Tips_Senior

Sztywne zazwyczaj i pompatyczne Święto Niepodległości, budzi jednak w każdym z nas jakieś  refleksje. Zawsze to okazja do spojrzenia wstecz, do uświadomienia sobie, co osiągnęliśmy, a w czym „daliśmy ciała”. Jak co roku zbliżający się 11 listopada wywołał w mej głowie niecodzienne skojarzenia, ale tym razem były one na tyle niezwykłe, że postanowiłem je utrwalić. Tak powstał ten tekst.

Byłem i jestem gorącym zwolennikiem Polski zintegrowanej z Europą, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”, niestety. Jednym z priorytetów Unii Europejskiej jest, przynajmniej w teorii, umacnianie wolnego rynku i konkurencji, ale równocześnie z nim idzie silna presja na ochronę wszelkich dóbr niematerialnych: praw autorskich, znaków firmowych, nazw handlowych itp. Łatwo przewidzieć, że pogodzenie tych dwóch priorytetów nie zawsze będzie łatwe. W swoich działaniach Unia dysponuje właściwie tylko jednym orężem – prawem, stanowionym przez jej organy za zgodą należących do niej społeczeństw. Jednak, aby sprawnie owe prawo tworzyć, a później skutecznie egzekwować jego respektowanie potrzebne jest jeszcze bardzo przeze mnie nielubiana biurokracja. Założę się z czytelnikami, że niechęć do niej nie jest tylko moim przymiotem.

Powoli odkrywamy, że biurokracja „za komuny”, na którą przecież tak strasznie narzekaliśmy, to był w rzeczywistości pikuś, w stosunku do tego, co zafundowaliśmy sobie przystępując do Unii. Wtedy biurokracja działała w ramach jednego państwa, czasem tylko w ramach jednego resortu. Wszystko działo się w obrębie jednego języka, wśród ludzi o podobnych doświadczeniach historycznych i mentalności, a mimo tego nie brakowało absurdów czy wręcz konfliktów. Mistrzem w ich tropieniu był Stanisław Bareja. Kto nie pamięta dialogu na temat definicji „obszaru zabudowanego” w pierwszej scenie „Misia”? Teraz podobne problemy pozostały, tylko ich skala znacznie wzrosła. Jak wytłumaczyć nakaz używania zimą specjalnych opon Grekowi, który nigdy nie widział śniegu w mieście?

Nic dziwnego, że co raz pojawiają się przepisy unijne budzące niepokój lub wręcz gwałtowny sprzeciw. Przykłady? Proszę bardzo! Mój, i nie tylko mój, sprzeciw budzi nieuzasadniony energetycznie, a podejrzany z punktu widzenia ekologii i medycyny nakaz używania „żarówek energooszczędnych”. Zysk energetyczny wątpliwy, a zagrożenie masowymi chorobami oczu niewykluczone. Na ten temat toczy się już na szczęście w Europie dość szeroka dyskusja, więc póki co go zostawmy. Zajmijmy się sprawą mniejszej wagi, ale budzącą w moim sercu nie mniejszy niepokój i smutek.

Jedną z dobrych poznańskich tradycji jest, nieznany w innych częściach Polski, obyczaj jedzenia w dniu urodzin św. Marcina słodkich rogali. Ta lokalna tradycja jest kultywowana w Wielkopolsce od niemal 130 lat. W obecnym kształcie narodziła się w listopadzie 1891. Gdy zbliżał się dzień św. Marcina proboszcz parafii tego imienia, ks. Jan Lewicki, zaapelował do wiernych, aby wzorem patrona zrobili coś dla biednych. Na mszy był obecny Józef Melzer, który pracował w pobliskiej cukierni. Namówił swojego szefa, aby wskrzesić starą tradycję obdarowywania biednych, z czego słynął św. Marcin. Cukiernia przygotowała na tę okazję niecodzienne, słodkie ciastka. Bogatsi poznaniacy kupowali smakołyk finansując akcję, a biedni otrzymywali go za darmo. Od kilkunastu lat doszła nam jeszcze jedna tradycja. Główna ulica Poznania nosi imię św. Marcina, więc 11 listopada władze miejskie organizują na niej huczne „imieniny ulicy”. To duża impreza plenerowa, połączona z wieloma atrakcjami. Oczywiście jej „gwoździem programu” jest sprzedaż tradycyjnych rogali, a dochód zasila różne fundacje charytatywne. Z tego powodu Święto Niepodległości, gdzie indziej w III RP z reguły sztywne i pompatyczne, w Poznaniu jest obchodzone hucznie i „na wesoło”.

Tradycyjny, poznański „rogal świętomarciński” to duże ciastko półfrancuskie z nadzieniem makowo-bakaliowo-orzechowym (koniecznie z białego maku!). Baaaaardzo smaczny! Tradycja jedzenia rogali w imieniny Marcina była u nas żywa nawet za czasów głębokiej komuny. Wypiekały je wszystkie cukiernie, państwowe, spółdzielcze oraz prywatne i nawet w tych dziwnych okolicznościach działały mechanizmy rynkowe. Cukiernie dwoiły się i troiły, aby przygotować najsmaczniejsze rogale w mieście. Ostro działała wśród Wielkopolan poczta pantoflowa na temat tego, gdzie sprzedają najlepsze, najbardziej tradycyjne rogale. Z dzieciństwa to pamiętam – gdy zbliżał się 11 listopada rodzice urządzali całe wyprawy do wybranych cukierni, aby zakupić najbardziej „kanoniczne” rogale. Jak to zwykle bywało w tamtych czasach, aby je zdobyć trzeba było swoje odstać w kolejkach, wykazać się refleksem, cierpliwością i silnymi nerwami. Na powrót z tych wypraw z utęsknieniem czekała reszta rodziny. Dzieci wyglądały rogali niemal tak mocno, jak wigilii Bożego Narodzenia. W siermiężnych czasach głębokiego PRL-u taka słodka przekąska była niezapomnianą delicją. Tak się działo nawet w czasach, gdy niemal wszystko sprzedawane było na kartki.

Teraz rogali jest pozornie pod dostatkiem. Można je dostać w cukierniach, małych sklepikach spożywczych i hipermarketach największych sieci handlowych. Nie trzeba już walczyć w kolejkach ani urządzać polowań, wystarczy pójść do najbliższego sklepu. W czym więc problem? Ano taki, że rogale, owszem są, ale coraz gorszej jakości. Nazwa „Rogal Świętomarciński” została, bowiem zarejestrowana w Unii. Inicjatorzy tej akcji mieli zapewne dobre intencje, chcieli zabezpieczyć poznańską tradycję przed nieuczciwą konkurencją i zagranicznymi podróbkami, więc zastrzegli nazwę i recepturę. Wizja tradycyjnego, poznańskiego smakołyku z etykietką „Made In China”, nazwanego „Sun of Paris” i zjadanego przez amerykańskich turystów w jakimś francuskim bistro rzeczywiście przyprawić może o zawał.. Niestety pomysł z unijną rejestracją przyniósł moim zdaniem więcej złego, niż dobrego. Sprawdziło się stare polskie przysłowie o piekle wybrukowanym dobrymi chęciami. Nie liczy się już smak, jakość czy nawet cena rogala, ale posiadanie przez wypiekającą go cukiernię odpowiedniego zaświadczenia, szumnie zwanego certyfikatem. Papierek taki otrzymały zaledwie 104 firmy i tylko one mają prawo używać tradycyjnej nazwy i receptury. Powoduje to szybkie rozmywanie się pojęcia „Rogal Świętomarciński”. Cukiernicy, którzy nie mieli odpowiednio dużej siły przebicia i nie spełnili biurokratycznych wymogów w początkach listopada i tak produkują oczekiwane przez poznaniaków delicje. Aby jednak nie podpaść, muszą kombinować, modyfikować recepturę i nazywać wyrób trochę inaczej, na przykład „Rogal Świętego Marcina”. Tymczasem certyfikowana „elita” produkuje wyrób coraz gorszej jakości. Nic dziwnego. Nie musi się już ścigać rynkowo z konkurencją, a korzystając z europejskiej rejestracji, jest bardziej zainteresowana eksportem do krajów ze strefy Euro, niż tradycyjnym rynkiem lokalnym. Boleśnie odczuwam, że to początek końca pięknej, wielkopolskiej tradycji.

To tak po polsku – „Miała być jakość, a wyszło, psiakość, jakoś!”. A może to przypowieść aktualna w całej Unii?!

Tag:

4 komentarzy do “Świąteczne rogale, czyli jak wylać dziecko z kąpielą”

  1. ew pisze:

    Niepodległość, a cóż to jest?

    Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś zwijamy manele jadąc do tych samych obcych – „są śmy w Unii nie?” A dajcie mi zarobić to rogala marcinkowskiego przerobię na tescowe buły a oscypki będę sprzedawać z budy okrytej śmieciową folią z napisem Os-cupek.

    W tym roku media wyjątkowo sygnalizują negatywne głosy, apropo dzisiejszego święta. Były nawet takie, że Polacy go NIE CHCĄ. Nie chcą święta NIEPODLEGŁOŚCI… Teraz pytanie, wolnego od pracy, czy święta jako takiego w ogóle? Czytałam, w którejś gazecie fajny artykuł o tym, że każde następne pokolenie, coraz to młodsze, oprócz tego kim był Piłsudski, nie ma już bladego pojęcia o potędze patosu, ogromnej charyzmie przepojonej patriotyzmem, która dla naszych rodziców, i chyba jeszcze dla nas? Że tylko ech… czapkę z głów. Jeżeli społeczności nie krzewią, nie przepajają, nie uczą choćby miejskimi imprezami jak dbać o tę kruchą, lotną perełkę ZWANĄ historia, to nikt za nas tego nie zrobi, żadna książka, żaden wykład, żaden wpis.

    Ulica 11 Listopada jest naszą „główną handlową”.

    - „Dzisiejszy kształt ta stara ulica otrzymała dopiero pod koniec XVIII w. Była fragmentem traktu środkowogalicyjskiego, który połączył Białą na granicy Śląska Cieszyńskiego przez Kraków i Przemyśl ze Lwowem. Jego budowę rozpoczęto w celu lepszego powiązania nowo zdobytej prowincji, Galicji, z resztą Austrią. Już od 1773 r. na trasie z Bielska do Krakowa funkcjonowała poczta konna, a od 1775 r. jeździły dyliżanse.”

    To chyba od lat najbardziej reprezentacyjny, zamknięty dla ruchu kołowego, spacerowy deptak po Centrum Bielska-Białej. Coraz piękniejszy, ale i coraz bardziej opustoszały. Sfera i Gemini, olbrzymie centra handlowo rozrywkowe, skutecznie odciągają rzesze kupujących lub chcących po prostu połazić „po mieście”, spotkać się lub iść do kina tfu! Multikina.

    Ta ulica, mająca tylko 900 metrów, ma swoje święto latem i na nim właśnie byłyśmy z Niunkiem w tym roku… po buty dla małej, ale byłyśmy: http://web2.um.bielsko.pl/bb/d.....b/mapa.JPG (grafika z innych lat, ale warta obejrzenia)
    Cała ulica była stylizowana na „marszałkowskie” czasy, nawiązujące do historii miasta. Na moście przez rzekę Białą, stała budka straży granicznej ucharakteryzowana na tamte lata, by zobrazować tą dawniejszą granicę między miastami Bielskiem i Białą. Wzdłuż ulicy porozkładane liczne kramy z mapkami, okolicznościowymi kubkami, papirusami oczywiście krzewiącymi treścią historię B-B, bibelotami wspominającymi zaprzeszłe dzieje. Gazetki okolicznościowe rozdawali/sprzedawali chłopcy wyglądający jak żywcem wyjęci z okresu międzywojennego.

    Dlaczego tyle o tym piszę? „Rogale marcinkowskie”, ani kram z oscypkami mający szyld Os-cupki, czy nowy pomnik Reksia na naszej 11 Listopada, nie załatwi zrozumienia historii… Tą czasami trzeba własnoocznie i własnousznie. Szczególnie młodym… Pamiętam minę Niunka z oczami wielkimi jak spodeczki – widok bezcenny.

    Dzień Lepszy Wszystkim!

    ps.
    Oraz, pytanie za sto punktów:

    - Czy jeżeli my oglądaliśmy na Google ich rocznicę Sezamkowej Ulicy, to czy oni dziś widzą nasze barwy, biało-czerwoną niepodległościową?

  2. takajedna_ja pisze:

    u mnie to zawsze w ten dzień imieniny Marcina na I miejscu. Reszta, to tak jakoś…w tle.

  3. Ewa pisze:

    Tak smakowicie wyglądają te rogale że ślinka leci.Tez mam Marcinka. :-) Pozdrawiam :-)

  4. Tomek pisze:

    ślinka cieknie a po obiedzie o 17 już nie jem nic a nic. To też mocny cios po dziewiątym od góry.

Napisz komentarz

Pomocne: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>