9 listopada obchodzimy rocznicę obalenia Muru berlińskiego (niem. Berliner Maue).
Na początku lat 70 tych widziałem takie obrazki. W dniach od 17 lipca do 2 sierpnia 1945 w Cecilienhof obradowali uczestnicy konferencji poczdamskiej. A ja, z okien tego pałacyku widziałem MUR, a po autostradzie mknęły kolumny US Army i CA. Dobrze, że to już było.


fot. Wiesław Czapski
Zobacz więcej:
- MUR Wiesław Czapski










„Czwartkowe spotkania” w piątek. Dni mi się poprzestawiały
By wejść w klimat. Pod linkiem satelitarne zdjęcie muru:
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/d/dd/Berlin_satellite_image_with_Berlin_wall.jpg
A poniżej cytaty dwa z „Siedemnaście lat po upadku muru. Niemcy wciąż podzielone” Agnieszki Wasztyl:
- „Część miasta po jego wschodniej stronie stała się pułapką dla wielu Berlińczyków. Tragiczne wydarzenia, które pod nim miały miejsce pokazywały zanik wszelkich wartości, zawziętość i zło, do którego zdolny jest człowiek. Wzdłuż kolczastego drutu otaczającego mur ustawione zostały posterunki tzw. milicji robotniczej i liczne warty żołnierzy. Zainstalowano systemy automatycznego odstrzału. W wielu próbach przedostania się wschodnich mieszkańców Berlina do zachodniej części zginęło ok. 240 osób. Uciekinierów bito i torturowano. Milicja strzelała do ludzi bez ostrzeżenia. Ostatnia ofiara zginęła 9 lutego 1989 r., już po zachodniej stronie muru, w trakcie ucieczki balonem własnej roboty.”
- „Jak dziś wygląda życie w Niemczech? Turysta zobaczy przede wszystkim nowoczesne budynki, najnowocześniejszą technikę, dobrobyt, wielu zamożnych ludzi, ogólne zadowolenie, życzliwość i gościnność. Jednak prawie 30 lat izolacji zrobiło swoje. Wraz z postępem technicznym nie zmieniła się niestety mentalność Niemców. Dalej, choć naturalnie w mniejszym stopniu, utrwalony jest w świadomości wielu ludzi podział na Wessi (zachód) i Ossi (wschód).
– Wiele lat śniliśmy o jednym państwie. Gdy się w końcu to udało szaleliśmy z radości. Ale dalej są podziały. Kiedyś krążyło mnóstwo dowcipów o wschodnich Niemcach, ale dziś mało kogo już one śmieszą. Zachodnie landy dają nam odczuć, że jesteśmy gorsi, że wszystko jest u nas na gorszym poziomie, czujemy się czasem jak ubodzy krewni, choć wcale źle nie jest. Dla nich jeszcze długo będziemy Ossi i bardzo nad tym ubolewam – mówi Gerda Omraht, starsza mieszkanka Wernigerode.”
Całość tutaj:
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/siedemnascie_lat_po_upadku_muru_niemcy_wciaz_podzielone_11738.html
I meritum. Patrzę na zdjęcia Pana Wiesława, czytam te teksty i nagle przypomina mi się pewna opowieść przy wieczornym long drinku, której nigdy nie zapomnę. W zeszłe lato, podczas wakacji w Niemczech, odwiedziłyśmy przyjaciółkę moich gospodarzy, i ta opowiedziała mi swoją historię. Jako młoda panna, przyjechała nieświadoma niczego razem z rodzicami do Berlina Zach, by… na miejscu dowiedzieć się, że to ucieczka z bloku wschodniego na zawsze! Nikt ją o zdanie nie pytał, wchodziła w dorosły wiek zahukana decyzją rodziców. W Polsce (na wybrzeżu) zostawiła swoją miłość (chłopaka), treningi (pływanie), swoje życie (znajomych), swoje sprawy (szkołę). Życie rozsypało się jej na kawałeczki. Berlin Zach, wbrew pozorom, był znacznie gorszy do życia niż RFN (NRF) – ciągłe kontrole, przepustki, piętno strachu.
155 km muru… I jak u Rejenta i Cześnika – najbardziej cierpieli postronni.
Pozdrawiam! Dzień lepszy*
* Poczekam, aż Pan Wiesław napisze dlaczego „Dzień lepszy”.
Niemcy Niemcom zgotowali ten los…
Właśnie skończyłem niezależną, amerykańskiego historyka, biografię Gross Admiralla III Reich-u, Ericha Raedera. Podparta bogatą biografią, naukowo nudna historia kariery wybitnie zdolnego oficera Kriegsmarine, jej dowódcy od 1933 – 43 r.
I on, wysoko sobie ceniący oficerski honor, twierdził w Norymberdze, że nic nie wiedział o obozach zagłady i Holocauście. Bezpośrednio podlegający pod Fuhrera…
Niemcy, owszem, górują nad nami organizacją i pracowitością. Ale czy nie jest swego rodzaju felerem, że dają się porwać totalitaryzmom? Bo NRD też nim była, niezależnie od sowieckich kleszczy. Czy takie natężenie faszyzmu jak w Niemczech – obojętnie, hitlerowskiego, czy komunistycznego, byłoby możliwe u nas?
A co do upadku Ostich pod komuną, mam i własne wspomnienia.
Jako młody chłopak, tak cuś ok. r. 1968, brałem udział w regatach Ostseewoche, w Warnemunde. NRD to dla nas, biednych, był prawie Zachód – chętnie chodziliśmy na dancingi do Kurhausu – domu zdrojowego (potocznie wstawiając do nazwy przybytku literę ,,w” po ,,r”).
Razu pewnego siedzimy tam, a od stolika do stolika chodzi NRD-owski żołdak, pijany w sztok, z karabinem i czapką po pijacku zsunięta na tył głowy i żebrze u gości lokalu o setkę wódki… Niemiecki żołnierz!!!
Innym razem nie chcieli nas tam wpuścić. Zmartwieni wracamy na jacht, ale gdy mijamy zapóźnionego ruskiego sołdata, też pijanego, sympatycznie się do nas uśmiechnął. Wyjawiliśmy więc mu nasze niepowodzenie, na co ten wrzasnął: ,,sztooo?!! i pognał do Kurhausu, a my za nim. Wyjął wielki nagan z kabury i ująwszy za lufę zaczął walić kolbą w drzwi knajpy. Wystraszeni Niemcy natychmiast otworzyli i usłużnie przydzielili nam najlepszy stolik na sali…
Nie było mi ich żal i nie jest do tej pory.
Bo to oni narzucili grę pt.: ,,kto kogo”. Tak było i z II-gą wojną.
Najgorsze jest to, że Niemcy nie tylko Niemcom zgotowali ten los…
Tato mało opowiada o wojnie, a rocznik 30. Tragiczne to były czasy, a chyba o złych rzeczach, nie chce się po prostu pamiętać.
Był z miasta Lublin, a wiadomo, że w mieście jest wtedy najciężej. Było „dziesiątkowanie” i jeden ze Szwabów obruszył się, że przecież to jeszcze chłopiec, kazał przejść pod patyczkiem i odesłał. Inni zbili kolbami po głowie krzycząc „Parizant?! Partizant?!”, gdy Baureowi, u którego pracował niósł przez las jedzenie… Młodziutka mama zmarła, śpiąc w tym samym co syn łóżku, na tyfus…
Z czystą kartą przyjechał na Podbeskidzie. Szkoła, FSM i wszystko zaczął od nowa. Tato jest optymistą. Chyba po prostu wszystko co było potem, jest lepsze niż wtedy.
I tak sobie myślę czytając wypowiedź o „miłym, usłużnym Sołdaku”, i mając na uwadze Twoją z kolei, nie tak dawną przecież wypowiedź pod Moskwą, gdzie jedno ze zdań brzmiało „wybierając się tam w interesach, doradzam jednak spisać testament”
http://ecodzien.pl/2009/03/10/moskwa/#comments
To, który z nich był gorszy, Rusek czy Niemiec?
Ale się narobiło – przez tę rocznicę.
Mieszkałem wiele lat w Opolu i okolicach. Mam wielu znajomych „zza Buga”, z Centrali, Ślązaków, Niemców. Chodziłem z nimi do szkoły, pracowaliśmy w jednej firmie. Wielu wyjechało w ramach „łączenia rodzin”, wielu mieszka tam gdzie mieszkali ich przodkowie.
W czasie nauki w szkole, odwiedzaliśmy się w domach. I co z tego, że u Norberta czy Wolfganga można było dostrzec jakieś plecaki, manierki i inne fragmenty wyposażenia żołnierzy „ich wojska”? I co z tego, że Maciek jeździł rowerem będącym na wyposażeniu WP przed 1939 r.? Co z tego, że jeden opowiadał jak jego „stary” stracił nogę pod Stalingradem, a ojciec innego, po poddaniu w 39 r., nie oddał Visa i wolał go rozłożyć na części i porozrzucać – by nie wpadły w ręce wroga.
Co było wspólnego w tych opowieściach? Nie mówiąc o tym, każdy z tych żołnierzy dostał, w jakimś tam czasie, powołanie do wojska. Listonosz przyniósł list i tyle było ich wolności i swobody decyzji. Zaczęli robić to, co te okropne machiny władzy postanowiły. Wszystko inne to szczęście lub pech, uległość propagandzie, albo obojętność na jej wpływ.
A jak to jest dzisiaj wokół nas? Płacimy mniejsze czy większe podatki z własnej woli? Nie, z woli naszych demokratycznych reprezentantów uchwalających to lub tamto. A „dyscyplina partyjna” i co? Jeden „szef” powoduje, że żołnierz jedzie – oczywiście jako ochotnik – na taką czy inną wojnę, bo „szef” rządzącej partii tak zdecydował – „demokratycznie”!
A co z tym zrobić? To już inna sprawa.
„Paka czto” dawno w naszym rejonie nie było tak długiego okresu spokoju. Może czegoś się nauczyliśmy, może supermarkety „globalnych” firm są takim elementen stabilizującym, a może co innego?
Nie podejmuję się rozsądzić; najgorzej jest, gdy się dogadują nad naszymi głowami. Dotąd – patrz gazociąg północny po dnie Bałtyku.
PS czy ja napisałem o ,,miłym usłużnym sołdacie?
Napisałeś, patrz:
- „sympatycznie się do nas uśmiechnął. Wyjawiliśmy więc mu nasze niepowodzenie, na co ten wrzasnął: ,,sztooo?!! i pognał do Kurhausu, a my za nim.”
Dla mnie ktoś kto się sympatycznie uśmiecha jest miły, a przecież był też usłużny, bo załatwił wejście do Kurwhausa.
ps.
Maseczka do publikacji rozumiem?
Brrr, bardzo obrazowo Pan to ujął Panie Wiesławie. Koledzy z różnych stron barykady można rzec. I dopóki się nie odgwiżdże powołania do służby, podczas tej pokojowej przerwy, bez względu na to, ile czasu by ona nie trwała, bawią się razem.
A potem nagle bach, listonosz dzwoni dwa razy i przynosi… temu do Wermachtu, temu do WP, a temu do gazu.
I to dopiero pokazuje, że tylko lata pokoju nas scalają a wojna różni.
ps.
Nauczy Pan ecodzienników Dzień lepszy? Napisze Pan dlaczego tak? Bardzo proszę. Myślę, że bardzo to też tu tematycznie pasuje.
Dawna sprawa, ale niech będzie. To ludzie z Daewoo twierdzili, że postęp jest najważniejszy. Jak jest dobrze, to już jest źle jak nie kombinuje się żeby było lepiej. No jeżeli tak, to witałem się z nimi – „Dzień lepszy”. Jak nieustający postęp to niech tak i będzie.
Dzień lepszy
i wszystko jasne – w cień idą zmory wojny, tragedie, nieszczęścia i dramaty ludzkie..
Wspaniała maksyma.
„To, który z nich był gorszy, Rusek czy Niemiec?”
Nie wiem, urodziłem się na szczęście kilkanaście lat po tych strasznych czasach. Myślę, że nie sposób odpowiedzieć uczciwie na to pytanie. Najbliższa ideału byłaby chyba odpowiedź „są różni”. Na dowód opowiem Wam to co usłyszałem od mojego śp teścia, rocznik 1923. Woja zastała go we Lwowie, gdzie trafił pod okupację radziecką, a później, tuż przed napaścią Niemiec na ZSRR udało mu się, za spore łapówki, przenieś do Poznania, gdzie zaznał okupacji hitlerowskiej, więc solidny materiał do porównań.
Według tej opowieści pod okupacją radziecką można było swobodnie chodzić po ulicy, nawet ciągnąć za sobą na sznurku uzbrojony czołg. Wiara w siłę władzy i ślepe posłuszeństwo wobec jej nakazów były u Rosjan tak duże, że było to całkiem bezpieczne. Każdy ewentualny patrol, o ile nie miał specjalnych rozkazów, wychodził z założeni, że skoro idziesz po ulicy z czołgiem to znaczy masz na to zezwolenie. Za to nie istniała prywatność i mir domowy. niemal co no, nawet kilkukrotnie rozlegał się u drzwi dłuuuuugi dzwonek i kilku panów bezpardonowo kontrolowało całe mieszkanie. Na ewentualne uprzejme pytanie, czego szukają, odpowiadali „niczewo, no tolka posmatrietć” (niczego, tak tylko popatrzeć).
Tymczasem pod okupacją hitlerowska było odwrotnie. Jeżeli nie miałeś pecha, że u sąsiada namierzono radiostację, ani nikt na Ciebie nie doniósł, to mogłeś w mieszkaniu przechowywać uzbrojenie dla całej dywizji, nikt tego nie kontrolował. Ale na ulicy działały liczne, profesjonalne i skuteczne patrole, więc posługiwanie się np. lewymi papierami wymagało ich wysokiej jakości i silnych nerwów.
Co z tego wynika? Ano chyba to, że choć Niemcy i Rosjanie mają inną mentalność, to totalitarne reżimy potrafiły znaleźć skuteczne sposoby na opanowanie tak różnych narodów w imię swoich zbrodniczych interesów. Czyli trzeba się liczyć z próbami wskrzeszania zbrodniczych ideologii wszędzie i zawsze.
Pozdrawiam dyskutantów, dawno nie miałem takiej satysfakcji z czytania Waszych komentarzy.
Mike! Zawsze się dogadywali, bo my nie potrafiliśmy się dogadać sami ze sobą. Czy to nie zwala z nóg – ze śmiechu – tych co zawodowo patrzą na to, co się u nas dzieje? Jakieś afery „przeciekowe”, „hazardowe”, „grypowe”. Prawdziwą aferą był przekręt Kim’a, szefa Daewoo. Złapali go, rozp…li Daewoo na drobne i dalej do przodu. Można zobaczyć jak tam, w stoczniach budują prawdziwe statki, platformy wiertnicze, kilkunastokilometrowe mosty na morzu, bo jak jest dobrze, to trzeba lepiej. Musiałem się wstydzić, jak w Wyszkowie jeden z koreańskich inżynierów, analizował możliwość wyposażenia planowanej tu fabryki skrzyń biegów, w maszyny i urządzenia naszej produkcji. Wyszło na to, że nie mieliśmy nic co by się do tej produkcji nadawało. W jego oczach widziałem pytanie: a długopisy to macie swoje czy z importu?
Jak to łatwo dogadać się ponad naszymi głowami!
A dogadują się naprawdę wielcy.
W Bielsku-Białej przykładów naręcze. Moi rodzice to wspomniany FSM i włókiennictwo. Działa jeszcze Bewelana, Weldoro, ale po większości pozostały tylko nazwy zakładów: Rytex, Welux, Finex itd. To co, elany, wełny zaczęły nam śmierdzieć, czy tak bardzo polubiliśmy bawełniane podkoszulki made in China? FSM rozparcelowany, posiekany, rozsprzedany. W Bielsku po nim pozostały zakłady produkujące podzespoły, ale pod włoską lub amerykańską egidą, bo… Polak nie potrafi? Nie potrafi czego? Pracować czy ZARZĄDZAĆ?!
Nie potrafi dobrze gospodarować produkcją czyli swoim kapitałem. On zrobi ten długopis, ale nie wierzy, że zrobił go doskonale i da sobie wmówić, że inni i tak robią je lepsze. Nie ceni się Polak. Lata równania w dół, to jak te berlińskie 30 lat życia za murem, nie tylko inni nas postrzegają jak Ossi, ale sami się tak czujemy – gorsi.
Polak potrafi, ale jeszcze powinien iść na psychoterapię, gdzie go zmotywują afirmacjami „Jestem dobry, jestem najlepszy, jestem wspaniały, wszystko potrafię, więc wszystko mi się dobrze układa”. Tak mówią w Ameryce i na wstępie już mają darmowe punkty… za tupet! Polak chwalony, namawiany, mimo swoich niewątpliwych umiejętności mówi – eee.. czy ja wiem, czy dam radę? Albo – przecież ja tylko pstryknąłem…
Codziennie obserwuję taki zakład, gdzie włos się na głowie jeży jak to wszystko jedzie na bandzie, jak to balansuje na granicy – uda się znów, czy też nie, jak to wisi wszystko na włosku. I działa dzięki zgranemu, doświadczonemu zespołowi, na zasadzie „dobry lotnik i na drzwiach od stodoły”… ale do czasu. Taka niefrasobliwość zarządzających, mimo różnych zabiegów akrobatycznych, stawania na głowie pracowników, bywa w końcu skrzętnie wykorzystywana przez innych, cwańszych.
Tak nawiasem, to pomieszczenia są wydzierżawiane wielu, wielu gryzipiórskim firmom, które jakoś mimo braku produkcji, więcej kręcą z powietrza lodów niż my. Pomieszczenia w obiekcie należącym do dawniejszej fabryki maszyn Befama. To tak, jakby pracowało się w jej grobowcu.
I skoro już tak wyliczamy, to pamiętam licealne praktyki, które mieliśmy w Apenie lub Indukcie, fabryce silników elektrycznych, gdzie jeden z wydziałów, nie miał wejścia od schodów, tylko wewnętrzną windę obsługiwaną przez strażnika. Dlaczego? Tam silniki były produkowane na potrzeby wojska. Łoj, tego się strzegło, to się niańczyło, żeby tej tajemnicy poliszynela nikt nie dojrzał, żeby nie było przecieku. Gospodarki jako takiej już nie. Bo po co.
Chyba bliżej nam do mentalności Ruska, który jak jest dobrze, uważa, że jest super i przestaje pracować, by było jeszcze lepiej. Dlatego potem zjawiają się inni, którzy nad naszymi głowami udowadniają, że potrafią więcej…
Dzień lepszy
Maseczka do publikacji niezwłocznej, naród potrzebuje samopomocy w dogorywającym NFZ-cie! Pomożesz Złota milionom!!
Nie jestem w stanie zrozumieć „dlaczego”? Opisanie własnych doświadczeń to zbyt powierzchowna analiza. Ale rzecz dotyczy pracy. Może ten, streszczony na moim blogu, wykład profesora Politechniki Lwowskiej z 1925 r. coś wyjaśni.
O pracy.
Sporo przykrych uwag o naszym mieście można znaleźć na łamach lokalnej prasy. Mieszkańcy zwracają uwagę na utrudnienia związane z „życiem w mieście”. Czy jedynym tego powodem – jak niektórzy uważają – jest brak realizacji „zaleceń” Janusza Korwin Mikke.
Ostatnio zajrzałem do swojego SIMPowskiego „archiwum”.
Z okazji Nadzwyczajnego Walnego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Mechaników Polskich wydano Numer Specjalny „Mechanika” datowany 6-7.12.1980.
Wśród wielu zamieszczonych w „Mechaniku” – ważnych na tamten czas – artykułów znajdował się też „Referat wygłoszony na obchodzie inauguracji roku naukowego 1925/26 na Politechnice Lwowskiej”. Referat „Drogi ku lepszej przyszłości” prof. E.T. Geisler zaczyna w ten sposób: „Postawą dobrobytu państwa jest sprawność gospodarcza obywateli, czyli wysoka jakościowo i ilościowo wartość dóbr wytworzonych przy możliwie niskich kosztach własnych wytworu. Aby zmniejszyć w danych warunkach gospodarczych koszty wytwórcze, trzeba posiadać współczesne urządzenia i metody fabrykacyjne oraz racjonalną organizację pracy.”
W gruncie rzeczy artykuł jest o dociekaniu przyczyn złego stanu Polski w tych latach. Przyczynę widzi autor w złej organizacji pracy, a poprawę stanu gospodarki w powszechnym stosowaniu metod dobrej organizacji pracy. Podaje wiele przykładów stanu Polski, analizuje przyczyny i podaje propozycje naprawy. Wiele opisanych sytuacji idealnie „pasuje” i do dzisiejszych czasów. Na szczęście te najbardziej „kąśliwe” przykłady mamy już za sobą. „Solidarność” i zmiany gospodarcze po 1989 r. spowodowały, że np. niektóre cytowane tu opisy nie są już aktualne: „Powszechne są dziś narzekania na złe czasy, ogólna troska o finansowe, ekonomiczne, a co zatem idzie – i o polityczne położenie odrodzonej Ojczyzny.(…) Mówią nam – że przyczyną wszelkich trudności jest nasz ujemny bilans handlowy. (…) Jako jedyny środek wskazują nam ograniczenie naszych potrzeb. Powstają ligi – które nam każą wstydzić się, że jadamy pomarańcze lub winogrona, że wolimy nosić jedwab, niż bawełnę, które dowodzą, że zbrodnią jest sama myśl o wyjeździe zagranicę. (…) Zdawaćby się mogło, że jesteśmy największym rozrzutnikiem między narodami, żyjącym na wiele szerszej stopie, niż anglicy, amerykanie i inne narody zachodnie. (…) Oszczędność jest wielką cnotą – wskazaną zwłaszcza dla nas, jako narodu na dorobku; lecz odmawianie najistotniejszych potrzeb, głodowanie wprost – jest niedorzecznością. Skala potrzeb olbrzymiej większości polaków jest tak skromna – że dalsze oszczędzanie nie będzie ukróceniem zbytków, lecz wprost – głodówką. Nie tędy więc droga do poprawy sytuacji: nie należy z ograniczenia potrzeb robić cnoty narodowej. Tu dochodzimy do jądra sprawy: widocznie pracujemy źle lub za mało – jeżeli nie możemy zaspokoić naszych więcej niż skromnych potrzeb. Czem się to dzieje?”
Autor wykazuje, że polscy robotnicy są cenieni przez Henry Forda, chwali się ich spryt i pracowitość. „Ten sam jednak wychodźca – gdy wróci do kraju – staje się znów niezaradnym i niesprawnym. (…) Jedyna więc droga ku lepszemu jutru – to usprawnienie naszej pracy – uczynienie jej znacznie wydajniejszą – a co zatem idzie w parze – łatwiejszą i popłatniejszą….” Prof. E.T.Geisler mówi w swoim referacie o powszechnie panującej opinii o potrzebie stosowania „tayloryzmu”. I wyjaśnia, na czym polega to, co obecnie nazywamy „badaniem pracy”. W inaugurującym wykładzie profesor mówi: „nauka Taylora opiera się na niezmiernie prostej zasadzie; niema takiej czynności ludzkiej, któraby nie mogła być zbadana, zanalizowana w swoich częściach składowych i ulepszona w większym lub mniejszym stopniu.” W wyniku takiej analizy zalecane jest: rozplanowanie pracy i wykonanie pracy. „zastanawiając się nad wykonaniem każdej dowolnej pracy należy zbadać 1) potrzebne właściwości wykonawcy, 2) właściwości tworzywa i materiałów przerobowych, 3) sposoby wykonania, 4) maszyny lub narzędzia, które służą do tego celu, 5) warunki, w jakich praca się odbywa. Gdy punkty wymienione najlepiej odpowiadać będą potrzebom – praca musi być wykonana najsprawniej.
Wiele uwagi należy poświęcić właściwemu doborowi wykonawcy pracy. Znalezienie „właściwego człowieka na właściwym miejscu” to już wtedy – na Zachodzie – nie było dziełem przypadku. „Bada się więc dzieci oddawane do szkół, młodzież wstępującą do uczelni wyższych; bada się terminatorów, rzemieślników, bada wreszcie urzędników – wyszukując dla każdego człowieka zajęcie, najbardziej odpowiadające jego uzdolnieniom. Gdy porównamy to z naszym systemem przypadkowości – zrozumiemy, dlaczego na każdym polu spotykamy tylu nieudolnych pracowników, niezadowolonych ze swego losu, …”. „Dobieraniu odpowiednich materiałów , sposobów pracy i urządzeń do niej służących poświęca się na Zachodzie również baczną uwagę. (…) Ale trzeba wiedzieć – że USA posiadały w roku ubiegłym około 800 laboratorjów, poświęconych przemyslowym badaniom naukowym, nie licząc specjalnych pracowni szkolnych, że wydatek na utrzymanie tych pracowni przewyższył w 1923 r. 40 mln dolarów, z czego trzecią część wydatkował rząd, resztę – społeczeństwo, a przedewszystkiem przemysł i zrzeszenia wszelkiego rodzaju”.
Osobną sprawą jest badanie warunków najbardziej sprzyjających wykonywaniu pracy. „To też współczesne wytwórnie na zachodzie przypominają nierzadko pałace – czysciutkie, obficie oświetlone, dobrze ogrzane i przewietrzone, położone wśród zieleni, posiadające własne kąpiele, boiska sportowe, czytelnie, kantyny. Przekonano się bowiem dowodnie, że nakład, zrobiony na urządzenia tego rodzaju opłaca się sowicie w postaci znacznie zwiększonej wydajności pracy. Oczywiście, że tak olbrzymi nakład pracy umyslowej nie może pozostać bez wyników. To też wyprzedzają nas na każdym polu bliżsi i dalsi sąsiedzi zachodni. My zaś patrzymy, dziwimy się i, co najwyżej – zazdrościmy”.
Miejsce na takie myślenie jest nie tylko w wielkich organizacjach przemysłowych. „Na każdym polu działalności ludzkiej – nawet w czynnościach najpospolitszych i najdawniej wykonywanych – znajdzie człowiek myślący możliwość ulepszeń. (…) Na Zachodzie rzeźnik, piekarz i tp. myślą – więc obsługują należycie swych odbiorców, dostarczając produkty w stanie zupełnie prawie gotowym do użytku i sprowadzając je na miejsce: pralnia zabiera i przywozi do domu bieliznę; (…)Myślą tam zarządy dróg żelaznych, tramwajów, autobusów – jak najlepiej obsłużyć podróżujących; myślą poczty i telegraf – w jaki sposób najbardziej uprzystępnić obywatelowi korzystanie z nich; myślą kupcy – myśli każdy w swoim zakresie – jakie udogodnienia, jakie ulepszenia możnaby wprowadzić, by sprawniej i szybciej pracować Nie ma takiego działu pracy, w którym wykonawcy spoczęli na laurach i nie myśleli o postępie. To też dobrobyt Zachodu zwiększa się >jak na drożdzach<. (…) Nasza produkcja, niestety, prawie nie wzrosła w tym czasie. (…) W każdej dziedzinie, na każdym stanowisku, kontentujemy się tem, co już od dawna zrobione zostało – nie pragniemy postępu, nie życzymy sobie zmiany – bo każda zmiana – to konieczność myślenia – a myśleć nie lubimy nadewszystko.Tu szukać należy głównej przyczyny zła, które nas trapi, tu powód naszej biedy. Jeżeli chcemy ruszyć z martwego punktu – musimy na całej linii, we wszystkich dziedzinach, od czynności najprostszych, aż do złożonych jak administrowanie państwem – zastosować współczesne metody pracy: najprzód wszystko dokładnie obmyśleć i rozplanować, potem szybko wykonać. (…) Dziś nie wystarczy już sama tylko pracowitość, pracowitość wołu. …”.
Czy zmieniło się coś od prawie 100 lat?
Wiesław Czapski
A to prawda Panie Wiesławie, ryba psuje się od głowy. Od lat tak samo.
Pozwoliłam sobie wyboldować, wytłuścić, moim zdaniem ważne kwestie z tego ponadczasowego opracowania. Czy słusznie?
I cóż, na te głowy… Maseczka. Nie wiem co robię, ale niech Ci będzie Mike. Może w tym szaleństwie jest metoda.
Czyli (bo chyba czas na podsumowanie, zanim dyskusja wygaśnie) – jeden rodzi się Murzynem w mrącej z głodu Afryce, drugi garbatym a trzeci Polakiem…
Tam Panie Wiesławie, 100 lat! Jak przytacza ociec naszej etnografii, Zygmunt Gloger, w swym epokowym dziele ,,Słowianie Starożytni”, rzymski cesarz Maurycjus pisał w VII-mym (!) wieku o plemionach prapolskich:
,,Znoszą cierpliwie mróz i gorąco, obnażenie ciała i niedostatek żywności. Niczyich rozkazów nie słuchają, a między sobą ciągle się swarzą i nienawidzą”.
Z kolei Ditmar w w. XI-tym podaje:
,,Ci, których Lutykami zowią, nie mają żadnego pana nad sobą. Jednomyślną naradą uchwały swoje stanowiąc, w wykonaniu postanowionych wszyscy zgadzać się winni. Jeżeli zaś który przy naradzie uchwałom się sprzeciwia, bywa kijami bity, lub jeżeli później publicznie opór stawia, niszczą mu wszystko ogniem, lub ciągłym pustoszeniem. Chociaż sami zmienni i podejrzliwi, wymagają od innych niezmienności i zaufania” Koniec cytatu.
I kto mi tera powie, że przez tysiące lat cokolwiek się zmieniło?
Ale dlaczego tak? Odpowiedź, wg niepoprawnych politycznie naukowców, jest w genach. Słowianie mają geny bardzo zbliżone do … hinduskich (za posłanie – wyrko nabite gwoździami a za wyżywienie – korzonek od czasu do czasu). Okazuje się, że Słowianie przyszli stepami Azji do Europy 12 tys. lat temu, właśnie z Indii.
Zbieżny punkt widzenia reprezentuje angielski marynista polskiego pochodzenia, Joseph Conrad, zauważając u Rosjan, że zainteresowanie światem zewnętrznym kończy się u nich na granicy naskórka. Innymi słowy – mają go w d…e. Tak jak wszystko, co nie daje im bezpośredniej, osobistej korzyści.
Czy my, Polacy wiele się różnimy w tej słowiańskiej rodzinie? Próbowałem różnych akcji społecznych, chcąc, dla dobra ogółu, obudzić zaangażowanie środowisk – kulą w płot. Lenistwo intelektualne połączone ze zwisem obojętnym kalafiorem.
No tak już jest u tych, u których etos pracy polega na ,,za ile”. Których nie kręci, ponad kasę, radość tworzenia. Którzy bronią na zabój archaicznego, niesprawnego status quo, byle wygodnie nie ruszyć d…ą, byle niczego nie zmieniać, bo to wymaga wysiłku.
Patrz np – stocznie; jajakobyły okrętowiec, cuś o tym wiem.