Statek wypłynął na głębokie morze. Błękit czarował zmysły mącony jedynie sunącymi co jakiś czas pod pokładem obłoczkami. Patrząc w górę Eulalia i Maszyna dostrzegli niknący w dali przystanek z walającymi się obok butelkami po winie. Naprężone żagle dumnie pchały ten dziwaczny wehikuł który zapomniał o prawach grawitacji. Tadek łopocząc na bocianim gnieździe zastanawiał się czy został tutaj umieszczony by spełniać funkcje wypatrywacza gór lodowych czy też może idealnej dla tejże załogi bandery. Dyskretnie odpiął górny guzik płaszcza i wystawił na światło dzienne swoje ciekawe oko.
* Niech myślą żem rzeczywiście skapcaniał a tymczasem podywaguje sobie o nich – powiedział do siebie wyciągając notes i tkwiący za uchem ołówek upaćkany woskiem.
Grafit trafił na linie pożółkłego papieru:
„Dookoła świat przetaczał się powoli. Pustynne piaski zastępowały góry, jeziora, miasta… ktoś ciągle coś mówił, dopowiadał, komentował. Eulalia, Maszyna, Brodaty Kapitan i inni. Słowa dźwięczały przez jakiś czas ale niechybnie pozostawały jak rzucone w wodę koła ratunkowe za nami. Wiem! One nie zostawały tylko czekały, wyznaczały drogę by kiedyś rzucić się w oczy i coś podpowiedzieć. Dlaczego oni mnie stworzyli? To przedziwni ludzie, tacy którym wystarczają słowa by być razem. Oni przecież są tak daleko od siebie i tak pozostaną a ciągle są obok siebie. Jak dzieci cieszą się, że odnaleźli swoje ślady na jakimś szlaku górskim, że wyciągnęli drapaczkę zza mogilnej płyty jakiegoś cmentarza. Nierozłączni przyjaciele płynący jednym statkiem ale po innych wodach.”
Tadka zaskoczyło nagle lasso stworzone z kłębka wełny. To Eulalia złapała go by ściągnąć na dół bo właśnie zupa dochodziła w garnku. Maszyna uczył się gotować bo jego świeżo poślubiona żona nie jadała zup.
- Panie i panowie, jarzynowa z mrożonki podana do stołu! – Tomek
- Jarzynowa na wczorajszych niciach z wieprzowych rolad, zatem treściwa jak trza – dodała pod nosem półgębkiem, bo coś ściąganie Tadzika w dół, szło jej dziś ady nad wyraz coś marnie. W ogóle miała ostatnio kiepskie, by nie rzec skundlone dość dni. Wolałaby zamiast stać za kuchnią, wziąć stery w ręce, wypłynąć z mielizny na szerokie wody i poszukać tych słownych kręgów, odłożonych na cięższe dni… Dlatego przywiązawszy wreszcie Tadzika rzeczoną wełną do krzesła, niczym balona do wózka, szybkim, wprawnym ruchem wyrwała mu z rąk sfatygowany fest notes:
- Eee, bo spierdołowaciejesz mi tu doresztnie. Oderwij no się od tego szkrobania na chwilę i zamień przy stole choć jedno słówko ze mną.
Tadzik nic nie rzekł na ony dyshonor i dalej siorbał głośno swą jarzynową, układając w głowie kolejne, okrągłe, ponadczasowe zdania. Zniechęcona Eulalia, rozwiązując w pasie pstrokaty fartuch, z rosnącym jednak zadowoleniem rozejrzała się po sali. Większość obecnych jadła w głębokim pochyleniu i tylko po ruchach głów, ramion i torsów, które jako żywo przypominały podskakujące radośnie kluski śląskie w gotującej się wodzie, domyślała się, że dziś zupa smakuje aż nadto. Większości twarzy nie widziała, a mimo to umiała powiedzieć o każdym słów kilka – ktoś soli za trzech, ktoś spieprza niezdrowo, ktoś słodzi, że mdli. No, wiadomo, ile ludzi tyle smaków. Ale jak dogodzić wspólnym garem? Wystawiła tacę z przyprawami i każdy może stworzyć co chce. Tworzyć.
Wstała, by rozprostować zastane kości. Tadzikowi mus repetę dolać – wytrzęsa chudzinę na górze… Nie dokończyła myśli, bo nagle spojrzała jeszcze raz na tadzikowy notes i szybko wzięła grafit, polizała koniuszek i zaczęła pisać:
Śmieciara
zielona pietruszka
listek laurowy
sól
pieprz
maga
marchewka
pietruszka
seler (jak 2-3 cząstki pomarańczy)
3-4 ziemniaki
cebula
ze dwa liście kapusty włoskiej
mały woreczek kapusty kiszonej, lub na wagę, ok 40 dag
kiełbasa do grzania
Tadzik, ugotuj w zupie kiełbasę w całości i zjedz se potem na kolację a możesz pokroić w kostkę jak zechcesz obiad treściwszy. W tym lekko posolonym wywarze, ugotuj potem jarzyny pokrojone w kostkę. Następnie, gdy prawie miękkie, dodaj wyduszoną, posiekaną drobno kapustę kiszoną i gotuj to do miękkości. Stop ze trzy łyżki tłuszczu (smalcu lub margaryny) na patelni i na to sypnij ze dwie łyżki mąki. Praż aż do uzyskania złotego koloru. To jest Tadzik zasmażka i ją dodasz do zupy na koniec gotowania. Popatrz jak kilkanaście razy z tym bulknie i wyłącz. Do garów chłopie a ja wybywam!!! Acha, Maszynie daj podwójną repetę, bo mu baba coś okoniem stoi. Kto mieczem wojuje…![]()
Idąc szybko w stronę kontuaru, dostrzegła jeszcze w kącie nienarzekającą nigdy postać – jest, to dobrze! Niech je na zdrowie. Uśmiechnęła się na wspomnienie ciepłego, życzliwego głosu wynurzającego się spod czarnej płachty, okrywającej aparat ustawiony na trójnogim statywie… – ewolny










Jak rozumiem, opowieść z Kluczem, nota-bebe rewelacyjna! Ten „klucz” jest chyba silniejszy, niż zdaje się samym autorom. Tekst „z rosnącym jednak zadowoleniem rozejrzała się po sali. Większość obecnych jadła w głębokim pochyleniu i tylko po ruchach głów, ramion i torsów, które jako żywo przypominały podskakujące radośnie kluski śląskie w gotującej się wodzie, domyślała się, że dziś zupa smakuje aż nadto.” jest tak dokładnie dopasowany do opowieści o POGORII, jakby autorka spędziła na jej pokładzie kilka tysięcy godzin. Właśnie tak wygląda obiad w mesie z punktu widzenia kuka.
Kurcze jak ja to przegapiłem. Byłem pewien, że ten tekst się nie pokazał na Eco. Jedno ze zdjęć ze szczytu Małołaczniaka przypomina mi pokład statku którym płynęli Eulalia, Kapitan, Maszyna i
Tadzio pod którym rozpościerają się połacie ziemi.
Na pokładzie zupa pewnie inaczej smakuje niż w domu? To jak ta wojskowa grochówka jedzona na wolnym powietrzu prosto z gara. Niedawno znajomi którzy do tej pory byli zupełnymi żółtodziobami i szczurami lądowymi wypłynęli w rejs po wyspach Chorwacji i Italii. Z pasją opowiadali o ekstazie jaką czuje człowiek po przebudzeniu i pierwszym oglądaniu z pokładu bezkresnej, sięgającej z każdej strony horyzontu wody. To coś jak pierwsze wyjście kosmonauty w przestrzeń kosmiczną i Tips czyż nie jest do pozazdroszczenia dla starego wilka morskiego?
Zlotos a to dopiero przed nami
- „Na pokładzie zupa pewnie inaczej smakuje niż w domu”.
W rzeczy samej. Na pokładzie Błatniej, Ewa zamówiła grochówkę z kiełbasą a ja? Krupnioczek z kapustą zasmażaną i chlebem. O dziwo, jedna porcja obejmowała aż trzy sztuki kaszaneczki. I wyobraź sobie, że zjadłam wszystko, mało tego, do serwetki spakowałam cały suchy chleb, który nam pozostał. A zanim Ewa wyszła ze schroniska, zjadłam na polu (oprócz jednej) wszystkie kromki
A klucz jest, i owszem, z mojej strony to alegoria do ecodnia
Z Tomka, pozornie ecodzien, bo to chyba jednak osią jest młoda żonka o letkim zabarwieniu feministycznym.
I BARDZO DOBRZE! Kto mieczem wojuje i etc