Monthly Archives: Listopad 2009

Biedaczyna z Asyżu a Park Kasprowicza

To już 30 lat, jak 29 listopada Jan Paweł II ogłosił św. Franciszka patronem ekologów, chyba właśnie za tę jego miłość do „braci mniejszych”, ale nie tylko… Bo biedaczyna z Asyżu, św Franciszek, to piewca wielu mądrych prawd. Nauczał m.in że istotą porządku na ziemi jest współistnienie cierpienia i radości, godzenie się z tym. Cierpienie bowiem rodzi radość ukazując jej smak. Jak to możliwe? Pochwała cierpienia jest koniecznym uzupełnieniem radości, która idzie w parze z uwielbieniem piękna, urody świata, przyrody, porządku, rozumnego sensu kontrastów: ciepła i zimna, słońca i chłodu, nocy i dnia, pochwała pokory, umiejętności cieszenia się drobnymi radościami, wreszcie pełna harmonia tych kontrastów. I teraz rozumiemy, dlaczego cierpienie umożliwia zasmakowanie radości. W tym kontekście Hymn św. Franciszka z Asyżu nabiera zaskakujące, szczególnie dziś, brzmienie:

Bądź pozdrowiony, rozdawco cierpienia!
Ręceś mi przekłuł i nogi
i krew mi cieknie z głowy,
a oto z Krzyża
zstępuje ku mnie w przechwalebnych ogniach
biały Serafin
i radość w serce mi leje
i z duszy śpiewne wytwarza narzędzie,
ażebym śpiewał i grał,
ażebym sławił i wielbił
Rozdawcę bolesnych stygmatów,
z których się rodzi wesele
i Miłość…
J. Kasprowicz

Film z mojego pobytu w Asyżu z 1999 roku, zapisany na VHS, przetwarza się na cyfrówkę, a ja w tym czasie zabieram Was na spacer po szczecińskim Parku Kasprowicza. Skorzystamy ze skojarzenia z autorem wiersza, epoką, i odwiedzimy ten naprawdę najpiękniejszy i najrozleglejszy park, z racji swego dwustopniowego poziomu, nie porażający swym monumentalnym ogromem. Spory naturalny stok wykorzystano tu, by wznieść piękny amfiteatr letni. Spacer zaczniemy od ciągnącego się na niższym poziomie, wzdłuż deptaka, jeziorka Syreniego.

Do amfiteatru im. Heleny Majdaniec dochodzimy pokonując solidne wzniesienie. Odpoczywamy w miejscu, gdzie letnimi wieczorami Szczecin serwuje wspaniałe koncerty na świeżym powietrzu.

Teraz można wysłać umyślnego, który z pubu za naszymi plecami przyniesie piwo i szaszłyk. Z tym, że takich smacznych, zawiązanych mięsem już tu nie robią. Znów są na patyczku kawałki twardego łyka, poprzedzielane cebulą i słoniną. Dlatego chyba lepiej samemu usmażyć kiełbasę na wiecznie palącym się tu ogniu.

Posileni udajemy się dalej, wyższym poziomem parku, z góry podziwiając jeziorko i zieloną ścianę drzew. Mijamy Ogniste Ptaki Hasiora. Wielka szkoda, że dysponuję tak małym zdjęciem tego  widoku.
O Hasiorze napisał nam Tomek, a ja chciałam tylko dodać, że Szczecin to naprawdę jedyne znane mi miasto, tak rozmiłowane w  rzeźbach i pomnikach. Władze przejęły i pielęgnują tę niewątpliwie udaną schedę po poprzednich właścicielach. Tu nawet anonimowa sztuka nowoczesna, znajduje swe miejsce, ku uciesze zwiedzających.

Niespodziewanie, zaraz powyżej, zostajemy powaleni widokiem największego „szaszłyka”, chyba nie tylko na Pomorzu. Ten powstały w latach siedemdziesiątych pomnik to hołd trzem pokoleniom Szczecinian, wrastających w tę skądinąd obcą sobie ziemię.

Zaraz za nim zaczynają się Jasne Błonia. Tu zamknięty z dwóch stron, ścianami drzew, deptak, wita nas wielką, otwartą przestrzenią, zieloną murawą, której oddolne podlewanie steruje komputer, dwoma rzędami ławek a w oddali, na wprost symbolu Trzech Pokoleń, jedyny pomnik ufundowany i odsłonięty za życia Jana Pawła II.  Jasne Błonia, od góry, wieńczy kompleks fontann, którego widok w Szczecinie nie jest specjalnym fenomenem. Na każdym kroku spotyka się tu zarówno fontanny, jak i pomniki, a w budownictwie germańską, czerwoną cegłę.

A na koniec gratka. Za budynkiem Urzędu Miejskiego, który widoczny jest za papieskim pomnikiem, a który od góry zamyka Jasne Błonia, jest Tiger Pub. Pub Michalczewskiego sąsiaduje z Urzędem Skarbowym, filharmonią i wiecznie żywym duchem Dzierżyńskiego, unoszącym się nad placem swego imienia – ew
fot. ewolny Szczecin

Czwartkowe spotkania „Wypluwki”

Nasza cywilizacja produkuje wiele rzeczy. Potem częściowo strawione „wypluwa” na wysypiska. Może część tego uda się zebrać i przetworzyć ku pożytkowi przyrody i ludzi?




fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl

Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdańsk cz. 2 Peryferie

Z okna pociągu, gdzieś w Polsce:

Najbliższe okolice noclegu:

Najbliższe miejsce na spacer:

Na wydmach obok noclegu, największe połacie dzikich róż jakie kiedykolwiek widziałam. Same się układały w wymyślne klomby i odurzały oszałamiającym, intensywnym zapachem:

Na koniec „najbliższa” plaża – 700 km:


fot. ewolny Gdańsk
Zobacz również:
- 700 km i trzy dni Gdańsk - film ewolny

Coś Cię złapało? Bałotny mówi helou 005

 

 


Grafika: bagienny.net
www.bagienny.net

Skrzyczne, bo kobiety lubią brąz

Rozważmy, jeżeli jako rekonwalescentka możesz już pracować, pośród prychających, kaszlących, siąkających, a po pracy zajmować się cudzym dzieckiem. W dodatku masz siły brać czynny udział w bolączkach życia swojego, to tym bardziej możesz spędzić dzień na świeżym powietrzu. Nawet jeżeli jest to już 21 listopad, za to z bajecznym, zlotoslanym słońcem.

Pierwsze odcienia brązu, dostrzegasz podczas drogi na przystanek, na mijanej rzece Białej:

Oraz na pamiątkowej tablicy Domu Polskiego:

Szczyrk wita Cię malowniczą Żylicą:

Nisko latającymi… Komarkami:

Ale i przeogromnym zdziwieniem. Jest sobota, piękna sobota  a wyciąg na Skrzyczne nieczynny. Brak chętnych? Nic to, i tak miałyście iść szlakiem, ale po drodze zastanawiasz się, jak to jest możliwe, że w tak piękny, wolny dzień, nie ma kompletnie turystów. No, czasami tylko, schodami w  górę:

Schodami w dół:

Wspinacie się, gdy nieoczekiwanie Twój telefon robi psikusa, samoczynnie tworząc zlotoslane prześwietlenie:

A na górze? Nagroda. Takie oto widoki:

Ale i taki również śnieg, na którym natychmiast robisz „orła cień”:

Wracacie, inni też:

Po drodze nadal karmiąc swe kubki smakowe:

Kradnąc cudzy ogień:

Mijając dobrze wyposażoną wypożyczalnię nart „PłotekSki”:

I serwer w garażu u wuja Henia:

To był piękny dzień, nogi bolą i znowu kaszlesz, ale mimo to czujesz się o dziwo… zdrowsza – ew

fot. ewolny Beskidy

Cmentarz Zapomnianych Książek, czyli fragment z „Cienia wiatru” Zafona Carlosa Ruisa

Zamiast recenzji.

Ulth zainspirowany siedemdziesięcioletnimi Narzędziami do zapisu myśli od Pana Wiesława, napisał „Cudne uczucie to być musi, obcować z takimi skarbami. Mam podobnie ze swoimi książkami, które niekiedy, mając po kilkadziesiąt lat, przechodziły w niejedne ręce, obcowały z wieloma ludźmi. Przynajmniej tutaj rzeczy martwe nie okazują swej przysłowiowej złośliwości – one żyją swoim życiem”.

I nagle okazało się, że większość z nas ma takie skojarzenie. Nie tylko wiekowy ołówek gładzony twórczą ręką jest dla nas talizmanem wydzielającym pozytywną aurę, ale i książki, w których zatrzymane są cudze myśli, cudzy czas. Dziękuję Wam za to skojarzenie, bo rzeczywiście, może dlatego nie robię porządków na moich półkach, bo do każdej książki potrafię przypisać jakąś prawdziwą historię z nią związaną, a jeśli nie, potrafię ją sobie wyobrazić.

Tytułem zachęty, maleńki fragment „Cienia wiatru”, traktujący akurat o tym samym, o czym napisał Ulth. To pierwszy przeczytany przeze mnie w całości e-book. Książka w formie elektronicznej, której nie znoszę, nienawidzę i chyba się nigdy nie przekonam. Powieść ta jest jednak tak mroczna, jej fabuła ma tyle nieoczekiwanych zwrotów akcji, bohaterowie poruszają się non stop po tak strasznie tajemniczo pozakręcanych kocich łbach fabuły, czytelnik jest tu zmuszony do nieustannego myślowego kombinowania, chcąc przechytrzyć autora, co niestety lub stety,  nie udaje się mimo ciągłych prób dopasowania do siebie, tych mimo wszystko, mocno zazębiających się elementów układanki, że… pożarłam ją całą.
Uff, oprócz wciągającego zakręcenia, uważny czytelnik znajdzie w niej  również masę punktów stycznych, które może odnieść do swojego życia. To opowieść o uczuciach, bogatym „wewnętrzu” człowieka,  wszelkich odcieniach tego wnętrza,  napisana naprawdę pięknym językiem…

Na koniec już; oczywiście z chętnymi podzielę się przesyłając ją na e-mail. Nie mam oporów, bowiem książki, które nie potrzebują półki, nie potrzebują pilnowania, by je zwrócono – ew :)

(…) W głębi dostrzec można było z tuzin kręcących się po korytarzykach i platformach postaci. Kilka z nich odwróciło się i pozdrowiło nas z daleka. Zdołałem wówczas rozpoznać twarze kolegów ojca ze stowarzyszenia antykwariuszy. W oczach dziesięciolatka panowie ci jawili mi się niczym tajne i spiskujące bractwo alchemików. Ojciec przyklęknął i patrząc mi prosto w oczy, przemówił łagodnym głosem, tym szczególnym głosem bardzo osobistych wyznań i przyrzeczeń.
-  To miejsce, Danielu, jest tajemnicą i miejscem świętym. Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią. Za każdym razem, gdy książka trafia w kolejne ręce, za każdym razem, gdy ktoś wodzi po jej stronach wzrokiem, z każdym nowym czytelnikiem jej duch odradza się i staje się coraz silniejszy. Już dawno temu, wtedy kiedy mój ojciec mnie tu przyprowadził, miejsce to miało swoje lata i było stare. Może nawet tak stare jak samo miasto. Nikt na dobrą sprawę nie wie, od kiedy to miejsce istnieje ani kto je stworzył. Teraz powiem ci to, co powiedział mi mój ojciec. Kiedy jakaś biblioteka przestaje istnieć, kiedy jakaś księgarnia na zawsze zamyka podwoje, kiedy jakaś książka ginie w otchłani zapomnienia, ci, którzy znają to miejsce, my, strażnicy ich dusz, robimy, co w naszej mocy, aby te bezdomne książki trafiły tutaj. Bo tutaj książki, o których nikt już nie pamięta, książki, które zagubiły się w czasie, żyją nieustającą nadzieją, iż pewnego dnia trafią do rąk nowego czytelnika, że zawładnie nimi nowy duch. W księgarni sprzedajemy i kupujemy książki, ale w rzeczywistości one nie mają właściciela. Każda, którą tu widzisz, była czyimś najlepszym przyjacielem. A teraz te książki mają tylko nas, Danielu. Potrafisz zachować ten sekret?
Wzrok mój zagubił się w ogromie przestrzeni, w jej czarodziejskim świetle. Przytaknąłem ruchem głowy, a ojciec uśmiechnął się.
-  No, dobrze, a wiesz, jaką mam dla ciebie niespodziankę? – zapytał. Milcząco pokręciłem głową.
-  Przyjęte jest, że osoba, która po raz pierwszy odwiedza to miejsce, musi wybrać sobie dowolną książkę i przyjąć ją pod swoją opiekę, zaadoptować ją, tak by nigdy nie dotknęło jej zapomnienie. To bardzo ważne przyrzeczenie. Na całe życie – dodał mój ojciec. – A dziś ty musisz dokonać wyboru.
Przez niespełna pół godziny błądziłem po zakamarkach tego labiryntu, nad którym unosiła się woń starego papieru, kurzu i magii. Pozwalałem swoim dłoniom wędrować po niekończących się rzędach wystających grzbietów, kusząc los, żeby pokierował moim wyborem. Zerkałem na spło-wiałe tytuły, słowa w rozpoznawanych przeze mnie językach i w wielu innych językach, których nie byłem zdolny czemukolwiek przyporządkować. Kręciłem się po korytarzach i spiralach tuneli zapełnionych setkami, tysiącami tomów sprawiających wrażenie, że wiedzą o mnie więcej niż ja o nich. Dość szybko zawładnęła mną myśl, iż pod okładką każdej z tych książek czeka na odkrycie bezkresny wszechświat, podczas gdy za tymi murami życie upływa ludziom na futbolowych wieczorach, na radiowych serialach, na własnym pępku i tyle. I może ta myśl albo przypadek czy też los, powinowaty przypadku, sprawiły, że w tej samej chwili już byłem przekonany i właśnie wybrałem książkę do adopcji. A raczej książkę, która mnie usynowi. Wystawała niepozornie ze skraju jednego z regałów, oprawiona w skórę barwy czerwonego wina, i wyszeptywała swój tytuł złotymi literami płonącymi w spływającym spod kopuły świetle. Podszedłem do niej i dotknąłem opuszkami palców słów, czytając w milczeniu: Cień wiatru JULIAN CARAX
Ani tytuł, ani nazwisko autora nigdy nawet nie obiły mi się o uszy, ale nic tam. Decyzja została już podjęta. Przez jedną i drugą stronę. Najostrożniej, jak mogłem, wziąłem książkę do ręki i przekartkowałem ją, wprowadzając w trzepot jej strony. Opuściwszy swą klatkę, wreszcie wolna, rozbłysła fajerwerkiem złotego pyłu. W pełni zadowolony z wyboru, ruszyłem labiryntem w drogę powrotną, ściskając książkę pod pachą i nie kryjąc radości. Może całkiem mnie urzekła magiczna atmosfera tego miejsca, ale byłem święcie przekonany, że ta książka czekała na mnie już od dawna, bardzo możliwe, że czekała już na mnie, zanim w ogóle przyszedłem na świat.
Tego samego dnia po południu, wróciwszy już do mieszkania przy ulicy Santa Ana, zamknąłem się w swym pokoju i postanowiłem zapoznać się z początkowymi stronami mojego nowego przyjaciela. Zanim się obejrzałem, lektura pochłonęła mnie już całkowicie i nieodwołalnie. (…)

Czwartkowe spotkania „Narzędzia do zapisu myśli”

Takie przyrządy, pomocne w pracy ludzi używających ołówków, zachowały się w moich „kufrach”. Te „cuda” mają co najmniej 70 lat.

Ile to się zmieniło nie tylko w tworzonych „dziełach rąk ludzkich” ale też w narzędziach do zapisu powstających konstrukcji.




fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl

“Handimals” – Guido Daniele

Nieprawdopodobnie rzeczywiste ilustracje zwierząt, malowane na rękach, tworzone z rąk. Cudowne. Koniecznie wejdź do artykułu i zobacz je wszystkie. Naprawdę warto. Że krótkotrwałe? Że trzeba zmyć? Zostaną zdjęcia-obrazy, oczywiście sztuka:
http://www.shayhowe.com/

W Dolinie Pięciu Stawów

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów, tzw. „Piątka”:

W sąsiedztwie:

Szarotka:

Świtem zaczesać ręką źdźbło traw…

…albo nóżkami:

fot. Monia Tatry, Polska