Czy ktoś z Was zastanawiał się jak wyglądałby świat w roku dajmy na to 2059, gdyby któremuś z włodarzy na Kremlu lub w Pentagonie „omsknęła się ręka” i wywołał światową wojnę atomową? Wizja straszna, przygnębiająca i dziękujmy Opatrzności, że nie znamy jej z autopsji. Przecież wielu z nas by jej w ogóle nie poznało!
Ale Człowiek to persona przekorna, ciekawska i ma nieograniczoną wyobraźnię. Tedy trudno się dziwić, że w literaturze, filmie czy grach komputerowych, co raz pojawiają się nowe wizje z gatunku, „Co by było, gdyby było…” Te wizje bywają bardzo różne, „Mad Max”, „Wodny Świat” czy „Fallout” przedstawiają bardzo odmienne światy. Łączy je jedno – rozległe pustkowia. To logiczne, skoro zakładamy, że większość ludzkości zginęła w atomowym konflikcie, to ci nieliczni, którzy przeżyli, siłą rzeczy będą się grupować w oazach rozdzielonych rozległymi, pustymi przestrzeniami. I właśnie taki jest pomysł wyjściowy dorocznej imprezy o nazwie „OldTown”, na którą co roku dociera co raz więcej zakręconych desperatów. Są oni gotowi z własnej woli, tylko dla zabawy, przez tydzień żyć w warunkach urągających osiągnięciom cywilizacji. Bez bieżącej wody, elektryczności czy prawdziwego dachu nad głową. W tym roku było ich niemal 300 osób! Impreza odbywa się na starym, poradzieckim lotnisku w Kluczewie koło Stargardu Szczecińskiego, które bardzo udatnie udaje rozległe, jałowe pustkowia świata po apokalipsie.
Generalnie zabawa ta oparta jest o dwa „wynalazki” współczesnej rozrywki. Są to: gry typu „Larp” oraz broń systemu ASG. Aby łatwiej wytłumaczyć laikom, o co tu chodzi spróbowałem zdefiniować te pojęcia.
LARP (ang. live action role-playing) – odmiana gry fabularnej rozgrywana na żywo. Larpy są podobne do improwizowanej sztuki teatralnej. Reżyser i scenarzysta w jednej osobie, zwany mistrzem gry, jest jedyną osobą, która zna założenia scenariusza w całości. Reszta uczestników (graczy) staje się aktorami – wciela się w swoje postacie i odgrywa przydzielone im role w tworzonej wspólnie historii, samodzielnie decydując o działaniach kreowanej postaci. Dzięki temu przebieg takiego „przedstawienia” nigdy nie jest znany z góry. Mile widziane jest wczuwanie się w klimat gry i odgrywanie postaci w sposób adekwatny do realiów świata i epoki. Stąd kostiumy, specyficzne słownictwo i dbałość o scenografię. Większość rozgrywanych w Polsce larpów odwołuje się do średniowiecza, światów fantazy (Sapkowski, Tolkien, „Harry Potter”) lub ewentualnie znanych filmów s.f. („Star Wars” i „Star Trek”). Imprezy takie gromadzą zazwyczaj kilkadziesiąt osób i trwają kilka lub kilkanaście godzin, maksymalnie półtorej doby. Stowarzyszenie Mage.pl, którego jestem członkiem organizuje takie imprezy cyklicznie. Ciekawych czytelników zapraszam na ciekawą prezentację działań stowarzyszenia, przygotowaną przeze mnie na -> YOUTUBE.
ASG (ang. Air Soft Guń) – repliki broni palnej w skali 1:1 strzelające najczęściej plastikowymi lub ceramicznymi kulkami o wadze 0,12 do 0,33 g. System ASG jest chyba najbezpieczniejszy z możliwych do użycia w trakcie dorosłej zabawy w wojsko. Energia pocisku jest mniejsza niż w wypadku paintball’a i aby zapewnić sobie bezpieczeństwo wystarczą gogle do ochrony oczu, nie ma potrzeby zakładania kombinezonów. Przy tym karabiny i pistolety wyglądają bardzo „naturalnie” i ułatwiają graczom wczucie się w rolę. Broń ASG służy zazwyczaj do szkolenia służb specjalnych oraz krótkich, kilkugodzinnych rozgrywek, tak zwanych „strzelanek”. To forma kontrowersyjnego sportu, bardzo podobna do paintball’ola, tylko bardziej wiernie oddająca realia pola walki. Ta wysoka wierność w stosunku do oryginałów wykorzystywana jest też przez filmowców. Niemal cała broń używana obecnie w trakcie realizacji filmów to modele systemu ASG. Znakomicie udają oryginały i zapewniają bezpieczeństwo ekip filmowych. Nie lubię broni palnej, ale muszę przyznać – rzeczywiście trudno sobie wyobrazić świat „Mad Max” czy „Terminatora” bez jej użycia.
Organizatorzy i pomysłodawcy „OldTown” postanowili połączyć te dwie idee. W efekcie powstała niepowtarzalna impreza. Trwa niemal tydzień, a więc jest to najdłuższy w Polsce Larp (i chyba też największy), a jednocześnie najdłuższa „strzelanka”. Specyfika imprezy polega na tym, że rozgrywka trwa bez przerwy, dzień i noc przez niemal tydzień, bez jakichkolwiek przerw na noclegi czy posiłki. Uczestnicy muszą połączyć realne życie z fikcyjną fabułą. Daje to niespotykaną autentyczność przeżywanych przez graczy sytuacji.
Tytułowe OldTown to w założeniu scenariusza osada („niby” miasto) otoczona „pustkowiami”. W osadzie, niczym w miasteczkach Dzikiego Zachodu, lokalna społeczność stara się zorganizować sobie życie na nowo. Odbywają się wybory, ustanawia się prawa i kodeksy, są powoływane władze, w tym coś na kształt milicji chroniącej miasto przed atakami z zewnątrz i dbającej o ład wewnętrzny. Kupcy i rzemieślnicy rozwijają swoje geszefty, a wędrowne trupy kuglarzy umilają mieszkańcom życie. Krąży lokalna waluta – „kapsle”, a nieregularnie wychodzą nawet gazety. Tymczasem na otaczających miasto „pustkowiach” grasują współzawodniczące ze sobą bandy złoczyńców oraz wyjętych z pod prawa mutantów i wykolejeńców. Przeprawa przez nie to zawsze trudna i niebezpieczna wyprawa. Można zostać obrabowanym, wziętym do niewoli, a nawet „zabitym”. Co dziwniejsze, w wypadku Kluczewa słowo „pustkowia” powinienem chyba napisać bez cudzysłowu. Rozległość płyty lotniska spowodowała, że z obozu do najbliższej cywilizacji jest około cztery kilometry mało sympatycznego spaceru po pustej, rozgrzanej w słońcu i zakurzonej płycie lotniska.
W trakcie zabawy fikcyjny świat larpa przeplata się tu cudownie z prozą życia. Trzeba przecież coś jeść, gdzieś spać, znosić palące słońce albo ulewne deszcze, czasem się umyć, czasem wybrać się przez pustkowia do sklepu. Doszło do tego, że na terenie miasteczka działa prawdziwa knajpa, urządzona w opuszczonym i zaniedbanym bunkrze. Zorganizował ją człowiek prowadzący w Stargardzie jakiś Fast-Foot. Oprócz tego jest szpital z prawdziwym lekarzem, a nawet pojawiają się próby otwierania świątyń różnych, przeważnie fikcyjnych religii. Jedyne, co organizatorzy zapewniają „z cywilizacji” to kilka Toy-Toy’i i duży kontener na śmieci. Reszta to nieograniczone pole do popisu dla pomysłowości graczy. Mój syn zorganizował na przykład ekipę „Taksiarzy”. Mają kilka niezwykłych samochodów oraz motocykli i „za opłatą” przewożą pod zbrojną eskortą obywateli miasteczka przez pustkowia, zapewniając ochronę przed napadami „złoczyńców”. Ten fabularny zamysł ma jednak też całkiem praktyczne zastosowania. Ludzie jeżdżą z nimi do sklepów, wykąpać się w jeziorze czy po prostu do przystanku autobusowego. Bywały dni, że robili 10 takich kursów. Jak widać, granica między grą, a światem realnym, w innych larpach konkretna i oczywista dla wszystkich, na OldTown się rozmywa i niemal całkowicie zaciera.
Byłem tam w tym roku, w samym apogeum zabawy. Spacerowałem po uliczkach OldTown (miasteczka namiotowego), obserwowałem scenografie, stroje i zachowania uczestników. Nikt mnie nie znał, ja nie znałem nikogo. Całkiem jakbym był w obcym mieście. Złapałem się wtedy na myśli, że to przestaje być tylko zabawą, dobrowolnie przyjętą przez uczestników konwencją. Mnogość ludzi, różnorodność kreowanych przez nie postaci, bogactwo zdarzeń fabularnych przeplatających się z rzeczywistymi problemami życia codziennego (permanentny brak wody do mycia!) – to wszystko powoduje, że zapomina się, iż to wszystko jest kreacją, że to tylko forma teatru. Nawet mnie, widza z zewnątrz, wciągnął ten fascynujący, skomplikowany, poznawany wszystkimi zmysłami, choć teoretycznie tylko fikcyjny świat OldTown.
- No, wystarczy tego gadulstwa! Najwyższa pora ruszać w drogę! Bywaj zdrów do następnego spotkania na pustkowiach! – rzekł do mnie tajemniczy podróżnik, a po chwili jego niezwykły pojazd zniknął w chmurze niebieskich spalin.
Tips_Senior
PS. Pooglądajcie zdjęcia, może Wy też zapragniecie przeżyć taką przygodę?
Przygotowania do OldTown to ciężka, kilkudniowa praca. Samochody muszą być sprawne, ale wyglądać jak najgorzej!

Obóz Taksiarzy na obrzeżach OldTown. Stąd odjeżdżały konwoje do Kluczewa lub nad jezioro Miedwie:

Wewnątrz obozu poważna, pilnie strzeżona zbrojownia. Spokojnie – to tylko ASG:

Podobnie pilnie strzeżone są pojazdy – największy „majątek” Taksiarzy:

Najmniejszy samochód Taksiarzy – klasa bolid eskortowy, nazwa slangowa „Bambino”:

Kolejny pojazd – klasa niszczyciel eskortowy. Silnie uzbrojona maszyna, posiadająca tylnego, bocznego i górnego strzelca. Najszybszy pojazd na pustkowiach!

Największy pojazd Taksiarzy – klasa liniowiec, nazwa slangowa „Nyssan”. W praktyce bywało, że nad jezioro jechało nim jednocześnie 18 osób:

Ulubiona maskotka Taksiarzy – dwumetrowy boa-dusiciel, jak najbardziej żywy i drapieżny:

Inwencja i pomysłowość mieszkańców OldTown znacznie przekracza tę, którą wykazali się kostiumolodzy „Mad Max’a” lub „Wodnego Świata”:

Brama wjazdowa do obozowiska bractwa BoB (Brotherhood of Beer – „przyjaciele piwa”). Właśnie ta formacja spełniała rolę milicji pilnującej porządku w OldTown i okolicach:

W OldTown panuje demokracja bezpośrednia. Wieczorny wiec mieszkańców:

Bractwo BoB rzetelnie wypełniało swoje zadania. Na zdjęciu pododdział w trakcie rutynowego patrolu na pustkowiach:

Tips_Senior










Człowiek w masce idealnie pasuje mi do okładki Fallout’a i chyba tym się inspirował.
Świat z filmów, książek, gier coś przypomina. Coś jakby już istniało. No bo jaki był początek. Weźmy taki okres cywilizacji Sumerów albo wcześniejszy. Ogromne połacie ziemi niezamieszkanej, zamiast przeludnienia niedoludnienie, gdzieniegdzie wioski, osady. I o dziwo brak wojen i walk. Możliwość nasycenia siebie i rodziny stworzył wspólnotę pierwotną. Potem gdy o jedzenie było już trudniej wioskowi kapłani dostawali więcej i w taki sposób po pewnym czasie wykształciła się prymitywna monarchia. Ktoś chciał mieć więcej, ktoś chciał mieć tak samo jak owy kapłan-król i machina się uruchomiła.
A post apokaliptyczny świat jest jakby tęsknotą za czymś co minęło a co siedzi w naszej pamięci niesione przez pokolenia poprzez zapomniane geny.
Stephen King w Bastionie albo Mrocznej Wieży tworzy model nowej wspólnoty pierwotnej ale zdajemy sobie też sprawę, że zamiast lepiej może być gorzej. Totalna apokalipsa musi odbyć się w nas samych, sposobie myślenia a nie przez burzenie i niepewną odbudowę.
Tomku, gratulacje! Zaskakujący, ale znakomity, głęboki i bardzo celny komentarz. Dziękuję.
Przeczytałam z największą przyjemnością. Któż z nas nie zastanawia się nad przyszłością, każdym jej wariantem? Zacząć życie na nowo, tak jak Tomek mówi, zaczynając przebudowę od wnentsza siebie.
Niekoniecznie potrzeba naciśnięcia atomowego guzika. Wystarczy „drobna” awaria czegoś większego od Czarnobyla. Poza tym, nastały teraz takie czasy, występują takie anomalia pogodowe, że każdy scenariusz jest możliwy. Być może jest to związane z coraz bliższym rokiem 2012, być może faktem jest, że nasz świat robi się zbyt „ciężki”, bo zbyt „gęsty” od ludzi i trzeba go jakoś odchudzić. Nie sądzę, że dojdzie do realizacji ponurej wizji zaniku wsi, pól i połączenie miast. Wcześniej czeka nas jednak jakiś kataklizm.
Przecież takie prowincjonalne zdarzenie jak ostatnio np. Legnica, jeszcze kilkanaście lat temu, w naszym umiarkowanym klimacie nie miałaby racji bytu nawet w wyobraźni. A teraz te przypadki się mnożą jak grzyby po deszczu. Rok temu, gdy wracałam z Niemiec, na trasie przez Śląsk wystąpiło tornado. No ludzie! Tylko ci bez jakiejkolwiek wyobraźni mogą nadal mówić, że jest wszystko tak jak było i w należytym porządku.
Jaką natomiast trzeba mieć tą wyobraźnię, by móc przewidzieć jak będzie wyglądało życie ocalonych? Śmiem twierdzić, że będą to silne jednostki, przede wszystkim psychicznie ale i zdrowe fizycznie, a które teraz można rozpoznać po tym, jaki mają stosunek do konsumpcyjnego podejścia do życia.
Olewać kochani już dziś to co zbędne, żyć tym co istotne, co zostaje w nas, co nas PRZEBUDOWUJE budując od środka.
3+4=7 zł tyle kosztowała nas całodniowa, wielokilometrowa piesza wycieczka przez Ostre, Magurkę Radziechowską (1108), Magurkę Wiślaną (1140), Baranią (1220) i powrót Magurką Radziechowską, Zielonym Kopcem (1154), Malinowską Skałą (1152), Skrzycznem (1157) i stąd ponad godzinne, poza szlakiem i prosto w dół zejście do Szczyrku, gdzie na przykład mnie, lęk wysokości złamał w tym dniu po raz drugi.
Dlaczego podaję akurat to za przykład? Gdy rzeczywiście się coś wydarzy, nie raz człowiek będzie musiał się zmierzyć z samym SOBĄ, swoimi słabościami, swoim charakterem, siłą i hartem ducha. Wytrzymałością fizyczną i psychiczną.
Tak jak w górach, niby nie możesz a idziesz dalej, tak samo musi być w życiu, każdym, bez względu na to, jaki nam zaserwuje scenariusz.
Do dziś nogi bolą jak cholercia a my już z Ewą umawiamy się na zaś, bo jak nie boli, to nie wiesz, że żyjesz.
Jeśli gratulacje, to nie tylko Tomkowi (słuszne!), ale przede wszystkim Tobie Tips. Nie dziwię się SMS od Tomka „Super Wpis!”.
Zazdroszczę Ci tej zabawy, ale rzeczywiście zapytałabym: czy to zarazem „szkoła przetrwania”, czy li tylko zabawa w kto silniejszy?
Pozdrawiam.
A pewnie, że szkoła przetrwania. Dowodem niech będą choćby coraz lepsze, damskie patenty na mycie się przy permanentnym braku wody (całą trzeba przywozić, na miejscu brak źródła czy studni). Rekordzistki nauczyły się ponoć robić kąpiel w 1 (jednym!) litrze wody. A obiady niektórzy gotują faktycznie na ognisku.
Dobrze, szkoła przetrwania bez mycia włosów pachnącym szamponem… Z Tojtojką zamiast własnoręcznie wykopaną i… zabezpieczoną odpowiednio latryną.
Ale ja pytam o taką szkołę przetrwania, gdzie trzeba znać rośliny trujące, jadalne, umieć zbierać i wykorzystywać runo leśne, dzięki niemu nie tylko przeżyć, ale i opatrzyć rany, leczyć choroby, pozyskiwać zdatną wodę, rozpalić ogień, budować schronienie. Zorganizować się, nie bronić dostępu, nie zabijać a być razem i wykorzystywać swe umiejętności.
Alternatywne „żyć w zgodzie z naturą” dosłownie.
No, niby racja, ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?
Klimat tego obozu najbardziej przypomina ten z Listonosza. Bardzo lubię ten niedoceniany film. Samochody żywcem wyjęte z bezdroży Fallout’a z tym, że w polskich realiach. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia kiedy wyburzono taki market niedaleko mnie. potężna przestrzeń porozwalanych cegieł wyjęty z post apokaliptycznych obrazów. Wtedy tylko skórzana kurtka bez jednego rękawa i rękojeść zabawkowej strzelby na plecach niczym MadMax
No, to wygląda na to, że jesteśmy z różnych bajek.
O ile podobał mi się wpis Tipsa, bo skłaniał do refleksji i dyskusji, to jednak klimat umarłego miasta już nie.
Tak, ja wiem, że w mieście lepiej przetrwać, w razie gdyby – większe skupisko ludzi sprawia, że pomoc opłaca się tam po prostu wysłać. Sami mieszkańcy też mogą się lepiej zorganizować.
Jednak takie betonowe pogorzelisko, ruiny, stal, wraki, benzyna, miejskie szczury, blokersi, to nie to.
Nowe życie jednak wolałabym zaczynać w lesie, jak Robinson. Choćby tylko z Piętaszkiem.
@Ew W pewnym sensie jest to szkoła przetrwania, oczywiście można zabrać wszystko z domu i żyć tam wygodnie jednak by całość nabrała klimatu wszystko co się buduje i zakłada na siebie powinno być znalezione na miejscu bądź gdziekolwiek, na takiej imprezie nie liczy się kto ma ładniejszy kostium tylko praktyczniejszy. Jako ciekawostkę muszę powiedzieć że w ramach konkursów odbył się konkurs kulinarny, oraz prelekcja kulinarna (Cytaty z programu):
„16.00-17.00: Prelekcja „Nie tylko wieprzowina w puszce czyli co by tu szamnąć na Wastelandzie?” (Dżazga)
Wasteland jest nieprzyjazny, nawet jak nic nie strzela i nie gryzie. Dowiedz się jak i co zjeść, wypić czy wyssać tak, żeby dożyć kolejnej wędrówki przez pustkowia z tym samym żołądkiem. Zapraszamy na smakowitą prelekcję o kuchni post-apo.”
„15.30-16.00: Konkurs postkulinarny (tłumaczenie zasad) (Dżazga)
Uważasz, że Wasteland, to nie tylko strzelanie do mutków? Zgadzamy się, ktoś je musi jeszcze przyrządzić. Zapraszamy kreatywnych i odważnych do ekstremalnego konkursu kulinarnego post-apo. Jury jest jeszcze odważniejsze.
(Tłumaczenie zasad konkursu odbywać się będzie w barze. Następnie zawody przenoszą się do kuchni obozowych chętnych graczy. Roztrzygniecie konkursu nastąpi około 5 godzin od jego rozpoczęcia. Więcej informacji będzie można uzyskać w barze już od pierwszego dnia konwentu) ”
Konkurs polegał na ugotowaniu smacznego, pełnowartościowego posiłku korzystając z tego co się znajdzie w okolicy.
Apropo samochodów które raczej nie są typowo przetrwaniowym narzędziem to dla mnie (Dowódcy Taksiarzy) taka impreza to nie lada szkoła, brak narzędzi i części zamiennych zmusza do nauki naprawiania samochodów jakiej przeciętny użytkownik skody z serwisem nigdy nie będzie miał. A możecie mi wierzyć że uszkodzenia samochodów nie tylko tych które biorą udział w grze ale wszystkich są BARDZO częste. W zasadzie codziennie naprawialiśmy jakiś samochód korzystając z tego co było pod ręką.
Tutaj taki mały przykład: W maju na imprezie która nazywa się „Bergówka” w tym samym miejscu co OldTown kolega przewrócił samochód i rozerwał przewody paliwowe. Naprawiłem je za pomocą plastikowych rurek z bidonów starego węża ogrodowego oraz drutu. Oczywiście nikt nic takiego przy sobie nie miał więc ludzie zostali wysłani na poszukiwania po rumowiskach po godzinie miałem cały asortyment części zapasowych.
Takie zabawy są bardzo budujące, pomagają nie tylko uczyć się zachowań ale uczą też praktycznych umiejętności jak np: Obchodzenie się z bronią, wspinaczka, naprawianie samochodów, gotowanie na ognisku, łowienie ryb za pomocą firanki czy chociaż szycia.
Zapraszam na stronę konwentu http://oldtown.larp.pl Oraz stronę taksiarzy http://www.tips.user.icpnet.pl/taxi/.
Pozdrawiam Tips.
ps. Tips senior nicka przeją ode mnie
No, no, a Tips, to skóra zdarta z Seniora, taki sam zakręcony pozytywnie erudyta, jakich tylko ze świecą…
Pozdrawiam! Miło nam Cię tu gościć.
Pozdrowienia również dla Seniora, który pracuje teraz w pocie czoła, zbierając zarazem nowy materiał na ecodzien – remont Pogorii - wielka sprawa.
Tips, w kinach Księga ocalenia z Denzelem Washington’em. Czuje, że będzie klimatyczny po recenzjach i zdjęciach. Jutro premiera. Szykuje się
No brak naszego Tipsa, bo jest niestety na Białorusi, ale wróci, wróci… Czekamy.