Chyba w życiu chodzi o to, by nie wykorzystywać skrzydeł li tylko do skakania po codzienną, zwyczajną margarynę. Jeśli już, to wyznaczyć sobie odległy o 700 km sklep. Tak prozę życia można zamienić w misterium, w przygodę, w celebrity.
Czy taka nonszalancja w życiu nie upraszcza, nie pozbawia zamartwiań się, nocnych mar i dziennych frustracji? Przechodzisz przez wiadukt nad PKP, z megafonu słyszysz „pociąg do Kołobrzegu stoi przy peronie… „. Heja Koszarawa! Zbiegasz po stopniach, wsiadasz w pociąg i za ostatnią forsę na żarcie lub ważny rachunek, jedziesz popuszczać kaczki w… Bałtyku.
Fajnie mieć pracę, a jeszcze fajniej, fajne koleżanki w niej. Podczas gdy ja je zarzucam kolejnymi opowieściami z ecodnia, one mnie wziętymi z życia historiami godnymi dobrego scenariusza. Jedna z nich, gdy prosiła ciocię na ślub, usłyszała:
- Jak to dobrze, że przyszliście z ciastem. Ja córcię rano wysłałam po margarynę na placka i jeszcze jej nie ma.
Potem okazało się, że córcia wylądowała na trzy dni w Łebie. Nie wiem czy to ma jakieś znaczenie, ale mieszkamy na południu kraju, w górach.
Jeszcze inna, rok temu, poddała się oznaczeniu markera nowotworowego CA 125. Jest już po operacji, dlatego nie musiała mnie długo namawiać, bym skorzystała z akcji Urzędu Miasta i wyciągnęła rękę do pobrania krwi. Wyniki dobre, a na wspomnienie tej niepewności i całej ręki w sińcach, garść przemyśleń nad sensem życia.
Bo czyż nie jest tak, iż żeby mieć w sobie jego wolę, trzeba mieć jasno nakreślony jakikolwiek cel? Takie jakby zadanie do wykonania, osobisty grafik choćby z jednym tylko maleńkim punktem – nikt nie lubi przecież czuć się niepotrzebnym, zbędnym, nawet dla siebie samego, sprzętem.
Bez dwóch zdań, w pierwszej części naszego życia głównym celem jest nauka, wykształcenie, zdobywanie umiejętności choćby tylko tych pomocnych później w dniu codziennym, w relacjach z drugim człowiekiem, w znalezieniu swego miejsca w społeczeństwie, w życiu. Drugą połowę dominuje nadrzędna sprawa jaką jest oddawanie tego co się zdobyło, w relacjach ze stworzoną przez się rodziną, w bliskich kontaktach międzyludzkich – w pracy, w środowisku, w domu. Dom, dzieci, kariera zawodowa, obowiązki, do tego nierzadko bardzo wymagający współmałżonek – pogodzenie tego to grafik zapełniający pół wielkiej ściany. I tu nawet nie ma co się zastanawiać nad sensem, celem życia, bo jest to z góry narzucone przy zakładaniu rodziny.
Z czasem wzburzona woda cichnie, zataczane przez domowników kręgi się uspokajają, ptaszki wylatują z gniazda a zmęczony życiem człowiek siada i zastyga w stagnacji. A właśnie teraz powinien ostro wziąć się do roboty nad sobą i wymyślić sobie „co dalej”, by… całkiem nie klapnąć. Zawiesić wysoko poprzeczkę i codziennie próbować doń doskoczyć. Z każdym dniem starać się pokonać choćby tylko ten jeden, jedyny centymetr, bo tylko wtedy ma szansę czekać niecierpliwie na dobre wyniki badań. W przeciwnym wypadku, jest już chyba wszystko jedno. Niezmienny azymut praca – dom – praca, lub dom – dom – dom, tylko utwierdza go w przekonaniu, że jest już nikomu niepotrzebny, nie musi więc skakać.
A gdyby tak nagle, pozornie bez powodu, rozwinąć zastane skrzydła, by przeskoczyć te marne 700 km i wrócić dopiero za trzy dni z margaryną oraz lekką, niekoniecznie łebską, za to nadmorską opalenizną? – Ela Wolny
fot. Wiesław Czapski










Otóż to-proza życia.Przemawia do mnie ostatnie zdanie.Oczywiście że tak,trza brać byka za rogi
wiesz, nie zawsze odskocznia musi być o te 700 km stąd. I nie zawsze musi być tak niezaplanowana,że najbliższym głowy z niepokoju bieleją.
Ważne, by prócz pracy, domu, codziennej krzątaniny wokół najbliższych mieć jeszcze kawałek poletka dla siebie. Poletka na własny rozmiar i potrzeby.
Jeden spełni się skacząc na linie z mostu w Stańczykach inny wygrywając konkurs na najlepszy wypiek w parafii.
Jedno ma być kryterium : ma dawać radość i odpoczynek.
Smutne to, gdy patrzyłam latem na ławeczkę pod blokiem a tam same starsze kobiety zajęte…niczym ? Albo doglądaniem wnuków. Ich życie ciągle się kręciło wokół najbliższy, że na starość kompletnie nie wiedzą co ze sobą zrobić. I frustracja, bo niepotrzebne, i wylewanie jadu, i utrudnianie życia innym.
Oby mnie to nigdy nie spotkało.
Mój ulubiony (no… jeden z ulubionych
) utwór:
„Światem zaczęła rządzić jesień,
topi go w żółci i czerweini,
a ja tak pragnę, czemu, nie wiem,
uciec pociągiem od jesieni”
A „Remedium” na ten nastrój to:
„Wsiąść do pociągu bylejakiego,
nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet,
ściskając w ręku kamień zielony
patrzeć jak wszystko zostaje w tyle…”
I w zasadzie co więcej tu pisać? Trzeba by być naukowcem psychologiem albo odwrotnie, poetą. Nie jestem żadnym z nich, ale poruszone w tekście tematy często przewijają się w moich publikacjach, a „Remedium” jest utworem, który nigdy mi się nie nudzi. Gdy już przemyślę mądre, powyższe słowa, to może je kiedyś skomentuję.
Po margarynę jadę z Ewą już w środę, trzy dni, 700 km razy dwa.
A wracając do ławeczki i wnuka… nie ma nic piękniejszego jak wnuk. Jak te relacje. Nie ma.
Przypomnij sobie siebie i swoją babcię.
Jak w ostatniej scenie Wniebowziętych Maklakiewicz i Himilsbach siedzący na plaży bez grosza przy duszy. Co będzie to będzie.
Ja to Maklakiewicz, Effka Himilsbach
Złota : co innego gdy spędzasz czas z wnukiem bo chcesz i wykorzystujesz ten czas na faktyczne bycie z dzieckiem. A co innego gdy musisz.
Mówisz jak doświadczona Babcia
Tips, przypomniałeś mi, że moją ulubioną na obecną chwilę piosenką, jest:
- A tymczasem… chcę leżeć pod gruszą, na dowolnie wybranym boku i mieć to co jest w życiu najlepsze: święty spokój.
Złota, przykro mi, ale nie dostajesz zaliczenia z polskiej piosenki!
„A tymczasem leżę pod gruszą,
na dowolnie wybranym boku
i mam to, co na świecie najświętsze,
święty spokój.
A tymczasem leżę pod gruszą,
a świat obok płynie leniwie
i niczego więcej nie pragnę,
wręcz przeciwnie. ”
Po pierwsze nie „chcę”, ale „leżę”, a po drugie tego akurat nie napisała Agnieszka Osiecka (choć to bardzo w jej stylu) tylko druga, równie genialna, polska autorka tekstów, Magda Czapińska.
Ale to również moja ulubiona piosenka. Wały Jagielońskie spiewały ja kiedyś z przerobionej, nieco uszczypliwej wersji. Był tam taki fragment, znakomicie odwzorowujący społeczną bierność:
„A ta grusza rosnie i rośnie
i zasłania juz chyba pół nieba,
a tłum, pod nią, jak leżał, tak leży
tak jak trzeba”.
Więc kochani – NIE MYLMY CZESANIA ŹDŹBŁA TRAWY (lub zakupu margaryny
) Z BEZMYŚLNYM LEŻENIEM POD GRUSZĄ!!!
Przepraszam, spieszę się. Miało być oczywiście:
“A ta grusza rośnie i rośnie
i zasłania już chyba pół nieba,
a tłum pod nią, jak leżał, tak leży;
tak jak trzeba!”
Przepraszam
spieszyłam się, jutro jadę