Monthly Archives: Czerwiec 2009

Key West, czyli moje letnie wakacje zimą

Zima w tym roku była dość chłodna, prawie taka jak obecne lato :) Na Florydzie również nie było upałów. W Miami zaledwie 25 stopni Celsjusza, zatem wyruszyliśmy na południe szukać ciepła i słońca. Na Key West jedzie się przez ocean drogą, czyli mostem siedmiomilowym – Seven Miles Bridge. Przez ocean, bo Key West to wyspa:


Nie ma to jak kąpiel w gorącym oceanie zimą i kiełbaska z grilla pod koniec roku na plaży. Tylko powrót do Nowego Yorku jest potem zawsze bardzo ciężki. Zdjęcia pokazują wspaniałe łódki bogaczy, bo obok był port, gdzie można coś zjeść.  Jak są pieniądze, to jest i zabawa, w niej Jarek i ja, w naszych latach dwudziestych, mocno zaniżaliśmy średnią wieku współbiesiadników. Nasze mamy, szykowne Polki, też  młodo wyglądały na tle innych, dość mocno po 50-tce, pijących piwko i bawiących się tu na całego:

Na Key West szuka się nie tylko zabawy, ale przede wszystkim ciepła i słońca, bo to  najbardziej wysunięty punkt na południe w Stanach Zjednoczonych. Na tym znaku widać jak daleko jest do Miami, Paryża,  Honolulu i innych miast… Na Key West jest też dom Hemingwaya, ale nie pojechaliśmy. Kto zgadnie dlaczego?

fot. evita_duarte USA
www.marzenkowonyc.wordpress.com

Twoje imię na ziarenku ryżu, czyli nowe fotografie starego Krakowa

fot. ewolny Kraków
Nieoczekiwanie z powodu rzęsistego deszczu, nie wysiadamy na obiecane papieskie kremówki, tylko jedziemy dalej, do Krakowa. Nasza irracjonalnie, by nie rzec głupia, z pozoru bardzo pochopna decyzja, zostaje wynagrodzona – suchą stopą spędzamy cudowny, krakowski dzień. W porze można rzec nocnej, Bielsko znów wita nas mega rzęsistym deszczem, podobnym do tego, który zostawiłyśmy rano, za sobą, w Wadowicach:

Już w Krakowie okazuje się, że sprawdza się to, co własnoocznie doświadczyłyśmy w Międzybrodziu. Rzeczywiście, ląd lepiej podziwiać z wody, nic nie przysłania widoków, perspektywa jest jakby głębsza, pełniejsza, piękna. A i obiad nie wchodzi w biodra. Buja, więc nie jesz:

Na katamaran, którym płyniemy Wisłą,  przychodzi podarunek w postaci „średniowiecznej katapulty w budowie” od…  Tipsa :) Świat jest mały, a my jak te robaczki  w nim, zakręceni nader pozytywnie, zatem Wawel z Wisły, wędruje natychmiast do Poznania:

Mijamy Kościół i Klasztor Sióstr Norbertanek - Salwator:

Po „na lewo zwrot”, Kościół paulinów Michała Archanioła i Stanisława bpa na Skałce…

… gdzie nagle zakładam sobie pętlę na szyję, i niczym ta Wanda co nie chciała Niemca, nie chcę wracać, chcę tu zostać:

Balon jak wrzód na tyłku, sunący w ślad za nami i widziany z każdego miejsca gdzie jesteśmy. 36 zł za 15 minut? W dodatku za „doznania” na aż 180 metrach?!! No, trzeba by chyba zacząć dorabiać w pszczyńskich lasach, i  bynajmniej nie na zbieraniu runa leśnego. A sam balon? Piękny:

Zdecydowanie jednak wolę oglądać Ziemię z ziemi, a na niej na przykład, tuż obok mostu Grunwaldzkiego,  wizerunek psa Dżoka, najwierniejszego z wiernych, symbolu psiej wierności, który na rondzie Grunwaldzkim, przez cały rok (1990-1991), oczekiwał na swego pana, który tam właśnie umarł:

Drogi Czytelniku, jeżeli udało Ci się przebrnąć przez ten przydługi i kanciasty wstęp, należy Ci się nagroda. Podchodzimy pod Wawel:

Rzut oka na panoramę miasta, Wisłę a w dali Kopiec Kościuszki. Trwaj chwilo, trwaj:

Idziemy:

By wreszcie, bez komentarza – Wawel, Zamek Królewski, The Royal Castle:

Relikty Kościoła św. Michała:

Oczywiście będąc tu,  należy stale uważać nie tylko na nisko latające gołębie, ale i na wszechobecne koty (sic!):

Może pilnują „wystawki”?

A może… przypomina mi się stale wolny wakat, wywożenie „nawozu” spod smoka :)

Chłoniemy jak gąbka zapach historii przez wielkie H, nie jestem Wzgórkiem, o nie, to już prawie 300-setne zdjęcie:

Obok mimochodem wystających spod trawy bieluśkich kamieni, idziemy na Rynek Główny…


…wzdłuż nabrzmiałej od deszczy Wisły „Aleją gwiazd, aleją gwiazd idziemy…”, a potem przez zmoczone Planty, obok których nie tylko śp. Kardynał Sapieha „goszczący” młodą parę,  ale i… OKNO TEGO, do którego miałyśmy dziś na kremówki. Puste okno, bo Był  cały czas z nami, pilnując dobrej pogody…
A na Starym Rynku? Letni gwar, ale i nasza kolacja, podczas której widzimy masę kolorowych dorożek z  kolejnymi ślubami, sunących chyba z Kościoła Mariackiego - Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń…

Oraz, nadal remont Sukiennic, na których pisze, że do roku 2010 zostanie tam przywrócone Muzeum Narodowe:

Dosłownie 20 minut do odjazdu ostatniego dziś busa, ale co tam dla nas – kobiety jak pistolety. Zatem lecimy, nie wiedząc jeszcze, czy znajdą się dla nas wolne miejsca, a mimo to w biegu przystajemy, by jeszcze przy Bramie Floriańskiej i Teatrze Słowackiego kliknąć stutysięczną już fotę:


A na Floriańskiej? Bingo!
Nieoczekiwanie znajduję w locie, swe ukochane nomen omen – Aj Laf Ju Też! – ew

Ale że miłość to wielka siła,
miłość po śmierci ich połączyła.

Teraz dorożką zaczarowaną
jedzie pan młody z tą młodą panną
za miasto, gdzie jest stara kaplica,

i tam, jak w ślicznej starej piosence,
wiąże im stułą stęsknione ręce
ksiądz, co podobny jest do księżyca.

Noc szumi. Grucha kochany z kochaną,
ale, niestety, co rano

przez barokową bramę,
pełną sznerklów i wzorów,
wszystko znika na amen
in saecula saeculorum:

ZACZAROWANA DOROŻKA
ZACZAROWANY DOROŻKARZ
ZACZAROWANY KOŃ

K.I.Gałczyński
fragmenty

Norwegia w zielonej pigułce

Mieliśmy już wspaniałą błękitną pigułkę, teraz kolej na zieloną. Nie tylko dlatego, że akurat dziś, Niuniek wylatuje na miesięczne wakacje właśnie do Norwegii, do drugiej babci… Trochę człowieka ciągnie już bowiem w góry, niczym wilka do lasu…  Póki co aura nie sprzyja.  ;)   Zatem dziś tylko zdjęcia, a my w zamian… Wadowice i papieskie kremówki, kto zamawia? – ewolny


fot. Tina Norwegia

Pustynia Błędowska

I znowu przychodzi myśl, że cudze chwalę a swojego nie znam. Leciałem i jechałem setki kilometrów, by zobaczyć Saharę a niedaleko, prawie pod nosem mam usytuowaną Pustynię Błędowską. Jest to największy w Polsce obszar lotnych piasków o powierzchni wynoszącej około 33 km² . Rozciąga się pomiędzy dzielnicą Dąbrowy Górniczej, o nazwie Błędów na zachodzie, i wschodnią gminą Klucze. Długość pustyni to 10 km, a szerokość 4 km.

Panorama, klik by powiększyć -> TUTAJ
W okresie zlodowaceń, 3 mln lat temu, Pustynia Błędowska powstała poprzez nagromadzenie sporej ilości żwiru i piasku. W następnych okresach ocieplenia klimatu, tereny pustyni zaczęły bujnie porastać roślinnością leśną. Działo się to 10 tys. lat temu. Swoją sławę i nazwę Pustynia Błędowska zawdzięcza zbiegowi okoliczności i paradoksalnie ingerencji człowieka. W XIII wieku na Ziemi Olkuskiej, zaczął rozwijać się przemysł górniczy i hutniczy, co spowodowało masowe wyręby lasów. Drewno służyło jako budulec w kopalniach i opał w hutach. Ogrom wycinki drzew dał początek Pustyni Błędowskiej a raczej powrót do prapoczątków okresu zlodowaceń. Powstanie tej będącej dziś ewenementem na skalę światową pustyni, miało więc znamiona klęski ekologicznej.

Obecne plany związane z zagospodarowaniem Pustyni Błędowskiej są bardzo ciekawe. W jej środku ma powstać wystawa prezentująca pustynie świata. To może pożytecznie przyczynić się do powrotu dawnego wyglądu zaniedbanych, porośniętych chwastami i krzakami piasków polskiej Sahary – Tomek

Instrukcja fotografowania i… nie tylko

Dziś taki sobie, automobilowo pieszy spacerek. Zrobiłem kilka zdjęć zupełnie „bez słońca”. Ale podobno wtedy  kolory są „dobrze oddane”:

No i wszystko wiadomo. jesteśmy na wrzosowiskach i ogromnych łanach mącznicy lekarskiej. Tak, tak, to tu chciał ktoś zrobić kopalnię piasku. Teraz będzie musiał posprzątać to, co zniszczył:

Ktoś w komentarzach napisał, że „ochrona środowiska” wydała zbyt precyzyjna instrukcję jak należy „posprzątać”. Tak przecież trzeba zrobić jak mówi instrukcja. Na zdjęciu widać, że na tym kopalnym piasku, to przez wiele lat nic nie urośnie:

fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl

Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Sopot

Najwięcej kłopotów sprawia mi Sopot. Niespodziewanie bezwarunkowo piękna Gdynia Orłowo, od której zaczęłam spacerek po „powyjazdowych wspomnieniach”, to była czysta radość, przyjemność, relaks. Jeszcze Gdańsk i „ostatni będą pierwszymi”, a Sopot? Z nim mam problem, bo jakby wszystko w nim OK, a jednak – nie ujął mnie, jednakowoż ujmując. Na zasadzie „chcę, ale boję się”…  sama nie wiem.
Nie tak dawno Tips w Sopot, czyli po białoruską wizę do Gdańska, wymienił jego walory, to może ja kilka słów anty?

No nie, były przecież momenty, które powalały na kolana, na przykład zmyślny drogowskaz 710 km Zakopane. 700 km pisało na naszych biletach, a przecież do Sopotu musiałyśmy jeszcze podjechać z Gdańska.
Jakaś chwytająca za serce nostalgia, na wspomnienie odległego, nie tylko domu…

Jechałyśmy zajefajną SKM, czyli Szybką Koleją Miejską, która chodzi nie tylko wzdłuż wybrzeża, po skosie między miastami Trójmiasta, ale i w bliski głąb kraju, na przykład do Tczewa, Elbląga, Wejherowa co… 15 minut przez… 24 godziny na dobę, w dodatku za… grosze! Respect!
Zatem za marne 3 złote, już po kilkunastu minutach jesteśmy w Sopocie, który urzeka nie tylko wspomnianym drogowskazem, ale i cudnym kościołem w jego tle:

Skrajne uczucia, bo tuż za nim wykorzystywanie zwierząt do żebrania. „Zbieram na karmę”, no nie wiem, jakiś niesmak:

Po nim kolejny, papużka wyciągająca wróżby… Pamiętamy wpis Animals?

Patrząc na wystrojone tłumy, marki samochodów, rejestracje przychodzi konkluzja, że dzisiejszy Sopot to świątynia pieniądza, która przyćmiła sobą, jego historyczne walory. I chyba niestety tylko to, wciskające się w oczy, naj molo. Molo, na które każdy musi za 3,20 wejść, zrobić sobie foto i wrócić. Też weszłam, bo to jak obsikanie terenu – „ja tu byłem”. Po drodze XXI wiek z 1928 roku – widok na morze odgrodzone szkłem i zaproszenie do wygodnej konsumpcji:

Molo obwarowane bramkami, kasy z dłuuugimi, zakręconymi kolejkami, bo masa chętnych, w tle Grant Hotel, Sheraton, na samym molo już szkło, chrom i… „gdzie się podziały tamte prywatki”?



Jeszcze tylko, wspomniany przez Tipsa drugi, niższy poziom, jakoś koresponduje z brakiem komercji:

Jeszcze tylko bogato rozbudowana latarnia morska przyprawia o zachwyt z zadziwienia:

Kamieniczki, z których przecież nie tylko Krzywy domek, sprawia, że przystajesz w zachwycie:


Karykaturzyści, śpiewacy, malarze – współczesna łączność ze sztuką:

A mimo to mieszane uczucia. 710 km od Zakopanego, a jakby ten sam blichtr pieniądza co tam, Krupówki a Monciak, żadnej różnicy. Z podróży do Sandomierza, przypomina mi się  gdzieś na naszej, południowej trasie, pijane BMW, i  wesołe okrzyki do kolejki pod WC na stacji benzynowej, „która dziewczyna jedzie z nami do (sic!) Sopotu”.
Jeszcze tylko ostatni rzut oka, jeszcze tylko zachwyt nad łabędziami i wracamy…

… czytając na PKP, o obietnicy rekonstrukcji zabytkowej stacji:

Może to sprawka alergii na kasę, kasę, kasę? Wszechobecny zalew konsumpcyjnego podejścia do życia? A może za krótko byłyśmy? Może zabrakło dobrego przewodnika? A może miasto zyskuje  dopiero przy bliższym poznaniu? Ale są przecież miejsca, w których do „miłości od pierwszego wejrzenia”, wystarczy rzeczywiście jeden rzut oka, i w których nie byłyśmy wcale dłużej… nie wiem. Być może należy  z Sopotem „pochodzić” dłużej? Zatem to bardzo dobra motywacja, by ponownie „zmierzyć” Polskę.
fot. ewolny Sopot

Letnia kanikuła zimą


Jarek szybko zareagował na wpis, po naszym powrocie – Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdynia. Leżą przede mną Jego zdjęcia i tak sobie myślę, że może „upalne” lato to dobry czas, by razem ochłodzić się widokami nadmorskiej zimy? Jeśli górale na resztę świata mówią Cepry, to Kaszubi jak? „Turystyczna stonka ziemniaczana”? :) Jak wygląda zimą letni, nadmorski kurort, gdy nie ma już w nim letników? Ten obraz raczej niedostępny dla turystycznych mas. Nie tak dawno, zdarzyło mi się spędzać Wielkanocne Święta nad morzem i pamiętam to zadziwienie bezludną pustką, brakiem letniego gwaru, wszechobecną, komercyjną ciszą. Zimą nad morzem nie byłam. A tu te zwały zlodowaciałego śniegu, zamiast ciepłego piasku na którym dopiero co drzemałam. Nieprawdopodobne:

Klif widziany przez sople:

Trasa W-zet:

U nas Z daszku świata, przez sople patrzy się na wierchy, a tu proszę, molo inaczej. Cudowne:

Na koniec moje ulubione zdjęcie. To na pewno nie Grenlandia? Przecież myśmy tam były, ale… jak zwykle latem. Człowiek powinien stawiać sobie wyzwania. Morze zimą? Dlaczego nie? – ew

fot. Kroplewski Jarek Gdynia Orłowo

Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdynia

A dokładniej Gdynia Orłowo. Przy okazji, za wskazanie tego zakątka na Ziemi,  dziękujemy braciszkowi Kropli. Ostatni Sprawiedliwy rzekł bowiem „koniecznie jedźcie do Gdyni Orłowo” i jak się okazało, słusznie.

Bo kto pamięta jeszcze moje zauroczenie Kazimierzem Dolnym, ten zrozumie, dlaczego relacji z podróży marzeń, nie zaczynam od starego Gdańska ani wypasionego Sopotu – Gdynia Orłowo, a przynajmniej jej nabrzeże, ma ten sam urok, ten sam klimat, ogromnie ujmujący, bo podobny do kazimierskiego  czar…

To tu właśnie, chciałam spać na plaży, podczas gdy Ewa nakręcała film:

Czas się zatrzymał. Nic się nie liczyło,  nie było ważne nic. Niczym białe grzbiety fal, cicho unosiły się nań bielutkie łabędzie, był tylko szum morza, lekki wiatr i jeszcze lżejsze promienie słońca. Bosko:

Co tak urzeka w tym Orłowie?

Molo, wcale nie gorsze od sopockiego, nie wszystko piękne co duże:

A na jego zwieńczeniu dwie lunety:

Bo pejzaż, w Gdyni Orłowie, zaiste nietuzinkowy:

Nabrzeże wypełnione cudowną Promenadą Królowej Marysieńki:


Wzdłuż niej nie tylko skwer imienia Antoniego Suchanka,  nie tylko pomnik tego artysty malarza, przy którym już tylko Aj Laf Ju:

Ale i krajobrazy, które malował. Morze, dla którego nawet replika Chrystusa „Błogosławieństwo morza”, postawionego w 1924 roku, przez orłowskich rybaków… morze:



Ale i domorosłe „Rospudy” lub klify, jak parawan zamykające horyzont, nieprawdopodobnie czystych plaż:


Ta Kępa Redłowska, z przyprawiającą o zawrót w głowie szaloną wysokością 86 m.n.p.m., jest zarazem rezerwatem przyrody. Osiemdziesiąt sześć metrów…  „Rezerwat jest unikatowym obiektem przyrodniczym w skali kraju, o pow. 118,16 ha i ustanowiony w 1938 roku.  Obejmuje wschodnią część Kępy Redłowskiej wraz z kompleksem leśnym i urwistymi brzegami wybrzeża klifowego.  Celem ochrony jest zachowanie naturalnego krajobrazu nadmorskiego, lasu bukowego i mieszanego, form abrazyjnych oraz stanowiska jarząbu szwedzkiego Sorbus Intermedia. Jako relikt epoki lodowcowej jest on osobliwością florystyczną rezerwatu. Kępa Redłowska jest jednym z nielicznych rezerwatów, który umożliwia obserwację naturalnych procesów geofizycznych zachodzących na styku lądu i morza„. Tyle tablica…

Jeden z nielicznych takich zakątków… zatem nie dziwi, patrząc na postać Antoniego i na te cudne krajobrazy, że tuż przy plaży, usytuowany jest budynek Zespołu Szkół Plastycznych:

Budynek sam w sobie jakby stworzony przez uzdolnionych uczniów, a w ogrodzie masa, ale to masa rzeźb:

A tuż za płotem?  Bez komentarza:

Wiem, że wrócę. Troszkę ponad 700 km, to nie koniec świata… ew
fot. ewolny

Spacerkiem przez Manhattan

Tak, tak kochani zabieram Was dziś na spacer po Manhattanie. Spacer krótki, ale ile można wytrzymać przy stu stopniach… Manhattan jak zwykle fotogeniczny. Tym razem widok z Liberty Island:


Stoiska z pamiątkami, jak to poniżej, znajdują się właściwie w każdym miejscu Manhattanu:

Acha, 100 stopni to jakieś 38 w Celsjuszu… czyli po polskiemu :) Zatem trochę ochłody na Rockefeller Center:

Kościółek, też Rockefeller Center:


Widok na Wall Street. Budynek giełdy:

Pomnik ku pamięci ofiar ataku, ta kula kiedyś stała przy WTC, to była… fontanna:

Ściemnia się… Hard Rock Cafe na Times Square:

Empire State Building… Jest od 11 września 2001 roku najwyższym budynkiem w Nowym Jorku. Warto się tam wybrać, żeby zobaczyć niepowtarzalną panoramę miasta:

W czwartą rocznicę zamachu terrorystycznego na WTC, sfotografowałam światła w miejscu wież. Światła te było widać z każdego zakątka miasta. Przypominały wszystkim o tym ponurym wydarzeniu…

fot. evita_duarte NYC
www.marzenkowonyc.wordpress.com