Nie potrafię zrobić wpisu o Gdańsku, takiego jakbym chciała. Przepiękny dworzec, który jak wypasiona wizytówka, kusił już po „gazetowej” Juracie… A tu? Gdańsk wymarzony, wyśniony, wytęskniony, tak odległy dał mi popalić długą, bo blisko trzynastogodzinną i wyczerpującą doń podróżą, dodatkowym, prawie trzygodzinnym szukaniem po lesie zabukowanego noclegu i powitał serią olbrzymich burz oraz zadziwieniem personalnym. Gdyby nie dziewczyny, pewnie zwinięta w kłębek, z bolącym brzuchem z GŁODU i niepotrzebnych emocji, przespałabym pierwszy z trzech dni, pobytu nad morzem. Na podobieństwo marynarza od żółwi na Galapagos, chciałam rzec „kamieniczki to ja już widziałam i tu, i tam. Spadajcie!”
Gdańsk jawi mi się zatem nadal jak sen, bowiem wyciągnięta na siłę, zwiedzałam na wpół przytomna i niczym zombi w letargu robiłam te zdjęcia.
Gdańsk jest piękny. Czuję olbrzymi niedosyt i nieprawdopodobne pragnienie, by znów tam być. Tym razem na dłużej i na spokojniej.
Ten czas, który dałam sobie na zrobienie wpisu, spowodował, że jak u Steincbecka, odleżały się wrażenia i mogłam wybrać już tylko te nader istotne.
Motława.
Na dzień dzisiejszy, to najpiękniejsze moje gdańskie wrażenie. Najpiękniejsza, jak dla mnie, miejska rzeka – nieprawdopodobny klimat, wielojęzyczny gwar na podobieństwo tego spod Wawelu. Klimat, który tworzy nie tylko masa przytulnych knajpeczek, sąsiedztwo malowniczych, zabytkowych zabudowań, ale i niespotykana nigdzie gra światła na tej miejskiej przecież wodzie. Wymarzony, lustrzany plener dla każdego artysty malarza. To tu jadłyśmy na wodzie drugie śniadanko przed Gdynią i kolację po Sopocie. To tu na Żurawiu, najstarszy w Gdańsku zegar słoneczny odmierzał nam czas, gdy podziwiałyśmy zacumowane jednostki, z galionami i bez. Na przykład Sołdek, który onegdaj gościł pod prysznicem, nagie pośladki mojego najlepszego przyjaciela… Te bajeczne zdjęcia robiłam zwykłym telefonem, bo piękna bajka, tworzy się sama. Zdjęcie pierwsze mam na wyświetlaczu swojego telefonu. Niesamowite miejsce:






Starówka.
I rzeczywiście, skąpana w deszczu jakby piękniejsza, bo bez tego wielkomiejskiego kurzu złocenia lśniły, a asfalt jak w Daleko od szosy, zamienił się w rzeczne lustro a’la Motława. Mara to czy sen? Ale i rycerze tam to jak chleb powszedni. A Neptun spod prysznica, z równie zabójczymi pośladkami, zapamiętałam bardzo pozytywnie nie tylko z tego powodu. Dał odsapnąć, bo dosłownie pod nim, zjadłyśmy pierwszy od blisko doby ciepły posiłek – pyszny obiad:




Wielki młyn.
A wraz z nim ławeczka internetowa, gdzie siedziałam machając do Aj Laf Ju! Wielki młyn, a na jego podobieństwo, równie wielkie połacie wszechobecnej czerwonej cegły, która jest po prostu wszędzie. Bowiem Gdańsk to nie tylko budynki, kamienice, obiekty sakralne, ale i resztki pieczołowicie chronionych starych murów. „Czerwony jak cegła” to budzi respekt:





Ulica Mariacka.
To chyba właśnie tam skierowałyśmy swe pierwsze kroki po wyjściu z taryfy. Ewidentnie coś dla mieszczuchów, którzy w swoich maleńkich eMileś, z mini balkonów, tworzą substytut otwartej przestrzeni, tarasu, ogrodu. Niewątpliwie najpiękniejsza gdańska ulica, i to tu nazwano mnie zombi, bo właśnie tu ożyłam, na widok tych kompletnie, w sposób cudowny odrestaurowanych nadproży, sunących niemo w stronę Mariackiej Bazyliki, i przeciwną, Mariackiej… Bramy. Na nadprożach nie tylko motywy roślinne ale i kształtne pomidorki:



Heweliusz.
Na koniec „bliżej nieba, bliżej gwiazd”. Śpimy pod tym samym niebem, jak pod wspólną kołdrą. Podróż do Gdańska sprawiła, że jeszcze pewniej stąpam po tych rozbujanych w marzeniach obłokach…
„Na sprzedaż”, „For Sale” – kupujemy? – ew




fot. ewolny Gdańsk









Moje miejsce na ziemi. Fantastyczne miasto z jakże bogatą historią.To tu powstała Solidarność, to tu podpisano porozumienie pomiędzy Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym a Komisją Rządową, które rozpoczeło proces zmian gospodarczych i politycznych. Piękne miasto, i tylko szkoda że czas jaki było nam dane spędzić był skąpany deszczem. Ale i tak wrażenia mocno wryły się w pamięć.
Znakomicie,miło poznać taki entuzjazm do miasta,które jest częścią mnie samego.Być może nawet wszystko co we mnie – zrodziło się z jego Ducha.Syndrom przeznaczenia,to miasto niezwykłe,a komu dane było narodzić się i żyć jego obrazem,tworzy w sobie baśn fantastyczną.
Wiele można na ten temat i w nieskończoność – tajemniczość zdarzeń.
dzięki za tekst – stary gdańszczanin pozdrawia Autorkę bloga
Bogdan
Miło powitać dzień takim komentarzem. Dziękuję!
Do Gdańska na pewno wrócę…
Gdańsk to jest jakość sama w sobie, to coś tak pięknego i unikalnego, że za każdym razem wywołuje we mnie rozczulające reakcje.
fajnie, że mimo deszczu nie odpuściłaś. nie fajnie, że w XXI wieku podróżuje się dalej po Polsce z prędkością 45km/h
Bramy Zielonej (?)
- Bramy Mariackiej – o nią Ci chodziło. Ul. Mariacka prowadzi z Bazyliki Mariackiej do Bramy Mariackiej – w sumie łatwo zapamiętać. Z resztą bram jest gorzej: Zielona jest Czerwona, Złota jest Długouliczna, Wyżynna jest Wysoka a Żuławska jest Bramą Długich Ogrodów. Pozdrawiam:)
Dzięki, rzeczywiście potraficie skutecznie zaintrygować, może po to, by to wszystko chcieć jeszcze i jeszcze raz dokładniej obejrzeć, by wreszcie zapamiętać np. te wszystkie bramy?
O tej myślałam pisząc, Mariacka?
http://i97.photobucket.com/albums/l219/zlotoslanos/DSC02965.jpg
No, czytam nr legitymacji i jestem pod wrażeniem.
Gdańsk jest piękny i jeżeli jeszcze nadarzy się taka okazja na zrobienie tych 700 km to wiem już, gdzie się rozglądać za przewodnikiem. Jeszcze raz dziękuję za komentarz i pozdrawiam.