Monthly Archives: Sierpień 2009

Z wizytą u Erazma z Rotterdamu, czyli long spacerek rowerkiem po holenderskiej ulicy

Stary wiatrak i już nowocześniejszy, oba na peryferiach Rotterdamu:


Znaczek wskazujący dzieciakom drogę do szkoły:

Bo… jedno z mniej skomplikowanych skrzyżowań:

Początek alei rowerowej. Najbardziej powszechny i najszybszy środek transportu mieszkańców. Statystyki: 1 rower (ten sam) kradziony jest 2 razy w ciągu roku:

Parking:

Specyficzne grafiki i rzeźby nic nieznaczące, z których Rotterdam słynie:

Jeden z największych i najnowocześniejszych portów w Europie (40km):

Most Erazma (biały) zwodzony:


Beurs – World Trade Center (93m):

ING Real Estate Development (151m):

Meczet, od roku w remoncie:

Centrum:

Centrum, ulica “zakupowa”, raj dla kobiet :)

Park miejski:

Przy Central Station:

Hotel w samym sercu Rotterdamu. Doba od 80 euro:

Zakaz bardziej karany niż picie alkoholu w miejscu publicznym. W centrum wydzielone są specjalne miejsca do sikania w formie rozetki krzyżowej, niestety tylko dla panów, ale za to panie mają przywilej korzystania z WC za darmo (prawie zawsze)  w restauracjach:

Dość częsty widok w Rotterdamie, skatepark, boisko pod mostem:

Kolejne miejsce dla dzieciaków, gdzie mogą zapomnieć o szarości dnia codziennego:

Miejsce wypoczynku dla pracowników portu i nie tylko…

fot. Kasia Holandia

Cała prawda o świńskiej grypie do szkół, czyli Bałotny mówi helou 004


Grafika: bagienny.net
www.bagienny.net

Obłoki srebrzyste, czyli kryształowe zwierciadło

Wystarczy coś nazwać i nasze patrzenie na świat staje się bardziej klarowne.

Każdego lata, od 30 lat, nocą widuję, po północnej stronie nieba, poświatę słońca, które już dawno schowało się za horyzontem. Wszystko rozumiałem. Nagle przeczytałem w internecie, że właśnie teraz pojawiają się srebrzyste obłoki.

Sprawdziłem, mam dokument i informację, że to takie lustro z kryształków lodu, na wysokości 80 – 95 km w którym odbijają się promienie słoneczne.

Proste? Proste.

fot. Wiesław Czapski

Zobacz również:
- Album o Wyszkowie

Żabnica, wieś w górach

W górach
Na pokładzie łąki odpływam
w róże nieba – obłoki pełne nadziei
i odpoczywam
w wesołych portach szałasów na halach.
W chmurach-beczkach po gorzkim winie -
słyszę: dudni głos wiatrów bijących się w piersi
i noc ociężała zielenią płynie
w żaglówki ptaków wzdętych miękką ciszą.
Co dzień napinam żagle -
- szyby stopniałych skwarów.
Przez pożółkły parów
szybuję do szczytów zasianych na niebie
szukać poziomek mgławic
skrzydeł zmiażdżonych motyli
zrywać księżyc przejrzały który zasnął w trawie.
Płynę czytać bekowiska jeleni biegnących przez wieczór
i wiosny błękitne i jesień
a widzę gdy czasem
chodzi po halach Bóg – poeta zielonego lasu.
lato 39 r.
Krzysztof Kamil Baczyński

Nastrój:



Klimat:

Charakter:



A  czy Ty, masz swoją ulubioną wieś?

fot. ewolny Żabnica Beskidy

Zobacz również:
- Żabnica sierpień 2009 – ew
- Lophius piscatorius – Żabnica Wojtatówka - ew

Ukraińskie chaty Kropli

Z takiej chałupy jak ta pierwsza, pochodzi moja mama. Nic zatem dziwnego, że mimo iż urodzona i wychowana w mieście, marzę aby na starość, choćby tylko tych kilka ostatnich lat, posiedzieć na kamieniu przed takim domem jak ten, z Ulowa. Klepisko, miednica, piec, malwy, bzykanie świerszczy, czosnek, cebula, słoiczki… cisza i leniwy spokój.

Poniżej zdjęcia ukraińskich chat, przywiezionych przez Kroplewskiego ze spływu Dniestrem.  Niechronologicznie: chata z Horoszowej, w Hubinie, Trubczyniu.  Dostrzegacie podobieństwo do naszych? Klimat jakby ten sam i mimo, że zdecydowanie wolę naszą strzechę, jednak bez zastanowienia już dziś, zamieniłabym swoje mieszkanie nawet na takie błękitne cuś – ewolny

Dla ścisłości: to nie jest bulwar Czapajewa, a ulica – po ukraińsku: wulica (ale cyrylicą) i ta tabliczka, jak powiedziała babunia, już jest nie ważna, ale nowych jeszcze nie dowieźli. Teraz ta ulica się nazywa Pomarańczowa – !!!!
Jeszcze jedna ciekawostka: na przedostatnim zdjęciu widać logo audi – to nie jest przedstawicielstwo tego koncernu samochodowego – na Ukrainie przenikające się trzy koła symbolizują Trójcę Świętą.
Pozdrawiam
Jarek

fot. Kroplewski Jarek Ukraina

Dom w którym straszy, czyli biała dama z Niedzicy

Na dziedzińcu górnego zamku w Niedzicy, można spotkać nie tylko tak piękne beskidzkie dziewczyny, ale i zjawę nienaturalnego wzrostu kobiety w bieli, wysoką aż do sklepienia… Według legendy to właśnie duch zasztyletowanej Uminy, która podobno spoczywa tu w srebrnej trumnie wraz z  tajemniczym dokumentem.


Główną bohaterką tej całej legendy jest Umina, inkaska księżniczka, która w drugiej połowie XVIII wieku pomieszkiwała krótko w tym  oto zamku. A wszystko zaczęło się od momentu, gdy potomek węgierskiego rodu Sebastian Berzevicy, po zawodzie miłosnym wyruszył aż do Ameryki Południowej, nie tylko w poszukiwaniu przygód, ale i zapewne majątku. I go znalazł. Po kilku latach, osiadł bowiem w Peru żeniąc się z Indianką ze szlachetnego rodu władców państwa Inków. Urodziło im się jedno dziecko, córeczka  Umina, którą już w wieku piętnastu lat wydano za mąż, za równego sobie, z równie jak ona świetnej inkaskiej rodziny, kawalera imieniem Tupak Amaru. I wszystko byłoby dobrze, ale w  1780 roku wybucha w Peru powstanie przeciwko Hiszpanom, a na jego czele staje jeden z krewnych męża Uminy.  Po upadku powstania, Hiszpanie zaczynają się mścić na wszystkich, którzy w nim brali czynny udział lub mu chociaż sprzyjali. I nie inaczej staje się z naszą rodziną.  Sebastian Berzevic z córką i zięciem,  oraz należną mu częścią legendarnego skarbu Inków, zostaje zmuszony uciekać do Europy.  Ale i tu nie zaznaje rodzina spokoju – w Wenecji mąż Uminy zostaje zasztyletowany przez?  Oczywiście przez Hiszpanów. Sebastian z Uminą, i jej kilkumiesięcznym synem Antonim, (urodzonym jeszcze w Wenecji), zbiegają zatem na północne Węgry (od 1920 r.  Polska), właśnie do zamku w Niedzicy. Po śmierci ojca, teraz Antonio jest spadkobiercą majątku Inków. Ale niestety, i tu również nie cieszą się  oni długo spokojem. Na wspomnianym dziedzińcu niedzickiego zamku, przed wejściem do kaplicy, Umina  także zostaje zasztyletowana przez żądnych krwi Hiszpanów. Berzewicy swojego  wnuka ratuje oddając go do adopcji kuzynom Beneszom, jednocześnie scedując nań majątek. Antoni znając rodzinną tajemnicę swego pochodzenia, nawet na łożu śmierci zaklina jeszcze swych synów, aby porzucili pomysł szukania skarbu, gdyż ciąży na nim okropne przekleństwo. Być może w srebrnej trumnie Uminy, pismem węzełkowym “kipu”, sporządzono wskazówkę jak dotrzeć do skarbu Inków, być może…

Niedzicki zamek stale penetrują archeolodzy i konserwatorzy. Nie znaleźli jednak dotychczas ani skarbu, ani grobowca ze srebrną trumną. Jedyny pewnik, to bardzo możliwe spotkanie w okolicach zamku,  nie tylko straszącej zjawy, ale i tak pięknych kobiet, z… nogami sięgającymi sklepienia – ewolny
fot. Kinga Niedzica

Barania, czyli beskidzkie lasy umierają

Są wpisy, których w żaden sposób nie ma jak ugryźć, bo tak gryzą. Tomek od dawna pyta „a kiedy Barania?”. Sama w komentarzach wielokrotnie wspominałam tę właśnie wspinaczkę. Niby wszystko przemawia za tym, by o niej napisać – jedni jadą bowiem daleko, by spojrzeć w dół na 1220 metrów,  a inni po prostu idą, by  siłą własnych słabości wspiąć się na tę samą wysokość i… dopiero spojrzeć w dal.

Zatem Miły Gościu, zanim przeczytasz ten tekst, przejdź się ze mną tym samym szlakiem. To tylko 8 minut filmu, by coś zrozumieć:

Nie usunęłam żadnego ze zdjęć, wszystkie są piękne, najpiękniejsze jakie kiedykolwiek zrobiłam, najpiękniejszym plenerom jakie kiedykolwiek widziałam. A mimo to, a może dlatego…
Spójrz również i wróć  tu po filmie.

Ja z góry spojrzałam i aż się odechciało. Początek trasy, jak wszystko w życiu, bardzo przyjemny. Wystartowałyśmy ze wsi Ostre – zielono, soczyście, pięknie.

Kierunek, Magurka Radziechowska. Beskidy mają to do siebie, że często, by zdobyć jeden szczyt, trzeba pokonać kilka leżących po drodze i to jest piękne. Bo to co przychodzi z trudem, pamięta się dłużej. Już przed wspomnianym pierwszym szczytem, przepiękne widoki, tylko dzięki… wyrębom:


Tu posiłek a zaraz za nim nagroda, długi przemarsz szczytem masywu, skąd niczym Guliwer, spojrzenia z obu stron na świat gór równoległych:

Oraz… takie swojskie Rapa Nui:

Tak dochodzimy do Magurki Wiślańskiej (1140 m n.p.m.), gdzie oprócz tablicy informacyjnej, początek prawdziwego cmentarza. I tu uwaga, najbardziej drastycznych zdjęć nie publikuję:




Jeszcze jedno niemiłe wspomnienie, sprawiające, że nie marzę o powtórnym przejściu tą właśnie trasą. Szczyt Baraniej (1220 m n.p.m.) a na nim widokowa wieża  na obelisku betonowym jeszcze z czasów Austro-Węgier- wysokość 15,26 m, podest duży 8,56 m, mały 9,16 m… Z niej widok na te zamierające drzewostany świerkowe:

Nie weszłam nawet na pierwszy. Ba, nie miałam „sił” zejść. No, głupi uśmiech został zgaszony i to na dłużej. Bowiem jak można zachwycać się górami, gdy wyglądają one tak:

Generalnie zasada jest taka, że czym wyżej tym gorzej. I to stwierdzenie jest, jak niemy wyrzut, potwierdzeniem do informacji z wpisu Drzewiej o drzewie, gdzie już w 1963 roku wspominano, o złej gospodarce leśnej z XIX wieku – zamianę przez człowieka naturalnego drzewostanu mieszanego na litą świerczynę.  Z tym, że tak do końca nie wiadomo jaka jest prawda. Dopiero wróciłyśmy z Wielkiej Raczy, gdzie w drodze powrotnej miałyśmy okazję iść dłuuugo słowackimi górami. Dziwne, że są nadal soczyście zielone, zalesione, nie przeprowadza się tam żadnej wycinki, jakby kornik nadal nie uznawał porozumienia z Schengen.  Dlatego na tamten szlak, wrócę na pewno – przykre, ale słowacki pszonkizm jest lepszy i zdrowszy od polskiego.
Droga powrotna z Baraniej to już przejście raz pod górę, raz w dół przez przecudownej urody Zielony Kopiec (1152 m n.p.m.), Malinowską Skałę (1152 m n.p.m.) oraz Skrzyczne (1257 m n.p.m.), ze swoim szlakiem na Szczyrk, zapierającym dosłownie dech w piersiach… Ale o tym następnym razem.

fot. ewolny Beskidy

Pustynia Błędowska – retrospektywa

Ponieważ byliśmy już na Saharze, w ten długi weekendu wybraliśmy się na  wycieczkę porównawczą na naszą pustynię – Błędowską. Z centrum Dąbrowy Górniczej jechaliśmy autobusem nr 806 do Błędowa a stamtąd już pieszo do Chechła… Pustynia Błędowska robi wrażenie mimo jednak naprawdę niewielkiej przestrzeni, gdzie jest tylko sam piasek.

Drzewka i krzaki zarastają większą część terenu, ale mimo wszystko wrażenie pozostaje. Kiedyś występowały tu zjawiska fatamorgany i burz piaskowych, gdy jeszcze nie było tyle roślinności.

Po wejściu  na tzw. „Górkę z bunkrem”, przed nami ukazał się  nagle krajobraz jednak pustynny, co jest czymś bardzo  niezwykłym zważając, że to środek wielkiej aglomeracji dużych miast.

Tam panuje magia, którą śmiało mogę porównać z tą na Saharze. Ponownie jak wtedy buty mieliśmy pełne piasku. Niczym na Saharze schodziliśmy w dół po wydmie zagłębiając się po kostki w gorącym piasku. Dzień był upalny, przypominający jak żywo tamten sprzed roku w Douz.
fot. Tomek Pustynia Błędowska

Zobacz również:
- Pustynia Błędowska artykuł – Tomek
- Pustynia Błędowska film – Dominik

Wielka Racza vel Veľká Rača


Iść, ciągle iść w stronę słońca
W stronę słońca aż po horyzontu kres iść,
ciągle iść tak bez końca
Witać jeden przebudzony właśnie dzień
Wciąż witać go, jak nadziei dobry znak
Z ufnością tą, z jaką pierwszą jasność odśpiewuje ptak

Iść, ciągle być w tej podróży
Którą ludzie prozaicznie życiem zwą
Iść, ciągle iść jak najdłużej
Za plecami mieć nadciągającą noc
Z najprostszych słów swój poranny składać wiersz
W kolorach dwóch raz zobaczyć to co niewidzialne jest

Iść, ciągle iść, trafiać celnie
W zawianej piaskiem trawy ślad
Być sobą być niepodzielnie
Oczami dziecka mierzyć świat
Iść, ciągle iść w stronę słońca
W stronę słońca aż po horyzontu kres
2+1

Po dwóch godzinach jazdy PeKaeSem,  wysiadamy w Rycerce Górnej Kolonii, by stąd zacząć naszą marszrutę. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo – już świtem doskonale przecież wiemy co nas czeka – po wyczerpującej, długiej trasie, kolejne dwie godziny powrotu, tym razem pociągiem:

Ale jest piękny, rześki dzień, a szlak okazuje się szeroki, wygodny i bez ostrych podejść. Zatem po marnych dwóch godzinach z hartowanym hakiem, już jesteśmy na niezalesionym szczycie:

Wielka Racza (słow. Veľká Rača, 1236 m n.p.m.), to najwyższy szczyt grupy Wielkiej Raczy Beskidu Żywieckiego, na granicy polsko-słowackiej… Podobno nazwa pochodzi od „raczyć się”. I w rzeczy samej, przecież człowiek  raczy tu swe oczy dookolną, nieprawdopodobnie  wprost wyrazistą panoramą gór głównie słowackich, w tym charakterystyczne kształty  majestatycznej Małej Fatry. A na widokowej wieży umocowano sprytnie blaszkę, z której środka, na podobieństwo promieni słońca, wychodzą  dookoła strzałki wskazujące poszczególne szczyty, ich nazwy, wysokości i odległości doń w linii prostej. Jeszcze raz okazuje się, że najlepsze są najprostsze rozwiązania. Bowiem sami możemy określić, który ze szczytów to na przykład Pilsko, Babia, Barania lub cudownej urody Krywań. Nazwać po imieniu widziane nasze, polskie  i słowackie szczyty. To jest to!


„Kwadrans dla reportera” i z pakietem panoram za to bez zbędnego ociągania się wracamy. Dłuuugim czerwonym szlakiem, który jak wąż wije się od teraz wzdłuż granicy polsko-słowackiej, i  obok równie jak on oznaczonych na biało-czerwono granicznych słupków, zdecydowanie idziemy, by przed wieczorem dojść do Zwardonia:
Z planowanych czterech, pięciu godzin zejścia robi się nieoczekiwanie siedem, a to chyba dlatego, że słowacki szlak, okazał się być nie do przebycia zarośniętą wprost dżunglą.  Zapominamy, że „Polak potrafi”. Zbyt późno orientujemy się, że równolegle za tymi chaszczami biegnie świetnie wydeptany przez turystów dziki trakt. No ale, co nas nie zabije to wzmocni. Joginki śmy są w końcu nie? :)

Rekompensatą są naprawdę cudowne widoki. Słowacka część Beskidów, ich malownicze wioski, sioła, pola, krajobrazy, to tylko utwierdzenie w przekonaniu, że Beskidy są naprawdę całe, po prostu Beskit(d)u (sic!) piękne! I nie liczy się żaden trud, żaden wysiłek… nawet nakręcanie w drodze powrotnej budzika, by wracając, nie obudzić się w… Katowicach:

Co zatem pozostaje? Na znacznie więcej zapraszam oczywiście na szlak, a dla zachęty proponuję pięciominutową prezentację filmową, „Obraz i dźwięk”,  z tej właśnie wycieczki… ew
fot. ewolny Beskidy

Bałotny mówi helou 003


Grafika: bagienny.net
www.bagienny.net