Prawidłowością rządzącą dobrym samopoczuciem psychicznym człowieka jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: kim jestem. Próby zidentyfikowania swej tożsamości najwidoczniej dają o sobie znać w okresie dorastania. Młody człowiek wyraziście odkrywa, że jest jednostką należącą do grupy, rzeszy podobnych sobie. Jak nigdy przedtem stara się znaleźć potwierdzenie o swym odkryciu w oczach innych i wyróżnić się z tłumu. Najłatwiej wtedy, jeśli dom nie zauważa jakoby jego pędu do zabłyszczenia, guru znaleźć poza nim. Autorytety to inaczej lustro, w którym widzimy swą tożsamość. To one są wyrocznią mówiącą najwyraźniej i najdobitniej kim jesteśmy. Lubimy to słyszeć, czasami potrzebujemy słów pochwały, czasami by nas podźgano tępym narzędziem, jedno jest pewne: nikt tak naprawdę nie jest stuprocentowym samotnikiem. Internet na pozór na wskroś anonimowy, bezimienny i beztwarzowy, bezżyciorysowy i beztożsamościowy dom, nie daje tak upragnionego fałszywie incognito, poczucia bezpieczeństwa. Odzywa się w nas prędzej czy później mały kwark dający znać o sobie, o swej tożsamości znanej nam już od lat. W różnych, i z różnym skutkiem, porach zdajemy sobie sprawę, że anonimowe rozmowy z anonimowymi nickami to nie to, co daje poczucie przynależności do gatunku jakim jest człowiek. Prędzej czy później, czasami metodą prób i błędów ale jednak, każdy z nas się otwiera na drugiego człowieka. To obnażanie swych myśli, po niej twarzy, fotografii swych miast i osiedli, fragmentu swego życiorysu, kariery zawodowej lub problemów rodzinnych, zdrowotnych, bytowych to nic innego jak inwestowanie uczuć, by pokazać światu:
Oto ja. Jestem!
Życie toczy się dalej, z tym, że już odkrywamy, iż wirtualny dotąd internet jest formą komunikowania się żywych istot.
Dlatego też, jak od żywej istoty odbierany jest przekaz, odpowiedź na pytanie „kim jestem?”, lecz zaraz potem myśl: czy chcę z takiego lustra korzystać, przecież „kiedyś”, to sprytnie zaszyfrowane „nigdy” – ew












Złota pamiętasz jak wyobrażałaś sobie mnie zanim jeszcze przesłałam Ci zdjęcie? Ja pamiętam wyobrażenie o Tobie- myślałam, że jesteś moją rówieśnicą, babką z roztrzepanym charakterem i niewyparzonym językiem. Byłam zaskoczona jak zobaczyłam zdjęcie- zadbana i uczesna, elegancka! Kolejne zaskoczenie jak usłyszałam Twój głos. Powiem Ci, że internet jest właśnie dletego fajny, bo daje Ci możliwośc poznania kogoś ZANIM osądzisz ja na podstawie wyglądu, czy ubrania. A później już zdjęcie czy obraz z kamerki dopełnia tylko całości.
Evita napisała
„[Internet] daje Ci możliwość poznania kogoś ZANIM osądzisz ja na podstawie wyglądu, czy ubrania.”
Wychowywany byłem w latach sześćdziesiątych XX wieku i obie moje babcie z naciskiem kładły mi do głowy, że nie ważne, co człowiek ma na sobie, jak wygląda. Ważne, co ma w głowie, jakim jest człowiekiem: dobrym, życzliwym, szczerym czy może podstępnym draniem, zawistnym „karzełkiem”. Dlatego całe życie wystrzegam się oceny ludzi na podstawie wyglądu czy pierwszego wrażenia. Ale muszę Ci Evito przyznać, nie da się tych ocen całkowicie powstrzymać i zawsze jakoś tam „oczy rzutują na mózg”.
W tym sensie masz rację. W literkowo-obrazkowej rzeczywistości internetu, o którym moim babciom się nie śniło, łatwiej chyba ocenić kogoś „po czynach” pomijając wygląd, pierwsze wrażenie czy np. wadę wymowy.
Tewie Mleczarz by tu jednak powiedział: – Ale z drugiej strony łatwiej tu udawać, prościej tworzyć sobie sztuczną osobowość, gdy ta prawdziwa nas nie zadowala. I tu trzeba przyznać rację Cito – nic nie zastąpi osobistego kontaktu. Nawet w biznesie, a co dopiero w stosunkach towarzyskich. Zwróćcie uwagę – mimo szalonego rozwoju środków komunikacji elektronicznej, wszelkich komunikatorów, netu, telekonferencji i poczty elektronicznej pozycja tradycyjnych targów, jako miejsca nawiązywania kontaktów handlowych i zawierania transakcji jest niezagrożona. Czego dowodem choćby dynamiczny rozwój ośrodka targowego w Kielcach. Cito ma rację – Człowiekowi potrzebna jest przede wszystkim odpowiedź na pytanie, „Kim jestem?” Paradoksalnie możemy ją znaleźć tylko u innych ludzi. Tylko przeglądając się „w nich” znajdujemy satysfakcjonujące, pełne odpowiedzi. To jest przekaz podprogowy, niemożliwy do matematycznego opisania, więc niedający się transmitować. Żadne elektroniczne, zerojedynkowe protezy tu nie wystarczą. Tu potrzebny jest tembr głosu, mowa ciała, wyraz oczu, uścisk dłoni, a nawet zapach czy sposób zapalania papierosa. Dopiero wtedy potrafimy komuś zaufać (a i to nie zawsze) i gdy on nas akceptuje, my również zaczynamy akceptujemy siebie.
Myślę, że tu tkwi największa słabość internetu. Przekazuje informacje, ale ni radzi sobie z transmisja emocji. Nawet najwięksi entuzjaści sieci, „rozmawiający” na co dzień z całym światem gdzieś tam w zakamarkach świadomości wstydliwie chowają niewygodną myśl – czy ja, aby nie jestem tu regularnie oszukiwany?
Cito – przyznaj się publicznie, po co jechałaś do Warszawy na zjazd blogerów?
Rozumiem, tzn że jakbyś mnie najpierw na żywca poznała to miałabyś o mnie lepsze, acz nieprawdziwe, bo przekłamane czyściutkim obrazem zdanie?
Każdy ma swój sposób na Alcybiadesa. Doresztnie, o niebo lepiej, wypowiadam się słowem pisanym niż mówionym. To przez to, że masz wrażenie, że rozmawiasz z samą sobą. Nikt Cię nie słucha.
Na necie, tylko przez kilka lat wyartykułowałam na głos więcej swych skrywanych myśli niż przez całe życie słownie. Tak naprawdę, to bliscy tak dobrze mnie nie znają, nie wiedzą tyle o mnie, co Wy. Tu na nowo odkryłam swą tożsamość, zbudziłam w sobie tą uśpioną przez lata osobę, którą przecież cały czas byłam. Dlaczego? Bo tu znalazłam autorytety, przed którymi chciałam się jakoś pozytywnie wyróżnić, by zostać zauważoną.
Autorytety, które Cię budują, doceniają, chwalą, lub wręcz przeciwnie, dla których czasami, mimo ogromnego wysiłku, nie znaczysz dosłownie nic.
Ale na całe szczęście człowiek jest nadal człowiekiem, stąd bezpośredniego kontaktu nie zastąpi żadna maszyneria, żadne urządzenie, żadna zmyślna konstrukcja, chemia to chemia, tembr głosu, unik spojrzenia, mowa ciała, gesty i na to dopiero słowa i czyny. Bezpośredni kontakt, w którym widać tą zbudowaną z niczego tożsamość, której nie skrywa czyściutkie, bo z pikseli zbudowane ubranko, fryzurka i słodki głosik.
I tu Cię zaskoczę Tips. Po co jechałam?
Oczywiście skonfrontować swe wyobrażenia ale i powalczyć z sobą, jak z lękiem wysokości, bo jestem… naprawdę bardzo bojaźliwa, nieufna i nieśmiała. To było zmierzenie się z sobą czy dam radę jak człowiek zachować się wśród tych, z którymi znałam się jak złe szelągi.
Dałam radę, bo „latanonce som zajonce a baby osiongajace”. Powiem więcej, od tego czasu nastąpił przełom i potem dawałam radę nie tylko vis a vis blogera, ale i dłuugich służbowych rozmów z włodarzami.
MOTTO dnia od Tipsa:
- „bo gdy nas akceptują, my również zaczynamy akceptować siebie”.
„Powiem więcej, od tego czasu nastąpił przełom i potem dawałam radę nie tylko vis a vis blogera, ale i dłuugich służbowych rozmów z włodarzami.”
Święte słowa. Dlatego polecam wszystkim: śpiewajcie w chórach (choćby Gospel), wysyłajcie dzieci do kółek teatralnych, zakładajcie amatorskie kabarety. Nie po to, aby robić karierę, ale po to aby przełamać (nauczyć się przełamywać) strach przed ludźmi, przed ich oceną, ich spojrzeniem, nawet obojętnością. To poprawia samoocenę, uodparnia na porażki i w efekcie ułatwia życie, pomaga w pracy, zwiększa szanse na wybicie się.
We władzach Poznania chyba 80% to byli chórzyści prof. Stuligrosza lub prof. Kurczewskiego.
Cito napisała:
„To było zmierzenie się z sobą czy dam radę jak człowiek zachować się wśród tych, z którymi znałam się jak złe szelągi.”
Czy aby na pewno znałaś ich jak złe szelągi? Przecież widziałaś o nich tylko tyle, ile CHCIELI Ci przekazać. Pojechałaś tam między innymi po to, aby dowiedzieć się o znajomych z sieci czegoś więcej, czegoś poza ich kontrolą. Może twój Ulubiony Antagonista ma denerwujący zwyczaj dłubania w nosie, gdy myśli? Albo największy „akademik” w dyskusjach w naturze, co trzecie słowo wtrąca łącznik „ku..a!”.
Człowiek to suma zalet i wad, dopiero tą całość potrafimy akceptować lub nie. Nie znając wad potrafimy człowieka, co najwyżej pozytywnie ocenić za jego zalety, ale trudno nam mu w pełni ZAUFAĆ.
Dlatego tak bardzo lubię morskie rejsy. Na ciasnej przestrzeni pokładu, w obliczu setek drobnych, ale niezbędnych dla powodzenia podróży czynności ludzie ukazują się niemal „w całości.” Nie da się przez cały rejs udawać kogoś innego. Tam przestaje być ważne, co mówisz, a tym bardziej, co posiadasz. Liczy się to, jakim jesteś człowiekiem. Rzetelnym i sumiennym, któremu można zaufać i na którego można liczyć czy małą, samolubna i egoistyczna gnidą żerującą na innych. Tych na szczęście jest zdecydowana mniejszość. Przynajmniej ma taką ufna nadzieję.
Mam przyjaciół, z którymi spędziłem na pokładzie Pogorii zaledwie dwa tygodnie i nigdy w życiu się więcej nie spotkaliśmy. Ale gdy po trzech latach zwrócę się do któregoś z nich (lub na odwrót) z jakąś prośbą to wiem, że nie zostanie ona zlekceważona, że zrobi on wszystko, co w jego mocy, aby mi pomóc. Cito, przyznaj, o ludziach znanych tylko z Internetu trudno tak powiedzieć. Według mnie właśnie, dlatego pojechałaś do Warszawy!
To, co koleżanko, kiedy wypływamy?
- „Nie da się przez cały rejs udawać kogoś innego.”
Nie da się udawać w górach. A te tańsze i pod ręką. To kiedy?
Cito, przeszedłem już wiele polskich gór. Gdzies tam na dnie szuflady kurzy się zdobyta w latach osiemdziesiątych odznaka GOT (Dla młodszych – Górska Odznaka Turystyczna). Dlatego z całą odpowiedzialnością stwierdzam – w górach mimo wszystko łatwiej udawać. Choć to też bardzo trudne. I wcale nie pod ręką, z Poznania akurat równo daleko do Kołobrzegu jak do Jeleniej Góry!
A cena to sprawa negocjacji, ostatni, dwudniowy rejs Gedanią kosztował mnie 80 zł! (bilet do Świnoujścia i bilet z Gdynii na pociągi Inter-Regio).
Oczywiście droczę się z Tobą, bo w głębi ducha znam piękno i wartość górskich „wyryp”.
Cito, co jest?! Tym razem z pewnością napisałem „Tips_Senior” a maszyna i tak wyświetliła „Tips@Senior”.
„Ciasteczka”, usuń „historię przeglądania”. Albo będziesz tańcował z… małpą
A 80zł bym dała
Znajomości internetowe.
Mam ich całkiem sporo na koncie. I gdybym ja miała się wypowiadać o ludziach użytkujących sieć mogłabym mówić, że są to wyłącznie mądre jednostki, mające fajnie poukładane w głowach, z głębokim wnętrzem.
Bo ja tylko takich spotkałam.
Ale nie, to nie do końca prawda: po prostu Ci, którym wychodziła miałkość odpadali bardzo szybko.
Dziś mi została garstka tych poznanych w sieci, a nowych znajomości już prawie tą drogą nie zawieram. Ci co zostali, to ludzie którzy sprawdzili mi się też w świecie realnym. To ci, z którymi spotkanie na żywo było równie emocjonujące jak przez komputer.
Zaletą komputera jest to, że nie ruszając się z miejsca, nie wydając pieniędzy, których zawsze brak, można spotkać ludzi z każdego kąta ziemi.I faktycznie- większość odsłania się tu szybciej bo wie, że łatwo można się schować za innym adresem lub nickiem. Sama to praktykowałam kilka razy to wiem. Ale prędzej czy później z każdego wychodzi to, co ma we „wnentszu” i na dłuższą metę raczej trudno udawać kogoś innego.
Tak samo jak prędzej czy później znajomości internetowe wchodzą w świat realny. Bo nasze życie w internecie jest jednak wciąż naszym życiem, a to co dzieje się w sieci jest odbiciem prawdziwego świata. Nawet emocje są tu równie silne jak w świecie „żywych”.
Ale prawda jest tez i taka, że prędzej czy później tęskni się do człowieka. Nie do literek. Potrzebuje się właśnie głosu, koloru oczu, śmiechu. I tego, że można być z drugim człowiekiem milcząc. A tego przez internet osiągnąć się nie da, bo w necie milczenia- oznacza nieobecnosć.
To mówię ja- ta, która poniekąd z wyboru, ma koło siebie teraz wyłącznie literki miast bliskich żywych.I to naprawdę nie jest to samo.
a tak w ogóle to przyszłam się pochwalić, że moja mała córeczka właśnie została studentką I roku dziennikarstwa na Uniwersytecie Warmińsko- Mazurskiem w Olsztynie. I jestem strasznie, okropnie szczęśliwa!
Zlotos, masz maila. Tam na chwile zapomniałem kim jestem, że jestem i zakochałem się w świecie jeszcze bardziej.
Pozdrawiam!
Cito- nie wiemjak osadziłabym Ciebie gdybym spotkała Cię w wielkiej grupie ludzi realnych a nie nicków. Może onieśmieliłabyś mnie? Wystraszyła? Może nie dałabym Ci nawet szansy… A może zakochałabym się tak jak w sieci
Ale masz rację- nie ma jak real. To kiedy przyjezdzasz?
Tips- To nie jest tak, że istniejąc wirtualnie dajemy ludziom tyle ile chcem,y. Czasem pokazujemy dużó więcej i uważny czytelnik, zwłaszcza bloga, ale też i wypowiedzi forumowych może nauczyc sie o nas sporo. CZzsem o wiele wiecej niż świadomie byśmy chcieli.
Prowincjo gratulacje
Umknęło mi w „powodzi”…
Prowincjo, proszę przekaż córze gratulacje od ecodnia!