
Tips_Senior
Kolejne moje „sześć kółek” to był słynny ROBUR L3000. Maszyna produkcji NRD-owskiego koncernu IFA miała wszystkie cechy wschodnioniemieckiej techniki. Była prosta w konstrukcji i obsłudze, rzetelnie wykonana i nieprawdopodobnie prymitywna w założeniach technicznych. Osiągi miał porażające – z wiatrem rozpędzał się do około 75 km/h. Co ciekawe, przy wszystkich swoich wadach był to samochód wygodny, względnie niezawodny i oszczędny! To ostatnie było nie do pogardzenia w czasach racjonowania paliwa. Robur jechał z trzytonowym ładunkiem spalając 12 litrów na setkę. Najlepsze nawet Stary potrzebowały na tym odcinku co najmniej 20 litrów. Byłem, więc konkurencyjny, szczególnie przy dalekich trasach.
Robura kupiłem w Toruniu od jakieś firmy „krzak” sprzedającej używany sprzęt budowlany. Był w beznadziejnym stanie technicznym, ale wtedy wydawał mi się ósmym cudem świata. Duża maszyna (wymiary skrzyni ładunkowej 2,1 x 2,4 x 4,6 metra) na dwudziestocalowych kołach to była już „prawdziwa” ciężarówka. W dodatku moja własna!
Przyprowadziłem go do Poznania (dziw, że dojechał o własnych siłach) i przez ponad pół roku z kolegą doprowadzaliśmy go do stanu używalności. Zrobiliśmy wyprawki blacharskie i lakiernicze, w miejsce całkowicie przerdzewiałej zbudowaliśmy nową konstrukcję podłogi skrzyni ładunkowej, w 100% wymieniliśmy instalację elektryczną. Jeszcze dokręcenie, czego tylko się dało w silniku i podwoziu, wymiana olejów we wszystkich mechanizmach i opon na „prawie nówki”, przegląd techniczny, zgłoszenie do rejestru działalności gospodarczej i już można, przynajmniej teoretycznie, zarabiać.
Na początku było, oględnie mówiąc, różnie. Woziłem materiały budowlane, węgiel, sprzedawałem złom. Oczywiście nie kradziony, tylko w pocie czoła ładowany w warsztatach ślusarskich. Głównie to były wióry po obróbce skrawaniem, to świństwo przecinało każde rękawice, więc chodziłem permanentnie poraniony. Często woziłem też ziemię pracowicie ładowaną ręcznie z piwnic i podwórek starego miasta. Robur był względnie mały i zwrotny, więc mieścił się w tych ciasnych podwórkach dziewiętnastowiecznej architektury. Z tego okresu pamiętam nietypowe zlecenie na przewóz cegieł. Z Rostarzewa do „kurnika do kwadratu”. Do kwadratu, bo cegły były przeznaczone przebudowę przemysłowego kurnika położonego w miejscowości Kórnik. A zlecenie było nietypowe, bowiem mój Robur, jako jedyny z pracujących na budowie samochodów, był na tyle niski, aby zmieścić się pod niskim sufitem modernizowanych hal. Bardzo ułatwiało to pracę budowlańcom, bowiem oszczędzało wożenia cegieł taczkami wewnątrz nie małych budynków.
Z czasem przyszły inne, ciekawsze zlecenia. Dobrze pamiętam pierwsze „dalekobieżne”. To była przeprowadzka z Poznania do Bielska-Białej. (Pozdrowienia dla szefowej!) Przewoziłem całe wyposażenie mieszkania i kaplicy Adwentystów Dnia Siódmego. Była zima, a wśród rozlicznych pak, worków, walizek, szafek, itp. znalazło się też pianino. Wyobraźcie sobie teraz taką scenę:
Słoneczne południe, mróz około 8 stopni, kilkanaście centymetrów śniegu, zapomniany parking przydrożny gdzieś na północy Śląska, na którym stoi mała ciężarówka ze zdjętą plandeką. Obok dostojnie toczą się Stary, Jelcze, Skody, raz po raz trafia się Mercedes lub MAN ze zmarzniętym kierowcą za kółkiem, a na pace ciężaróweczki brodaty facet w kupionym za dwie połówki „Żyta” od ruskich czołgistów, grubym, czarnym kombinezonie, radośnie rżnie na pianinie rock-and-roll’a!
Drugą ciekawostką było wożenie po kraju nietypowych ekip. Firma usług podwodnych z Poznania do Tarnowa, pracownia konserwacji zabytków z Torunia do Opola i Wrocławia to tylko najważniejsze z nich. Dzięki ludziom z Torunia zwiedziłem między innymi zapomniany i niedostępny dla zwiedzających cmentarz żydowski we Wrocławiu. Był wtedy w trakcie konserwacji, a oprowadzał mnie osobiście jego kustosz, wkładający w renowację całą swoją energię. Fascynujące przeżycie. Gość potrafił o każdym kawałku kamienia opowiadać godzinami. Piękne i różnorodne stele tam stoją upamiętniając stary Breslau i świat gminy żydowskiej, jakiego już nigdy nie zobaczymy. Jeśli będziecie we Wrocławiu to polecam wizytę na ulicy Lotniczej.
Z czasem dorobiłem się stałych klientów. Jeździłem do Lubska w ówczesnym województwie Zielonogórskim, do Białej Prudnickiej koło Nysy, do łodzi, do Barlinka i w wiele innych miejsc. Jednak główną „atrakcją” było wożenie foliowych „wydmuszek” do Przemyśla dla Polleny-Astra. Towar był lekki, ale objętościowy. Jeździłem tam często, równiutkie 600 km w jedną stronę ze stałą prędkością 60 km/h. Podróż wyglądała następująco: po południu załadunek, 90 kartonów po 14 kg każdy dawało ca. 1300 kg. Kartony układałem w pięciu warstwach po 18 sztuk. Zajmowało to cała przestrzeń ładunkową, ale masa to zaledwie połowa ładowności nominalnej, więc jazda po górkach w okolicach Kielc była jeszcze możliwa. Następnego dnia wyjeżdżałem około 2 w nocy i jechałem z małymi tylko przerwami przez 12 godzin. Trasa: Poznań, Kalisz, Sieradz, Piotrków Trybunalski, Kielce, Sandomierz, Jarosław, Przemyśl. Około 14 meldowałem się w Pollenie, szybki wyładunek, pobranie pustych kartonów (rozłożonych, więc zajmowały mało miejsca i można było zdemontować plandekę) i około 16 za bramę. Zazwyczaj robiłem sobie wtedy trzygodzinną przerwę, z obiadkiem i zwiedzaniem Przemyśla. Wczesnym wieczorem, około 19 ruszałem w drogę powrotną. Zajmowała mi więcej czasu, bowiem parę godzin musiałem się zdrzemnąć po drodze. Zaletą Robura była duża kabina, pozwalająca się wygodnie wyciągnąć. Ciekawostką jest to, że spałem w nim nie w poprzek, jak kierowcy TIR’ów, ale wzdłuż, na wykonanej samodzielnie leżance montowanej na masce silnika. Zwykle docierałem do domu następnego ranka, około godziny 11. Trzydzieści trzy godziny w trasie!
Wspominam ten samochód nieomal z czułością. Była to strasznie prymitywna maszyna, ale wdzięczna. Jedyna moja ciężarówka, której nigdy nie zostawiłem w trasie. Owszem, wymagał często drobnych napraw, zużywał straszliwe ilości oleju, dymił niczym słynna lokomotywa „Piękna Helena”, po górki wjeżdżał na dwójce ze straszliwą prędkością 20 km/h, dzwonił, piszczał, zgrzytał, czasem na chwilę odmawiał posłuszeństwa, ale nigdy, przenigdy nie byłem zmuszony go holować! Nawet, gdy kiedyś w okolicach Częstochowy rozpadł mi się przegub wału napędowego, to znalazłem na jezdni wszystkie walki łożysk, poskładałem i po godzinie jechałem dalej o własnych siłach. W sumie zrobiłem Roburem nieomal 100 000 km i była to wspaniała przygoda i znakomita zaprawa przed dalszymi etapami moich motoryzacyjnych przygód.
Ale to już materiał na kolejne części. Może kiedyś je napiszę…
Tag: Tips_Senior










Klimat jazdy takim wehikułem znam jedynie z dawnych PRLowskich filmów. Wyobrażam sobie Jerzego Turka recytującego Szekspira podczas jazdy w Podróży za jeden uśmiech. Pewnie w szoferce panował wielki hałas tzn większy niż w dzisiejszych tirach. Sam jeszcze w podstawówce miałem taką ochotę być kierowcą ciężarówki poza tym, że chciałem być motorniczym w tramwaju i tak otwierać drzwi przyciskami, włączać migacz takim pokrętłem jak w telewizorze Rubinie.
A takie sześciokołowce kojarzą się z wolnością. Trochę jak harley nie? Być tak wysoko, czuć sztywność konstrukcji takiego Robura własnym ciałem. Super
Tomku dzięki za odzew. Też bardzo lubię „Podróż za jeden uśmiech”. Przez osiem lat, w latach 1976 – 1984 regularnie, co roku zwiedzałem Polskę autostopem. W ramach turystyki kwalifikowanej, z książeczką, wydzieranymi kuponami dla kierowców i błogosławieństwem ZG PTTK, który był koordynatorem tej akcji. Przez lata uzbierało mi się „na liczniku” dobrze ponad 20 000 km. Nic dziwnego, że później zapragnąłem poczuć, jak to jest „z drugiej strony”.
Jednak Jerzy Turek miał lepiej ode mnie, bo w filmie jeździł nie Roburem a ciężarówką IFA. tez NRD-owska, też prymitywna, też siedziało się wysoko. Ale IFA była większa i miała silnik chłodzony cieczą, co znacznie podnosiło komfort podróży. parę razy prowadziłem, to wiem. O ile w tych maszynach można w ogóle mówić o komforcie
A jak Turek to i magiczne treblinki z „Nie lubię poniedziałku”.
Co do autostopu, to i ja nie raz wracałam nim z pracy. Sama! Jakoś dalej nie było okazji, ale np z Żywca do B-B tak.
Dziś musiałby mnie Pan Bóg zdrowo opuścić, żebym to zrobiła. Inne czasy. Nie tylko sprzęty nam się mocno zmieniły, ale my też.
Chyba więcej teraz dziadostwa a przez to znacznie mniej wiary w ludzi.
Jest niby to http://www.zabieram.pl, które słusznie dostrzega, że samochody dziś są jednoosobowe, tzn wożą powietrze. Niby to jest, ale… Z ręką na sercu, ile razy dziś Tips zabrałeś „na łebka”, albo inaczej, ilu ich jeszcze stoi i macha, przynajmniej u nas, w Polsce?
Dziś nikogo, bo zostawiłem samochód pod domem. Akumulatorek obraził się definitywnie.
Jadąc do pracy faktycznie rzadko kogoś zabieram, bo wewnątrz „aglomeracji” poznańskiej to zwyczajnie nie ma sensu. Ale na dłuższych trasach, szczególnie mniej popularnych kierunkach nadal wożę autostopowiczów. Tego się nie zapomina, jak jazdy na rowerze. Polecam książkę „Hobo” Krzysztofa Baranowskiego. To reportaż z jego podróży autostopem przez niemal całe USA. W pierwszym rozdziale znajduje się tam piękne i klarowne wyjaśnienie również moich uczuć w tych kwestiach. ja się nie podejmuję ich opisać.
Wbrew pozorom jeszcze wielu „stoi i macha”. Gdy jadę do pracy w zasadzie zawsze w okolicach Elektrociepłowni ktoś próbuje się zabrać. Nie staje, bo jadę tylko „lokalnie” i z kilometr zjeżdżam do swojej firmy, a „łepki” chcą się z reguły dostać dalej, do Skoków, Wągrowca, Kcyni itp. poza obszar działania komunikacji miejskiej.
- „W pierwszym rozdziale znajduje się tam piękne i klarowne wyjaśnienie uczuć w tych kwestiach”.
A opisują te uczucia naprawdę wielcy
Na przykład Stephen King (mistrz powieści grozy!) i jego „Jazda na Kuli” ze zbioru „Wszystko jest względne”.
Wszystko jest względne Tips, autostop to nie tylko super przygoda, ale i masa inspiracji do wątków grozy. Tu bohater chcący się szybko spotkać z chorą matką wybiera się w podróż autostopem. Trudne wybory, a marka King, dopowiada resztę.
Ale to literacka kreacja, a ja mówię o reportażach z podróży rzeczywiście odbytych.
Zaskoczyłaś mnie Jazdą na kuli