Mój fetysz to zielono, mokro, słonecznie i ślady constansu – dowody na ciągłość ludzkiego bytu – historia. Kazimierz Dolny to przestrzeń, słońce, woda, powietrze i życie – przyroda i człowiek, ten obecny i miniony.

Nie znam obecnie piękniejszego zakątka Ziemi niż Kazimierz Dolny, dlatego zadziwiła mnie przewodniczka swą odpowiedzią, gdy zapytałam ją czy jest już objęty lub czy są jakieś kroki, zmierzające do objęcia go ochroną UNESCO:
- No wie pani, my tu tak prawdę powiedziawszy niewiele mamy. Nie zachowały się plany, zapiski, kamienice są z odtworzenia, zamek zburzony przez Szwedów, niewiele mamy. Za mało.
No ludzie! Konwencja o Ochronie Dziedzictwa Przyrody (1972) dotyczy ochrony przyrody i skarbów kultury, ale na liście co ważne, znajdują się także krajobrazy kulturowe świadczące o ścisłym, ciągłym, nierozerwalnym związku człowieka z przyrodą. Chyba zatem kwalifikuje się i Kazimierz, któremu sam Pan Bóg nie poskąpił. Takiego ścisłego kontaktu: zalesione wzgórza – miasto – człowiek – czas – rzeka, nie ma chyba żadne inne miejsce jak to:

Nazwę swą zawdzięcza Kazimierzowi Sprawiedliwemu, ale już budowę zamku, legendarnie przypisuje się Kazimierzowi Wielkiemu, za to prawa lokacji… Władysławowi Jagielle. To właśnie tędy biegły trakty kupieckie. Nad miastem a wzdłuż Wisły góruje wzgórze, które niczym bocianie gniazdo, daje baczenie jak przez domowego “judasza”, na cały teren:


Na nim świetnie zachowana 20 metrowa baszta zamku górnego, z której widok na najbardziej wysunięte na wschód, zakole Wisły. Dalej na wschód już nigdzie indziej Wisła nie płynie:

W historycznych zaroślach willa, ponoć zakupiona przez prezydenta K. a zbudowana przez człowieka, który dorobiwszy się fortuny, zwiózł z RPA niesamowitą kolekcję złota. Złożone w depozycie w miejscowym muzeum dało podwaliny wystawie, a honorowy mieszkaniec miasta, dostał nie tylko zezwolenie na budowę na historycznym wzgórzu, ale i zgodę na zabudowę wbrew architektonicznym planom zagospodarowania miasta. Druga willa, również widoczna wśród gęstych drzew z baszty, to już tzw. „antyzamek” Pruszkowskiego – malarza, człowieka renesansu, profesora, wychowanka młodzieży. Ten wiecznie chodzący na czarno ubrany pan, spowity obszernym płaszczem, kapeluszem, spodniami wsuniętymi w wysokie, czarne buty, był nawet piewcą krzewienia świata widzianego… z góry. Rzecz się dzieje przed wojną a kupuje on awionetkę i kończy spokój kazimierzan, gdy oblatuje te strony, lądując na nadwiślańskich plażach i bezzębny, (bo przy różnych próbach awaryjnego lądowania doznał już kilku uszczerbków) mówi: „BYCO JE!”.

Kazimierz to zapach, idąc uliczkami czujesz się jak we wnętrzu starego kościoła, strychu, czujesz zapach starego drewna. Przewodniczka, rodowita mieszkanka Kazimierza, mówi mi „eee mnie się to kojarzy z obozami zagłady, tak pachną obozy koncentracyjne, jak nasze płoty i obejścia”. Mnie nie, ja UWIELBIAM ten zapach!

Kazimierz to kamieniczki, drewniane i murowane na kształt haftu richelieu. Celejowska tzw. ciemna, bo zakurzona od ulicy. To kamieniczki z całymi historiami na fasadzie, ja ta na Rynku. Bliźniacza, zbudowana przez dwóch braci Przybyłów, gdzie można stać godzinami opowiadając co się widzi. Tam nie tylko małżeństwa, z których mąż zerka na cudzą żonę, ona na niego, a ich partnerzy – pani pokazuje gest Kozakiewicza a pan po męsku ściska pięść w kułak. To historia o św. Krzysztofie, patronie kierowców i podróżników, który w bród przenosi na ramieniu maleńkie dziecię. Ono z każdym krokiem przysparza mu coraz większych trudności, robi się coraz cięższe aż podpiera się święty konarem lipy, by jakość przejść. Drzewo puszcza pąki, a Krzysztof mówi „czułem się jakbym cały świat dźwigał” na co słyszy „dźwigałeś więcej, bo i tego, co ten świat stworzył”. Tam wiele innych historii, na przykład Salome z męską głową na tacy…

To w Kazimierzu znajdują się najstarsze w Polsce organy w kościele… słuchajcie, kościół ufundowany przez… Władysława Łokietka! Respekt! Tu również nietuzinkowa, zabytkowa chrzcielnica:


To tu studnia na Rynku, na którym galerie obrazów, malarze, karykaturzyści. Rynek z niezabudowanym jednym skrzydłem, co daje podgląd na kościół i zamek, czyniąc go kolejnym obiektem malarskich plenerów. Dla studni niestety nie zbudowano żadnej legendy. Jedynie anegdota o tym, jak to przed ślubem warto zrobić naokoło niej kilka rundek wozem. Wtedy ważnym jest, by przyszła panna młoda, z bojaźni, uchwyciła się łokcia swego narzeczonego. Jednak zazwyczaj jest tak, że, łapie się łokieć woźnicy ![]()

Legendy za to tworzyli bliźniacy Efraim i Menaszy Seidenbeutl, uczniowie „Pruszcza”, których obrazy kosztują dziś na przykład, bagatela 150 000 zł. Wpadali do fryzjera, u którego teraz klimatyczna knajpka, miejsce scenerii dla Kayah i Bregovica. O nią zapytał mnie Mike w SMS „byłaś u fryzjera?”. Myślałam, że zwariował. Tak jak wariowali bracia, jeden się ostrzygł, ogolił, a po kilku godzinach wpadał z pretensjami drugi i robił karczemną awanturę, za niedokładne przystrzyżenie. To oni próbowali zbudować mit, że spod baszty wiedzie podziemny tunel na zamek dolny:


Jeden siedział w pozornie pustej beczce, gdy drugi wchodził do drugiej. Na placu zamkowym organizowali liczne imprezy i spektakle, by wspomóc finansowo studentów mieszkających w oddali. Bo Kazimierz proszę państwa, to od zawsze miejsce dla artystycznych dusz, z powodu cudownych plenerów malarskich. Bliźniacy byli jak dzisiejszy Szymon Majewski Show, dość powiedzieć, że przykładowo na „Wystawę osobliwości”, sprzedający bilety bali się o swe zdrowie. Po wejściu za kotarę, zwiedzający mogli obejrzeć m.in. szklankę brudnej wody z podpisem „tak wygląda woda w Wiśle, po przyjeździe letników”. Działały tu bractwa, zakładane przez studentów Pruszkowskiego, nie mogących się z sobą po skończeniu nauki rozstać. Na przykład Bractwo św. Łukasza. Do dziś miejsce to, jest skrzętnie wykorzystywane na wszelkie studenckie imprezy.
Raj dla oczu to nadwiślana, nieprawdopodobnie długa promenada, gdzie ławeczki ale i przycumowane wycieczkowe statki:

Można powtórzyć „Rejs” Piwowskiego, i tak zrobił w czasach studenckich kolega, gdy tylko za pół litra, załadował się z paczką na statek płynący na zimę do Puław. Całą ostatnią ciepłą noc bawili się na pokładzie. I tak dalej i tym podobnie, o Kazimierzu można nie tylko książki pisać. Ech życie, kocham cię życie… W Kazimierzu mogłabym zrobić to, co inne na Pęksowym Brzyzku, (z racji rozrzedzonego powietrza). Ustami szarpie, ale tu mogłabym rzec: TAK!

Kazimierz trzeba bronić, zanim go całkiem warszawka nie połknie. Dzięki posłowi P. wolno kupować już, zastrzeżone dotychczas działki. Dość powiedzieć, że znajdują się młodzieniaszkowie, co kupują tu ziemię, za całkiem ciężkie miliony, by… stawiać osiedle mieszkaniowe. Wzgórze, podobne jak nadmorski klif z Trzęsacza, na którym łysa Góra Trzech Krzyży:

Z nieprawdopodobnym widokiem na całe miasto, lasy i Wisłę, nogi „spuszczasz” i siedzisz nad miastem:

To tu pary zakochanych podziwiają zachody słońca, skąd na wprost dęby, pod którymi spoczywają Kuncewiczowie, a obok ruiny zamku dolnego zburzonego przez Szwedów i wymieniona już baszta. To wzgórze zostaje wydzierżawione przez człowieka, który zaczyna od… postawienia stoliczków, oscerwek jak dla bydła i bileterek zbierających kasę za podejście. Wycina w pień nieprawdopodobnie bujnie rozrośnięty, już ponad 60 letni powój, który swoimi lianami, dochodzącymi do średnicy nawet 10 cm, oplatał gęsto rosnące tu drzewa, by gdy zazieleniony, dawać cień spacerującym, tworząc naturalne, rozrośnięte fantazyjnie parasole. Teraz przewodniczka nie ma gdzie chodzić z dziećmi na spacer, bo przecież nie będzie za każdym razem, za każdego płacić złotówki.
Czyżby ostatnim ratunkiem dla tego zakątka to jednak UNESCO? – ew
fot. ewolny Kazimierz Dolny
Zobacz również:
- Kazimierz nad Wisłą (Dolny), czyli powrót do edenu – film ew










Babo to rozrzedzone powietrze zawróciło mi w głowie, a raz powiesz TAK i do końca życia ponosisz konsekwencje
)) Dla mnie to akurat okazało się błogosławieństwem i dzieki bogini za to powietrze
Barbarzyństwo trwa!? Że Kazimierz padnie i ozdobią go „wspaniale” bloki mieszkalne? No cóż, będą miały większą wartość, tu w Kazimierzu, niż np. w Wyszkowie.
Od dawna zastanawiam się, dlaczego „nasze” jest mniej warte od „mojego”. Dlaczego „święte prawo własności”, w jednej chwili, w momencie podpisana aktu notarialnego, potrafi zdemolować tak wiele.
Dlaczego jedni, posiadając możliwości finansowe potrafią budować, czy odbudować to co zostało zniszczone, ze smakiem i z pożytkiem dla siebie i innych, a są i tacy, którzy za nic mają architekturę, urbanistykę, otoczenie, przyrodę, …
Kiedyś, w imię „sprawiedliwości społecznej” odbierano majątki „burżujom”, a były to pałace, zamki, dobrze prosperujące firmy i „majątki ziemskie”. Co z tym zrobiła rewolucja dobrze wiemy i wielu ze smutkiem ogląda, to co z tego zostało, za wschodnią granicą.
Dzisiaj, w imię „świętego prawa własności” burmistrz sprzedaje tereny rolne na nadbużańskiej skarpie, a nabywca, na własne ryzyko może „działać” dla ich zamiany na działki budowlane. Co tam wybuduje? Wiadomo, ogrodzone osiedle „niby pałaców” lub „fabryczne osiedle dla kadry”.
A przyroda i zabytki. To jest ponad godność tego urzędu! A „Gdzie podziały się zabytki Wyszkowa?”. Odpowiedź jest prosta. Burmistrz tu rządzi. Tu i w innych miastach. Na urbanistę czy architekta, w urzędzie, go nie stać, tak więc on prawnik takiej czy innej specjalności, wsparty taką samą wiedzą radnych, decyduje co jest estetyczne, co miastotwórcze! Ot taki miejscowy „pikasizm” w urbanistyce.
Jeden i drugi sposób postępowania, to barbarzyństwo. Jak temu zapobiec? Chyba to trzeba przetrwać. A straty i tak są mniejsze niż te, które spowodowały prawdziwe wojny, których tyle mieliśmy dotychczas.
Pozostaje więc to wszystko OPROTESTOWAĆ, opisywać, obfotografować, zachować w formie dokumentacji naukowej. Potomni niech wiedzą co stracili.
A przyszły deweloper w Kazimierzu, niech postawi tam tablicę pamiątkową, że to on budował, a burmistrz xxx mu na to pozwolił. Może to ludziom się kiedyś spodoba.
U Fryzjera byłam.
A Kazimierz ma klimat i faktycznie zaskoczona jestem, że nie jest w żaden sposób chroniony przed głupimi pomysłami naszych jeszcze głupszych rządzących.
„-Pytanie kolejne. Zatem. Jak się nazywa miasto nad Wisłą. Dla ułatwienia dodajemy, że jest to imię króla, który zostawił Polskę murowaną.
-Ale jakie miasto ?
-To ja się pana pytam jakie miasto.
-Acha.
-To ja nie wiem.
-Panie Kazimierzu ! Ma pan klucz od kabiny ?
-Bardzo państwa proszę nie podpowiadać. Bardzo proszę.
-Kluczbork.
-Odpowiedź prawidłowa – Kazimierz”
Pamiętacie ten tekst z Rejsu?
Miasto znam jedynie z opowiadań i zdjęć. To wystarcza by umieścić go w strefie planowania podróży. Zlotos tylko to potwierdziła.
Ach Kazimierz!!!Czuję niedosyt, mogłabym wracać, wracać i wracać.:-)
Byłem w Kazimierzu kilkukrotnie, ale i tak z zapartym tchem przeczytałem relację Złotos. W mieście miałem takie same odczucia. Dodam jednak, że w pamięci pozostały mi chyba nawet bardziej, okolice Kazimierza. Powiedzieć, że urocze, to za mało. One są oszałamiające!Nigdzie chyba nie spotkałem tak różnorodnej rzeźby terenu powiązanej z bogactwem przyrody. Głębokie jary, wyniosłe wzgórza, cieniste dolinki malutkich rzeczek, wielkie łachy piasku na brzegu Wisły, szerokie widoki na jej imponującą dolinę, kręte, strome polne drogi itd, itd, itd… W późnych latach siedemdziesiątych dotarłem tam kiedyś przypadkiem autostopem i zauroczony okolicą, włóczyłem się po niej kilka dni, zamiast dalej pchać się w kierunku Bieszczad. Doprawdy, warto tam zrobić „przerwę w podróży”.
-1. Rozwijasz się Złota fotograficznie, ze mi dech zapiera!
- 2. Nie znasz OBECNIE piękniejszego zakątka na Ziemi.
Świeżość wrażeń – warunek odczuwania i przeżycia. Pełni.
No i odczuwanie zapachów – często wrażenie najsilniejsze, a nieuświadomione.
- 3. Wam na tej wycieczce chyba powstawiali motorki w tyłek – nieprawdopodobne, ile można łyknąć w tych sześć sekund…
Panie Wiesławie, to prawda co Pan napisał, imienne tabliczki dla decydentów spornych, nieodwracalnych kwestii. Ten od powojów, za rok może nie będzie zarządzał wzgórzem, ale jego następca nie odtworzy tego co zepsuł poprzednik.
Budownictwo mieszkaniowe to obecnie chyba najlepszy zarobek, a apartamenty w takich okolicznościach przyrody, będą mieć zapewne zawrotną cenę.
Cieszę się, że Kazimierz wyzwala w Was takie emocje jak w nas. To naprawdę cudne miejsce.
Mike:
Ad 1 – Dziękuję, mając takich nauczycieli to chyba nic w tym dziwnego
Ad 2 – Masz rację, zawsze się ekscytuję tym, gdzie aktualnie jestem oraz – mam wielki dlatego wrażliwy na zapachy nos (pamięć fotograficzna)
Ad 3 – Nie, góralki twarde są, nie narzekają, wiele zniosą
Odnośnie komci do galiona, myślę, że powodem może być zbyt długie pisanie. Może zostajesz wylogowywany? To nie ma nic wspólnego z adresem – inne idą. Te jak sam mówisz pisałeś przez godzinę. Zatem notatnik lub kopiuj. Bo szkoda ich.
Oraz, Tips to prawda co piszesz o ukształtowaniu terenu, nazwijmy ją, ziemi sandomierskiej.
To jeden z głównych jej walorów.
Mocno zadziwiła nas, bo tak pofalowanej, pełnej wzgórz i wzniesień, jarów, wąwozów i dziur, nie spodziewałyśmy się. Mało widziałam?
To efekt przejścia lodowca a skutek taki, że zamiast pól rozumianych jako kolorowa, ale i płaska szachownica, wszędzie na tej „karpatce”, widać aż po horyzont niskie drzewka owocowe. Jabłka ale i morele a nawet winorośl.
To kotlina i klimat umiarkowanie ciepły, stąd chyba przysłowiowy kij tam zakwita i dlatego tak soczyście zielono.
Zazdroszczę Ci tych służbowych wojaży.
Eee, tam akurat pierwszy raz byłem prywatnie, w trakcie wakacyjnej, autostopowej podróży.
Fajne są fotografie druga i ostatnia. Na jednej samotny a na drugiej para obejmująca się wpatrują się w dół. Ogarniają przestrzeń. To taki najsmaczniejszy moment w smakowaniu miejsca w którym się jest. Obejmująca się para pewnie upaja się widokiem ale może nawet bardziej możliwością dzielenia się z kimś bliskim wrażeniami.
To tak wchodzi w krew bo jest takim spełnieniem. Można przechodzić samotnie Tatry i czerpać przyjemność ale gdy posmakujemy wspólnego wędrowania przez świat i życie to już samotne przemierzanie jest mniej smaczne. Tak to odczuwam teraz.
Jak zwykle życie pisze najlepsze scenariusze. Widzisz Tomek parę i samotnego.
A prawda jest inna i można pokusić się o dwie wersje jej interpretacji.
Ten „samotny” to ojciec z maleńkim dzieckiem na kolanach, siedząc jak gdyby nad brzegiem przepaści pokazuje mu w dole miasto, w oddali Wisłę, wzgórza, zarośla, krzewy – piękno. Ale jakże piękniejszym, jest widok ojca z dzieckiem, w takich okolicznościach.
Więc albo wpierw była para, a potem z niej latorośl, która wyssała z mlekiem matki, albo wprost przeciwnie, „czym skorupka za młodu… ” ojciec pokazał i teraz chłopak, zamiast gnić w barze, zaraża tym pięknem swoją dziewczynę.
Fajne zdjęcia. Zgadzam się, Kazimierz trzeba chronić, ale to nie jest takie łatwe niestety.
AAA, z głową na tacy jest Salome, nie Estera.
- „Salome, Richard Strauss wg Oscara Wilde’a. Mistrzyni gry występnej – śmiertelnej gry na męskim pożądaniu. Za jej taniec płaci się głową…”
To lepsze od głowy św. Jana
Dziękuję za zwrócenie uwagi.
Pozdrawiam!