Monthly Archives: Październik 2009

MMS, bo w życiu nie jest na nic za późno…

Ten Pan, 4 maja kończy 80 lat! Słuszny wiek, ale nie zdziwi i 100 lat, bowiem jak często wspominam, co drugi dzień robi dużą pętlę w Wapienicy, łącznie z podejściem za grzybami aż pod samą górę Błatnię. Kilka razy do roku zażywa kołobrzeskiego jodu, jest bardzo oczytanym niepoprawnym optymistą, pochodzącym z Lublina. Uwielbia na swej plazmie wszelkiego rodzaju sport, kipi energią, zaradnością i pomysłami. To właśnie jeden z nich, pierwsze w życiu zdjęcia, wykonane swoim telefonem komórkowym, specjalnie dla? Ecodnia! Nie byłoby w tym nic dziwnego,  ale ten Pan, nie znosi internetu i nie opanował esemesowej techniki komunikowania się, a swój telefon wyłącza z baterii, bo…  szkoda. :)
Pradziadek Zbyszko, mój Tata! – ew

fot. Zbyszko Kołobrzeg
Grafika: ewolny

Tomek w krainie Czerwonych Wierchów – Krzesanica 2122 m n.p.m.


Krzesanica (slov. Kresanica 2122 m n.p.m.) – mój faworyt wśród Czerwonych Wierchów. To mroczna góra posiadająca swój niepowtarzalny klimat. To iście księżycowy klimat. Na początku niepozorny, niczym nie różniący się od reszty widok, a po drodze  góra  nieoczekiwanie szokuje. W pewnym momencie naszym oczom ukazuje się widok drugiej strony tego szczytu. I wtedy nagle okazuje się, że góra jest ścięta w połowie, jak sama nazwa wskazuje jakby ją ktoś okrzesał, jakby się zawaliła, pękła w połowie.

Z Krzesanicy rozpościerają się przepiękne widoki na stronę słowacką. Tamte góry są nie naznaczone nitkami szlaków, są takie dziewicze i dzikie. Krzesanicę nazywam Mroczną stroną Czerwonych Wierchów, ale za to posiadającą swój niepowtarzalny czar.
Kocham Krzesanicę:

Słowacka strona:


Widok w przepaść:

Widoki:

Zerkający Giewont:

CDN
fot. Tomek Tatry
Grafika: Chris Miekina

Czwartkowe spotkania „Kamieńczyk”

Sprawdza się obowiązująca zasada, że komunikacja jest podstawą rozwoju społeczeństw. Kamieńczyk miał kiedyś możliwość przeprawy przez Bug i był miastem.

Kilka lat temu, w czasie bardzo niskiego poziomu wody w rzece można było zobaczyć ledwo wystające z piaszczystego dna rzeki, pozostałości dębowych pali będących kiedyś częścią konstrukcji mostu.  Do tego miejsca prowadzi jedna z ulic, istniejących dzisiaj a będących pozostałością po klasycznej zabudowie rynku. W miejscu tym, przed kilkunastu jeszcze laty było zejście do działającej przeprawy promowej.  Widoczne na zdjęciach pale wbite w dno rzeki pochodzą przypuszczalnie z okresu potopu szwedzkiego:

Że Kamieńczyk był miastem świadczy zabudowa miejsca, które było rynkiem, taki sposób ustawienia domów nie jest charakterystyczny dla zabudowy wiejskiej:

Niemniej jednak stare budownictwo ma charakter wyraźnie wiejski. Kilka domów przy ul. Świerczewskiego pochodzi z pierwszej połowy XIX w. i wpisanych jest do ewidencji konserwatora zabytków. Na zdjęciach najstarszy dom  oraz Galeria:

Obecnie największym magnesem ściągającym tu ludzi są walory przyrodnicze. Wspaniałe, z dużą ilością jodu powietrze, piękne położenie nad Bugiem i Liwcem, predysponuje tą miejscowość do rozwoju jako rekreacyjną, wczasową:



fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl

Tomek w krainie Czerwonych Wierchów – Małołączniak 2096 m n.p.m.



Małołączniak (slov. Malolúčniak 2096 m n.p.m.) -  Z Kopy Kondrackiej czas było wreszcie dostać się na Małołączniaka, który nawet z wysokiej Kopy chwalił się swoją wysokością. Giewont podczas kroczenia w górę, ciągle i wciąż malał w oczach. Ten szczyt, na którym kiedyś leżałem plackiem na zielonej trawie, teraz przywitał nas śniegiem zalegającym w niewielkich ilościach na drodze i rdzawej trawie.
Nie było siły, mimo zimna trzeba było siąść i podziwiać tą atmosferę i te widoki:

Widok na Giewont:

Szlak:

Małołączniak:

CDN
fot. Tomek Tatry
Grafika: Chris Miekina

Tomek w krainie Czerwonych Wierchów – Kopa Kondracka 2004,6 m n.p.m.



Kopa Kondracka (slov. Kondratova Kopa 2004,6 m n.p.m.) – na ten pierwszy z Czerwonych Wierchów rozpoczęliśmy się wspinać od strony Kuźnic, poprzez Dolinę Kondratową. W drodze do celu towarzyszył nam widok na Giewont, ale nie ten klasyczny i podręcznikowy, a zgoła odmienny. Giewont od drugiej strony jest bardziej zielony, bardziej przyjazny dla oka.

W górze jak siodło nieujeżdżonego konia, Przełęcz Kondracka czekała na to byśmy ją dosiedli. To wtedy powolutku, jednostajnym tempem, kamyk po kamyku, czułem się jakbym szedł schodami do nieba. Tam cisza jest doskonała. Niebo było niezmącone żadną chmurką. Trawka coraz bardziej rdzawa dodawała ostrości widokom. A z tyłu za nami na horyzoncie pozdrawiała nas Babia Góra i Pilsko zdobyte przed tygodniem.

Już na Kopie Kondrackiej przykuwa uwagę Giewont, który jest nienaturalnie nisko, pod nami. A przecież ten śpiący rycerz zawsze nad nami góruje.

Kopa Kondracka:

Widok na Babią Górę i Pilsko:

Widok na Giewont:

Widok z Kopy na Zakopane:

Widok na Przełęcz Kondracką:

CDN
fot. Tomek Tatry
Grafika: Chris Miekina

Błatnia jesienią

Trzeba czuć olbrzymią więź z ludźmi spędzającymi w ten sposób wolny czas, by ich rozumieć i dać tak ogromny krążownik jakim jest Orla Perć, przed swoją, pozornie mizerną górkę. Tym bardziej wiedząc, że tuż za plecami dyszy… wspaniała flotylla – Czerwone Wierchy.

Rozumiem i nie boję się, bowiem każdy ma swoje Kilimandżaro.

A moje Kilimandżaro jest w Beskidach. Znana nam Błatnia (917), tylko pozornie mizerna, bowiem wcale nie jest tak łatwo dostępna. Niczym lica zawstydzonej dziewczyny zmienia się w zależności od pory roku, w której zechce się z nią poromansować choć chwilę. Można być u niej i sto razy, a zawsze zadziwi swoim wyglądem. Kobieta zmienną jest przecież, dlatego i Błatnia zaskakuje swą różnorodną urodą lecz jeszcze bardziej tym, że zawsze pozostaje jednakowo dostojnie piękna, za każdym razem piękniejsza, nie starzeje się, nie rozmienia na drobne, nie zamienia w tandetny, zaśmiecony komercją szczyt. Jest zawsze jak zwykle niezmiennie czysta, naturalna, naga, saute – i to jest piękne! Z roku na rok nabiera mocy niczym dobre, przedniej jakości, doskonale sklarowane gatunkowe wino.

Od maja na mnie czekała, by iście po królewsku powitać miłego gościa, którego jej przyprowadziłam. Jak zawsze jej piękność poraziła i przed tym majestatem pozostało zwyczajnie klęknąć. Przyjęła nas dystyngowana dama, przyodziana w najprzedniejsze szaty, przystrojona klejnotami jesieni, z przecudnej urody makijażem, z rozpuszczonymi, długimi, rozwianymi przez ciepły wiatr anielskimi włosami…

Tym razem idąc na Błatnią, nie wybrałam różowego szlaku
■ kolorem czerwonym oznaczony jest szlak główny. Prowadzi on przez najbardziej widowiskowe i jednocześnie najciekawsze krajobrazowo i przyrodniczo miejsca danego regionu (zwykle też przez najwyższe szczyty danego pasma górskiego) np. Główny Szlak Sudecki,
Główny Szlak Beskidzki, Główny Szlak Gór Świętokrzyskich
■ kolor niebieski wskazuje na szlaki dalekobieżne
■ kolorem zielonym i żółtym znakowane są szlaki krótkie, łączące a czasem też – dojściowe
■ kolor czarny wyznacza krótki szlak dojściowy

By wejść na przełęcz, do pokonania miałyśmy ściankę może 600 metrowej, bezszlakowej mini spychaczówki, ustawionej wręcz w linii prostej od Doliny Luizy, niczym najwyższa strażacka drabina. W takich chwilach nie liczy się żaden trud. Serce z wysiłku wyskakiwało z piersi, a człowiek mimo to ochoczo wdrapywał się prawie na czworakach na te przyjazne mu, szeroko rozłożone ramiona. Bowiem na górze rzeczywiście trzeba było wykręcać koszulki, ale za to w euforycznej rozkoszy, która nawet po jednym razie odciska w każdym sercu niezbywalne piętno – ew

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- Błatnia przez Dolinę Luizy

„Orla Perć”, czyli coś dla miłośników klamerek, łańcuchów i drabinek

Już sama nazwa „orla perć” może tylko oznaczać jedno – szlak dla orłów. I w rzeczywistości szlak ten należy do najtrudniejszych w całych Tatrach.

Oczywiście mam tu na myśli szlaki ogólnodostępne znakowane. Powstawanie tego tak ekscytującego szlaku grzbietowego to lata 1903-1906. Podczas jego budowy na całej długości nie była wytrasowana żadna odnoga pozwalająca na wcześniejsze zejście. Dopiero w następnych latach do roku 1912 dobudowano szlaki łącznikowe, którymi możemy  wcześniej zejść. Obecna długość szlaku mierzona jest od  Zawratu poprzez Mały Kozi i Kozi Wierch, dalej Czarne Ściany, Granaty aż do przełęczy Krzyżne. Na początku istnienia trasa biegła jeszcze dalej z przełęczy Krzyżne poprzez masyw Wołoszyna. Została jednak zamknięta po utworzeniu na tym terenie ścisłego rezerwatu.  Przebywają tam między innymi misie, których osobiście wolę unikać. Miałem nawet taką małą przygodę z niedźwiadkiem. Pewnego wieczoru na drodze do Morskiego Oka próbował on dowiedzieć się co tam mam w plecaku. Na szczęście nogi, choć bardzo zmęczone, wykonały wspaniały sprint, ratując cały dobytek.

Teraz jednak powróćmy do Orlej. Zawitałem na niej we wrześniu 2006 roku. Lato które miało się ku końcowi obfitowało w ogromne upały. A wysoko w Tatrach prawie wszystkie poletka lodowe dawno stopniały. Był to dogodny okres na takie wyzwanie. Przygotowania trwały już od wiosny. Głównie chodziło o poprawę kondycji, którą nabywałem jeżdżąc na rowerku. Drugim elementem było zapoznanie się z trudnościami jakie mogę tam napotkać. Równie ważną sprawą jest oczywiście zespół. Na tą eskapadę wybrałem się z kolegą  doświadczonym już w tego typu spacerach. Myślę że warto tutaj napisać, iż w górach, szczególnie tych wyższych partiach, powinniśmy unikać samotnych spacerów. Przypadki rożnych nieszczęść można zmniejszyć lub im zapobiec. Wystarczy, że w porę druga osoba zawiadomi TOPR lub inną służbę ratunkową. A niejednokrotnie sama udzieli pierwszej pomocy.

Kiedy już wszystko było dopięte na ostatni guzik  i godzina „W” wybiła nastąpił nieoczekiwany zwrot w pogodzie. W pierwszy dzień, podczas którego podchodziliśmy do schroniska przy Pięciu Stawach Polskich, nad Tatrami pojawiła się ogromna masa chmur. Deszcz który spadł tego dnia w okolicach przekroczył wielokrotnie średnie miesięczne opady. Jednym słowem mała powódź. Na szczęście jakoś dotarliśmy do schroniska. Następnie całe popołudnie i wieczór  suszyliśmy garderobę. Nastroje w „piątce” (schronisku) dopisywały. Większość tam obecnych następnego dnia planowała przejść przez Orlą Perć.

Dzień drugi obudził nas piękną pogodą. Zaskakujące jest jak szybko się ona zmienia w górach. Za początek  wejścia na orlą obraliśmy Zawrat. Samo podejście nie sprawia większych trudności. Po około 2 godzinach dotarliśmy do celu. Tutaj był czas na wykręcanie spoconych koszulek i posiłek. Podczas posiłku poznaliśmy grupę słowackich turystów. Bardzo sympatyczna ekipa, która również zamierzała przejść orlim szlakiem.
I wreszcie ta właściwa ścieżka tak często opisywana. Myślę, że nie warto dokładać tutaj nowego opisu. Niech zdjęcia same przemówią ukazując ten piękny szlak.

Zawrat początek Orlej Perci:

Kołderka z chmur widok z Zawratu:

Na  szlaku:

Oto i łańcuchy:

Zmarzła Przełęcz i ani grama śniegu:

Drabinka na Koziej Przełęczy:

W dole Czarny Staw Gąsienicowy i mniejszy Zmarzły Staw:

Kozi Wierch 2291 m n.p.m. najwyższy polski szczyt nie graniczny:

Widok perci z okolic Koziego Wierchu:

Szczelina – jedynie 12 metrów:

Może ten kawałek nie odleci w dół:

W dole schronisko przy Pięciu Stawach Polskich:

Bajeczne widoki z przełęczy Krzyżne:

Opalony Wierch i Miedziane o zachodzie słońca. Widok podczas zejścia z przełęczy Krzyżne:

fot.  Inszynier Tatry