Monthly Archives: Sierpień 2009

Bałotny mówi helou 003


Grafika: bagienny.net
www.bagienny.net

TATRY i wszystko jasne



fot. Kasia Tatry

Grzyby sobie poradzą, czyli recepta na kryzys

Człowiek to dziwne stworzenie, chce żyć bliżej natury, ale tylko w granicach wyznaczonych przez swe wygodne jestestwo. Dlaczego z takim uwielbieniem cieszy się na widok traszki, udowadniającej czystość otoczenia jego nowego domu, a już nie bardzo podoba mu się inne żyjątko, które skądinąd tak bardzo przecież koreluje z kafelkami na glebie? – ewolny



Co do tych żyjątek, to to drugie trafiło do sądu, traszki się nikt nie czepia. A grzyby sobie w ogóle poradzą. To świat zdumiewający.  Przykłady?

Największy żywy organizm świata – opieńka w stanie Oregon, średnica 8 mil. Bo grzyb, to nie to co widzimy – widzimy kawalątek – owocnik. Grzyby, jak im źle, to potrafią się zamykać w formach przetrwalnikowych. Tak jakby człowiek, gdy go kryzys wpieni, zamknął się na kilka lat (cofnął właściwie) do zygoty i przeczekał tak ten kryzys. On tak może wiele lat czekać. Takie formy znajdowano na wulkanach, w lodowcach, a nawet w mumii Tutenhamona…

Inna sprawa, że bez grzybów nie byłoby życia na ziemi. Po krótkim czasie ziemskie życie by się zadusiło. To grzyby szatkują wszelką martwicę na związki proste, przez naturę na powrót przyswajalne. Posiadły one kilka umiejętności, których inne żyjątka nie są w stanie opanować. Choćby tzw chemiotropizm. Nawet zamknięte w butelkę wyczują drogę do wyjścia. Jak zostały zamknięte betonową zabudową metra warszawskiego w pierwszej wersji (lata pięćdziesiąte) to znalazły wyjście, porozwalały ściany żelbetowe, a w Polskę poszła wiadomość, że to sabotaż imperialistów.

Na wagę biorąc, to grzybów jest na świecie więcej niż zwierząt. I całe szczęście. A blisko mnie rosną takie grzyby, co jak je ususzę, pokruszę, z miodem zmieszam i kilka łyżeczek sobie zjem, to świat się robi całkiem inny. Może lepszy nawet – JK
fot. Kroplewski Jarek
www.kronikaoptymisty.blox.pl

Inwałd, czyli szlakiem polskich zamków cz.2

Tak jak zapowiedziałam we wpisie pt: Świat w pigułce, czyli kilka subiektywnych kadrów z Inwałdu, osobno daję tą lepszą, polską część.  Dlaczego lepszą? Park miniatur w Inwałdzie to również solidne kompendium wiedzy o naszej bogatej historii. Piękny mamy kraj, piękny krajobrazowo, piękne i bogate w nim zabytki. Powinnyśmy być dumni, z tego, co nasze. Zapraszam:

Odległa latarnia morska w Świnoujściu, która zamiast morza ma oczko wodne na tle Beskidów:

Krakowskie sukiennice, które w latach 1556-1560 przebudowane zostały w stylu renesansowo-manierystycznym. Z tego okresu pochodzi przepiękna attyka, której maszkarony projektował znakomity włoski rzeźbiarz, Santi Gucci, oraz ozdobne schody z krużgankiem wykonane przez innego włoskiego artystę, Jana Marię Padovano. Dzisiaj na parterze budynku znajdują się kramy z pamiątkami, rękodziełem, galerie, kawiarnie. Na pietrze zaś jest Galeria Polskiego Malarstwa i Rzeźby XIX wieku. Ta długa hala targowa wzniesiona w końcu XIV wieku robi na żywo naprawdę nieprawdopodobne wrażenie.  Jako miniatura, nie bardzo.
Zachwyca za to Wawel, mimo, że w zupełnie nienaturalnym, wydawałoby się, że kompletnie nie pasującym otoczeniu:

Ale chyba nie dziwi urok majestatu tej Katedry pw. ss. Stanisława i Wacława, bowiem dzieje jej, są nierozerwalnie związane z losami narodu polskiego. W wawelskiej katedrze pochowano niemal wszystkich naszych władców. W kryptach znajdują się również groby sławnych Polaków np. T. Kościuszki czy A. Mickiewicza. A na wieży katedry umieszczono najsłynniejszy w Polsce dzwon Zygmunta, którego usłyszeć można tylko w czasie naprawdę ważnych uroczystości kościelnych i narodowych.
Jak Kraków to i pobliskie Tatry i w Zakopanem Kościół pw. Matki Boskiej Częstochowskiej,  który jest pierwszym kościołem w tym mieście. Postawiony został w latach 1847- 1851 z inicjatywy pierwszego proboszcza Zakopanego ks. Stolarczyka. Ciekawostką jest wystrój świątyni, który jest dziełem miejscowych górali – we wnętrzu znajduje się wiele ludowych świątków i malowideł:

Albo Zamek w Będzinie wzniesiony  na miejscu wcześniejszego, średniowiecznego grodu. W XIV wieku Kazimierz Wielki w tym oto miejscu, do kamiennej wieży z XIII wieku postawionej prawdopodobnie przez Bolesława Wstydliwego, dobudował zamek, tworząc przygraniczną (Małopolska i Śląsk) warownię obronną. Zamek mieści się nad Czarną Przemszą i jest w ogóle ścisle związany z utratą Śląska i jego przejściem pod panowanie czeskie (1348). Bowiem granica między Koroną Polską a Czeską przebiegała wówczas na linii Czarnej Przemszy, a więc u samego podnóża zamku.  Zbudowany jest w systemie Orlich Gniazd i obecnie znajduje się w nim Muzeum Zagłębia:

Kolejny to bajeczny Zamek w Mosznie, który jest jednym z najbardziej znanych obiektów zamkowych na ziemi opolskiej. Był rezydencją pruskich potentatów przemysłowych – rodu Tiele-Wincklerów. Budowla powstała w połowie wieku XVII i posiada 365 pomieszczeń i 99 wież i wieżyczek. Nadają one tej budowli niezwykłego uroku, to dzięki nim zamek często jest określany jako „polski Disneyland” lub „bajkowy zamek”. Do pałacu przylega szklana oranżeria z egzotycznymi roslinami. Atrakcją jest także park ze stawem i stadnina koni angielskich, a w maju w zamku odbywa się doroczne święto kwitnącej azalii. Dzisiaj zamek jest siedzibą  Ośrodka Terapii Nerwic (sic!):

Zaskakujący Pałac Branickich w Białymstoku, to z kolei późnobarokowa, wspaniała rezydencja magnacka nazywana „Wersalem Podlasia”. Wcześniej, gdzie obecnie stoi Pałac Branickich, stał murowany obronny zamek Wiesiołowskich. Pod koniec XVII wieku przebudowany przez Stefana Mikołaja Branickiego. Obecny kształt uzyskał dzięki rozbudowie dokonanej przez Jana Klemensa – marzącego o polskiej koronie w latach 1720-1722. Podczas II wojny światowej prawie doszczętnie zniszczony, odbudowany w latach 1946-1960. Wokół pałacu rozciągają się wspaniałe ogrody oraz park w stylu francuskim:

I jeszcze Zamek w Gołuchowie o charakterze obronnym wzniesiony około 1650 roku dla R. Leszczyńskiego. Rozbudowany przez jego syna Wacława w okazałą rezydencję magnacką. W XIX wieku  Izabella z Czartoryskich Działyńska, odrestaurowała zamek nadając mu styl renesansu francuskiego. W zamyśle zamek miał być nie tylko rezydencją mieszkalną, ale również muzeum. Otacza go 162 hektarowy park krajobrazowy, największy w Wielkopolsce:

Natomiast Zamek w Łańcucie, pod koniec XVI wieku należał z  kolei do sławnego awanturnika, Stanisława Stadnickiego, zwanego „diabłem łańcuckim”,  który prowadził ciągłe spory z sąsiadami. Doprowadziło to do zburzenia zamku. Odbudował go jeden z najbogatszych magnatów, Stanisław Lubomirski, tworząc silnie ufortyfikowaną rezydencję. Wokół zamku rozciąga się angielski park krajobrazowy, a w dawnych zabudowaniach gospodarczych mieści się największe w Polsce Muzeum Powozów:

Na deser te, które są pod opieką UNESCO. Zamek krzyżacki w Malborku, położony nad Nogatem, jest największym tego typu zabytkiem w Europie. Ta monumentalna gotycka twierdza powstała w różnych okresach. Kiedy Malbork został stolicą państwa zakonnego i siedzibą wielkiego mistrza, zamek gruntownie przebudowano. Od 1466 roku przez trzy wieki Malbork znajdował się w granicach Polski, funkcjonując jako najważniejszy arsenał w północnej części rzeczpospolitej. Od 1997 roku jest na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO:

Ratusz w Zamościu, obecnie siedziba Urzędu Miasta, górujący na zamojskim rynku. Wyróżnia się on wysoką wieżą zegarową i szerokimi wachlarzowymi schodami. W południe z wieży rozlega się hejnał skomponowany przez mieszkańca Zamościa Aleksandra Bryka. Zanim ratusz uzyskał dzisiejszy charakterystyczny wygląd był wielokrotnie przebudowywany. Nad ozdobnym wejściem do ratusza znajduje się herb miasta z jego patronem św. Tomaszem. W 1992 Stare Miasto  w Zamościu wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO:

I jeszcze jeden, tym razem Ratusz z Poznania. Swój obecny kształt zawdzięcza Janowi Baptyście Quadro, który w połowie XVI wieku przebudował ratusz zniszczony przez pożar. Na bogato dekorowanej fasadzie przedstawiono wizerunki władców, sceny biblijne oraz symbole cnót. Renesansowe wnętrze ratusza również zasługuje na szczególną uwagę. Najbardziej charakterystycznym elementem ratusza są dwa mechaniczne koziołki na wieży, trykające się dwanaście razy w południe.
Kończymy spacerek po historii, najbardziej „zepsutą” miniaturą. „Szewc bez butów chodzi” to prawda. Najgorzej wykonaną, mimo naprawdę rzetelnego podobieństwa jest? Pałac Sułkowskich w Bielsku-Białej!

A wielka szkoda, bo to naprawdę przepiękny, murowany zamek, wzniesiony już w drugiej połowie XIV wieku przez księcia cieszyńskiego Przemysława I Noszaka. Oba zdjęcie wykonałam w moim mieście,  zdjęcie miniatury pod linkiem:

W następnych latach nasz zamek był stopniowo rozbudowywany. Od XVI wieku zyskiwał charakter rezydencji pałacowej. Kilkakrotnie uległ spaleniu. Swoją obecną formę zamek zawdzięcza największej przebudowie z lat 1855-1864. Według projektu wiedeńskiego mistrza Jana Poetzelmayera i miejscowych architektów powstała eklektyczna sylwetka, nawiązująca do gotyku, romanizmu i renesansu. Dziś w zamku znajduje się muzeum poświęcone dziejom miasta, dział archeologii, etnografii, oraz kolekcja malarstwa polskiego z XVIII-XIX wieku.
I to już naprawdę koniec inwałdzkiego spacerku po historii. Mocno wierząc, że właściciele nie będą po macoszemu traktować tej polskiej części parku, czekamy na dalszą jego rozbudowę, by… przyjechać znów – ew

fot. ewolny Inwałd, Bielsko-Biała

Bałotny mówi helou 002


Grafika: bagienny.net
www.bagienny.net

Wielki Kanion – wielkie emocje, czyli na najwyższym balkonie świata

Parafrazując „kto z miłości nie umarł, nie potrafi żyć”, kto ze strachu nie umarł, nie potrafi żyć…

„Do Wielkiego Kanionu Kolorado (Grand Canyon of the Colorado) co roku przybywają 3 mln ludzi, a mimo to wyobraźnia człowieka nadal pozostaje wobec niego bezradna. Żadna fotografia, żadne dane statystyczne nie są w stanie przygotować na taki ogrom.
Gigantyczną „dziurę w ziemi”, głęboką na ponad milę i szeroką na 4-18 mil, wypełnia bezkresna, zdawałoby się, przestrzeń o oszałamiających kształtach i kolorach: od jaskrawych po najciemniejsze, od stromych cypli skalnych po strzeliste, niezdobyte wieżyce z piaskowca. Przyroda pokazuje tu taką potęgę i obojętność wobec krótkiego żywota ludzkiego, że człowiek czuje się nie tyle rozczarowany, ile mały i bezsilny. Żadne z serwowanych tu atrakcji nie są w stanie dorównać pierwszemu osłupieniu, w jakie wprawia ziejąca pod stopami otchłań. Widoki z krawędzi, chociaż na zdrowy rozum powinny być statyczne, zmieniają się jak zaczarowane, od świtu do zachodu słońca…”

Tyle za przewodnikiem onetu… Gdy 28 marca 2007 roku otworzono platformę Skywalk, by zwiedzający Grand Canyon mogli dostąpić zaszczytu próby ogarnięcia wzrokiem całości, popełniłam wpis. Wpis, pod którym napisaliśmy aż 83 komentarze. Słownie: osiemdziesiąt trzy! Chcieliśmy, marzyliśmy, umawialiśmy się… Evita napisała, że pojedzie na pewno w lato. No i jest w lato!  Nie napisała przecież w które.
Platforma w Grand Canyon, zbudowana została dla turystów z silnymi nerwach i mających niezłą sumkę wolnych dolarów na wstęp. Dla nich to bowiem, przygotowano niezwykły, bo szklany taras widokowy – konstrukcja przypięta do pionowych ścian kanionu, a pod nią głęboka na 1220 m (sic!) przepaść i zapierające dech widoki – niewątpliwie to tylko dla ludzi bez lęku wysokości. Dość powiedzieć, że przeciętny wieżowiec ma 30 m, czyli? 40 wieżowców! Przemawia to do mnie dogłębnie…
Bo mimo, że z gór, rozkochana w górach, takowy lęk wysokości mam.  Nie ja jedna. Nie podejdziemy do brzegu tamy, na balkon w wieżowcu, na ostrych zakrętach górskich szlaków, gdy jedna ze ścian schodzi pionowo w dół, paraliżuje i obezwładnia nas strach. Nogi stają się ołowiane lub z galarety, pulsuje w skroniach, serce wyskakuje z ram,  jest pocenie i trzęsawka. Coś, jakaś niewidzialna siła ciągnie okropnie w dół… Jest też lęk, że podmuch wiatru zmiecie nas jak piórko. Jeśli podziwiać widoki, to owszem z każdego wysoka, ale z perspektywą w dal, nie bezpośrednio w dół. Z pewnością to byłoby nieprawdopodobne wyzwanie zmierzyć się z samym sobą, by poczuć czy da się znieść tę masę adrenaliny, zawrót głowy i zapierającą dech niemoc, mając pod stopami takie oto obłoki. Poczuć i być może wygrać ze swoimi słabościami.
Niewykonalne! Sprawdziłam na tej samej wysokości na własnej skórze.  Góra Barania (1220)… na niej wieża i totalna porażka. Zakończona łzami.
Pozostaje zatem tylko napawać się  zdjęciami. Już po drodze widzimy stale cudowny horyzont, cudowne, niespotykane  drzewa Jozuego (jukka krótkolistna), cudowną tamę Hoovera, wkomponowaną tak mimochodem w tą niepowtarzalną topografię terenu no i wreszcie sam cel – majestatyczny kanion, będący najwyższym balkonem świata… Oglądam te MMS, czytam „Babo, popłakałam się, życzę Ci ze szczerego serca, byś tego doznała” i nagle okazuje się, że nie tylko poprzez swe dzieci realizujemy „niespełnione marzenia”. Zapraszam – ewolny





fot. evita_duarte USA, Arizona
www.marzenkowonyc.wordpress.com

OldTown 200(5)9, czyli rzeczywistość alternatywna

Czy ktoś  z Was zastanawiał się jak wyglądałby świat w roku dajmy na to 2059, gdyby któremuś z włodarzy na Kremlu lub w Pentagonie „omsknęła się ręka” i wywołał światową wojnę atomową? Wizja straszna, przygnębiająca i dziękujmy Opatrzności, że nie znamy jej z autopsji. Przecież wielu z nas by jej w ogóle nie poznało!

Ale Człowiek to persona przekorna, ciekawska i ma nieograniczoną wyobraźnię. Tedy trudno się dziwić, że w literaturze, filmie czy grach komputerowych, co raz pojawiają się nowe wizje z gatunku, „Co by było, gdyby było…” Te wizje bywają bardzo różne, „Mad Max”, „Wodny Świat” czy „Fallout” przedstawiają bardzo odmienne światy. Łączy je jedno – rozległe pustkowia. To logiczne, skoro zakładamy, że większość ludzkości zginęła w atomowym konflikcie, to ci nieliczni, którzy przeżyli, siłą rzeczy będą się grupować w oazach rozdzielonych rozległymi, pustymi przestrzeniami. I właśnie taki jest pomysł wyjściowy dorocznej imprezy o nazwie „OldTown”, na którą co roku dociera co raz więcej zakręconych desperatów. Są oni gotowi z własnej woli, tylko dla zabawy, przez tydzień żyć w warunkach urągających osiągnięciom cywilizacji. Bez bieżącej wody, elektryczności czy prawdziwego dachu nad głową. W tym roku było ich niemal 300 osób! Impreza odbywa się na starym, poradzieckim lotnisku w Kluczewie koło Stargardu Szczecińskiego, które bardzo udatnie udaje rozległe, jałowe pustkowia świata po apokalipsie.

Generalnie zabawa ta oparta jest o dwa „wynalazki” współczesnej rozrywki. Są to: gry typu „Larp” oraz broń systemu ASG. Aby łatwiej wytłumaczyć laikom, o co tu chodzi spróbowałem zdefiniować te pojęcia.

LARP (ang. live action role-playing) – odmiana gry fabularnej rozgrywana na żywo. Larpy są podobne do improwizowanej sztuki teatralnej. Reżyser i scenarzysta w jednej osobie, zwany mistrzem gry, jest jedyną osobą, która zna założenia scenariusza w całości. Reszta uczestników (graczy) staje się aktorami – wciela się w swoje postacie i odgrywa przydzielone im role w tworzonej wspólnie historii, samodzielnie decydując o działaniach kreowanej postaci. Dzięki temu przebieg takiego „przedstawienia” nigdy nie jest znany z góry. Mile widziane jest wczuwanie się w klimat gry i odgrywanie postaci w sposób adekwatny do realiów świata i epoki. Stąd kostiumy, specyficzne słownictwo i dbałość o scenografię. Większość rozgrywanych w Polsce larpów odwołuje się do średniowiecza, światów fantazy (Sapkowski, Tolkien, „Harry Potter”) lub ewentualnie znanych filmów s.f. („Star Wars” i „Star Trek”). Imprezy takie gromadzą zazwyczaj kilkadziesiąt osób i trwają kilka lub kilkanaście godzin, maksymalnie półtorej doby. Stowarzyszenie Mage.pl, którego jestem członkiem organizuje takie imprezy cyklicznie. Ciekawych czytelników zapraszam na ciekawą prezentację działań stowarzyszenia,  przygotowaną przeze mnie na -> YOUTUBE.

ASG (ang. Air Soft Guń) – repliki broni palnej w skali 1:1 strzelające najczęściej plastikowymi lub ceramicznymi kulkami o wadze 0,12 do 0,33 g. System ASG jest chyba najbezpieczniejszy z możliwych do użycia w trakcie dorosłej zabawy w wojsko. Energia pocisku jest mniejsza niż w wypadku paintball’a i aby zapewnić sobie bezpieczeństwo wystarczą gogle do ochrony oczu, nie ma potrzeby zakładania kombinezonów. Przy tym karabiny i pistolety wyglądają bardzo „naturalnie” i ułatwiają graczom wczucie się w rolę. Broń ASG służy zazwyczaj do szkolenia służb specjalnych oraz krótkich, kilkugodzinnych rozgrywek, tak zwanych „strzelanek”. To forma kontrowersyjnego sportu, bardzo podobna do paintball’ola, tylko bardziej wiernie oddająca realia pola walki. Ta wysoka wierność w stosunku do oryginałów wykorzystywana jest też przez filmowców. Niemal cała broń używana obecnie w trakcie realizacji filmów to modele systemu ASG. Znakomicie udają oryginały i zapewniają bezpieczeństwo ekip filmowych. Nie lubię broni palnej, ale muszę przyznać – rzeczywiście trudno sobie wyobrazić świat „Mad Max” czy „Terminatora” bez jej użycia.

Organizatorzy i pomysłodawcy „OldTown” postanowili połączyć te dwie idee. W efekcie powstała niepowtarzalna impreza. Trwa niemal tydzień, a więc jest to najdłuższy w Polsce Larp (i chyba też największy), a jednocześnie najdłuższa „strzelanka”. Specyfika imprezy polega na tym, że rozgrywka trwa bez przerwy, dzień i noc przez niemal tydzień, bez jakichkolwiek przerw na noclegi czy posiłki. Uczestnicy muszą połączyć realne życie z fikcyjną fabułą. Daje to niespotykaną autentyczność przeżywanych przez graczy sytuacji.

Tytułowe OldTown to w założeniu scenariusza osada („niby” miasto) otoczona „pustkowiami”. W osadzie, niczym w miasteczkach Dzikiego Zachodu, lokalna społeczność stara się zorganizować sobie życie na nowo. Odbywają się wybory, ustanawia się prawa i kodeksy, są powoływane władze, w tym coś na kształt milicji chroniącej miasto przed atakami z zewnątrz i dbającej o ład wewnętrzny. Kupcy i rzemieślnicy rozwijają swoje geszefty, a wędrowne trupy kuglarzy umilają mieszkańcom życie. Krąży lokalna waluta – „kapsle”, a nieregularnie wychodzą nawet gazety. Tymczasem na otaczających miasto „pustkowiach” grasują współzawodniczące ze sobą bandy złoczyńców oraz wyjętych z pod prawa mutantów i wykolejeńców. Przeprawa przez nie to zawsze trudna i niebezpieczna wyprawa. Można zostać obrabowanym, wziętym do niewoli, a nawet „zabitym”. Co dziwniejsze, w wypadku Kluczewa słowo „pustkowia” powinienem chyba napisać bez cudzysłowu. Rozległość płyty lotniska spowodowała, że z obozu do najbliższej cywilizacji jest około cztery kilometry mało sympatycznego spaceru po pustej, rozgrzanej w słońcu i zakurzonej płycie lotniska.

W trakcie zabawy fikcyjny świat larpa przeplata się tu cudownie z prozą życia. Trzeba przecież coś jeść, gdzieś spać, znosić palące słońce albo ulewne deszcze, czasem się umyć, czasem wybrać się przez pustkowia do sklepu. Doszło do tego, że na terenie miasteczka działa prawdziwa knajpa, urządzona w opuszczonym i zaniedbanym bunkrze. Zorganizował ją człowiek prowadzący w Stargardzie jakiś Fast-Foot. Oprócz tego jest szpital z prawdziwym lekarzem, a nawet pojawiają się próby otwierania świątyń różnych, przeważnie fikcyjnych religii. Jedyne, co organizatorzy zapewniają „z cywilizacji” to kilka Toy-Toy’i i duży kontener na śmieci. Reszta to nieograniczone pole do popisu dla pomysłowości graczy. Mój syn zorganizował na przykład ekipę „Taksiarzy”. Mają kilka niezwykłych samochodów oraz motocykli i „za opłatą” przewożą pod zbrojną eskortą obywateli miasteczka przez pustkowia, zapewniając ochronę przed napadami „złoczyńców”. Ten fabularny zamysł ma jednak też całkiem praktyczne zastosowania. Ludzie jeżdżą z nimi do sklepów, wykąpać się w jeziorze czy po prostu do przystanku autobusowego. Bywały dni, że robili 10 takich kursów. Jak widać, granica między grą, a światem realnym, w innych larpach konkretna i oczywista dla wszystkich, na OldTown się rozmywa i niemal całkowicie zaciera.

Byłem tam w tym roku, w samym apogeum zabawy. Spacerowałem po uliczkach OldTown (miasteczka namiotowego), obserwowałem scenografie, stroje i zachowania uczestników. Nikt mnie nie znał, ja nie znałem nikogo. Całkiem jakbym był w obcym mieście. Złapałem się wtedy na myśli, że to przestaje być tylko zabawą, dobrowolnie przyjętą przez uczestników konwencją. Mnogość ludzi, różnorodność kreowanych przez nie postaci, bogactwo zdarzeń fabularnych przeplatających się z rzeczywistymi problemami życia codziennego (permanentny brak wody do mycia!) – to wszystko powoduje, że zapomina się, iż to wszystko jest kreacją, że to tylko forma teatru. Nawet mnie, widza z zewnątrz, wciągnął ten fascynujący, skomplikowany, poznawany wszystkimi zmysłami, choć teoretycznie tylko fikcyjny świat OldTown.

- No, wystarczy tego gadulstwa! Najwyższa pora ruszać w drogę! Bywaj zdrów do następnego spotkania na pustkowiach! – rzekł do mnie tajemniczy podróżnik, a po chwili jego niezwykły pojazd zniknął w chmurze niebieskich spalin.
Tips_Senior

PS. Pooglądajcie zdjęcia, może Wy też zapragniecie przeżyć taką  przygodę?

Przygotowania do OldTown to ciężka, kilkudniowa praca. Samochody muszą być sprawne, ale wyglądać jak najgorzej!

Obóz Taksiarzy na obrzeżach OldTown. Stąd odjeżdżały konwoje do Kluczewa lub nad jezioro Miedwie:

Wewnątrz obozu poważna, pilnie strzeżona zbrojownia. Spokojnie – to tylko ASG:

Podobnie pilnie strzeżone są pojazdy – największy „majątek” Taksiarzy:

Najmniejszy samochód Taksiarzy – klasa bolid eskortowy, nazwa slangowa „Bambino”:

Kolejny pojazd – klasa niszczyciel eskortowy. Silnie uzbrojona maszyna, posiadająca tylnego, bocznego i górnego strzelca. Najszybszy pojazd na pustkowiach!

Największy pojazd Taksiarzy – klasa liniowiec, nazwa slangowa „Nyssan”. W praktyce bywało, że nad jezioro jechało nim jednocześnie 18 osób:

Ulubiona maskotka Taksiarzy – dwumetrowy boa-dusiciel, jak najbardziej żywy i drapieżny:

Inwencja i pomysłowość mieszkańców OldTown znacznie przekracza tę, którą  wykazali się kostiumolodzy „Mad Max’a” lub „Wodnego Świata”:

Brama wjazdowa do obozowiska bractwa BoB (Brotherhood of Beer – „przyjaciele piwa”). Właśnie ta formacja spełniała rolę milicji pilnującej porządku w OldTown i okolicach:

W OldTown panuje demokracja bezpośrednia. Wieczorny wiec mieszkańców:

Bractwo BoB rzetelnie wypełniało swoje zadania. Na zdjęciu pododdział w trakcie rutynowego patrolu na pustkowiach:

Tips_Senior

Türkiye Cumhuriyeti – kraj czterech mórz

Oludeniz- Lądowanie w Turcji – Lądując i wpatrując się z wysokości na Turcję, miałem wrażenie, że jest to kraj gór. Nie myliłem się. Poznając bliżej Turcję dochodzi się do wniosku, że tam pasma gór o szczytach kończących się na wysokości naszych Tatr wyrastają jak kraj długi i szeroki. Niestety tych gór nie można zakosztować. Widoczne niby szlaki to jedynie strefy przeciwpożarowe, by ogień nie rozprzestrzeniał się:

Oludeniz – Laguna - Na miejscu z miejsca zakochałem się w okolicy. Zawsze marzyłem, by mieć dwa w jednym, czyli góry i morze. Tam skaliste zbocza wpadają do falistych wód Morza Śródziemnego. Plaża nad morzem okazała się kamienista ale już Błękitna Laguna powitała nas miękkim piaseczkiem i długo płytkim wejściem do wody. Podczas opalania się bądź wylegiwania pod parasolem cieszył oczy swojski widok, nazwanego przeze mnie Brata Bliźniaka, Giewontu. Laguna mieściła się na terenie Narodowego Parku Przyrody:

Efez - Wycieczka do Efezu to spotkanie ze starożytnością. Pamiętające czasy Rzymian ruiny Łuków, Amfiteatrów, Łaźni i Bibliotek połączonych tunelami z Domami Publicznymi, by zaspokajać potrzeby ducha i ciała. Największe wrażenie robi Biblioteka Celsjusza, która jest wizytówką Turcji na okładkach wielu przewodników po tym kraju. Łuki triumfalne to majstersztyk budownictwa. Wykonane bez użycia spoiwa przetrwały do dziś. Trzymają się dzięki obliczeniom współcześnie żyjących inżynierów, ułożone jak klocki:

Pamukkale – Ósmy cud świata rozpoczyna się od kąpieli w Basenie Kleopatry. Ciepła woda źródeł termalnych w połączeniu z niesamowitą scenerią miejsca tj.: filary starożytnych budowli pod wodą, płatki kwiatów pływające po wodzie, wszędzie palmy i różnokolorowe kwiaty, półokrągłe mostki…

Udając się następnie na Tarasy Wapienne z cudownego zielonego raju wchodzimy w świat bieli. Sceneria jak na lodowcu, gdzie śnieg i lód dominuje tylko turyści ubrani w kąpielówki przypominają o panującym tutaj cieple. Spacer w pewnym momencie staje się torturą dla stóp, gdyż malutkie kamyki i zakaz używania obuwia robią swoje. Szybko jednak zapomina się o tym, bo zauroczeni tym miejscem zapominamy o świecie, jednocześnie kochając go coraz bardziej:

Osiem lat temu powstały tam dwa bogate hotele, które wodę do basenów doprowadzały z Tarasów, co doprowadziło do katastrofy ekologicznej. Wyżłobione tarasy na skutek zmniejszenia dopływu wody niszczały. Człowiek na szczęście w porę spostrzegł problem i zburzono szybko hotele. Pozostał jednak ciekawy wniosek. Gdyby Wapienne Tarasy zostały zniszczone przez bezmyślność właścicieli hoteli to żaden turysta nie przyjechałby do tych miejsc bo i po co? Błędne koło prawda? No raczej obłędne:

Zauroczony Turcją i z chęcią powrotu, polecam wszystkim to miejsce.
fot. Tomek Turcja

Świat w pigułce, czyli kilka subiektywnych kadrów z Inwałdu cz.1

Od pamiętnej wycieczki Niuńka, którego zdjęcia mogliśmy podziwiać jeszcze na Tymczasowie, prześladowała mnie jedna myśl, dlaczego ustawiali ją obok każdej miniatury, przez  co obecność tego Guliwera, skutecznie zaburzała proporcje i tym samym wyobrażenie rzeczywistości. Chciałam to naprawić robiąc nowe, lepsze zdjęcia, tym bardziej, że Park Miniatur, stale jest rozbudowywany i uzupełniany o nowe budowle. Z wycieczki jestem zadowolona, ze zdjęć już mniej. Park Miniatur w Inwałdzie, umożliwia niespotykanej liczbie wielojęzycznych wycieczek „zwiedzić” miejsca, do których pewnie nigdy by nie dotarli. To musi i robi wrażenie, ale i męczący tłok. Wszystkich miniatur tu nie wymienię, skupię się jedynie na tych, które wywarły najbardziej pozytywne jak i negatywne wrażenia. Dwa bieguny.  Zapraszam.

Zdjęcie lepsze niż replika budowli widzianej nawet z kosmosu – mur chiński. Ech…

Wita nas Statua Wolności i muszla koncertowa Opery w Sydney, których nie da się sfotografować bez zbędnego, zaśmiecającego tła.  Takich miniatur niestety jest tu sporo,  miniatur o naprawdę światowym, wielce historycznym znaczeniu, niestety na tle karuzel, barów, pergoli z pelargoniami.  Komercja. Na szczęście tego problemu  nie ma ulubiony pomnik Tomka – Chrystus Zbawiciel z Rio de Janeiro. 32 metrowy pomnik na górze Corcovado (Garbus) to symbol miasta i gościnności Brazylijczyków, którzy witają przybyszów otwartymi ramionami. Statua odslonięta w 1931 roku, miała upamiętnić setną rocznicę niepodległości Brazyli. Ciekawostką jest fakt, że pomnik zaprojektował Paul Landowski, francuski rzeźbiarz polskiego pochodzenia:

Wrażenie robi też jordańska Petra, ruiny starożytnego miasta Nabatejczyków z I-II w.n.e. Ta wykuta w skale piętrowa budowla, zwana przez Beduinów „Skarbcem Faraona”, jest od 2007 wpisana na listę nowych, siedmiu cudów świata:

Z niesmakiem mijamy londyński Big Ben, o którym piszą, że to kompleks łączący wieżę, dzwon i zegar, które to wchodzą w skład kompleksu brytyjskiego parlamentu. 96 metrowa wieża wykonana z ciosanego kamienia, jest niewątpliwie symbolem Wielkiej Brytanii, ale tu mała, skromna i samotna, budzi raczej niesmak. To samo z paryską Wieżą Eiffla, która raczej przypomina niepotrzebny słup wysokiego napięcia – brak zachowanych proporcji, otoczenia, tła – to się mści.
Zatrzymujemy się natomiast przy Tadż Mahal, indyjskim mauzoleum wzniesionym przez Szahdżahana z dynastii Wielkich Mogołów. On to właśnie na pamiątkę przedwcześnie zmarłej, ukochanej żony Mumtaz Mahal, przy pomocy 20 tysięcy osób, z materiału sprowadzanego z odległości 350 km, wzniósł budowlę, ktora obecnie jest przykładem szczytowych osiągnięć architektonicznych Indii. Stąd słusznie wpisana na listę siedmiu nowych cudów świata. Na uwagę zasługuje sam bogato zdobiony grobowiec, którego marmurowe powierzchnie pokryte są tysiącem kamieni szlachetnych, półszlachetnych i dekoracją kaligraficzną z czarnego marmuru. Ot, po prostu miłość:

Wrażenie robi też Sfinks, posąg symbolizujący leżącego lwa. Niestety prosić musiałam o sekundę przerwy, bo każdy, ale to każdy koniecznie chciał mieć zdjęcie… jak siedzi na nim na oklep. Żal. Niewątpliwie, w części „zagranicznej”, najpiękniej i z rozmachem, odtworzona jest watykańska Bazylika św. Piotra.  To miłe, gdyż to najsłynniejsza i jedna z największych świątyń chrześcijańskich na świecie, której początki sięgają 324 roku, kiedy to Konstantyn nakazał wybudowanie potężnej świątyni ku czci św. Piotra. Z biegiem lat przebudowywana i wzbogacana. Pracował przy niej m.in przez Bramante, Rafael, B. Peruzzi, A. Sangalo i Michał Anioł. W 1926 roku uroczyście poświęcono jej 15160 m² powierzchni i 119 metrów w kopule:

Tak samo jak uwielbiane przez nas każde Coloseum. Tu amfiteatr Flawiuszów, wybudowany w Rzymie w latach 72-80 naszej ery. Wysokość 55 metrów, szerokość 156 metrów, długość aż 188 metrów. Amfiteatr ten mieścił 50 tys. widzów siedzących i 6 tys. widzów stojących. Fasada tego Koloseum wykonana jest w trzech stylach: doryckim, jońskim i korynckim. Wykonanie miniatury zasługuje na pochwałę:

Darujemy sobie Łuk Triumfalny oraz Bramę Branderburską, kompletnie nie zajmuje nas Biały Dom, zatrzymujemy się natomiast na dłużej przed wenecką Bazyliką św. Marka.  San Marco zbudowana została  dla pochowania relikwii św. Marka, wykradzionych w 828 z Aleksandrii przez weneckich kupców. Pomysł  ten, związany jest z legendą zgodnie, z którą Marek podczas podróży morskiej do Rzymu zatrzymał się na tej lagunie, gdzie anioł mu rzekł pax tibi, Marce evangelista meus wskazując miejsce pochówku. Św. Marek jest patronem niezależnej Wenecji  a skrzydlaty lew, przytrzymujący otwartą księgę z wyrytymi słowami anioła, to herb republiki:

Omijamy meksykańską świątynię Kukulkana, „dzień dobry” mówimy  moim ulubionym posągom z Rapa Nui, które z Wysp Wielkanocnych przywędrowały za nami aż w Beskidy:

Rezygnujemy z przejazdu nad tym światem w pigule „kołem młyńskim”, z odwiedzin w kinie 3D,  z błądzenia po labiryncie, oddajemy swoje bilety obcym dzieciom i przechodzimy do niewątpliwie LEPSZEJ, cudownie wykonanej  polskiej części parku.

fot. ewolny Inwałd
Zobacz również:
- Inwałd, czyli szlakiem polskich zamków cz.2