prowincjuszka
Zjeżdżaliśmy z Kinnekulle. Droga schodziła w dół łagodnymi meandrami, co rusz odsłaniając panoramę leżącego na równinie pod nami Götene.

Niebo się wreszcie przetarło na dobre i po porannych chmurach nie było śladu, wisiało nad nami łagodnie błękitne, rozświetlone wrześniowym słońcem. Minęliśmy cmentarz ogrodzony starym kamiennym murem, na którym zieleniły się połacie mchu wczepionego w zmurszały od erozji kamień. Na opustoszałym podjeździe, wzgardzone, leżały kulki kasztanów a ich kolczaste łupinki brązowiały pozbawione swej zawartości.

Gdzieś przy drodze, po prawej stronie, nieco pod nami, pojawił się i zniknął za zakrętem stary kościół, by po chwili pojawić się z innej strony i z dolnej perspektywy. Droga wciąż zbiegała w dół. Dokoła czerwieniały dojrzałe jarzębiny i głogi, złociły się wyschnięte pędy wysokich traw. Żółto przeświecały i rdzawo-czerwono połyskiwały liście drzew: brzóz, klonów i buków. Graby jeszcze się zieleniły, tylko ta zieleń zdawała się być coraz bardziej przejrzysta, jakby niknąca.
Niedziela to była, więc bezruch trwał na drodze, choć i w dzień powszedni zapewne nie ma tu zbyt dużego ruchu. Miejsce to nie jest przesadnie zaludnione. Mijane po drodze wioski to zwykle kilka stojących koło siebie małych, drewnianych, zwykle czerwonych domków, otulonych ogrodami, z obowiązkową werandą od strony południa. Pośród pól widać było dorodne, również czerwone, budynki gospodarcze leżących w pewnym oddaleniu od drogi , farm. Obowiązkowo i tam i przy tych małych domkach stał biały, wyniosły maszt, a na jego szczycie w podmuchach wiatru powiewała błękitna flaga z żółtym krzyżem.
Minęliśmy Kinneklva. Poznałam kamienny mur starej obory przemienionej teraz w przydrożną cafeteri. Z jej małych okienek poznikały już czerwone, wiszące pelargonie. Z dziedzińca poznikały drewniane ławy z oparciami i stoły. W dole mignął mi szczyt domu Sonji, i dwa samochody przy wjeździe na jej podwórze. Widać Sonja już wróciła z Anglii. Przez chwilę mignęła myśl, by zajechać, na chwilę, na słówko powitania. Ale „ to nie Polska” zmitygowałam samą siebie, bo już wiem jak niezręcznie się czują gospodarze (i ja również) gdy wpadam bez zaproszenia i bez, kilka dni naprzód uzgodnionego pieczołowicie, terminu.
Nie wypada…
Teraz droga już wiodła równo, bez zakrętów, bez niespodzianek. Osad przy drodze przybyło i stały się większe. Już niemal za jedną z wsi zobaczyłam potrójny szczyt wysokiej wieży kościelnej.
- Zatrzymajmy się tu – poprosiłam męża, a on posłusznie zjechał na wysypany grubym żwirem parking.
Kościół był z jasnego kamienia, z beżowymi zaciekami. Plac kościelny wytyczał niski kamienny murek oraz wyrastający zza niego równo przycięty żywopłot. Zza jego równej krawędzi, oraz zza metalowej, zamkniętej bramki wyłaniały się nagrobki.

Niektóre stare, omszałe, z krawędziami wygładzonymi przez lata. Inne nowe, z błyszczącego, wypolerowanego marmuru lub ciemnego lastryko. Spacer wzdłuż żywopłotu doprowadził do otwartej na całą szerokość bramy, z szerokim, asfaltowym podjazdem. Za bramą, w literę L ustawione stały budynki: gospodarcze, biało tynkowane z dołu i czerwono-drewniane z góry.

I mieszkalne, całe drewniane, tradycyjnie czerwone, z białymi ramami okien i drzwi.
Niewysoki płotek z łańcucha odgradzał część podwórza od placu kościelnego, do którego prowadziła żwirowana alejka, ze żwirem równo zgrabionym. W jego chrzęście wędrowaliśmy wokół kościoła. Wschodnia część wieży porośnięta była po sam dach winem, które jeszcze nie zdążyło sczerwienieć od chłodu.

Szliśmy wokół, odczytując napisy na najstarszych nagrobkach, podziwiając kształty krzyży i kunszt tablic aż doszliśmy do wejścia głównego, umieszczonego centralnie w wieży. Nacisnęłam metalową , zaokrągloną główkę klamki. Drzwi ustąpiły ze stuknięciem i skrzypem. Przestąpiłam szary kamienny próg, wyżłobiony półkoliście tysiącem stóp.

Kościół był w środku niewielki, nieco rozszerzający się tuż za przedsionkiem. Ściany nie pokryte tynkiem ukazywały niezbyt równe krawędzie jasnobeżowego kamienia z ciemniejszymi zaciekami.
Otoczyło mnie miękkie, pełne złotego pyłu światło i zapach starego drzewa. Cisza stuliła się wokół mnie, wygładziła wszystkie kanty, stłumiła stukot ciężkich butów.
Z złotego półmroku wkroczyłam pomiędzy ławki. Z wielkich okien z matowymi szybami sączyło się jasne, ale łagodne światło, nad głową jarzył się stary kandelabr. Podniosłam głowę i zobaczyłam twarze świętych patrzące na mnie z beczkowato sklepionego stropu.

Na jednej z ławek dostrzegłam otwarty gruby brulion a w nim odręczne wpisy. Przeważnie w języku szwedzkim, ale były angielskie i niemieckie. Dołożyłam tekst po polsku. Za ławkami dostrzegłam kazalnicę, niezbyt wysoką, drewnianą, bogato zdobioną.

Na wprost niej, pod przeciwległym oknem stała chrzcielnica, pamiętająca zapewne czasy Olofa Skötkonunga. Była kamienna, szara, z rzeźbionym, miejscami już pozacieranym ornamentem wokół wygładzonej krawędzi misy.

Zza drewnianego, zielono-złotego przepierzenia oddzielającego ołtarz od pozostałej części usłyszałam naraz cichy, męski głos. Zrobiłam krok do przodu i zobaczyłam parę ludzi stojących tuż przy ołtarzu. Stali do mnie nieco bokiem. Ona, średniego wzrostu, szczupła, z wyprostowaną sylwetką, w jasnej chuście na głowie i błękitnej, prostej sukni sięgającej do ziemi, trzymała w rękach maleńkie, ściśle zawinięte dziecko. Widziałam jej profil gdy podnosiła głowę by spojrzeć na swego towarzysza. Miała regularne rysy, jasną cerę i choć była bardzo młoda, na jej twarzy widać było wyraz niezwykłej powagi.
On był wysoki i smukły.Wyraźnie od niej starszy. Miał brązowe, połyskujące włosy, wijące się wokół twarzy ogorzałej od słońca. Nos miał nieco orli, ale podbródek łagodnie, niemal po kobiecemu zaokrąglony. Miał na sobie wąskie, skórzane spodnie, krótki ciemnobrązowy aksamitny kaftan i buty z wydłużonymi, cienkimi noskami. Oboje wyglądali dziwnie, jakby…jakby nie stąd i nie z teraz.
On mówił coś do kobiety, ale zrozumiałam tylko imię. Krystina. Ona milczała.
Odwrócili się od ołtarza i poszli ku wyjściu, mijając mnie obojętnie, jakby w ogóle nie zauważyli mej obecności. Gdy przechodzili obok mnie usłyszałam szelest sukni i poczułam delikatny zapach kwiatów.
Zmierzali powoli w stronę smugi słonecznego światła padającej ze szczeliny w niedomkniętych drzwiach. Wyszli, usłyszałam stuk ciężkich odrzwi, ucichły ich kroki. Wkroczyłam za nimi w złocistą smugę, ale zniknęli. Za drzwiami nie było po nich ni śladu.
…ocknęłam się w samochodzie. Auto jechało asfaltową drogą, powoli wchodząc w łagodny łuk zakrętu. Wyniosłe szczyty wieży, widoczne w bocznym lusterku znikały za koronami drzew. A potem w polu widzenia pokazała się niebieska tablica z białym napisem.
- Husaby – przeczytałam odwrócony napis z niejakim trudem.
Husaby ? Ale to było w Norwegii…
fot. prowincjuszka Szwecja
www.krainatrolli.blox.pl
Tag: prowincjuszka










O kurna!!! Przeczytałem i obejrzałem z wypiekami na twarzy. Andrzejowi Stasiukowi rośnie za morzem konkurencja, i to baaaardzo groźna!
Brawo Prowincjo, piękny tekst, zachłannie proszę o więcej!
Spędziłem w Norwegii niemal 2 lata, wydawało mi się, że znam tamten świat, tamten krajobraz, klimat i nastrój. A jednak…
Może to dla tego, że jestem „chłop”, może dlatego, że bywałem tam tylko „przejazdem”, szybko zarobić i wracać do rodziny w kraju, może dla tego, że miałem wtedy zaledwie 30 lat, może dlatego, że …
Jakby nie było NIGDY nie potrafiłem spojrzeć na odwiedzane kraje z takim ciepłem, taką szczerością emocjonalną, ani nawet tak wnikliwie, a jednocześnie życzliwie. Gratulacje.
Masz więcej takich pięknych tekstów? To dawaj, niecierpliwie czekamy.
Zauroczony opowieścią Prowincjuszki przeszukałem maps.google i znalazłem ten kościół. Leży na południowym krańcu rezerwatu (?) przyrody „Kinnekulle” (Prowincjuszko, jak poprawnie przetłumaczyć „naturreservat”?). Dla ewentualnych wędrowców podaję współrzędne geograficzne: 58.525252 szerokości geograficznej północnej i 13.379577 długości geograficznej wschodniej. Wystarczy wpisać do GPS, zatankować i już. Ale dla tych, którym szkoda paliwa podpowiadam, więcej zdjęć z tego magicznego miejsca znajdziecie na http://www.panoramio.com/map/#.....48&z=4
Obiekt nazywa się „Husaby kyrka”
Miłego oglądania!
To przedstawianie Skandynawii przez prowincje na fotografiach pozwala poczuć klimat tamtego miejsca. Już to pierwsze zdjęcie wprowadza w tamten nastrój. Takie połączenie surowości z błogim spokojem. Gdy patrze na te fotografie to czuje, że tam można by znaleźć ukojenie, zatrzymać i pooddychać pełną piersią. Poza tym jest tam coś swojskiego, naszego.
Dlaczego Szwecja nieodmiennie kojarzy mi się z Królową Śniegu, mrożącą m.in. serca? Może z powodu foty W okowach?
Ale w tym właśnie kontekście, tłumaczę sobie to delikatne ciepło, z jakim Prowincjusz niewątpliwie opisuje nawiedzane przez się kolejne szwedzkie miejsca z… jedyną jej obroną, przed ostateczną znieczulicą po zmrożeniu owego.
Jakieś takie od dawien skojarzenie mam, poza tym co już tu Tips powyżej napisał.
EW patrzac na to zdjecie mozna doznac takiego odczucia – wszystko wokol zmrozone, morze czy jezioro wolne od lodu.A co do kraju to takie mam skojarzenia: przenikliwe zimno,kolor zółto-niebieski, Sevensonem,samochody volvo,ladne kobiety (na szczescie sa nie tylko w Szwecji) olbrzymie jeziora, ktorych kranca nie widac, o czystej wodzie,zurawina -ktora dodajemy do pieczeni,domy z drewna,wikingowie na lodziach ;P,sok brzozowy z ktorego wytwarza sie wino deserowe i nie tylko.
Obiecuje napisac artykul o soku brzozowym na podstawie wlasnych doswiadczen.
Dominiku słowo się rzekło. Czekam zatem i myślę, że nie tylko ja na ten artykuł.
Dominiku – sok brzozowy to również rarytas na Białorusi. Można go tam kupić normalnie w supermarkecie podobnie jak kwas chlebowy. Oba próbowałem, kwas lubię, do soku brzozowego się jakoś nie przekonałem. Ciekaw jestem Twojej opinii.
Jednak ci co piją „Wodę brzozową” wiedzą co robią
Ja też czekam na wpis Dominika, zważywszy, że i u nas już jak na Białorusi – sok jest w sprzedaży. Ale czy ten sok leżał koło soku z brzozy? Komu by się opłacała dystrybucja za 6 zł?
Ew, na Białorusi sok brzozowy często jest wykorzystywany do produkcji alkoholu. Widziałem takie kubeczki do jego zbierania, przyczepione do naciętych drzew, całkiem jak u nas dawniej żywicowano drzewa liściaste. Potem taki sok jest mieszany ze spirytusem i jakimiś innymi składnikami i powstaje z tego… no własnie: co? Chyba trzeba by to określić jako nalewka. Ponieważ z założenia nie tykam alkoholu więc nie potrafię się wypowiedzieć na temat walorów smakowych tego napitku. Ale wiem, że jego domowa „produkcja” jest tam równie popularna, jak u nas ongiś domowa produkcja wina głogowego.
Dziękuję wszystkim za dobre słowa.
Jednak muszę Wam powiedzieć, że Szwecja naprawdę nie jest taka zimna jak to sobie wyobrażacie. Przede wszystkim – nie wiem czy wiecie, że odległość od północnych krańców do Malmo, które leży na południu jest prawie taka sama jak odległość od Malmo do Rzymu. Zatem zrozumiałe jest, że jest bardzo zróżnicowana pod względem aury.
Tu, na południu, gdzie mieszkam, pogoda nie jest gorsza niż w Polsce. Na dodatek tu jest więcej słońca. Na Warmii z nastaniem listopada co najmniej do końca stycznia słońce jest rzadkością. Tutaj, w Vastra Gotaland (tak się nazywa region w którym mieszkam) słoneczne dni są co najmniej dwa trzy trzy w tygodniu.
Polska teraz przeżyła atak zimy – w moim regionie nie spadł ani płatek śniegu.
To, że mieszkam nad trzecim pod względem wielkości jeziorem w Europie ma jednak swoje konsekwencje. W moim miasteczku teperatura jest troszkę wyższa niż w tych oddalonych od jeziora i zimą jest tu mniej śniegu. Za to wieje. Wieje niemal zawsze.
Czy wiecie, że wodę z Vener można pić kubkiem, co potwierdzają ekspertyzy naukowców.
Ludzie tu mieszkający też wcale nie sprawiają wrażenia zimnych. Są sympatyczni, uśmiechnięci i bardzo lubią się bawić…I są tak samo różni jak Polacy, Włosi czy Niemcy. Z urodą kobiet nie przesadzałabym,moje obserwacje dowodzą czegoś innego. Na ogół nie są zbyt urodziwe, ale jak już się trafi ładna, to fakt – oczu oderwać nie można.Za to jesli chodzi o panów, zwłaszcza w przedziale wiekowym 30-50, to jest na co popatrzeć. Młodzież ma piękną cerę. Nie kojarzę widoku pryszczatego nastolatka. I takiej ilości pięknego blondu, naturalnego – nigdy nie widziałam w Polsce.
Syropu brzozowego w sklepach nie widziałam.Jak znajdę – nie omieszkam spróbować i opisać wrażeń.
A jak kto zainteresowany innymi moimi opowieściami o Szwecji i nie tylko wystarczy kliknąć w mój login. Odnośnik powinien Was przenieść, na mojego osobistego bloga . (ewolny, przepraszam za bezczelną reklamę).
Pozdrawiam ecodzienniaków
I jeszcze jedna ciekawostka.
W tekście wspominam o chrzcielnicy i o Olofie Skotkonungu.
W/w Olof był pierwszym chrześcijańskim królem Szwecji a jego chrzest miał naprawdę miejsce w kościele Husaby. Olof był synem Eryka Zwycięskiego i Gunhildy. Gunhilda to było nowe imię jego matki, obrane po zaślubinach z Erykiem. Tak naprawdę Gunhilda najprawdopodobniej miała na imię Świętosława i była córką Mieszka I.
Prowincjuszko, nawet sobie nie wyobrażasz, jaka to przyjemność czytać twoje opowieści!
jeśli jeszcze nie myslałaś o tym, to pomyśl – o napisaniu powieści z fabułą!
Tips_Senior ja lubie oba napoje zarowno kwas chlebowy i sok brzozowy ,oba ale bez konserwantow i polepszaczy najlepiej wlasnej produkcji bo wtedy maja wyrazisty smak,napisze najpierw jednak na temat kwasu chlebowego,w zasadzie artykul juz przygotowalem ,trzeba go tylko przepisac na kompie i wyslac:-)