Monthly Archives: Lipiec 2009

Oraz… :*


Grafika: Chris Miekina

Vademecum górskiego turysty, ze Skrzycznem w tle

fot. ewolny Trasa z Szyndzielni, przez Klimczok do Szczyrku, Beskidy. Góry są piękne, ale i niebezpieczne.

Dlatego dbaj o kondycję, po prostu ruszaj się, uprawiaj jakikolwiek sport i kontroluj stan swojego zdrowia. Wyruszaj w góry, ale i wracaj do domu, cały i zdrowy!

Staranne planowanie wycieczki zapobiega przykrym niespodziankom i wypadkom. Najczęstszą ich przyczyną jest brak doświadczenia, bagatelizowanie wskazówek oraz przecenianie własnych możliwości i sił. jeżeli nie masz przewodnika, sięgnij po mapę terenu w skali co najmniej 1:30 000, na której znajdziesz odległości i różnice poziomów do pokonania, co umożliwi Ci  obliczenie potrzebnego czasu marszu. Dobre mapy podają też inne cenne informacje np. współrzędne GPS. Plan wycieczki powinien uwzględniać: trasę stosowną do pory roku i długości dnia, dostosowanie długości i stopnia trudności wędrówki do kondycji najsłabszych członków grupy, możliwości zmiany trasy – drogi zejścia z gór, prognozę pogody, wczesne wyruszenie, aby zachować rezerwę czasu na odpoczynek i nieprzewidziane okoliczności, powiadomienie co najmniej jednej osoby o trasie i celu wycieczki. To pozwoli Cię szybko odnaleźć w razie wypadku!

Ekwipunek może być na wagę złota, a czasem i życia, ponieważ w górach pogoda często ulega nagłej i nieprzewidzianej zmianie. Proponowane: turystyczne buty, zapasowe skarpetki i wkładki do butów, odzież chroniącą przed zimnem, deszczem, czapkę, rękawiczki, plecak a w nim prowiant i płyny,mapa, przewodnik, podręczna apteczka z lekami, które zażywasz, kompas, latarka, zapałki, gwizdek, telefon, GPS i folia NRC.  Oczywiście nie panikuj, ekwipunek dostosuj do stopnia trudności wycieczki. Zawsze przestrzegaj zasad: nie podejmuj dalekich, samotnych wycieczek, nie opuszczaj znakowanego szlaku, utrzymuj stałe tempo marszu, obserwuj zmiany pogodowe, nie wchodź na płaty śniegu bez asekuracji, udziel w razie potrzeby pierwszej pomocy przedmedycznej, utrzymuj podstawowe funkcje życiowe poszkodowanemu oraz… wezwij pomoc. (033) 985 lub 601 100 300 Jeśli nie dysponujesz telefonem, to sygnał wizualny lub akustyczny 6 razy na minutę, minuta przerwy, powtarzać do skutku. Jeśli zobaczysz smigłowiec wyprostowana postawa z rękami do góry  to TAK potrzebujemy pomocy, jedna ręka w górze, druga w dole NIE pomocy nie potrzebujemy.



Synały ostrzegawcze przed burzą: duszne powietrze, pęczniejące chmury z ciemnym spodem i strzępiastymi brzegami, odgłosy grzmotów. Jeśli zastała Cię burza unikaj: szczytów, grani, samotnie rosnących drzew, cieków wodnych, podnóża ścian skalnych, wejść do jaskiń, pobliża przewodów wysokieko napięcia. Bezpieczne miejsce to kotliny, doliny, kilkumetrowa odległość od skały. Usiądź w pozycji kucznej na plecaku i złącz nogi. Pamiętaj jednak, by przed każdą wyprawą w góry sprawdzić prognozę pogody.



Przegrzanie organizmu jest szkodliwe i może doprowadzić do zagrożenia życia. Zapobiec temu może nakrycie głowy, okulary przeciwsłoneczne, ubiór na cebulkę, regularne odpoczynki w cieniu, wystarczająca ilość płynów, używanie kremów, łatwe etapy wycieczki zakończone we wczesnych godzinach popołudniowych. W przypadku wystąpienia bólów i zawrotów głowy, wysokiej temperatury, pragnienia, szybkiego i mocnego bicia serca, zakłóceń świadomości powinniśmy ułożyć osobę  w pozycji półsiedzącej (ewentualnie w pozycji leżącej bocznej) oraz starać się schłodzić ciało i wezwać lekarza.

Dlaczego o tym piszę? Wyczerpanie może doprowadzić nie do domu a do… śmierci, gdy wszystkie rezerwy organizmu zostaną zużyte. Śmierć zdarza się bardzo rzadko, gdyż posiadamy wiele mechanizmów zabezpieczających przed całkowitym wyczerpaniem. Alkohol przyspiesza wyczerpanie i pozornie rozgrzewa! A wyczerpanie przyczynia się  do śmierci poprzez wychłodzenie. Zatem jak jemu zapobiec? Regularnie się odżywiać, dużo pić, robić odpoczynki, ubierać się odpowiednio, plan wycieczki dostosować do kondycji fizycznej, by móc wrócić… w takiej oto formie :)

Źródło? Broszurka znaleziona na szczyrkowskim dworcu PKS, „Mini poradnik turysty – z nami bezpiecznie”, wydana dzięki staraniom Centralnej Stacji Beskidzkiej GOPR
www. gopr-beskidy.pl

Zobacz również:
- Przez Szyndzielnię, Klimczok do Szczyrku film – ew

Nazywam się Don Kichot z Manchy i jestem błędnym rycerzem…


… tym, który naprawia wszelkiego rodzaju krzywdy, naraża się na niebezpieczeństwa i przygody, a potem wychodzi z nich zwycięsko, by zdobyć nieśmiertelne imię i sławę. Matka w dniu mych narodzin nazwała mnie inaczej, lecz imię to wydało mi się pospolite i niegodne błędnego rycerza. Zmieniłem je więc, nakazując wszystkim nazywać mnie tak.
Mój wygląd nie świadczy o zamożności. W rzeczywistości jestem biednym szlachcicem z prowincji La Mancza. Zbliżam się do pięćdziesiątki. Jestem silny, choć chudy, suchy na twarzy. Noszę starą zbroję i hełm zrobiony z miski, osłaniam się tarczą, do walki używam kopii i miecza. Jeżdżę na zabiedzonym i chudym koniu. Nie dbam o wygody i i pożywienie, ani majątek. Jestem owładnięty rycerską manią, ufny i naiwny. Najważniejsze jednak jest to, że zawsze byłem i nadal będę odważny i bohaterski.
W pełnych mądrości księgach rycerskich, wyczytałem, że każdy błędny rycerz ma swego giermka i panią swego serca. Wziąłem sobie więc za sługę mego sąsiada – Sancho Pancha, któremu dałem kilka obietnic i który zgodził się towarzyszyć mi w podróżach w nieznane.
Mą dość wychudzoną, lecz wierna szkapę po czterech dniach namysłu nazwałem Rosynantem. Chodziło mi o to, by imię to było głośne i aby wszyscy wiedzieli, że ja, sławny Don Kichot z Manchy, nie podróżuję na byle jakim wierzchowcu, lecz na wiernym i godnym mnie rumaku. Mój giermek nie miał konia, więc postanowił podróżować na ośle. Z niechęcią się na to zgodziłem, ale z myślą, że przy następnej okazji wymieni się go zabierając konia jakiemuś nieokrzesanemu rycerzowi, spotkanemu przy drodze.
Musiałem mieć panią mych myśli, bo rycerz błędny bez miłości jest jak drzewo bez iści i bez owoców lub jak ciało bez duszy. W pobliskiej wiosce upatrzyłem sobie wieśniaczkę, która zachwyciła mnie swoją urodą. Uznałem, że jest ona godna zostać panią mego serca. Jej imię wydało mi się zbyt pospolite i dlatego wyobraziłem sobie, że nazywa się ona Dulcynea z Toboso, stamtąd bowiem pochodziła.
Przeczytałem wiele ksiąg rycerskich i romansów, gdzie roiło się od potworów i smoków, a także przeciwników. Było tam wielu bohaterów, którzy walczyli po stronie dobra, umierali dla ojczyzny i też takich, którzy cały swój majątek oddawali ubogim. Ja również chciałem być takim bohaterem.
fot. Realka Portugalia
Źródło: www.sciaga.pl

Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdańsk cz.1 Miasto

Nie potrafię zrobić wpisu o Gdańsku, takiego jakbym chciała. Przepiękny dworzec, który jak wypasiona wizytówka, kusił już po „gazetowej” Juracie… A tu? Gdańsk wymarzony, wyśniony, wytęskniony, tak odległy dał mi popalić długą, bo blisko trzynastogodzinną i wyczerpującą doń podróżą, dodatkowym, prawie trzygodzinnym szukaniem po lesie zabukowanego noclegu i powitał serią olbrzymich burz oraz zadziwieniem personalnym. Gdyby nie dziewczyny, pewnie zwinięta w kłębek, z bolącym brzuchem z GŁODU i niepotrzebnych emocji, przespałabym pierwszy  z trzech dni, pobytu nad morzem. Na podobieństwo marynarza od żółwi na Galapagos, chciałam rzec  „kamieniczki to ja już widziałam i tu, i tam. Spadajcie!”

Gdańsk jawi mi się zatem nadal jak sen, bowiem wyciągnięta na siłę, zwiedzałam na wpół przytomna i niczym zombi w letargu robiłam te zdjęcia.
Gdańsk jest piękny. Czuję olbrzymi niedosyt i nieprawdopodobne pragnienie, by znów tam być. Tym razem na dłużej i na spokojniej.

Ten czas, który dałam sobie na zrobienie wpisu, spowodował, że jak u Steincbecka, odleżały się wrażenia i mogłam wybrać już tylko te nader istotne.

Motława.
Na dzień dzisiejszy, to najpiękniejsze moje gdańskie wrażenie. Najpiękniejsza, jak dla mnie, miejska rzeka – nieprawdopodobny klimat, wielojęzyczny gwar na podobieństwo tego spod Wawelu. Klimat, który tworzy nie tylko masa przytulnych knajpeczek, sąsiedztwo malowniczych, zabytkowych zabudowań, ale i niespotykana nigdzie gra światła na tej miejskiej przecież  wodzie. Wymarzony, lustrzany plener dla każdego artysty malarza.  To tu jadłyśmy na wodzie drugie śniadanko przed Gdynią i kolację po Sopocie.  To tu na Żurawiu, najstarszy w Gdańsku zegar słoneczny odmierzał nam czas, gdy podziwiałyśmy zacumowane jednostki, z galionami i bez. Na przykład Sołdek, który onegdaj gościł pod prysznicem, nagie pośladki mojego najlepszego przyjaciela… Te bajeczne zdjęcia robiłam zwykłym telefonem, bo piękna bajka, tworzy się sama. Zdjęcie pierwsze mam na wyświetlaczu swojego telefonu. Niesamowite miejsce:





Starówka.
I rzeczywiście, skąpana w deszczu jakby piękniejsza, bo bez tego wielkomiejskiego kurzu złocenia lśniły, a asfalt jak w Daleko od szosy, zamienił się w rzeczne lustro a’la Motława. Mara to czy sen? Ale i rycerze tam to jak chleb powszedni. A Neptun spod prysznica, z równie zabójczymi pośladkami, zapamiętałam bardzo pozytywnie nie tylko z tego powodu. Dał odsapnąć, bo dosłownie pod nim, zjadłyśmy pierwszy od blisko doby ciepły posiłek – pyszny obiad:



Wielki młyn.
A wraz z nim ławeczka internetowa, gdzie siedziałam machając do Aj Laf Ju! Wielki młyn, a na jego podobieństwo, równie wielkie połacie wszechobecnej czerwonej cegły, która jest po prostu wszędzie. Bowiem Gdańsk to nie tylko budynki, kamienice, obiekty sakralne, ale i resztki pieczołowicie chronionych  starych murów. „Czerwony jak cegła” to budzi respekt:



Ulica Mariacka.
To chyba właśnie tam skierowałyśmy swe pierwsze kroki po wyjściu z taryfy. Ewidentnie coś dla mieszczuchów, którzy w swoich maleńkich eMileś, z mini balkonów, tworzą substytut otwartej przestrzeni, tarasu, ogrodu. Niewątpliwie najpiękniejsza gdańska ulica, i to tu  nazwano mnie zombi, bo właśnie tu ożyłam, na widok tych kompletnie, w sposób cudowny odrestaurowanych nadproży, sunących niemo w stronę Mariackiej Bazyliki, i przeciwną, Mariackiej… Bramy.  Na nadprożach nie tylko motywy roślinne ale i kształtne pomidorki:



Heweliusz.
Na koniec „bliżej nieba, bliżej gwiazd”. Śpimy pod tym samym niebem, jak pod wspólną kołdrą.  Podróż do Gdańska sprawiła, że jeszcze pewniej stąpam po tych rozbujanych w marzeniach obłokach…
„Na sprzedaż”, „For Sale” – kupujemy? – ew


fot. ewolny Gdańsk