Wielka Racza vel Veľká Rača


Iść, ciągle iść w stronę słońca
W stronę słońca aż po horyzontu kres iść,
ciągle iść tak bez końca
Witać jeden przebudzony właśnie dzień
Wciąż witać go, jak nadziei dobry znak
Z ufnością tą, z jaką pierwszą jasność odśpiewuje ptak

Iść, ciągle być w tej podróży
Którą ludzie prozaicznie życiem zwą
Iść, ciągle iść jak najdłużej
Za plecami mieć nadciągającą noc
Z najprostszych słów swój poranny składać wiersz
W kolorach dwóch raz zobaczyć to co niewidzialne jest

Iść, ciągle iść, trafiać celnie
W zawianej piaskiem trawy ślad
Być sobą być niepodzielnie
Oczami dziecka mierzyć świat
Iść, ciągle iść w stronę słońca
W stronę słońca aż po horyzontu kres
2+1

Po dwóch godzinach jazdy PeKaeSem,  wysiadamy w Rycerce Górnej Kolonii, by stąd zacząć naszą marszrutę. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo – już świtem doskonale przecież wiemy co nas czeka – po wyczerpującej, długiej trasie, kolejne dwie godziny powrotu, tym razem pociągiem:

Ale jest piękny, rześki dzień, a szlak okazuje się szeroki, wygodny i bez ostrych podejść. Zatem po marnych dwóch godzinach z hartowanym hakiem, już jesteśmy na niezalesionym szczycie:

Wielka Racza (słow. Veľká Rača, 1236 m n.p.m.), to najwyższy szczyt grupy Wielkiej Raczy Beskidu Żywieckiego, na granicy polsko-słowackiej… Podobno nazwa pochodzi od „raczyć się”. I w rzeczy samej, przecież człowiek  raczy tu swe oczy dookolną, nieprawdopodobnie  wprost wyrazistą panoramą gór głównie słowackich, w tym charakterystyczne kształty  majestatycznej Małej Fatry. A na widokowej wieży umocowano sprytnie blaszkę, z której środka, na podobieństwo promieni słońca, wychodzą  dookoła strzałki wskazujące poszczególne szczyty, ich nazwy, wysokości i odległości doń w linii prostej. Jeszcze raz okazuje się, że najlepsze są najprostsze rozwiązania. Bowiem sami możemy określić, który ze szczytów to na przykład Pilsko, Babia, Barania lub cudownej urody Krywań. Nazwać po imieniu widziane nasze, polskie  i słowackie szczyty. To jest to!


„Kwadrans dla reportera” i z pakietem panoram za to bez zbędnego ociągania się wracamy. Dłuuugim czerwonym szlakiem, który jak wąż wije się od teraz wzdłuż granicy polsko-słowackiej, i  obok równie jak on oznaczonych na biało-czerwono granicznych słupków, zdecydowanie idziemy, by przed wieczorem dojść do Zwardonia:
Z planowanych czterech, pięciu godzin zejścia robi się nieoczekiwanie siedem, a to chyba dlatego, że słowacki szlak, okazał się być nie do przebycia zarośniętą wprost dżunglą.  Zapominamy, że „Polak potrafi”. Zbyt późno orientujemy się, że równolegle za tymi chaszczami biegnie świetnie wydeptany przez turystów dziki trakt. No ale, co nas nie zabije to wzmocni. Joginki śmy są w końcu nie? :)

Rekompensatą są naprawdę cudowne widoki. Słowacka część Beskidów, ich malownicze wioski, sioła, pola, krajobrazy, to tylko utwierdzenie w przekonaniu, że Beskidy są naprawdę całe, po prostu Beskit(d)u (sic!) piękne! I nie liczy się żaden trud, żaden wysiłek… nawet nakręcanie w drodze powrotnej budzika, by wracając, nie obudzić się w… Katowicach:

Co zatem pozostaje? Na znacznie więcej zapraszam oczywiście na szlak, a dla zachęty proponuję pięciominutową prezentację filmową, „Obraz i dźwięk”,  z tej właśnie wycieczki… ew
fot. ewolny Beskidy

10 Responses to Wielka Racza vel Veľká Rača

  1. Ewa pisze:

    W rzeczy samej, bijemy własne rekordy długości tras :) ale pomijając zmęczenie, widoki są nam nagrodą.

  2. Tomek pisze:

    Z Tobą nie zginę Zlotos. To być może będzie kolejna wyprawa szlakiem E.W. Zaufałem z tą Błatnią i nie zawiodłem się bo była to wspaniała wyprawa z pełnią wrażeń i pięknych widoków.

  3. ew pisze:

    To jest do zrobienia nawet dla ludzi z Hanysewa.
    Tak jak i my, mamy w planie jednodniowe Pilsko… O ile oczywiście Ewka nie wyjedzie do Gebelsowa, bo wtedy się zabeczę na śmierć – to najlepszy mój rok z nią teraz. Haski jak trza, ciągnie zaprzęg aż miło.

    Nie wiem jak z K-at, ale z B-B jest PKS o 7.10. Stanowisko nr 1? Pierwsze po prawej. Wysiadacie na ostatnim – Rycerka Górna Kolonia – i tu zaczyna się żółty szlak na górę. Tak jak pisałam z 2 i pół godz, i już szczyt. Potem polecam jednak to samo zejście co my, czerwonym na Zwardoń. Milion, trylion widoków, z którymi nie ma co zrobić w głowie…
    Z tym, że początek trasy, jak tylko zacznie się źle robić, to zamiast chaszczami, dwa, trzy metry po lewej (patrząc w dół) wygodną ścieżką :) aż do połączenia ze szlakiem. Wystarczy do końca trasy, stale trzymać się tych granicznych słupków, bo one lepiej widoczne od zarośniętych, słabo czytelnych, ukrytych nazbyt często oznakowań szlaku.
    No, raz wracałyśmy się, i to sporo z tego właśnie powodu. Niby jest jedna ścieżka, ale szlak trzeba stale widzieć. Lepiej się wrócić do ostatniego znaku, niż źle brnąć dalej. Cykady na cykladach nam towarzyszyły na zlotoslanym grzbiecie podczas szukania ostatniego znaczka, Słowak z psami rzekł Dobry Dzieeń i główny bohater z Pachnidła się kręcił. Dlatego nie powinno się samemu wędrować, tym bardziej kobiecie.
    Wchodzicie w Zwardoń nad kościołem, dwa kroki od PKP, i stąd za sekundę, o 19.28 z II peronu pociąg do samiutkich Katowic. Spać możecie swobodnie, nie to co my, bo to ostatni przystanek…

    Proste nie? :)

  4. Ewa pisze:

    Miło wędrować po szczytach z takim kompanem :-) Nie bec bo nawet jak pojadę to nie na zawsze.

  5. wieslawcz pisze:

    No tak! Przypominam sobie te widoki i takie ścieżki. Takiej atmosfery chciałbym jeszcze raz zaznać. Ale „już nie to zdrowie”, choć „w sercu ciągle maj”.

  6. ew pisze:

    Kochany Pan jest :*
    Pozdrawiamy z Ewą spod Dębowca, a właściwie już z Błoni. Mamy dziś wolne za sobotnie święto… A w sercach maj!

  7. Tips_Senior pisze:

    Panie Wiesławie, zawzięte te nasze dziewczyny, aż miło popatrzeć. Ale muszę się niestety z Panem zgodzić – choć w sercu maj, to już nie to zdrowie. A szkoda! :(

    Złota, co to znaczy „całodniowe Pilsko”?
    Wszedłem kiedyś zimą na szczyt Pilska z Korbielowa, z chałupy niejakiego Mrowca. Rok to był bodaj 1974, jedynym wyciągiem w okolicy była wyrwirączka koło schroniska na hali Miziowej, a na kwaterze, gdy wstawałem rano, woda w wiadrze miała postać lodu. Wyszedłem z mocnym postanowieniem – CO, JA NIE DAM RADY!!? Narty na ramieniu, trochę czekolady w kieszeni i manierka słabej herbaty. Drogę na szczyt w kopnym śniegu wspominam koszmarnie. Ale za to zjazd, ponad dwugodzinny, dzikimi leśnymi duktami na których leżał nietknięty śnieg to czysta, pozytywna emocja. Niezastapiony kapitał emocjonalny na przyszłość. Dla takich chwil warto żyć. :) Nawet kilka bliższych kontaktów z drzewami, które jakimś cudem wyrosły na mojej trasie, nie miało znaczenia.

  8. ew pisze:

    Dlatego trza zawzięcie chodzić, coby było tego maja w sercu jak wykorzystać :)

    Jednodniowe Pilsko, to spanie w swoim łóżku, tzn bez noclegu, zrobiony w jeden dzień. I tu wejście byłoby z Korbielowa, zejście do Istebnej.
    Ale my, już kombinujemy nocleg na jednej z hal, Lipowskiej lub Rysiance, i zaczniemy od przejścia tą trasą:
    http://ecodzien.pl/2009/04/06/lophius-piscatorius-zabnica-wojtatowka/#comments
    Ale zakończymy Pilskiem.
    Być może nawet w ten weekend.

    A zdrowie nadal to, ale rozum już nie ten co kiedyś Tips. Przez dwadzieścia pare lat, jeżdżąc okrągły rok do Żabnicy, wychodząc na Wojtatówkę, robiło się naprawdę różne rzeczy. Pokazywałam ostatnio nawet Ewie jak się zlatywało z góry. Teraz Twój sposób zdobywania szczytu jest dla mnie już nie do przyjęcia. Zdobywania i… opuszczania.
    Nie kusi się losu jak się ma siwe włosy.

    Pozdrawiam!

  9. Ewa pisze:

    Jeszcze nie opadły emocje po wyprawie na Wielką Raczę a już zaliczka wpłacona na kolejną. Tym razem będzie to trochę dłuższy bo dwudniowy wypad. Nocleg na Rysiance :)

  10. Tips_Senior pisze:

    „Nie kusi się losu jak się ma siwe włosy.” No fakt Złota. Ja też wtedy miałem bodaj 14 lat i mocno pstro w głowie. Ale i tak masz lepiej. ja zamiast siwizny mam „mocne początki” łysiny. Idźcie na tę wycieczkę i piszcie relację.
    Byłem w nocy z niedzieli na poniedziałek w Giżycku, w twierdzy Boyen, niestety bez aparat. To cudowne miejsce. Zawoziłem tam poznańską ekipę Larpową, wyposażoną między innymi w dwie katapulty oblężnicze. Przejazd dużą i solidnie załadowaną ciężarówką przez wąskie barbakany, zwodzony mostek o nieznanej wytrzymałości i pięknie podświetlone, niskie bramy był niezapomniana przygodą. Mam nadzieję, że gdy pojadę w weekend ich odebrać uda mi się zrobić kilka zdjęć i przybliżyć Wam to niezwykłe miejsce.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>