W Unii Europejskiej (dyrektywa UE 2000/84/EC) czas zmieniamy z zimowego na letni w ostatnią niedzielę marca, a z letniego na zimowy w ostatnią niedzielę października. Dzięki temu od jutra śpimy dłużej wiedząc, że zmiana czasu miała sens dwieście lat temu – dziś powoduje straty, zamieszanie i uszczerbek na zdrowiu.

Podobno na zmianę czasu z zimowego na letni wpadł sam autor konstytucji USA Benjamin Franklin. Gdy był ambasadorem w Paryżu, zauważył, że z powodu niedostosowanej do pory dnia godziny wszyscy śpią, mimo, że słońce jest wysoko, a wieczorem zaś pracują przy blasku świec. Franklin był nie tylko politykiem i dyplomatą, ale także naukowcem i wynalazcą. Obliczył, że gdyby przesuwać czas na wiosnę „do przodu”, a jesienią „do tyłu”, można w samym tylko Paryżu zaoszczędzić 30 mln kilogramów wosku rocznie. Ludzie używali świec, bo pracowali, bawili się i uczyli po zachodzie słońca. Gdyby więc przesunąć godziny wstawania, a co się z tym wiąże także zasypiania, świece nie byłyby w takich ilościach potrzebne.

Jednak pomysł Franklina nie został podchwycony. Dużo później jako pierwsi zrealizowali go Niemcy – I wojna światowa, kryzys i braki w energii tak potrzebnej do produkcji broni i amunicji. Obywatele ogarniętego wojną kraju, mieli od 1916 r. wcześniej chodzić spać, po to, by nie oświetlać swoich mieszkań po zmroku. Chwilę później zmianę czasu wprowadziły i inne kraje europejskie. Argumenty o oszczędnościach nie przekonały wszystkich. Tarcia między przeciwnikami i zwolennikami zmiany czasu były tak duże, że w wielu krajach czasowo rezygnowano z regulacji zegarków. Tak było i w Polsce. Po raz pierwszy przestawiono tu czas w okresie międzywojennym, później z tego zrezygnowano. Czas zimowy i czas letni przywrócono pod koniec lat 40., a później znowu z niego zrezygnowano, po czym w 1957 r. zmianę czasu wprowadzono, by w 1965 r. znowu porzucić. Na stałe Polska jest krajem „dwuczasowym” od 1976 r.

Danych o oszczędnościach, jakie mają wynikać ze zmiany czasu, praktycznie nie ma. Istnieją niepewne szacunki, w dodatku niejednoznaczne. Oszczędność energii można policzyć, ale jak oszacować zamieszanie związane z przestawianiem wskazówek? Jeden z nielicznych raportów na temat oszczędności energii wydał ponad 30 lat temu Amerykański Departament Energii (ADE). Z jego obliczeń wynika, że zmiana czasu rzeczywiście oznacza mniejszą konsumpcję prądu. O cały 1%, i to na dodatek tylko przez dwa miesiące, marzec i kwiecień. Później dzień jest tak długi, że dodatkowa godzina nie wpływa na mniejsze zużycie prądu. Wyniki raportu ADE podważały poważne instytucje naukowe. Uważały, że rachunki są błędne i o żadnych oszczędnościach nie ma mowy. Argumentowano, że co roku rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną, a tego ADE nie wziął pod uwagę w obliczeniach. To był rok 1976. Jeżeli już wtedy wyniki analiz nie były jednoznaczne, to co dopiero teraz.

Od czasów Franklina, I wojny światowej i czasów, kiedy opublikowano raport ADE, bardzo dużo się zmieniło. Toster, czajnik bezprzewodowy czy bojler, niezależnie od godziny zużywają tyle samo energii. A żelazka, pralki, komputery? Można kręcić wskazówkami do oporu, a ilość zużywanej przez te sprzęty energii i tak nie ulegnie zmianie. To samo dotyczy oświetlenia ulic, które działa od zmierzchu do świtu, niezależnie od tego, o której godzinie zaczyna się świt. Dzisiaj oświetlenie pomieszczeń pożera mniej niż 1% prądu, który produkują elektrownie. Co więcej, choć prądu w ogóle zużywamy coraz więcej, na oświetlenie mieszkań i domów potrzebujemy go coraz mniej. Głównie dlatego, że coraz częściej korzystamy z energooszczędnych źródeł światła, za  to podnosimy swój standard życia. Coraz częściej kupujemy klimatyzatory, większe lodówki, elektryczne systemy grzewcze czy sprzęty kuchenne. Nowoczesne telewizory (wielkości okna) konsumują więcej energii niż starsze typy. To wszystko zużywa znacznie więcej energii niż oświetlenie, a równocześnie korzystamy z tego niezależnie od wskazywanej przez zegarki godziny. Najwięcej prądu potrzebują fabryki, transport czy kopalnie. Przestawianie wskazówek w przemyśle nic nie zmieni!

A dla rolników ważny jest jasny poranek, a nie długi wieczór – zwierzęta nie przestawiają zegarków. W USA, gdzie rząd nie ingeruje zbyt mocno w życie obywateli, w stanach rolniczych (m.in. Arizona i Indiana) wciąż są hrabstwa, które czasu nie przestawiają. W 2006 r. kilka hrabstw w Indianie zdecydowało się jednak dostosować. Dla naukowców to była szansa, by sprawdzić  jak będzie.  Obszar, na którym zdecydowano się po raz pierwszy zmienić czas, nie był duży, więc badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego prześledzili rachunki za energię elektryczną każdego domostwa. Nie było żadnego zysku, tylko gigantyczna strata. W sumie na tym niewielkim terenie rachunki za prąd wzrosły o prawie 9 mln dolarów. Skonsumowano do 4% więcej energii. To nielogiczne! Istotnie nieco spadła ilość energii używanej do oświetlenia domów, równocześnie znacznie zwiększyła się ilość energii zużywanej przez klimatyzatory i ogrzewanie. Te włączano, bo wcześniejszym rankiem niektórym było za zimno. Gdy wieczorem trzeba było się wcześniej kłaść spać, niektóre mieszkania były zbyt nagrzane po ciepłym dniu i do snu trzeba było je schłodzić.

Dzisiaj jedynym zyskiem z przesuwania czasu jest bezpieczeństwo na drogach. Dzięki temu, że po południu, w czasie powrotów z pracy, jest wciąż jasno, zdarza się mniej wypadków. Szczególnie tych z udziałem pieszych. Ten argument (a nie oszczędność prądu) przekonał brytyjskich parlamentarzystów na początku XX w. do zgody na zmianę czasu. Bezpieczniej na drogach jest jednak nie przez cały okres obowiązywania czasu letniego, ale tylko w pierwszych jego miesiącach. Na razie nikt nie zrobił rachunku zysków i strat związanych ze zmianą czasu. A o tym, że bez zmiany czasu da się żyć, mogą zaświadczyć najliczniejsze narody Azji. W Chinach, Japonii i Indiach nikt przestawianiem zegarka nie zaprząta sobie głowy.
Źródło:
Tomasz Rożek “Gość Niedzielny”

3 komentarzy do “Od niedzieli śpimy dłużej, czyli “Gość Niedzielny” o przekręcie na czasie”

  1. prowincjuszka pisze:

    Jest jeszcze jeden aspekt : ludzki. Nikt nie zbadał jak dotąd jakie straty zakładowi pracy przynosi człowiek, który potrzebuje więcej niż jednego weekendu by się przestawić na zmieniony czas. Głównie chodzi tu o to wiosenne wcześniejsze wstawanie ale i wcześniejsze kładzenie się spać. Wewnętrzny zegar człowieka nie specjalnie przejmuje się zegarem prawdziwym. Znam parę osób, dla których wiosenna zmiana czasu to zmora najgorsza z możliwych. Nie chciałabym żeby np. moje życie zależało od refleksu takiej osoby w godzinach porannych.
    Tu w Szwecji też jutro zmienimy czas, ale co to za różnica, czy światło zapalę godzinę wcześniej rano, czy po południu ? Bo w listopadzie, grudniu i styczniu rozjaśniać zaczyna się około 8 (wg czasu zimowego naturalnie) a o 16 jest czarna noc.
    Gdyby to ode mnie zależało, zostawiłabym ten czas w spokoju, bo nie trzeba być naukowcem by wiedzieć, że oszczędności to tym nie ma.

  2. Tips_Senior pisze:

    Hola, hola Panie i Panowie. Najpierw poznajmy fakty i solidny opis fizyczny zjawisk a potem szafujmy oskarżeniami o przekręt.
    Nie wiem skąd ten artykuł, ale jego autor jest całkowitym ignorantem w dziedzinie energii i energetyki. A większość dyskutantów bezkrytycznie się z nim zgadza. Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana. Ale chociaż pobieżne wyjaśnienie o co chodzi w zmianie czasu to zadanie na osobny artykuł.
    Cito – szykować taki tekst?

  3. ew pisze:

    No ba! Nie pytaj tylko pisz. Jestem ciekawa, bo ten artykuł mnie poruszył – interesujący temat.

Napisz komentarz (nowi użytkownicy podlegają moderacji)

Pomocne: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>