Tips_Senior

Jakoś tak bez powodów zapragnąłem powspominać dawne czasy. Może to jesienna melancholia, może kompleks twórczego niespełnienia, może coś innego. Dość, że postanowiłem. Z szerokiego spectrum wspomnień wybrałem na chybił-trafił teczkę z napisem „Motoryzacja”, ale tu pojawił się problem. Odkąd sięgam pamięcią zawsze ciągnęło mnie do włóczęgi po świecie, a szczególnie do podróży samochodowych. Było mi obojętne, jaki to pojazd, byle miał koła, albo szerzej – byle się poruszał. Z tej tęsknoty zdarzyło mi się nawet rok pracować na stanowisku motorniczego tramwajowego. Dzięki temu moje doświadczenia motoryzacyjne raczej odbiegają od „średniej krajowej”. Gdybym teraz zaczął snuć wspomnienia o wszystkich moich „kółkach”, to opowieść ciągnęłaby się niczym „ekspoze” Fidela Castro, dlatego postanowiłem ograniczyć twórczą wenę i skupić się na samochodach raczej nieużywanych przez ogół E-codzienników.

Škoda 706
Historycznie patrząc to pierwsze sześć kółek to był 3,5-tonowy Hanomag kolegi Krzysia (niestety, nie tego od Kubusia Puchatka, a szkoda ;) ). Jeździłem nim krótko, nie miałem jeszcze prawa jazdy kategorii „C”, więc można go pominąć.

W 1986 zdałem (bez jakiegokolwiek błędu na teście!) egzamin na „zawodowe” prawo jazdy i zostałem nadwornym kierowcą firmy STER-GAZ. Używałem wtedy Mercedesa, popularnie zwanego „Puchatkiem” (czyli modelu 307) z olbrzymią, zbudowaną już w Polsce skrzynią ładunkową i zaopatrzonego w tylna windę hydrauliczną. W owych czasach był to luksus nie lada! Samochód wspominam miło, ale bezbarwnie. Był w ogólnie dobrym stanie technicznym, szef nie skąpił grosza na wyposażenie, więc praca była na ogół przyjemna. Jeździłem „dookoła komina” a czasem w trasę. Śląsk, Kielce, Opatów, Szczecin – takie trasy się powtarzały. Uczyłem się dopiero wtedy, co to znaczy ciężarówka. Najsłabszym elementem auta były beznadziejne hamulce. Był on po prostu po przebudowie za ciężki. Doświadczenie to bardzo się przydało w przyszłości, bowiem okazało się, że taka właściwość charakteryzuje większość samochodów ciężarowych.

Kolejne sześć kółek to była Skoda 706 w firmie „Wykopy ziemne i brukarstwo” pana Andrzeja Szrona. To była dopiero prawdziwa szkoła życia.

Pracowaliśmy przy budowie osiedla „Zielone Wzgórze” w Murowanej Goślinie opodal Poznania. Takie luksusy, jak części zamienne i płyny chłodnicze nie były raczej znane. Jeden samochód, najczęściej Tatra, był dyżurny i pracował całą noc na niskich obrotach. W mglisty i mroźny poranek zaczynało się misterium rozruchu bazy transportu. Najpierw tankowanie, na cały dzień roboty trzeba było nalać do baku około 40 litrów ropy, oczywiście ręcznie. Później dyżurna Tatra po kolei podjeżdżała do innych ciężarówek tyłem-do-tyłu, bowiem nikt się nie bawił w szarpanie się z linkami holowniczymi. Należało przygotować bieg, z reguły czwarty i czekać na pomoc kolegów. Zapierając się tyłami skrzyń ładunkowych ruszająca do tyłu Tatra gwałtownie szarpała moją Skodą do przodu i pchała ją kilka metrów. To wystarczyło, aby silnik zapalił. Dalej już radź sobie człowieku sam. A było co robić! W Skodzie niemal wszystko działało na sprężone powietrze, które w nocy zawsze uciekało. Dlatego po zapaleniu należało przede wszystkim wyszarpnąć bieg bez używania sprzęgła a potem zatrzymać samochód bez używania hamulców. Najlepsza była do tego jakaś kupa żwiru lub żużla. Powiecie „A gdzie hamulec postojowy?” Był, ale kabestanowy. Nawet działał, ale jego pełne zaciągnięcie trwało, przy wprawie, około 15 sekund. W tym czasie już dawno samochód staranowałby jakiś płot lub inny pojazd. Po szczęśliwym zaryciu np. w pryzmę żwiru i zatrzymaniu pojazdu należało jeszcze nalać wody do chodnicy. Drobiazg, jakieś 23 litry, cztery i pół dużej konewki. Potem tylko oskrobać szyby, dolać oleju i płynu hamulcowego (gdy brakowało lało się do układu piwo, autentycznie!), poczekać jeszcze około 10 minut na napompowanie powietrza i już (!) można było wyjeżdżać na budowę.

Praca na budowie była bardzo ciekawa, choć monotonna. Pustym samochodem podjeżdżałem pod koparkę, która ładowała bezlitośnie, ile mogła ziemi. Na dziesięciotonową maszynę napychano w zależności od wilgotności, około12 do 16 ton ziemi. Klakson, jedynka terenowa, pełne obroty silnika i czekam na popchnięcie łyżką koparki. Bez tego kopa nie byłbym w stanie ruszyć. Potem już wystarczyło wytrwać w tym hałasie do najbliższego asfaltu, jakieś kilka minut. Jakiekolwiek dotknięcie hamulca czy sprzęgła na piasku zatrzymałoby mnie bez możliwości ponownego ruszenia samodzielnie. Hałas w kabinie był solidny, niczym na pokładzie lotniskowca, bowiem jedynym elementem tłumiącym hałas i drgania była stara kołdra położona na maskę.

Kolejne uderzenie adrenaliny zdarzało się przy cofaniu się do wysypu. Świeżo usypana skarpa raczej nie lubiła dużych obciążeń punktowych. Raz po raz się rozsypywała i któryś samochód zamiast wysypać urobek lądował kila metrów niżej ruchem ślizgowym na zablokowanych kołach. Jeżeli lądował na kołach, to wszystko w porządku. Spychacz marki „Staliniec”, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, wypychał delikwenta na górę, ten kupował operatorowi spychacza piwo i wszystko wracało do normy. Jeżeli taki delikwent wylądował na boku, to trzeba było trochę popracować linami i łańcuchami, by ponownie postawić maszynę na koła. Tu już nie wystarczało jedno piwo, raczej potrzebna była jego skrzynka.
CDN

Tag:

3 komentarzy do “Dawnych wspomnień czar, czyli moje pierwsze sześć kółek cz. 1”

  1. ew pisze:

    Dobrze, że podjąłeś się publikacji tych wspomnień. Młodsze pokolenia kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, co ich ominęło. Teraz jest wszystko w sklepach, a wtedy? Komitety kolejkowe i trzy dni, i trzy noce stania na przykład za pralką. Jak przyszło ich tylko pięć, a ty byłeś szósty, to się brało co dawali, na przykład niepotrzebną zamrażarkę Mors, by ją potem komuś ze wsi, dużo drożej ożenić.
    A samochody? Wszyscy zimą zabierali na noc akumulatory do domu. A jak chłopak siory do nas przyjeżdżał swoją Syrenką 105, to musiał ją zaparkować na stromej górce. Inaczej bowiem jak tylko startując w dół, nigdy by nie ruszył i pewnie musiałby u nas nocować. I tak się chyba w końcu stało, bo zbyt szybko ślub brali :)
    pzdr

  2. Tips_Senior pisze:

    Hi, hi… Ty myślisz, że TO minęło! O, ludzka naiwności…
    W sklepach może i wszystko jest, w tym akumulatory, tylko, że trzeba mieć jeszcze pieniądze. Mój diselek już stareńki, jego „aku” już by do starszaków chodził, gdyby był chłopcem, a funduszy na kolejny jakoś „ni widu, ni dychu”. Skutek – wieczorkiem kurtka na grzbiet, kluczyk „dziesiątka” w łapkę i akumulatorek wędruje na noc na trzecie piętro. Rano na odwrót. Całkiem jak dwadzieścia pięć lat temu…

  3. ew pisze:

    Masz rację z tym „jest wszystko tylko nie ma kasy”. No, ale Polak potrafi.

    Jestem mistrzynią w robieniu z niczego coś, mogę śmiało na Old Town i szukać drutów, puszek, pniaczków i etc.
    Przewlekle chory, dobrze jak sobie uświadomi, że jest chory i przyzna się sam przed sobą do tego – jest mu wtedy o wiele łatwiej znosić trudy choroby. I tak właśnie wieeele lat temu zrobiłam – nie mam kasy i nie oczekuję od losu deszczu nagłej mamony. Potrafię sobie radzić bez.

    Czasami dochodzi do zabawnych sytuacji jak dziś. Koleżanka w pracy z przekąsem na forum skomentowała, że nie gada ze mną, bo… „nawet nie wiecie jakie sobie drzwi kupiła”.
    A to 2 metry jaśniutkiej, sosnowej okleiny i 2 drewniane listewki w tym samym kolorze na framugi, plus kit szpachlowy, w tym samym rzecz jasna odcieniu i wsio. 40 zł wszystko? Wypaliło oczy konkretnie koleżance i wyczytała na nich sumę minimum tysiąc.

    Lubię ten Twój cykl. Może jestem zboczona, ale lubię pamięcią wracać do czasów radosnego PeeReLu, jakby nie było to moja młodość, i jest co wspominać.
    Pozdrawiam Cię.

Napisz komentarz

Pomocne: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>