Daleko od szosy

A oni ciągle czekali na ten autobus. Murowany przystanek PKS pamiętający jeszcze czasy PRLu, stał się swoistym domkiem dla trójki przyjaciół. Eulalia, Maszyna i Tadek już jakby przyrośli do drewnianego siedziska. Trzy posągi tworzyły tutaj idealną symbiozę. A autobus jak nie przyjeżdżał, tak nie przyjeżdżał.

Maszyna ciągle opierał się o głowę Eulalii wygrzewając sobie ucho w blond złotych kosmykach jej włosów. Po Tadziku pozostał już jeno prochowiec a sam właściciel zapadł się weń niczym żółw w skorupę. Czekali już ho, ho, będzie z ruski rok.

I wreszcie się doczekali. W tej trwającej bez końca mydlanej operze nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Z oddali zawył odgłos silnika najpewniej nadjeżdżającego wreszcie autobusu. To zmusiło ich do wysiłku rozprostowania swych zastanych w rozleniwieniu kości. Trzasnęło, jakby łamały się pod naporem wiatru drzewa i po chwili opuścili przystankowy domek. Jako że Tadek już całkowicie spierdołowaciał w nieznośnym bezruchu, Eulalia trzymała go za sznurowadło buta, a on powiewał na wietrze niczym balonik.

Maszyna otworzył szeroko oczy ze zdumienia – asfalt zafalował wylewając się częściowo na pobocze. Zamiast zwyczajnego autobusu po szosie płynął kuter rybacki cumując przy samym przystanku. Na pokładzie witał ich brodaty mężczyzna a za sterem machał drugi. Tomek

Eulalia spojrzała na towarzysza i już chciała mu coś powiedzieć, na temat tego wylewającego się asfaltu, gdy nagle poczuła silne szarpnięcie. Co je kurdęsz? Sznurówka, na której uczepiony był spierdołowaciany Tadzik, naszpanowała tak, że omal nie wypuściła jej z ręki:
- Sklarować foka do zrzucenia! – wrzasnęła odzyskując nagle wigor i naciągając ile sił wlezie sznurówkę.
- Fok klar! – odwrzasnął Maszyna prawie kładąc się na plecach.
- Fok  precz! – zarzuciła jeszcze komendą Eulalia i razem zaczęli ściągać to, co zostało po Tadziku, znaczy prochowiec, nadęty teraz na wietrze tak, że przypominał  do złudzenia czteromasztowy żaglowiec.

Wyczyny dotychczas ospałych przyjaciół, obserwowali z pokładu swojego statku dwaj schackletonopodobni inaczej. Zamyślony tęższy, palcem zaczesującym zapewne dotychczas źdźbło traw, aż loka na swej długiej brodzie w sposób doskonały wydziergał, a chudy? Chudy zapomniał  był na chwilę o niby fantomowym, ale zaiste rwącym bólu, w swej drewnianej, bo ze starej czereśni, nodze – musi bardziej oszczędzać oną, pomyślał, a głośno zakrzyknął:
- Amerykanom nasze strachy latają obojętnym kalafiorem! A hoj!
- Juści ja! – odwrzasnęła Eulalia – Bowiem gnoi ją z piedestału swego skomplikowania. Zazdraszczam! – a na wypłaszczonej stronie rzekła do Maszyny:
- Ten ma chyba mózg jak zeszyt w kratkę, wszystko obczajone, wycyrklowane, poukładane. Chyba mamy dziś farta, w końcu zwiozą nas z onego przystanku. Skończy się wreszcie ten nasz zaokienny pejzaż, zobaczysz synek, własnousznie i własnoocznie zobaczysz.
Jej zapluszczone ze starości oczy aż zmrużyły się na samą myśl lubieżnie i już, już zaczęła smerać po wyżynach wyobraźni, gdy nagle ten tęższy zakrzyknął:
- Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na nasz pokład do dalszej dyskusji!
No! Usatysfakcjonowanie doresztne zatchnęło ją. Gdyby była niezapisaną księgą, doznałaby teraz wspomnianego wypłaszczania stron. Maszyna, jako odporny na ekspozycję, wszedł pierwszy na zrzuconą drabinkę. Dwa szybkie kroki, bo długie nogi miał, i już był na pokładzie:
- Sromotnikowe, beskidzkie, międzylistne landszafty witają was, i dziękują, że pomożecie obronić się przed spierdołowaceniem.
Eulalia tymczasem spojrzała na dyndającego nad nią Tada i rzekła:
- Sztaksle luz! Przygotować żagle do zrzucenia! – po czym wszyscy usłyszeli ciche psss, a z nadętego jak balon tadzinego prochowca uszło zjełczałe powietrze. Eulalia szybkim ruchem zwinęła go niczym śląską roladę, owinęła ciasno sznurówką i wpięła pod kok do włosów. Podnosiło to zarazem i jej fryzurę, i ego:
- Dam ja mu fok na motyla. Zamilkam! – po czym szybko wskoczyła do wody, a ta… zamknęła się nad nią.

A tymczasem, sołtys z Natenczasowa zbudził się z podwieczornej drzemki – mus zwinąć asfalt na noc, za darmo mu przeca funkcyjnego nie płacą.  ewolny

5 Responses to Daleko od szosy

  1. Tips_Senior pisze:

    O kurna!!!!
    Póki co, brak mi słów…

  2. Tomek pisze:

    Tad taki wymiętoszony. Ale sam bym zamieszkał w koku Eulalii i oglądał świat z tej perspektywy. Taki Tadzio nie musi się męczyć wspinaczką na jakąś górkę bo to tak jakby szedł a nie przebierał nogami. Tylko czy Eulalia wytrzyma taką ilość pytań, czy nie bierze sobie za dużo na głowę a poza tym gdzie Maszyna będzie sobie wygrzewał ucho?

  3. Agnieszka pisze:

    Wy to świrusy jedne;)

  4. Byłem kiedyś na takim przystanku. Ale we dwoje. Przystanek pamietający PRL. Niestety nie przypłynął statek, ba, nawet żaglowiec. Za to przyjechał Autosan, ja zostałem na przystanku, a Ona odjechała… I nie był to sen, a szkoda :( (
    Ale i tak zapamietam na zawsze ten przystanek. A kontakt istnieje do dziś, rzadszy bo rzadszy ale nie urwał się.
    Pozdrawiam cieplutko

  5. Tips_Senior pisze:

    Przystanek PKS z PRL-u…

    Długie (sześć tygodni) wakacje autostopem, wielogodzinne wystawanie na takich przystankach w oczekiwaniu na okazję, jazda na leżąco, z pijanym kierowcą, na otwartej pace Ziła z Wałcza do Poznania albo w zamkniętym meblowozie z Nowego Sącza do Brzozowa (całkiem jak w filmie „Podróż za jeden uśmiech”), noclegi w kopicach siana na kieleczcyźnie, wypita pod przymusem wódka przy ognisku nad Wigrami (jedyny raz w życiu, drwale mnie gwałtem zmusili!), długie, samotne wycieczki przez bieszczadzkie połoniny zawsze zaczynające i kończące się sie na przystanku, najgłębsza w życiu wyprawa jaskiniowa w Tatrach pospołu z żagańskim speleoklubem „Bobry”, rejsy statkami Białej Floty po Wielkich Jeziorach Mazurskich, koncerty organowe i chóralne w Kamieniu Pomorskim, Leżajsku, św. Lipce, narciarskie szaleństwa w Andrzejówce i Karkonoszach, niezapomniana Wielkanoc 1982 w Szwajcarce (kotlina Jeleniogórska), biały piasek plaży w Kołobrzegu, niesamowita zapora elektrowni szczytowo-pompowej w Dychowie, kajakowe spływy Drawą, ponure i intrygujące mury olbrzymiego zamczyska w Malborku, niekończąca sie podróż tramwajem z Łodzi do Pabianic, festiwal piosenki turystycznej w Uniejowie, pierwsze spotkanie z „Pogorią” na trasie z Rucianego-Nida do Warszawy, zaułki i deptaki Sandomierza, narciarkie szaleństwa w Andrzejówce i Karkonoszach, małe, pomorskie wioski, z których pochodziły najpiękniejsze dziewczyny studiujące w Poznaniu, najdłuższa w życiu jazda autostopem „na raz z Poronina do Krośniewic, … … …

    To wszystko i duzo więcej przypominają zapuszczone, zdezelowane przystanki PKS z PRL’u.

    Elu, Tomku dziekuję Wam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>