Łódzkie wikipedystki muszę zmartwić, bowiem nie znajdą tu żadnych informacji stricte podręcznikowych, one do zgooglowania we wspomnianej wikipedii. Żadnego też pikantnego smaczku – no, może tylko ten, że głową chciałam utrącić stopę, zabytkowej figurze. Eteryczna podróż, w trakcie której Kopiec Wandy ale i Pacanów, a potem? Cudowny Kazimierz nad Wisłą. Ale najpierw ziemia sandomierska, cudownie pofalowana, pełna wzniesień, wzgórków, pagórków a nawet Gór Pieprzowych (sic!), słynna z walorów historycznych, turystycznych i… owocowych. Zielona ziemia tak urodzajna, że pyszne, dorodne jabłka, na które niestety skończył się już zbyt wschodni, rok temu kosztowały tu 15 groszy za kilogram!

Zwiedzanie zaczynamy w strugach deszczu, ja w firmowym woreczku na głowie, i spiesząc się, by nie zamienił się w wartki potok szybko oglądamy Wąwóz Królowej Jadwigi – stare, lessowe, rzeczne koryto. Królowej Jadwigi… bo Sandomierz to naprawdę królewskie miasto – dość powiedzieć, że sam Kazimierz Wielki gościł w nim aż 18 razy. My pierwszy, ale śmiem twierdzić, że nie ostatni. Zamek, który dyskretnie zerkał z wysokiego wzgórza na nasz autokar, analogicznie przywiódł mi na myśl moją pierwszą pracę w Krakowie, Rynek Główny 6.

Już mniej dyskretnie powitał celą tortur i dybami. Idziemy, od teraz będzie się powtarzało określenie „doskonale zachowany”:

A w nim cudnie wyposażone muzeum z „dla każdego coś dobrego”. Ale i novum, to nie to, że nie można fotografować z uwagi na lęk o strukturę eksponatów, można, za jedyne 5 – 7 zł. Zatem korzystamy cichcem bezbłyskowo, ale i bezpieniężnie. A tu od Sasa do lasa a wszystko w gatunku Q: od doskonale zachowanych kości zwierząt z okresu paleolitu, mezolitu, poprzez strój Ludwika Solskiego, wielkie okazy krzemieni pasiastych – kamieni optymizmu (sic!), z których zaraz obok wystawa przepięknej biżuterii. Są tu stałe wystawy Iwaszkiewicza, oraz byłego burmistrza miasta zarazem malarza; Salonik artysty Mazurkiewicza składa się z 50 eksponatów. Jest kolekcja srebrnych łyżeczek, na przykład z wizerunkiem Indianina a przywieziona z zaprzeszłej Ameryki, jest izba Pszonki, szlubanka na której zmęczona już kapka nyny, są przecudowne krzyże i przydrożne kapliczki, doskonale zachowany szkielet w pozycji embrionalnej „z dostojeństwem inwentarza” składanym podczas pochówku ale i szklana pułapka… na muchy. Uwagę przykuwa męski żupan z bardzo praktycznym, czytelnym informowaniem niewiast o zamożności właściciela – ilością zakładek w pasie. Jeszcze tylko srebrna cukiernica zamykana na klucz przed lepkimi łapami służby i wreszcie wielkie ściany z inscenizacją rzemiosł, z których słynął ten właśnie region. Z nich urzeka mnie o dziwo nie garncarstwo, skorupy czy rolnictwo a rybołówstwo – toć onegdaj były w tej Wiśle dorodne łososie. Wyrywkowy przegląd zamykam eksponatem K. Frycza, zadomowionego tu na ostatnim piętrze. Na obrazie wejście do kościoła św. Pawła, w którym ochrzczono mojego przyjaciela:

Jeszcze tylko zerknięcie z zamkowego okna na Wisłę oraz z dziedzińca zamkowego na bazylikę katedralną, w której nie tylko piękne organy, remont cudownego ołtarza, wspomniany zamach głową na zabytkową stopę, ale i niepowtarzalne obrazy Karola de Prevot, ukazujące w całej okazałości chrześcijańskie barbarzyństwo. Katedra widoczna z przelotowej drogi, i właśnie m.in. ją mogłyśmy podziwiać wieczorem, będąc nieoczekiwanie drugi raz w Sandomierzu – w drodze powrotnej:

A potem już mówiąc „dzień dobry” Kadłubkowi zmierzamy do św. Jakuba, u którego przy cudownie oświetlonej naturalnym światłem barokowej kaplicy, jest dowód na to, jak to powściągliwość nie zawsze popłaca. Pięćdziesiąty pierwszy zakonnik, który bojaźliwie skrył się na chórze podczas najazdu tatarskiego, mimo, że w końcu i tak zginął męczeńską śmiercią, nie został wpisany na listę 50 błogosławionych. Tu także dowód na to, jak nie popłaca i cwaniactwo. Otóż jeden z darczyńców, od którego chciano pozyskać ziemię pod budowę kościoła, przebiegle rzekł „oddam ją, gdy posadzone lipy do góry nogami zakwitną”. Na co ułyszał „dobrze, ale jak już stanie kościół, ty go nie zobaczysz”. I cóż się dzieje? Posadzone do góry nogami lipy przyjmują się, kwitną, ale jedna z pszczół zbierających z nich nektar kąsa „darczyńcę” wprost w oko, ten ślepnie sprawiając, że przepowiednia staje się faktem. U św. Jakuba, między cegłami a tuż obok bliźniaczego do bazyliki w Asyżu, wyjątkowego portalu, urzeka mnie maleńka, może wielkości sporej śliwki węgierki, główka księżniczki Adelajdy:

Dochodzimy do przycupniętego ot tak sobie domu Długosza, gawędząc o długich po łokcie, wykonanych z cieniutkiej irchy i dających się zwinąć w kuleczkę wielkości orzecha, rękawiczkach Królowej Jadwigi. Albo o młodej pannie, która swą męską, odważną postawą, sama skazując się na pewną śmierć, ratuje miasto przed Tatarami. A tuż obok, na ulicy tegoż samego, Collegium Gostomianum z 1602, liceum ogólnokształcące dla bardzo zdolnych uczniów. No commentary:

„Czym skorupka za młodu nasiąknie… ” nie dziwi już nic. Bo jak się nasiąka zapachem aż tak starych murów, atmosferą aż tak historycznych kocich łbów, świadomością, że oto pod miastem, nie tylko fenomenalna podziemna trasa składająca się z piwnic magazynów średniowiecznych kupców, gdzie zaprawa w sklepieniu pamięta nadal z tamtych czasów białko, ale i obok współczesnych wystaw na przykład porcelany, cel skazańców, znów doskonale zachowane szczątki, tym razem CZASZKI BLIŹNIĄT (nie, niestety nie tych) Z OKRESU NEOLITYCZNEGO, III TYSIĄCLECIE PRZED N.E. ZŁOTA. Respekt!

A na Starówce kamieniczki, kamieniczki a między nimi studnia ale i chłopcy przebrani w rycerskie stroje:

Obok ratusza łańcuch do nieba, ściągający ponoć dla turystów dobrą pogodę. I rzeczywiście, jedyny w swoim rodzaju przewodnik, posuwający się ruchem konika szachowego po historii i swoich nieokiełznanych myślach, rdzenny sandomierzanin, emerytowany nauczyciel języka angielskiego, cudownie cudowny, w sposób niespotykany już dziś, pozytywnie zakręcony inaczej – uroczy Pan Henryk, robi mi zdjęcie obok niego. Od tej pory o dziwo do końca dnia zapanowało wymarzone słonko:

A ono przychodzi naprawdę w odpowiednim czasie, gdy wchodzimy podziwiać panoramę miasta i zakole Wisły…

…z wieży Opatowskiej Bramy:

Wyprawa udana, pogoda dopisała więc zdjęcia udane (Mike zamilcz!) i nie trzeba „pożyczać” plakatu z wystawy reklamującej produkcję serialu „Ojciec Mateusz”…

Krótko. Wrażenia? Po nieprzespanej nocy, pięciu godzinach doń jazdy, czterech spędzonych na sandomierskim spacerku:

…i po dalszej podróży, kolejnym aż do wieczora zwiedzaniu i wreszcie na koniec po ostatecznym, prawie siedmiogodzinnym powrocie „z dalekiej podróży”, zapamiętałam tyle: Sandomierz AJ LAF JU! – ew
fot. ewolny Sandomierz
Tag: ew/autor










Tak AJ LOF JU! Na zawsze w pamięci zostanie piękny Sandomierz z tyloma ciekawymi zabytkami,pięknymi miejscami.A ten deszcz na dzień dobry? Może miał dodać nam sił bo plan zwiedzania był niezwykle napięty. Cudowna wycieczka!!
Cwaniactwo nie popłaca, „zdobyłam” miejsce przy oknie a potem cierpiałam, gdy kierowca uparł się, że temp. optymalna w autokarze ustawiona na 21 C, a my, ci „wzdłużokienni” siedzieliśmy przy rozpalonych do czerwoności piecach.
Jeszcze mi się Ewa to podobało:
- Ty, patrz jaki dziwny cmentarz na wzgórzach.
- No.
- Patrz jaki wielki, tu musi być jakieś spore miasto, nie? Ale jakie?
- … – i nagle obie patrzymy a tu zarysy znajomej koronki miasta.
- Sandomierz!!!
Zapomniałyśmy, że przecież wracamy z Kazimierza
Całowanko.
Nam milczeć nakazano! Zupełnie jak w ,,Reducie Ordona”…
Ale sie, niedobry, wyłamie.
Ostatnio, kilka lat temu, byłem w Sandomierzu 2 pełne dni, a nie zobaczyłem więcej. Wszystko te same miejsca, nawet zagadkowy (kochający inaczej?) pan, pokazujący z miłością kolekcję klejnotów tej Ziemi – pasiastych kamyków, pięknie przezeń oszlifowanych i wypolerowanych, oprawnych w srebro, lub ,,samoistnych”.
Skoro było o nazbyt cwanym mnichu (w Polszcze cwaność większa od ,,naszej” nie jest lubiana), w Katedrze bardzo mnie poruszył dawny, naiwny obraz tatarskiej rzezi zakonników. TO TU BYŁO!!
Skośnookie, nienegocjowalne dzikusy w skórach, uganiające w kółko, rabując, na swych niewielkich konikach, podrzynające gardła komu popadło, gwałcące perwersyjnie wszystko, co się rusza…
Jak kto ciekaw detali, niech zajrzy do ,,Malowanego ptaka” Kosińskiego – po 6-ciu wiekach środkowo azjatycka tłuszcza daje upust instynktom zupełnie tak samo. Nie dziwmy się biedakowi, który uciekł w zakamarek; każdy by szukał ocalenia.
No ale znowusz mnie poniosło – ,,title” jest o miłości…
Tam, w Sandomierzu, trzeba, oprócz zwiedzania, POBYĆ. To na drugi raz, kolejne przybliżenie. Czy która Pani przyjmie moje zaproszenie? Powdychać tą tak – zdaje się bliską – a daleką, choć własną egzotyką. Piękna ta Polska…
Cudowne klimaty. Wystarczy jak Zlotos wyjechać, zobaczyć takie miejsce i już mamy dowód jak pięknie jest obok, bardzo blisko nas. To tylko taka względna sprawa wystarczająca postawić znak równości pomiędzy pięknem historycznych miast a naszych miasteczek. Kolega z pracy który zwiedził kawał świata doszedł (a jest już w wieku emerytalnym), że najlepsze podróże to te po Polsce.
W tekście to wymieniłam, to nie jeden obraz a Januarius, Februarius, Martius, Aprilis, Maius i Iunius… One rzeczywiście nie mają walorów artystycznych ale za to olbrzymie znaczenie historyczne. I właśnie jak spisywałam nazwisko malarza Karola de Prevot, to przestawiając głową rzeźbę, chciałam przestawić katedrę – mam guza. Wtedy przewodnik ten sam, pokazał mi swojego, od blaszanego drogowskazu. Tyle tych treści się kołacze w głowie, układa, tyle wrażeń dostrzeżonych, usłyszanych, trwa selekcja.
Podoba mi się styl Steinbecka, jak czytam mam zwyczaj na boku notować pojedyncze zdania. Pisarz nie nadużywający środka wyrazu by opisać swe myśli. A jego oszczędność wypowiedzi i tak poraża głęboką treścią. Na pozór niewidoczne myśli, rzucane w tekście jako zdania a jednak, gdy wysupłane, nabierają jakby ponadczasowego mądrego przesłania. Zauważ:
* – Wchodząc do jakiegokolwiek muzeum jesteśmy przytłoczeni ogromem, wielością. Natomiast po powrocie, nasz mózg zaczyna pracować nad selekcją, odrzuca jedne w niepamięć a przywołuje inne. Wracając w to samo miejsce nie dostrzegamy NIC oprócz już wyselekcjonowanych przez nasz mózg, wybranych okazów.
* – Słodka pułapka „zwolnij tempo” opatula życie w watę, tłumi odruchy, tamuje i stopniowo wycofuje z życia w jakiś rodzaj duchowego i fizycznego pół inwalidztwa.
* – Adrenalina wyzwala w nas niebotyczne siły.
Te z „Podróży z Charleyem”. Kto powie, że to nieprawda? Doświadczyłam tego.
Ja też, pierwszy raz w Paryżu, przez 2 dni zobaczyłem wszystko, co mój znajomy w 2 tygodnie.
A ja wymyśliłam sobie marzenie, żeby przejść się z przewodnikiem po… swoim mieście. Uwielbiam ich słuchać, to kwintesencja pełnej wiedzy przecież i chciałabym skonfrontować swoją, nabytą przez „nasiąkanie skorupką… ” z ich, profesjonalnym, zawodowym przygotowaniem.
ps.
Pan Henryk tak odbiegał od tematu, że szok
Nie wiem też czy Wam pokazywał dworek mądrego inżyniera, biznesmena, bogacza, co się dorobił na pierwszych światłowodach. On przy starym kupieckim dukcie… Żonka opuściła, syn narkoman a jego do „wyleczenia”, bo zachorzał wzięła w swe łapy sekta i wypuściła dopiero po wyssaniu całego majątku.
Albo obraz Matki Boskiej Przewodników. Kolega sam namalował, zawiózł do Częstochowy do poświęcenia, jest udekorowana ich oznakami. Wisi katedrze w bocznej kaplicy, bo nie może być kultów dwóch Marii w jednym kościele…
Nie byłam w Paryżu. Jest wieeele miejsc, gdzie nie byłam. Na przykład Gdańsk.
Ewi – może razem do Paryża na „szybkie zaliczenie”?
Jestem nie zastąpionym przewodnikiem po tym mieście.
„Paryż w osiem godzin!” – służę programem.Byłem tam kilkadziesiąt razy, ale zawsze służbowo, nigdy nie dłużej niż 48 godzin.
Mówiąc poważnie, to Mike ma rację. Trzeba „pobyć” aby poczuć miasto czy inne miejsce. Dwudniowa wizyta w takim molochu to erzatz, zaliczenie. Ale… cukier z buraków tez pierwotnie był eraztzem
Chodzić po własnym mieście z przewodnikiem to czysta przyjemność, wiem z doświadczenia. Mój niezapomniany teść był działaczem PTTK, nie tylko przewodnikiem po Poznaniu, ale również przewodniczącym ich komisji weryfikacyjnej.
Pyyyrrr gniady!
- „Mówiąc poważnie, to Mike ma rację. Trzeba “pobyć” aby poczuć miasto czy inne miejsce.”
Sraty pierdaty.
To znaczy, że ja nie poczułam? Trzeba chcieć poczuć to się i tak, czy siak poczuje. To dyskredytowanie wszelkich szybkich, skondensowanych podróży, bez noclegu, by wyszło tanio. To sprawianie, że „eee i tak nie pojadę, bo nie mam kasy przecież na dłużej”.
Lepiej siedzieć w domu???
Przypomina mi to moje koleżanki, które zawsze mnie wyśmiewały, że jadę na wczasy bez wyżywienia, że mam tam lodówkę, maszynkę, garnuszki i dwie sprawne ręce, sklep miejscowych i potrafię uwarzyć coś a co ważne, zjem to kiedy chcę. One mówiły „ja jadę na urlop odpocząć a nie zapinkalać jak w domu”.
Różnica?
Ja jeździłam za psie pieniądze, a one siedziały na dupie w domu, bo przecież kasy nie było.
Myślałam, że mnie już nic nie zdziwi, zdziwiłeś mnie Tips.
ps.
Jak piszesz EWI to nie wiem czy do Evi czy do mnie, Mów mi Ela, skoro mamy na szybkie zaleczenie razem gdzieś jechać
Z tego wsystkiego zapomniałem o Sandomierzu, o którym chciałem pisać, przepraszam!
Słabo znam to miasto, ale po twoim wpisie nabieram ochoty, by się tam wybrać czysto turystycznie. Zdjęcia i tekst świdczą, że warto. nie wiele jest miast w polsce, które zachowały taki klimat. pobliski Kazimierz, Chełmno na Warmii, może jeszcze Kożuchów, Bystrzyca Kłodzka i Nysa. Ktoś zna dalsze? Niestety wielkopolskie miasteczka mają zupełnie inny charakter. Bywają też cudne i urokliwe, jak choćby Obrzycko lub Dolsk, ale w inny sposób. Ich uroda ma inny, bardziej pragmatyczny wyraz.
Co się jeżysz? Ja byłem kierowcą i tak, jak ślimak cały dobytek, nie tylko lodówkę, woziłem ze sobą. Spałem „na pace”, myłem się w potokach a kawę gotowałem na butanowym juwelku. A na Pogorii to co, na wczasach jestem?…
Zobaczyłem ten sposób niezły kawał Europy i jestem z tego bardzo zadowolony. Ale Paryż jest na to za duży, poważnie. W pierwszym kontakcie zachwyca, wchłania i olśniewa, ale zaraz potem ogłupia i odpycha. Po pierwszych dwóch wizytach zaklinałem się na wszelkie świętości, że moja noga więcej tam nie stanie. Ale później, co raz ktoś ze mną jechał i oczywiście chciał miasto „zaliczyć”, więc jeździłem tam kolejne razy w drodze do Bretanii. Początkowo z niechęcią i z musu, później z rosnącym życzliwym zainteresowaniem, aż w koncu zapłonąłem (po jakiś 15 wizytach!)szczerym entuzjazmem. Obecnie uważam, że to jedno z najpiękniejszych miast Europy, oczywiście w kategorii molochów, bo ni jak nie można go porównać z cudownej urody Sandomierzem.
Moja wypowiedź była rzeczywiście trochę niezręczna. Nie myślałem o deprecjonowaniu krótkich wizyt w ogóle, bo to znakomita forma poznawania świata. Miałem na myśli głębsze poznanie miasta czy innego miejsca, takie, do którego potrzebne są rzetelne, nieprzypadkowe spotkania z jego mieszkańcami. W tym sensie ja nie znam Krakowa (a żałuję!). Byłem tam już ze sto razy, ale nie znam osobiście żadnego Krakusa.
Przepraszam, jeżeli mój komentarz cie uraził, wybacz proszę.
PS. „Ewi”, jakoś tak mi się zrobiło do inicjałów EW. Na przyszłość bedę precyzyjniejszy. Pozdrawiam.
Bo chcieć to móc.
To była naprawdę intensywna wycieczka, nie tylko z powodu odległości, ale i poprzez skupienie dwóch bogatych w zabytki miast, w jeden dzień. Tą wycieczkę, to biuro, ma dwudniową.
I będąc już w Kazimierzu, słysząc stale głosy tych co nie idą, czekają, i słysząc stale niepewność w głosie przewodniczki, że naprawdę warto, brałam ją za łokieć i mówiłam do reszty „Idziemy! Nie po to jechaliśmy tu tyle kilometrów, żeby nie zobaczyć”.
Kazimierz to obiekty na wysokości, ale z nich nagroda – widok na nieprawdopodobny krajobraz.
Ale są tacy jak ten Mike’a marynarz, co to nie zszedł przez trzy dni na Galapagos, bo żółwia to on widział w oliwskim ZOO.
Przypomniałaś mi jak w Rzymie kilka osób już nie chciało iść do Koloseum tylko wracać do hotelu i leżeć w pokoju. O ludzie! Na szczęście kilku nas bez dyskusji po prostu odwróciło się plecami do maruderów i cała naprzód bo po kiego grzyba my tam przyjechali i zapłacili kase? Już i tak przez pośpiech nie widzieliśmy z bliska doskonałej architektury Kolumny Trajana.
Z Koralami doszliśmy do wniosku, że dobrze jest powrócić do odwiedzonych miejsc już bez wycieczki i przewodnika aczkolwiek ten pierwszy raz pilot wg mnie wskazany by opowiedział o podstawach.
To kiedy reportaż z K nad W ? Już czekam z niecierpliwością.
O właśnie, streściłeś to co ja pisałam powyżej, już po selekcji wrócić, by skonfrontować to, co się odleżało w głowie oraz… przewodnik. Przewodnik MUSI być ten pierwszy raz. My patrzymy często organoleptycznie na czuja, o! Ładne. A okazuje się, że on, zatrzymuje się zupełnie przy czym innym.
Temu tak mnie kręci przejść się z nim u mnie. Ale skund go wziąć w pojedynkę?
No będzie K nad W, będzie, będzie. Spać mi on nie daje, tak tęsknię.
Jutrem żeglujemy z Mike po zatoce. Potem może do troglodytów się przejdziemy? A co
Może galiona Tips nam dopracuje? Może pouczymy się jeszcze po drodze czegoś?
I potem K nad W
A może też na balkon do Korali w Wiśle? Jutro już powinienem nie zapomnieć przynieść na pendraku.
Podobne odczucie mam u siebie, bo urządzane są wyprawy z przewodnikiem szlakiem zabytkowej architektury i spływ kajakowy na Przemszy. Wcześniej do głowy by mi nie przyszło, że tą wąską w niektórych miejscach rzeką płynącą przez pola, obok dwóch średniowiecznych zamków ale też obok ponurych dogorywających Hut i przez centrum miasta by zakończyć u zbiegu dawnych zaborów Austowęgier-Rosji-Prus do miejsca gdzie kiedyś stała ogromna Wieża Bismarca. Każdy z nas może być w szoku jak mało zna swoje miasto.
Przyjedź z Koralami do nas a my z Ewą na Twoją Przemszę
Różne odcienie miłości do świata. To takie proste. A niektórzy potrafią narzucać swoją miłość kpiąc z innych tak jakby tylko to co oni robią, czym się pasjonują jest najwspanialsze a reszta nie ma racji. Jak znajomy zarozumiały technolog mówiący jak ktoś wcześniej „Państwo to ja” tak on mówi „Wasza pasja to ja” i z rozbrajającym przekonaniem „Co tam góry, przecież tam nie można odpocząć” Mam dosyć surowe zdanie o nim i podobnym jemu. To człowiek który skupił się na jednym, rozwinął do granic perfekcji, pokochał prawdziwie to jak spędza wolny czas ale na Boga co lub kto daje mu prawo mówić „To co ja robie, miejsca w których bywam to jest najwłaściwsza droga a jeśli wy tego nie lubicie to się nie znacie i nie będę z wami gadał. Byłem tam gdzie wy i cóż tam jest wielkiego w porównaniu z miejscami w których ja bywałem”.
No cóż. Można by go podziwiać gdyby nie ten jego wywyższony stosunek. Wtedy nawet arcyciekawe opowieści stają się denerwujące i nie chce ich słuchać.
Najlepiej traktować na równi wszystkie odcienie miłości do świata.
Tomek – święte słowa, zgadzam się w pełni.
Próbuję spojrzeć na siebie obiektywnie, ale to piekielnie trudne.
Powiedz, proszę tak szczerze, od serca: mam coś z tego denerwującego faceta, którego opisałeś powyżej?
Opis dotyczył tylko owego technologa z którym pracuje.
Ale będąc szczerym bo też po co pisałbym o nim tutaj to natchnęła mnie sama Zlotoslanos przeczytanymi dzisiaj słowami „A po nocy przychodzi dzień” (…) „Bo wczasów na wodzie, nie da się porównać z niczym innym.” I tylko dodałbym: Nic innego nie można porównać z niczym innym. Wszystko jest na równi wspaniałe.
Tak, są różne jej odcienie, cała paleta barw. A chyba o to chodzi, żeby nie być daltonistą i je DOSTRZEGAĆ.
Mój od dziesięcioleci ukochany Sandomierz!
Pozdrawiam szczęśliwe wycieczkowiczki!
Pięknie. Sandomierz i okolice są na naszej ‘krótkiej liście’ wyjazdowej od jakiegoś czasu…
Może możesz polecić jakiś fajny agroturystyczny nocleg w okolicy?
Pozdrowienia.
Nie. Niestety nie.
Ja tam byłam „maratonem”, w jeden dzień Sandomierz i Kazimierz:
http://ecodzien.pl/2009/05/14/.....-do-edenu/
Z Podbeskidzia, a bez noclegu jazda, więc sobie wyobraź… Też chciałabym tam jeszcze pojechać, na dłużej.
pzdr
A ja miałam jechać w poniedziałek do Sandomierza a Sandomierz zalany!