widzianego… z góry. Rzecz się dzieje przed wojną a kupuje on awionetkę i kończy spokój kazimierzan, gdy oblatuje te strony, lądując na nadwiślańskich plażach i bezzębny, (bo przy różnych próbach awaryjnego lądowania doznał już kilku uszczerbków) mówi:  „BYCO JE!”.

Kazimierz to zapach, idąc uliczkami czujesz się jak we wnętrzu starego kościoła, strychu, czujesz zapach starego drewna. Przewodniczka, rodowita mieszkanka Kazimierza, mówi  mi „eee mnie się to kojarzy z obozami zagłady, tak pachną obozy koncentracyjne, jak nasze płoty i obejścia”. Mnie nie, ja UWIELBIAM ten zapach!

Kazimierz to kamieniczki, drewniane i murowane na kształt haftu richelieu. Celejowska tzw. ciemna, bo zakurzona od ulicy. To kamieniczki z całymi historiami na fasadzie, ja ta na Rynku. Bliźniacza, zbudowana przez dwóch braci Przybyłów, gdzie można stać godzinami opowiadając co się widzi. Tam nie tylko małżeństwa, z których mąż zerka na cudzą żonę, ona na niego, a ich partnerzy – pani pokazuje gest Kozakiewicza a pan po męsku ściska pięść w kułak. To historia o św. Krzysztofie, patronie kierowców i podróżników, który w bród przenosi na ramieniu maleńkie dziecię. Ono z każdym krokiem przysparza mu coraz większych trudności, robi się coraz cięższe aż podpiera się święty konarem lipy, by jakość przejść. Drzewo puszcza pąki, a Krzysztof mówi „czułem się jakbym cały świat dźwigał” na co słyszy „dźwigałeś więcej, bo i tego, co ten świat stworzył”. Tam wiele innych historii, na przykład Salome z męską głową na tacy…

To w Kazimierzu znajdują się najstarsze w Polsce organy w kościele… słuchajcie, kościół ufundowany przez… Władysława Łokietka! Respekt! Tu również nietuzinkowa, zabytkowa chrzcielnica:


To tu studnia na Rynku, na którym galerie obrazów, malarze, karykaturzyści. Rynek z niezabudowanym jednym skrzydłem, co daje podgląd na kościół i zamek, czyniąc go kolejnym  obiektem malarskich plenerów. Dla studni niestety nie zbudowano żadnej legendy. Jedynie anegdota o tym, jak to przed ślubem warto zrobić naokoło niej kilka rundek wozem. Wtedy ważnym jest, by przyszła panna młoda, z bojaźni, uchwyciła się łokcia swego narzeczonego. Jednak zazwyczaj jest tak, że, łapie się łokieć woźnicy :)

Legendy za to tworzyli  bliźniacy Efraim i Menaszy Seidenbeutl, uczniowie „Pruszcza”, których obrazy kosztują  dziś na przykład, bagatela 150 000 zł. Wpadali do fryzjera, u którego teraz klimatyczna knajpka, miejsce scenerii dla Kayah i Bregovica. O nią zapytał mnie Mike w SMS „byłaś u fryzjera?”. Myślałam, że zwariował.  Tak jak wariowali bracia, jeden się ostrzygł, ogolił, a po kilku godzinach wpadał z pretensjami drugi i robił karczemną awanturę, za niedokładne przystrzyżenie. To oni próbowali zbudować mit, że spod baszty wiedzie podziemny tunel na zamek dolny:

Jeden siedział w pozornie pustej beczce, gdy drugi wchodził do drugiej. Na placu zamkowym organizowali  liczne imprezy i spektakle, by wspomóc finansowo studentów mieszkających w oddali. Bo Kazimierz proszę państwa, to od zawsze miejsce dla artystycznych dusz, z powodu cudownych plenerów malarskich. Bliźniacy byli jak dzisiejszy Szymon Majewski Show, dość powiedzieć, że przykładowo  na „Wystawę osobliwości”, sprzedający bilety bali się o swe zdrowie. Po wejściu za kotarę, zwiedzający mogli obejrzeć m.in. szklankę brudnej wody z podpisem „tak wygląda woda w Wiśle, po przyjeździe letników”. Działały tu bractwa, zakładane przez studentów Pruszkowskiego, nie mogących się z sobą po skończeniu nauki rozstać. Na przykład Bractwo św. Łukasza. Do dziś miejsce to, jest skrzętnie wykorzystywane na wszelkie studenckie imprezy.
Raj dla oczu to nadwiślana, nieprawdopodobnie długa promenada, gdzie ławeczki ale i przycumowane wycieczkowe statki:

Można powtórzyć „Rejs” Piwowskiego, i tak zrobił w czasach studenckich kolega, gdy tylko za pół litra, załadował się z paczką na statek płynący na zimę do Puław. Całą ostatnią ciepłą noc bawili się na pokładzie. I tak dalej i tym podobnie, o Kazimierzu można nie tylko książki pisać. Ech życie, kocham cię życie…  W Kazimierzu  mogłabym zrobić to, co inne na Pęksowym Brzyzku, (z racji rozrzedzonego powietrza). Ustami szarpie, ale tu mogłabym rzec: TAK!

Kazimierz trzeba bronić, zanim go całkiem warszawka nie połknie. Dzięki  posłowi P.  wolno kupować już, zastrzeżone dotychczas działki. Dość powiedzieć, że znajdują się młodzieniaszkowie, co kupują tu ziemię, za całkiem ciężkie miliony, by… stawiać osiedle mieszkaniowe. Wzgórze, podobne jak nadmorski klif z Trzęsacza, na którym łysa Góra Trzech Krzyży:

Z nieprawdopodobnym widokiem na całe miasto, lasy i Wisłę, nogi „spuszczasz” i siedzisz nad miastem:

To tu pary zakochanych podziwiają zachody słońca, skąd  na wprost dęby, pod którymi spoczywają Kuncewiczowie, a obok ruiny zamku dolnego zburzonego przez Szwedów i wymieniona już baszta. To wzgórze zostaje wydzierżawione przez człowieka, który zaczyna od… postawienia stoliczków, oscerwek jak dla bydła i bileterek zbierających kasę za podejście. Wycina w pień nieprawdopodobnie bujnie rozrośnięty, już ponad 60 letni powój, który swoimi lianami, dochodzącymi do średnicy nawet 10 cm, oplatał gęsto rosnące tu drzewa, by gdy zazieleniony, dawać cień spacerującym, tworząc naturalne, rozrośnięte fantazyjnie parasole. Teraz przewodniczka nie ma gdzie chodzić z dziećmi na spacer, bo przecież nie będzie za każdym razem, za każdego płacić złotówki.
Czyżby ostatnim ratunkiem dla tego zakątka to jednak UNESCO? – ew
fot. ewolny Kazimierz Dolny
Zobacz również:
- Kazimierz nad Wisłą (Dolny), czyli powrót do edenu – film ew