To dzieci zbyt idealizują świat, zbyt wygładzają jego ostre kanty patrząc nań zbyt pluszowo, zbyt miękko. A czy nie lepiej tak? Ale co sprawia, że zmysły z czasem nam się wyostrzają i zaczynamy dostrzegać niepotrzebne?
Zainspirowana szwedzką drogą do szkoły, pomyślałam „jak ja ci zazdroszczę tych codziennych, wspaniałych, wielkoświatowych przechadzek”. Co ja mogłabym Wam pokazać, podczas mojej drogi do pracy? Blokowiska, wiadukt nad trasą WZ-et, kominy elektrociepłowni, będące znakiem drogowym, punktem orientacyjnym dla mieszkańców i przyjezdnych? „Nie Brookliński Most” to zbyt mało, więc co poza tym?

I nagle pomyślałam, że przecież był taki czas, gdy na tych murach wiaduktu zauważałam tylko graffiti aniołków. Że przecież te brudne tory, które wskazują teraz tylko azymut Zwardoń-Katowice, miały mnie wyprowadzić w daleki świat.

Że dzieciństwo w sąsiedztwie elektrociepłowni, oprócz pary dającej drobny deszcz, dawało stertę wspaniałych śmieci, w tym cudowne, szklane strzykawki, marzenie każdej chcącej pobawić się w szpital. Dziś drzewa coraz wyższe, skutecznie przysłaniają ten obraz…

Moje pierwsze zdjęcie, jest zrobione na tle tego szarego bloku, tuż po chrzcinach. Malutki nosek wystający z becika, na tle równie szarej Warszawy. Najwcześniejsze wspomnienie, jest z trzeciego roku życia: pamięć ukochanego ojca, który przez płot w przedszkolu, przymierza mi latem, brązową kurteczkę z misia. Nie pamiętam natomiast swojej ucieczki przez ruchliwą Żywiecką, zakończoną wywróceniem się pod kołami jadącej taxi…

Przewspaniałe wspomnienia wczesnego dzieciństwa spędzonego na tym oto osiedlu. Fajne, dwupiętrowe bloki, z wysokimi strychami, ogromnymi piwnicami. Osiedle upstrzone cudownymi murkami okalającymi, jak wszędzie w B-B, liczne tu schodki. To na tych murkach siadało się w kucki i zjeżdżało z nich łamiąc ręce i nogi. To na tych zarośniętych już dziś chodnikach, odbywało się pierwsze, nieporadne przejażdżki na rowerze, i wykonywało kolejne ucieczki, zawsze kończone upadkiem i rozbitym kolanem!

Wielki świat, to były wyprawy z ojcem za Żywiecką, na tzw. „sztajmbrochy”, wzgórki, pagórki pełne złotych łanów zbóż. Podgórze, bliskość gór, Złote Łany. I to stąd codziennie chodzę przez to moje stare osiedle, które się jakby skurczyło, które jest jakby upstrzone grzybem, obłupanym murem, pobazgraną przez szalikowców ścianą, osiedle okolone wypitym szkłem i wysączoną puszką. Na chodnikach zaparkowane amerykańskie samochody, a miejsce cudownego śmietnika zajmuje… prawdziwy śmietnik.

Nomen omen ulica Młodości – wyrosłam z niej, niestety – ew
fot. ewolny Bielsko-Biała
Zobacz również:
- Złota Biała









piękne te schodki wolnostojące, wszystkie zdjęcia i opisy, i zaczęłam myśleć o swoich,o tym, że każdy ma takie dziecinne drogi..
To nie tylko wspomnienia z dzieciństwa. Te zdjęcia to także dokument systemu politycznego i gospodarczego. Takie bloki można spotkać wszędzie – spadek po PRL. I nie jako coś złego. Budowano wg typowej dokumentacji, tylko po adaptacji do lokalnych warunków. Tak było taniej – można by było powiedzieć, stosując dzisiejsze kryteria oceny ekonomicznej. Ale tak było prościej. Nie trzeba było zatrudniać architekta i tylko urzędnik w odpowiednim wydziale rady narodowej wystarczył do załatwienia sprawy. Decyzja o budowie takich osiedli i tak zapadała na jakimś Plenum KW czy KP, oczywiście wraz z decyzją o powstaniu jakiegoś państwowego przedsiębiorstwa budowlanego nr jakiś tam.
Ale taki system nie był nieznanym. Kiedyś trafiłem do Leipzig. W pewnym momencie poczułem się dość dziwnie. Gdzie jestem? Czy to Opole? Jako wieloletni mieszkaniec Opola, zobaczyłem w Lipsku, jakby fragment mojego miasta. Identyczne, pewnie też wg typowej dokumentacji, budowane były osiedla miast niemieckich w latach 30 -tych.
Ale wspomnienia ze „szczenięcych lat” są podobne. Szalone!
Zdjęcia pewnie już nie z telefonu?
Oczywiście nadal telefon, stale ten sam, ale nie narzekam, Dzień Lepszy odkąd Pana widzę, odkąd Pan to napisał :***
Tu mieszkałam do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Od niej zaczęła się era Elona. Ale… Ale jeśli mam sen o domu rodzinnym, to śni mi się właśnie to mieszkanie. Ja wszystko pamiętam stąd, wszystko. Szalone to mało powiedziane. Do przedszkola poszłam mając rocznikowo dwa lata.
Pod linkiem jest biały łepek i czarny:
http://i97.photobucket.com/albums/l219/zlotoslanos/DSC07908.jpg
Ten jasny to ja, a czarny to moja przyjaciółka z przedszkola – Dorota. To o niej pisałam pod zdjęciami Mike’a ze starego Krakowa. Nasze drogi się z czasem rozeszły. Szkoda.
A jeśli miałabym mówić o typowych, jednakowych blokowiskach, to wymieniłabym te, w których obecnie mieszkam. Wielka enerdowska płyta. Segmenty kupowaliśmy na MM-ki takie same, i rzeczywiście, wtedy nie tylko po wyjeździe w obce miasto można było doznać zdziwienia, ale i po wejściu do sąsiada: Sorry, pomyliłem mieszkania!
I tak dalej brnąc w tym zadowoleniu:
- „Facet żonie powiedział, że jedzie na delegację, ale, pomny zasadzie „nie da ci ojciec, nie da ci matka… ” wyeksmitował się na kilka dni do fajnej sąsiadki z tego samego wieżowca. Po cielesnych uciechach poprosiła go, żeby korzystając z nocnej pory, wyrzucił śmieci do zsypu. Ten owszem, wyrzucił je, ale zamyślony nad tym co było przed chwilą, zbiegł pół piętra niżej i stojąc z kubełkiem i w samej piżamie, zadzwonił do… małżeńskich drzwi”.
Pozdrawiam Was!
Jakie wielkoświatowa ? Co Ty pleciesz Złota ? Jak znam siebie, to nawet w Paryżu nie czułabym się jak w wielkim świecie. Po za tym moje Lidkoping to taka prowincjonalna, zapyziała mieścina. Żebyś wiedziała jak tu czasem śmierdzi od spalarni śmieci, albo od mieszalni pasz…
Od mojego warmińskiego Miasteczka odróżnia się L. tylko tym, że tu gadają po szwedzku, a okolica dookoła płaska jak Mazowsze i tylko wierzb pochylonych brak.
Czasem je lubię to miasto, czasem nie znoszę, ale na co dzień nie budzi we mnie głębszych uczuć. Jakbym miała zmienić miejsce żal by mi było tylko widoku Kinekulle i ludzi, których tu spotkałam.
Moje Miasteczko Warmińskie, też nie piękne, ale mimo wszystko kochane i ciągle moje własne. (Choć jędze wycięły moją ukochaną brzozę która rosłą przed blokiem, że też pan Bóg nogi nie spuścił i nie kopnął).Ale nie umiałam tam zrobić takich urokliwych zdjęć.
Ładna ta Twoja wędrówka w czasie i mieście
Urodziłem się i mieszkam w wielkim poniemieckim mieście.Dlatego mój start był inny niż wasz.Tu wygrali tylko odważni,bo to był okres, w którym jeszcze grasowały niezadowolone i uzbrojone po zęby resztki Niemców. Na poczatku strach bylo tu mieszkac w ogóle, bo wloczyly sie watachy niedobitek niemieckich i ruskich wojsk.Tylko dwazni sie decydowali na zajecie niezburzonych,umeblowanych po zęby domów.Mój ojciec sobie taką zajal. Piekna, dużą poniemiecka wille w lasku nad jeziorem,piękna dzielnica, serce pęka jak tamtędy chodzę. Ale babcia nie chciała tam mieszkać.Dziadka w domu nie nie bylo bo, razem z moim ojcem pojechał scigać bandy upa w Bieszczady i babcia ze strachu opuscila ten dom i przeniosla sie do centrum obok urzedu miasta, gdzie bylo bezpieczniej. Tu wzięła piekne 100 metrowe mieszkanie, do ktorego komuna dokoptowała od razu lokatora.I ta własnie ulica wychowała mnie zamiast lasku z jeziorem.Poruszyliście wspomnienia. Dzięki.
Ale Was wzięło!
Dla mnie korzenie, tożsamość – owszem, jako stabilny blok startowy do odbicia w życie, przodem do przodu. Z niezachwianym przekonaniem i wiarą. Najlepsze przede mną.
Czsem odwrócić się, spojrzeć do tyłu – owszem. Zastanowić się nie wyłącznie skąd przybywam, ale i dokąd zmierzam.
A mam co wspominać – nie tylko miękkość i ciepło, miłość i troska Mamy. Radość i nostalgia dzieciństwa. Też, zawisłego nad nim, niszczącego mnie ojca – tyrana. Wcześnie odumarłego, gdy miałem 11,5 lat.
Mój pierwszy zyciowy dylemat – dobrze to, bo juz mnie nie dręczy?
Czy może dojmujące osamotnienie – odtąd mogę liczyć głównie, lub tylko na siebie. Nikt mnie nie obroni, nie pokieruje, nie uświadomi życiowych konieczności i wyborów. Nie będzie mi autorytetem i doradcą. Nie zrozumie potrzeb i zachowań dojrzewającej męskości. A tego tak strasznie potrzeba, gdy się ma 16 – 20 lat.
Zamiast tego – narastająca presja Matki, wdowy z czwórką dzieci (ja najstarszy). Pazurami drącej, by je utrzymać i wychować na porządnych ludzi. Od potrzeb psychicznych i fizycznych dojrzałej kobiety uciekającej w skrajną pobożność. Więc terror innego rodzaju – modlitw, ,,uczęszczania” na nabożeństwa,
(zamknął mi się poprzedni wpis, kontynuuję).
ministrantury.
I walki z moimi ,,pokusami cielesnymi” – onanizmem nastolata, którego jądra zaczynały prawidłowo produkować spermę. Usuwając z oczu wszelkie ,,nieskromne” treści i ilustracje, wycinając z gazet zdjęcia co bardziej rajcownych, nawet ubranych pań.
Nie użalam się i nikogo nie oskarżam. Rodzice byli takimi, jakimi ukształtowały ich ówczesne warunki i obyczajowość. Chcieli dobrze, kochali nas, swe dzieci, i w swym przekonaniu tak właśnie postępowali.
Ale ja mam prawo żyć nie według ich recept – samemu decydować, co dla mnie dobre, czego mi potrzeba, co zdecyduję. Zrozumiałem to dość wcześnie, dlatego nie dałem się zniszczyć.
Dzięki temu zawsze mnie roznosiła i roznosi radość życia, poczucie jego sensu, dążenia.
Choć moje życie nigdy nie było usłane różami. Tak jest dotąd.
Mike – wiem że to żadna pociecha, ale nie tylko Ty w dziecinstwie miałeś pod górkę.No cóż, życie jest takie jakie jest.Myślę że najważniejsze kim teraz, mimo wszystko, jesteśmy.:-)
Mike, co narzekasz? Przecież teraz nikt Ci (chyba?) ładnych pań z gazet nie wycina
No kochani, a tak poważnie, to nieoczekiwanie zeszliście na podwórko duchowe.
I tu nagle (czytając szczególnie post Mike’a), uzmysłowiłam sobie, że w moim wpisie wymieniłam nieświadomie, podświadomie x razy tylko tatę… I summa summarum wyszło mi, że nie liczy się doskonała opieka fizyczna, ciepłe obiady, piękne suknie, kokardy, sprzęt sportowy, wyjazdy, zdjęcia, wielki świat, a… wsparcie duchowe. I nie musi być brak ojca, lub ojciec pijak, tyran, bo drugi rodzic, uwierzcie, mimo ogromnego wysiłku wkładanego w dom, ciągłymi małżeńskimi awanturami nie wiadomo o co, może zgotować niezłe piekło.
Ewunia – tak! Najwazniejsze, kim jesteśmy TERAZ. Nie narzekam.
Złota – co z tego, ze nikt mi nie wycina ponętnych pań.
One same lubią wycinać mi numery…
Nastrojowe zdjęcia. Przypominają moje dzieciństwo spędzone na podobnym osiedlu.
kiedyś czy teraz, jaka to różnica? Życie to jeden organizm i można wracać do przeżytego czasu z dzieciństwa lub jakiegokolwiek momentu. Wspaniale jest traktować czas bez szacunku i osobistym wehikułem czasu przemieszczać się po wspomnieniach. Dzisiejszy styl życia narzuca by iść z tym co „tu i teraz” a przeszłość wyrzygać. Moim zdaniem to tak jakby umrzeć albo lepiej umierać codziennie.
Cudowne zdjecia i opis dzieciecych wspomnien dorastania. Kazdy ma -mysle-takie swoje blokowisko. Kiedys byl to dla nas raj, drzewa nawet te male wydawaly sie dla nas olbrzymie . Tez, mialam przed domem 3 wielkie wierzby pod ktorymi nas dzieci nie bylo widac, super galezie do wspinaczki. Czlowiek nie musial bac sie jak teraz , ze dziecko puszczone samopas wpadnie pod samochod lub ktos je ukradnie. Aut bylo malo a zboczencow jeszcze mniej. Ciesze sie, ze dorastalam w takim blokowisku, mam mile wspomnienia. Nasze dzieci jeszcze cos liznely z tego naszego dziecinstwa ale wnuki bede sluchac naszych wspomnien jak bajki na dobranoc-o ile zechca sluchac:|
Zdjecie blokow, pierwsza mysl-Grunwaldzkie, naza ulicy „Mlodosci” rozwiala wszelkie watpliwosci. Ja mieszkalam troche dalej, na Leszczynach. Na Twoich zdjeciach pierwszy raz zobaczylam moje rodzinne miasto w takich barwach,ladne,kolorowe, niestety w mojej pamieci utkwilo jako szare. Natomiast pamietam tramwaje ktore lubilam. Jak bylam dzieckiem czasami podjezdzalysmy z mama tramwajem do domu, z pod Prezydenta, jak dojka dlugo nie jechala, a potem spacerkiem przez park Szczyglowski i kawalek ulica Straconki.
Dina, cieszę się, że znalazłaś na ecodniu cząstkę swojej młodości. Świat jest naprawdę mały, a internet to jak soczewka… Sprawiłaś mi wielką przyjemność.
Powiadasz Leszczyny?
Szukam w pamięci i chyba, póki co, mam jedynie zdjęcie dworca PKP Leszczyny, mam też żołnierzy sunących z Afganistanu do swej jednostki, ale obiecuję zrobić taki fotoreportaż (na miarę Złotej Białej), że zmienisz ten zapamiętany szary wizerunek miasta.
Brak mi słów, jak bardzo znajoma dzielnica, bym rzekła, parafialna
Z Elon chodziłyśmy nawet kilka tygodni do 12-stki. Pamiętasz samolot przed?
Pozdrawiam serdecznie!
Samolot jasne ze pamietam, chodzilam do 12, przez dziure w plocie i boisko do szkoly mialam 2 min. wychodzilam z domu w trampkach na nogach i z butami w rece zeby sie Wszka (wozny) nie czepial. A przez stacje B-B Leszczyny to chodzilam do mojej przyjaciolki ktora mieszkala na Kolejowej. A jak bylam mala to nie bylo jeszcze blokow przy A.Umiejetnosci i tych dziesieciopietrowcow, bralismy koc i szlismy w niedziele posiedziec na lace 5 min od domu.
A swiat to teraz globalna wioska.