Chowado Jaśka Czauderny

Jasiek Czauderna przybył na Bliski Wschód, przedarłszy się przez Czechy, Słowację, Węgry, Jugosławię i Grecję. Tak się złożyło, że góralowi wypadła droga przeważnie górami, więc nie zbłądził, jakkolwiek szedł bez mapy, kompasu, pieniędzy, broni, dokumentów i nie znając żadnego obcego języka z wyjątkiem paru plugawych przekleństw czeskich. A jednak przyszedł, trafiając na chwilę, kiedy Brygada Karpacka odpływała do Tobruku. Obszarpany i osłabły z głodu najpierw zażądał flinty, a kiedy dali mu już karabin, ładownicę, hełm dopiero wtedy poczłapał do kuchni.
Jasiek pochodził z Istebnej. Aby to wiedzieć, wystarczyło nań spojrzeć. Wysoki, zwięzły, żylasty, a przecie delikatny, miał podłużne bardzo jasne oczy, orli nos, śniadą cerę. Twierdził, że ma lat trzydzieści, ale choć wyglądał o pięć więcej, uwierzono mu na słowo. Gorzej było z zawodem, bo jakże wpisać do ewidencji kłusownik lub przemytnik? Napisano więc pasterz i Jasiek się z tym zgodził. Utrzymywał, że jeśli ktoś całe lata pędził bydło przez granicę, to ostatecznie może uchodzić za pasterza.
Jako górala, skierowano Jaśka do podhalańskiego batalionu, w którym oprócz niego nie było ani jednego syna gór. Toteż batalion ten zwykł śpiewać w marszu:
Ej, górol ci jo górol,
ej, z pirsego baonu,
ej, rodziłek sie w Gdyni,
ej, nie mówciez nikomu
Mógł się Jasiek przenieść do batalionu pomorskiego, w którym dla odmiany była cała kupa górali z Podhala i z Beskidu, ale Jasiek zżył się ze swoim oddziałem. Twierdził, że Pomorzacy to naród, z którym można żyć, a nawet wojować, jakkolwiek nie umywają się do chłopaków z Cieszyna, Bielska czy Karwiny. Pamiętam, jak raz, już po wylądowaniu we Włoszech, natknął się Jasiek na jednego z krajanów. Był to smukły jak on, ułan z Karpackiego Pułku, w czarnym berecie. Spojrzawszy na Jaśka ułan zawołał:
- Skądeś?
- Z Istebnej!
- A jo ze Szczyrku!
Nic już więcej nie gadali, tylko śmiali się radośnie, obmacując po ramionach, poklepując po plecach, ba, niemal obwąchując jak młode psy. Potem Jasiek poszedł odprowadzić ułana, a w godzinę potem przywiozła ich żandarmeria. Byli zalani w szrapnel i wykrzykiwali, że do dupy z takim wojskiem, w którym się beskidziaków zamyka za to, że kapkę wypili.

Długie miesiące spędziłem z Jaśkiem najpierw na pustyni, a potem wśród włoskich gór. Przegadaliśmy niejedną noc, choć ja odzywałem się raczej mało. Kiedyś, przy jakiejś stosownej okazji zwróciłem Jaśkowi uwagę na groźne piękno hamsinu, który rozśpiewał się przenikliwym tenorem i rzucał w niebo tonami piachu.
- To pan porucznik nie wie, co to prawdziwy wiatr. O, taki halniak beskidzki, to już coś. I to wcale nieprawda, że halniak w Beskidzie leci prosto jak strzelił. Halniaki rodzą się w dolinie za Koniakowem. Jak już taki halniak poczuje w sobie krzepę, to wspina się po stoku między chałpami wyżej i wyżej. Ale dopiero jak stanie na trakcie, na samym szczycie, wyrzuca ręce w niebo jak góral w tańcu, zadrobi, przytupie, zgarnie se chmur na głowę i kołując pędzi przez Istebną, hacząc dłońmi po czubkach smreków. A jak dostanie się na kubalońską przełęcz, to się przewraca na plecy i koziołkuje w dół, zakosami i wpada jak łyk spirytusu w otwarte w zachwyceniu usta Wisły.
Wtedy jeżą się potoki, pryskają pianą, a halniak wygwizdawszy pstrągi na jazach, drze na Czantorię, by z niej skoczyć w środek kępy drzew kryjących szczyt Kozińców. Chmury uciekają przed nim i wreszcie rozbija o Klimczok. Halniaki jak słonie, mają swoje cmentarze. Wszystkie halniaki idą umierać na Baranią, tam halniak stanie na szczycie, rozejrzy się dookolnie po groniach, oprze o drewnianą wieżę i ściąga ku sobie wietrzany płaszcz, co jeszcze drze się o chojaki. Zebrawszy go w całun, klęka tak jak stał na resztki śniegu i zaczyna pomału gasnąć. Płacze nad nim beskidzkie niebo ciepłymi wiosennymi łzami. I już jest po wszystkim…

Niczym zagranica nie umiała zaimponować Jaśkowi. Na widok Wezuwiusza, wzruszył ramionami:
- Co to za góra, co mo dziurę na wierchu i smród z niej idzie, jakby się kozy parzyły? A takie Apeniny czymże są przy Beskidach? Gołe to, puste, bezleśne, nawet wiatr nimi nie chadza, bo i na czym by se pograł? A Rzym? No, owszem ma ten swój Kapitol, ale piastowska wieża, to jest w Cieszynie i basta.
A papieża Jasiek oglądać nie chodził bo jest protestantem i katolickiej pompy nie ciekawy. Pojechał też Jasiek raz do Pompei, ale wrócił rozczarowany:
- Nie ma co oglądać, same gruzy, wszystko zbombardowane… O, w taką noc panie poruczniku, chowado dobrze idzie. Samo wiedzie przez granicę, myląc czujność strażników. A w Czechach płacą po dwie i pół korony za funt żywca, a jak Niemcy zajęli Czechy, to i po trzy marki się dostawało…
Jak się Jaśkowi znudziło, to brał obrzynek, stary austriacki karabin z krótko obciętą lufą i szedł w las. A jak poszedł, to nigdy z pustymi rękami nie wracał. Raz strzelili mu w tyłek solą i szczeciną, wyleczył się i dalej chadzał po swoich szlakach. Dobrze mu szło, bo nigdy nie chybiał.
To była święta prawda. W wojsku był Jasiek snajperem, czyli, jak się wtedy mówiło, strzelcem wyborowym. W Afryce narysował trzydzieści karb na kolbie, we Włoszech prawie dwa razy tyle. Od dowódcy dywizji dostał piękny karabin wykładany srebrem, ale przehandlował go w amerykańskiej kantynie za 15 butelek sherry.
Jasiek chadzał na zasadzki zawsze sam. Sadowił się najchętniej na drzewie. Siatkę hełmu szpikował gałęziami, twarz smarował błotem i zieloną maścią, strój maskowniczy mazał gliną i oblepiał liśćmi. Potrafił tak siedzieć dziesięć i więcej godzin. Do byle kogo nie strzelał, zawsze wybierał oficerów lub gońców sztabu, sunących łącznikowymi rowami.
Wtedy składał się i strzelał. Raz. I natychmiast zmieniał stanowisko. W miejsce, z którego zlazł Jasiek, rypały moździerze i armaty, a on już piął się na inne drzewo. I czekał. Na jednego niemieckiego pułkownika czekał Jasiek 14 godzin, by strzelić w momencie, gdy ten postawił nogę na stopniu pancernego wozu.
Niecierpliwie czekał końca wojny. Zagadywał mnie czasami:
- Po wojnie panie poruczniku, to przez ten Krzyż walecznych więcej mi za kłusownictwo nie dadzą jak rok, prawda? Może i za przemyt też będzie taka ulga…
Obserwując Jaśka i rozmawiając z nim, doszedłem do wniosku, że kult zwierząt powszechny był nie tylko w starożytnym Egipcie czy współczesnych Indiach, ale także w słowiańskim Beskidzie. Do ludzi rypał Jasiek jak do kaczek, bez zmrużenia oka. Kiedy zaś, korzystając z chwilowej przerwy na froncie, wybraliśmy się w góry na kozice i Jasiek strzelił młodego capka – miał łzy w oczach, gdy przyszło dobić ranne zwierzę.
Nie przeszedł koło krowy, muła czy osła, aby go nie pogłaskać, a raz sprał serdecznie włoskiego chłopa, który okładał muła powrozem. Umiał gadać z owcami na halach. Brał łeb owcy między kolana i szeptał jej w nozdrza słowa dobre i czułe. Zwierzę patrzyło nań okrągłymi, ciemnymi oczami i z lubością odchylało do tyłu sterczące uszy. Nie zwracał uwagi na straszliwie porozrywane ludzkie zwłoki, ale potrafił przystanąć nad ścierwem zabitej krowy czy muła z wywalonymi trzewiami. Ta miłość do zwierząt omal nie zakończyła się tragicznie…

Było to wczesną wiosną roku 1945, na jakie dwa tygodnie przed ostatnią naszą ofensywą. Było już dobrze zielono i słońce przygrzewało mocno. Trzymaliśmy wtedy front nad Senio, wojsko zbierało siły do walnej bitwy bolońskiej, gazety pisały o „ożywionej działalności patroli i artyleryjskich pojedynkach”. W taki jeden dzień wybrał się Jasiek Czauderna na swe snajperskie polowanie.
Zasadził się na stoku, w rzadkim młodniaku, opodal ścieżki w polu minowym, którą często chodziły hitlerowskie patrole. Wystawił Jasiek umazany maścią pysk do słońca, odbezpieczony karabin przełożył przez kolana i czekał. Po jakiejś godzinie posłyszał człapanie. Wziął broń na oko i zastygł w bezruchu.
W pewnej chwili rozchyliły się krzaki i wyszła z nich chuda krowina z nabrzmiałymi wymionami. Jasiek zebrał spod nóg garść trawy i zaczął ją wabić. Bo niech tylko zejdzie ze ścieżki, wpadnie na miny i wyleci w powietrze!
Cmoknał więc Jasiek i prawił krowie najbardziej wyszukane komplementy, ale bydlę stanęło w miejscu i gapiło się na Jaśka nieufnymi oczami.
Sytuacja była niebezpieczna, w każdej chwili mogli pojawić się Niemcy, a tu bydlę stoi jak zaklęte i widać cierpi bardzo, bo nie wydojone. Sięgnął Jasiek do torby, dobył z niej krążek sznurka i najciszej jak tylko umiał, jął skradać się ku krowie, która ni stąd ni zowąd otwarła pysk i zaryczała żałośnie. Jednym susem dopadł Jasiek krowy, zarzucił jej pętlę na kark i zaczął ciągnąć z całej siły.
Krowa, choć wymizerowana, miała jednak krzepy niemało. Zaparła się racicami, że aż przysiadła na zadzie i tylko głośnym rykiem protestowała przeciwko bezprawiu. Nie wiadomo jak długo by się tak przekomarzali i nie wiadomo, jak długo trwałyby te Jaśkowe zaloty wokół gadziny, gdyby nagle spod nóg Jaśka i krowy nie prysła ziemia od nisko położonej serii RKM-u. Zdążył jeszcze Jasiek naprzeć na bydlę, że się wywróciło wysoko zadzierając nogi, a sam jął walić w krzaki, repetując raz po raz.
Położenie było o tyle kiepskie, że Niemcy widzieli Jaśka i krowę jak na dłoni, on zaś bił w nich na ślepo. Gdy przestrzelili mu hełm, doszedł do wniosku, że dłużej czekać niepodobna, bo go tu zadziobią razem z krową. Podkurczył więc nogi, wysunął przed siebie lufę i skoczył na kierunek strzałów, rycząc ile sił w płucach:
- Haende hoch!!!
Przemknął przez gęstwinę i stanął naprzeciw dwóch Niemców, którzy wyrzucili ręce do góry. Na wszelki wypadek źgnął Jasiek kulą w brzuch stojącego najbliżej, a do drugiego odezwał się z wymówką:
- Do chowada, gnoju będziesz strzelał? Nie widzisz, że nie dojone???
Przerażony feldwebel bąkał jakieś usprawiedliwienia, szarpał kieszeń na piersiach, wydobył z niej fotografię kobiety i dziecka i podtykał Jaśkowi pod nos skomląc:
- Nich schiessen, Kammerad, nich schiessen!
- Nich schiessen – przedrzeźniał go Jasiek – a do gadzinyś strzelał, germańskie nasienie! Chcesz w mordę?!
Okazało się, że Niemiec nie chce w mordę. Wobec tego Jasiek odpiął mu pas z ładownicami, wziął do lewej ręki RKM i z troską spojrzał na gramolącą się z ziemi krowę…

Wtedy spadło na Jaśka olśnienie. Odezwał się do jeńca:
- Będziesz ją doił, bo tak nie zalezie. Cycken, verstanden? So cycken! – tu odłożył karabin i pokazał palcami jak się powinno doić.
- No to co, że nie ma wiadra?  – perorował Jasiek widząc, że Niemiec chce coś powiedzieć – Na ziemię, hier! I ruszaj się, bo ci przypier…!
Jeniec przykucnął i trzęsącymi się palcami zaczął doić jak umiał. Gdy skończył, Jasiek zmacał królewskie wymię, czy wypróżnione i rozkazał:
- A tera bier postronek i naprzód, ale powoluśku. I nie próbuj wiać, bo ci cały magazynek w rzyć wsadzę!
Poszli. Przodem jeniec na uginających się ze strachu nogach, za nim na naciągniętym postronku potulna już krowa, Jasiek gładził ją po zadzie i czule zachęcał do wytrwania, gdy ustawał Niemiec, popędzał go lufą RKM-u wpieraną między żebra.
Tak zbliżyli się do linii naszych placówek. Z rowów, ze szczelin przeciwpancernych zaczęło wyłazić bractwo, aby popatrzeć na cyrk. Żołnierze aż piali z uciechy, klepiąc się po udach. Jasiek przyglądał się temu z nieprzyjaźnią.
- I co się tak chichracie jak głupie? Chowadaście nie widzieli?!
Udobruchali go łykiem wina z manierki i papierosem, którego niedopałek wręczył Jasiek Niemcowi.
- Do chowadaś strzyloł, świński cycku, ale masz pal i niech cię szlag trafi!
Potem ruszyli w dalszą drogę i wreszcie dotarli do dowództwa batalionu. Akurat jedliśmy obiad w kasynie: zupę jarzynową z puszek i nieśmiertelny „corned beef” również z puszki. Nagle drzwi kasyna otworzyły się i wszedł autentyczny niemiecki feldwebel. Jedni chwycili za pistolety, inni wyskakiwali oknem. Ale zaraz za fledweblem weszła do kasyna krowa, a za nią Jasiek…
- Panie pułkowniku – rozpoczął Jasiek z namaszczeniem – kapral Czauderna melduje…
- Po cholereście tutaj to bydło wpędzili?! – wrzasnął pułkownik. Jasiek poskrobał się po głowie, poczem chwycił Niemca za kark i wypchnął za drzwi, chowado zostawił. Zaraz też dokończył meldunku:
…powrót z zasadzki. Jeden szkop zabity, jeden wzięty z RKM-em. Mamy też chowado. Jak pan pułkownik nie każe jej zabić, to będziemy mieli świeże mleko codzień. Dużo to nie da, bo zabiedzona i rasę też ma mizerną. Jakby pan pułkownik zobaczył nasze beskidzkie krowy, to nad tą tutaj by się pan popłakał. To ma być chowado? – pytał Jasiek obmacując chude boki krowiny.
- Ale lepsza taka jak żadna. Pan pułkownik pozwoli, że już ją zaprowadzę, bo zdaje się, że zaczyna się gnoić…
Krowa rzeczywiście zaczęła się gnoić. Za krową i Jaśkiem wybiegł na dwór pułkownik. Słyszeliśmy jego bas:
- Czauderna co ja wam złego zrobiłem, że mnie chcecie do grobu wpędzić? Ciekaw jestem, co wy jeszcze przyprowadzicie do kasyna? No, co się tak na mnie patrzycie? Przecież nie powiedziałem wam złego słowa. Jeśli was dotknąłem, to przepraszam. Macie tydzień urlopu i niech wam kwatermistrz wyda butelkę whisky. I idźcie już, bo mnie szlag trafi.
***
W bolońskiej bitwie Jasiek Czaudena zdobył krzyż Virtuti Militari. Niedługo się nim jednak cieszył. Padł w  ostatnim dniu wojny. Wymacali go na ostatniej zasadzce i rozerwali na strzępy granatami. Dowodziłem plutonem honorowym, który nad grobem Jaśka oddał honorową salwę.
Jej echo porwał górski wiatr idący od Apeninów i poniósł hen za Alpy, prościutko tam, gdzie na kubalońskiej przełęczy przewraca się beskidzki halniak narodzony w koniakowskiej dolinie.
Na koniec przyszli Podhalanie i zagrali Jaśkowi na kobzie. A potem pieśń umarła. Jak halniak na Baraniej…
St. Broszkiewicz
(Kalendarz Beskidzki 1963)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>