Monthly Archives: Maj 2009

Wisła z balkonu

Rewelacja ten balkon Korali. Najlepiej jak coś tam jemy. Coś pięknego – obiad przy takich widokach…

Różne odcienie miłości – sandomierska

Łódzkie wikipedystki muszę zmartwić, bowiem nie znajdą tu żadnych informacji stricte podręcznikowych, one do zgooglowania we wspomnianej wikipedii. Żadnego też pikantnego smaczku – no, może tylko ten, że głową chciałam utrącić stopę, zabytkowej figurze. Eteryczna podróż, w trakcie której Kopiec Wandy ale i Pacanów, a potem? Cudowny Kazimierz nad Wisłą. Ale najpierw ziemia sandomierska, cudownie pofalowana, pełna wzniesień, wzgórków,  pagórków a nawet Gór Pieprzowych (sic!), słynna z walorów historycznych, turystycznych i… owocowych. Zielona ziemia tak urodzajna, że pyszne, dorodne jabłka, na które niestety skończył się już  zbyt wschodni, rok temu kosztowały tu 15 groszy za kilogram!

Zwiedzanie zaczynamy w strugach deszczu, ja w firmowym woreczku na głowie,  i spiesząc się, by nie zamienił się w wartki potok szybko oglądamy  Wąwóz Królowej Jadwigi – stare, lessowe, rzeczne koryto. Królowej Jadwigi… bo Sandomierz to naprawdę królewskie miasto – dość powiedzieć, że sam Kazimierz Wielki gościł w nim aż 18 razy. My pierwszy, ale śmiem twierdzić, że nie ostatni. Zamek, który dyskretnie zerkał z wysokiego wzgórza na nasz autokar, analogicznie przywiódł mi na myśl moją pierwszą pracę w Krakowie, Rynek Główny 6.

Już mniej dyskretnie powitał celą tortur i dybami. Idziemy, od teraz będzie się powtarzało określenie „doskonale zachowany”:

A  w nim cudnie wyposażone muzeum z „dla każdego coś dobrego”. Ale i novum, to nie to, że nie można fotografować z uwagi na lęk o strukturę eksponatów, można, za jedyne 5 – 7 zł. Zatem korzystamy  cichcem bezbłyskowo, ale i bezpieniężnie. A tu od Sasa do lasa a wszystko w  gatunku Q: od doskonale zachowanych kości zwierząt z okresu paleolitu, mezolitu, poprzez strój Ludwika Solskiego, wielkie okazy krzemieni pasiastych – kamieni optymizmu (sic!),  z których zaraz obok wystawa przepięknej biżuterii.  Są tu stałe wystawy Iwaszkiewicza, oraz byłego burmistrza miasta zarazem malarza; Salonik artysty Mazurkiewicza składa się z 50 eksponatów. Jest kolekcja srebrnych łyżeczek, na przykład z wizerunkiem Indianina a przywieziona z zaprzeszłej Ameryki, jest izba Pszonki, szlubanka na której zmęczona już kapka nyny,  są przecudowne  krzyże i przydrożne kapliczki, doskonale zachowany szkielet w pozycji embrionalnej „z dostojeństwem inwentarza” składanym podczas pochówku ale i szklana pułapka… na muchy. Uwagę przykuwa męski żupan z bardzo praktycznym, czytelnym informowaniem niewiast o zamożności właściciela – ilością zakładek w pasie. Jeszcze  tylko srebrna cukiernica zamykana na klucz przed lepkimi łapami służby i wreszcie wielkie ściany z inscenizacją rzemiosł, z których słynął ten właśnie region. Z nich urzeka mnie o dziwo nie garncarstwo, skorupy czy rolnictworybołówstwo – toć onegdaj były w tej Wiśle dorodne łososie. Wyrywkowy przegląd zamykam eksponatem K. Frycza, zadomowionego tu na ostatnim piętrze. Na obrazie wejście do kościoła św. Pawła, w którym ochrzczono mojego przyjaciela:

Jeszcze tylko zerknięcie z zamkowego okna na Wisłę oraz z dziedzińca zamkowego na bazylikę katedralną, w której nie tylko piękne organy, remont cudownego ołtarza, wspomniany zamach głową na zabytkową stopę, ale i niepowtarzalne obrazy Karola de Prevot, ukazujące w całej okazałości chrześcijańskie barbarzyństwo. Katedra widoczna z przelotowej drogi, i właśnie m.in. ją mogłyśmy podziwiać  wieczorem, będąc   nieoczekiwanie drugi raz w Sandomierzu – w drodze powrotnej:

A potem już mówiąc „dzień dobry” Kadłubkowi zmierzamy do św. Jakuba, u którego przy cudownie  oświetlonej naturalnym światłem barokowej kaplicy, jest dowód na to, jak to powściągliwość nie zawsze popłaca. Pięćdziesiąty pierwszy zakonnik, który bojaźliwie skrył się na chórze podczas najazdu tatarskiego, mimo, że w końcu i tak zginął męczeńską śmiercią, nie został wpisany na listę 50 błogosławionych. Tu także dowód na to, jak nie popłaca i cwaniactwo. Otóż jeden z darczyńców, od którego chciano pozyskać ziemię pod budowę kościoła, przebiegle rzekł „oddam ją, gdy posadzone lipy do góry nogami zakwitną”. Na co ułyszał „dobrze, ale jak już stanie kościół, ty go nie zobaczysz”. I cóż się dzieje? Posadzone do góry nogami lipy przyjmują się, kwitną, ale jedna z pszczół zbierających z nich nektar kąsa „darczyńcę” wprost w oko, ten ślepnie sprawiając, że przepowiednia staje się faktem. U św. Jakuba, między cegłami a tuż obok bliźniaczego do bazyliki w Asyżu, wyjątkowego portalu, urzeka mnie maleńka, może wielkości sporej śliwki węgierki, główka księżniczki Adelajdy:

Dochodzimy do przycupniętego ot tak sobie domu Długosza, gawędząc o długich po łokcie, wykonanych z cieniutkiej irchy i dających się zwinąć w kuleczkę wielkości orzecha, rękawiczkach Królowej  Jadwigi. Albo o młodej pannie, która swą męską, odważną postawą, sama skazując się na pewną śmierć, ratuje miasto przed Tatarami. A tuż obok, na ulicy tegoż samego, Collegium Gostomianum z 1602, liceum ogólnokształcące dla bardzo zdolnych uczniów. No commentary:

„Czym skorupka za młodu nasiąknie… ” nie dziwi już nic. Bo jak się nasiąka zapachem aż tak starych murów, atmosferą aż tak historycznych kocich łbów, świadomością, że oto pod miastem, nie tylko fenomenalna podziemna trasa składająca się z piwnic magazynów średniowiecznych kupców, gdzie zaprawa w sklepieniu pamięta nadal z tamtych czasów białko, ale i obok współczesnych wystaw na przykład porcelany, cel skazańców, znów doskonale zachowane szczątki, tym razem CZASZKI BLIŹNIĄT (nie, niestety nie tych) Z OKRESU NEOLITYCZNEGO, III TYSIĄCLECIE PRZED N.E. ZŁOTA. Respekt!

A na Starówce kamieniczki, kamieniczki a między nimi studnia ale i chłopcy przebrani w rycerskie stroje:

Obok ratusza łańcuch do nieba, ściągający ponoć dla turystów dobrą pogodę. I rzeczywiście, jedyny w swoim rodzaju przewodnik, posuwający się ruchem konika szachowego po historii i swoich nieokiełznanych myślach, rdzenny sandomierzanin, emerytowany nauczyciel języka angielskiego, cudownie cudowny,  w sposób niespotykany już dziś, pozytywnie zakręcony inaczej – uroczy Pan Henryk, robi mi zdjęcie obok niego. Od tej pory o dziwo do końca dnia zapanowało wymarzone słonko:

A ono przychodzi  naprawdę w odpowiednim czasie, gdy wchodzimy podziwiać panoramę miasta i zakole Wisły…

…z wieży Opatowskiej Bramy:

Wyprawa udana, pogoda dopisała więc zdjęcia udane (Mike zamilcz!) i nie trzeba „pożyczać” plakatu z wystawy reklamującej produkcję serialu „Ojciec Mateusz”…

Krótko. Wrażenia? Po nieprzespanej nocy, pięciu godzinach doń jazdy, czterech spędzonych na  sandomierskim spacerku:

…i po dalszej podróży, kolejnym aż do wieczora zwiedzaniu i wreszcie na koniec  po ostatecznym, prawie siedmiogodzinnym powrocie „z dalekiej podróży”, zapamiętałam tyle: Sandomierz AJ LAF JU! – ew
fot. ewolny Sandomierz

Beskidy moja miłość

DSC01580

Zwardoń i malownicze szlaki turystyczne przebiegające przez pasmo przygraniczne właśnie stąd na Wielką Raczę  – liczne punkty i hale widokowe. Panorama Beskidu Śląskiego i Żywieckiego roztaczająca się ze szczytu Rachowca”. Czegóż chcieć więcej? Ostatnie spojrzenie świtem, z mojego dworca kolejowego, na B-B.

A podczas podróży non stop widoki, którym nie ujmuje urody nawet fakt, że są one przez grubą, brudną, pancerną wręcz szybę.  Właśnie  dlatego tą kolejową trasę polecam gorąco, nawet w deszcz. To jak podróż transsyberyjską koleją, ale gdzie ogrom cudownych widoków z trakcji ciągnącej się między na wskroś irlandzkimi w swej zieloności pasmami gór i wzdłuż bystrej, górskiej rzeczki, sprawia, że tu… powrócisz:

Na wyobrażenie powyższych słów, droga na Słowację. Widok z kolejowego, już zwardońskiego mostu, końca naszej mapy -  krajobraz w niczym nie odbiega od naszych stron:

Zwardoń wita totemem, który cokolwiek ma znaczyć, jest fenomenalny w swej wymowie, z każdej ze stron:

Zwardoń to naprawdę malownicza wieś. I idzie chyba inną drogą niż ta, po której Stanisław Witkiewicz przewraca się w grobie. Pozornie wiele stycznych – sprawność, zręczność w posługiwaniu się siekierkami góralskich cieśli, spod których rąk wychodziły  cudeńka,  małe chałupki będące pozostałością wsi, w Zakopanem kamienice secesyjne, historyzujące, modernistyczne a w Zwardoniu wiekowe wille. Mieszanka trudna do strawienia dla purystów urbanistyki za to malownicza dla obrońców, wielbicieli i smakoszy tych zakątków. I podczas, gdy dziś ten specyficzny wizerunek Krupówek jest zagrożony bakcylem regionalizmu rozprzestrzeniającego się jak rak, na siłę przenoszonych wiejskich chałup do miasta, obijanych secesyjnych kamienic belami drewna, krytych daszkami z desek mających imitować góralskie karczmy – Zwardoń to naprawdę nadal malownicza wieś, której nie przeszkadza nawet nadmetraż folii.

Wszystko pozamykane,  wszyscy w domach. Cicho, głucho… Kiosk RUCHu, a obok karteczki „Zaraz wracam” inna „Serek, masełko…”. Cud. Prowincjonalny cud. Albo kościół, obok drzewo, na nim szlak ale i… kury! Idziemy trasą niebieską. To „fragment szlaku wyznakowanego w roku 1928 przez Władysława Midowicza, jako wariant Głównego Szlaku Beskidzkiego, na odcinku Barania Góra – Zwardoń – Wielka Racza”. Idziemy przez pierwsze wzniesienie, dla ceprów zapewne góra – osiedle Pydychy:

A w nim na szczerym polu o dziwo, wolnostojące serduszko. Tuż obok, na leniwie rozślimaczonym wiadukcie,  tuningowany mały fiat, by zaraz za nim, naszym oczom ukazało się najpiękniejsze dawne przejście graniczne jakie znam – Myto. A nad nim? To nie jest tak, że w Beskidach nie mamy plastikowych łabędzi, o nie. Mamy… sarny:

„Som my w Unii”  – byłe przejście graniczne najlepiej widać po drodze z mostu, ale pełen jego obraz z osiedla Węglarze. My przyszłyśmy sprzed tej ostatniej, prawie na środku, „szarawej” górki. To tam w dole, między masywami, jest kolejowa stacja PKP:

Wspinamy się wyżej -  nie, nie jestem w ciąż – podziwiając inwencję w malowaniu znaków „gdzie się da”, również w sms:


No som my w  Unii, som, dlatego śmieci wyrzucane są już za dom a nie przed, na widok gadziewi. To przypomina nadbużańskie słowa Kropli „my też rzucamy puszki w trawę, może miejscowi mają tu taki zwyczaj?”. Brrr…  Na pocieszenie, ze wspomnianego osiedla Węglarze, widoki na stronę polską i słowacką takie, że tylko ech „nie rzucim ziemi skąd nasz ród!”:

Pogoda nie sprzyja. Wracamy, nie dotrzemy dziś do Morza Czarnego (sic!) – główny wododział europejski  to zbocza źródłowej doliny Czadeczki, wraz z sąsiednią doliną Krężelki  i należą do zlewiska Morza Czarnego.  Chciałoby się tu zostać:

Na koniec jeszcze pozbójować przy frytkach, piwku i poniewieranych cyckach, ale tu zaś w kącie ta kobieta, nad którą i drabiniaste wozy tańczą zbójnickiego, pod samiućkim sufitem:

„Pódymy chłopcy kraść i zbijać
Bo ni momy za co pijać
Ej, bo sie zapocyno
Ej, bo sie zapocyno
Bucyna ozwijać”
„Panowie, panowie, bedziecie panami,
ale nie bedziecie rządzić górolami”.

Władysław Skoczylas: Pochód zbójników
Drzeworyt na gruszce, 1919 rok.

Droga powrotna już w deszczu.  Strona słowacka i wyłania się pociąg sunący z  Žiliny:

Znów podróż prawie przez dwie godziny, ale i milion zdjęć robionych przez kolejowe okno. Wspaniałe widoki gór, lasów, Morza Żywieckiego, rzek, mostów, zarośli, zielonej w swej zieloności zieleni! Widoki sączące się leniwie w trzewia:

Zmęczenie? A kas!!! No, może troszeczkę:

fot. Ela Wolny Beskidy

Rzeźba Leona a Metropolitan Museum of Art

Czym różni się ostatnie zdjęcie, od nowojorskiego Evity? Podobna ekspresja, podobny ładunek emocjonalny… Kochani, zwyczajnie niezwyczajni ludzie są wśród nas – ewolny


Leon Gruzd. To on, rzeźbiarz mieszkaniec Warszawy, ale już „nasz”. Fidest, mokre lasy, bobry, łosie i Jego rzeźby, to te środowisko. Wiele informacji o jego twórczości można przeczytać na stronach internetowych.
Jak go poznałem? Pewnego razu, po przebrnięciu przez ostoję łosi i bobrów, mając szeroką perspektywę na wieś Fidest, widzę, że coś się tam zmieniło. Lornetka, i przed samotnym domem jakaś biała kolumna. Co to jest? Ciekawość zaprowadzi wszędzie. Stara wiejska chałupa, przed nią ta rzeźba.

Z małym psem przy nodze, „kudłaty jak litewski łoś”, pojawia się gospodarz. Od razu widać, że to człowiek z tego, leśnego środowiska.

To była pierwsza i nie ostatnia wizyta. Niektóre z nich obfotografowałem, są na blogu. A niezapomniany smak soku brzozowego, pitego w upalny dzień, i oglądanie tych „ogrodowych” cacek, pług przerobiony na leżak, opowieści o przydatności zdobytych kamieni do dalszej obróbki i też takie, różne wieczorne pogaduszki. A to o miejscowych, nie zawsze mających czyste sumienie w sąsiedzkich sprawach, a to o urzędowych gospodarzach lasu, którzy mogliby lepiej dbać o las a nie tylko o „pozyskane” fest metry, a to o spalonej przypadkowo stodole w jego obejściu i co z tego można potem zrobić.

Zdjęcia te plenerowe, to tylko jego letnia pracownia, przy chałupie. Tu rzeźbi, czasem poustawia to tak, raz inaczej, by było fajnie. Kiedyś udało się mu zainteresować wyszkowski dom kultury i była wystawa tych drewnianych sąsiadów, co też jest na blogu. Miejscowe władze to wolą, takie dziwne ronda z bocianami i łabędziami z plastiku, niż coś takiego, jak jej (władzy) rośnie za darmo w Fideście.

Ta zaś, gimnastyczna postać, o którą Pani pytała, inspirowana jest pewnie wykonywanym jeszcze nie tak dawno, zawodem nauczyciela wychowania fizycznego – Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl

Kroplewski The Best, czyli główna wygrana w konkursie Polityki!

Kronika Optymisty, to ponad 200 stron maszynopisu. Na konkurs POLITYKI „Pamiętnik wielkiej zmiany” wystrzygłem z tej kroniki 20 stron – taki był regulamin. No i wygrałem. Jurorzy jednogłośnie… i tak dalej. W POLITYCE z 6 maja będą szczegóły. Spodziewam się wykupienia całego nakładu we wszystkich miastach, gminach i przysiółkach. Będzie też książka a tam wywiady ze znanymi politykami oraz fragmenty prac nadesłanych na ten konkurs.  Oczywiście jestem w stanie euforii… A zdjęcie z Tobą na rękach ma pokazać światu jak wyglądam w stanie euforii” – Jarek Kroplewski

Hmm, oczywiście dla mnie to nic dziwnego, że Wielcy zauważają Jego doskonałe pióro.  Jarek to literat, malarz, poeta, człowiek renesansu,  niepoprawny sportsmen, fotograf. Budowniczy budów, domu rodzinnego i przyjaźni.
Nie dane mi było mieć brata – Jarka traktuję tak właśnie. I jak w rodzinie „widzimy” się wirtualnie nadzwyczaj rzadko, wręcz wcale.  Niemniej zawsze możemy na siebie liczyć; przynajmniej tak było dotychczas. Nie wyobrażam sobie, żeby nie było go na ecodniu, jeśli nie ciałem to chociaż duchem,  pod postacią Jego prac, tekstów, zdjęć. Na marginesie wtrącę,  że Jarek w stanie euforii jest taki sam jak w stanie spoczynku. Niewątpliwie to Kaszub z nieleczonym ADHD, w którym krew kipi, energia rządzi, ikra rozsadza, tabaka nęci i kręci – po niej odloty i literackie wzloty. Charyzma zarażająca. Kochajmy ludzi z ADHD za odnoszone sukcesy!

Powyższe zdjęcia zrobił nam Debergerac, który pisze taką lirykę, takie limeryki, że wymiękam i klękam, zresztą w bardzo licznym gronie. Poniżej po inspiracji Kroplową tabaką, Jego 16 „tabaczych”  limeryków ad hot, wprost z Blip’a. Oczywiście Politykę kupię a Jarkowi przypominam Obiecuję: na tegorocznych mistrzostwach Polski w zażywaniu tabaki odczytam te wszystkie utwory wysławiając imię autora”. Gratulujemy Brat! – ew

Pewien Japończyk z Nagasaki
miał dziwną skłonność do tabaki
a że maniery miał jak tatar
kichał nią również gdy miał katar
zdobiąc podłogę w plamy khaki

Pracownik Sony pijąc sake
poczuł że chęć ma na tabakę
i mimo polityki firmy
tak pragnął był tabaki z Birmy
że zmienił firmę na OTAKE

Pewien dżentelman z Quebeku
tabakę wąchał na wieku
trumny, co jeszcze jakbyco
pachniała była żywicą
z racji młodego wieku.

Pewien francuz z wioski La Rocque
jeździł na TIRach cały rok
w terenie górskim. Podsumować
CV mu można w czterech słowach:
tabaka, paka, stek i stok

Przystojny kelner stracił pracę
bo szef go złapał na tabace
Szef potem krzyczał grożąc łomem:
Ten lokal świetną ma renomę!
Ja nie pozwolę kichać w tacę!

Izraelita robiąc macę
czasem zapomni o tabace
niestety księga Mojżeszowa
każe go wtedy kamienować.
No cóż – requiescat in pace…

Pewien samuraj spod Osaki
gdy raz nie dali mu tabaki
zaczesał kucyk, zrobił siku
napisał szybko trzy haiku
a potem wypruł sobie flaki.

Ponoć mieszkańcy miasta Macon
wprost przepadają za tabaką
a każdy brak w zaopatrzeniu
ma efekt w burdzie, podpaleniu
i kończy się okropną draką.

Podobno nawet Edward Gierek
używał złotych tabakierek.
Miało je zresztą całe plenum
na skutek błędu w zamówieniu
na tysiąc dwieście pięć ekierek.

Zjazd ekologów z Górnej Ghany
uchwalił swój zdecydowany
protest przeciwko tabace
ostatnie naukowe prace podkreślają
jej wpływ na emisję gazów cieplarnianych.
a psik

Pewien górnik z kopalni Staszic
żeby nie pić postanowił się zaszic
w zamian za to wpadł na pomysł taki
by w robocie używać tabaki
i kolegów na przodku straszic

Poeta Alexander Pope
mawiał: „Tabaka? Oh I hope
nigdy mi się nie znudzi
choć znam też takich ludzi
którzy wolą operę soap”

Również papież Dziesiąty Pius
twierdził że duży to jest plus
(a miał już wiele wiosen)
wciągać używki nosem.
W każdym razie nie śmierdzi z ust.

Królowa Charlotte (żona Jerzego 3)
miewała po tabace ekstatyczne sny
że aż królewski małżonek
tyrpaniem budził żonę
„Ciszej trochę! Nie drzyj się żesz ty!”

Czasem Lord Nelson goniąc za Napoleonem
z tabakierą wychodził na stronę.
Gdy czynił to po kolacji
dostawał halucynacji
i wydawał się podwójnym Nelsonem.

Takoż sam Bonaparte
czuł zupełnie nieodparte
tabaki pragnienie.
Zwłaszcza na św. Helenie
dla tabaki stawiał los na jedną kartę.
Debergerac