To już 30 lat, jak 29 listopada Jan Paweł II ogłosił św. Franciszka patronem ekologów, chyba właśnie za tę jego miłość do „braci mniejszych”, ale nie tylko… Bo biedaczyna z Asyżu, św Franciszek, to piewca wielu mądrych prawd. Nauczał m.in że istotą porządku na ziemi jest współistnienie cierpienia i radości, godzenie się z tym. Cierpienie bowiem rodzi radość ukazując jej smak. Jak to możliwe? Pochwała cierpienia jest koniecznym uzupełnieniem radości, która idzie w parze z uwielbieniem piękna, urody świata, przyrody, porządku, rozumnego sensu kontrastów: ciepła i zimna, słońca i chłodu, nocy i dnia, pochwała pokory, umiejętności cieszenia się drobnymi radościami, wreszcie pełna harmonia tych kontrastów. I teraz rozumiemy, dlaczego cierpienie umożliwia zasmakowanie radości. W tym kontekście Hymn św. Franciszka z Asyżu nabiera zaskakujące, szczególnie dziś, brzmienie:
Bądź pozdrowiony, rozdawco cierpienia!
Ręceś mi przekłuł i nogi
i krew mi cieknie z głowy,
a oto z Krzyża
zstępuje ku mnie w przechwalebnych ogniach
biały Serafin
i radość w serce mi leje
i z duszy śpiewne wytwarza narzędzie,
ażebym śpiewał i grał,
ażebym sławił i wielbił
Rozdawcę bolesnych stygmatów,
z których się rodzi wesele
i Miłość…
J. Kasprowicz
Film z mojego pobytu w Asyżu z 1999 roku, zapisany na VHS,
przetwarza się na cyfrówkę, a ja w tym czasie zabieram Was na spacer po szczecińskim Parku Kasprowicza. Skorzystamy ze skojarzenia z autorem wiersza, epoką, i odwiedzimy ten naprawdę najpiękniejszy i najrozleglejszy park, z racji swego dwustopniowego poziomu, nie porażający swym monumentalnym ogromem. Spory naturalny stok wykorzystano tu, by wznieść piękny amfiteatr letni. Spacer zaczniemy od ciągnącego się na niższym poziomie, wzdłuż deptaka, jeziorka Syreniego.
Do amfiteatru im. Heleny Majdaniec dochodzimy pokonując solidne wzniesienie. Odpoczywamy w miejscu, gdzie letnimi wieczorami Szczecin serwuje wspaniałe koncerty na świeżym powietrzu.
Teraz można wysłać umyślnego, który z pubu za naszymi plecami przyniesie piwo i szaszłyk. Z tym, że takich smacznych, zawiązanych
mięsem już tu nie robią. Znów są na patyczku kawałki twardego łyka, poprzedzielane cebulą i słoniną. Dlatego chyba lepiej samemu usmażyć kiełbasę na wiecznie palącym się tu ogniu.
Posileni udajemy się dalej, wyższym poziomem parku, z góry podziwiając jeziorko i zieloną ścianę drzew. Mijamy Ogniste Ptaki Hasiora. Wielka szkoda, że dysponuję tak małym zdjęciem tego widoku.
O Hasiorze napisał nam Tomek,
a ja chciałam tylko dodać, że Szczecin to naprawdę jedyne znane mi miasto, tak rozmiłowane w rzeźbach i pomnikach. Władze przejęły i pielęgnują tę niewątpliwie udaną schedę po poprzednich właścicielach. Tu nawet anonimowa sztuka nowoczesna, znajduje swe miejsce, ku uciesze zwiedzających.
Niespodziewanie, zaraz powyżej, zostajemy powaleni widokiem największego „szaszłyka”, chyba nie tylko na Pomorzu. Ten powstały w latach siedemdziesiątych pomnik to hołd trzem pokoleniom Szczecinian, wrastających w tę skądinąd obcą sobie
ziemię.
Zaraz za nim zaczynają się Jasne Błonia. Tu zamknięty z dwóch stron, ścianami drzew, deptak, wita nas wielką, otwartą przestrzenią, zieloną murawą, której oddolne podlewanie steruje komputer, dwoma rzędami ławek a w oddali, na wprost symbolu Trzech Pokoleń, jedyny pomnik ufundowany i odsłonięty za życia Jana Pawła II. Jasne Błonia, od góry, wieńczy kompleks fontann, którego widok w Szczecinie nie jest specjalnym fenomenem. Na każdym kroku spotyka się tu zarówno fontanny, jak i pomniki, a w budownictwie germańską,
czerwoną cegłę.
A na koniec gratka. Za budynkiem Urzędu Miejskiego, który widoczny jest za papieskim pomnikiem, a który od góry zamyka Jasne Błonia, jest Tiger Pub. Pub Michalczewskiego sąsiaduje z Urzędem Skarbowym, filharmonią i wiecznie żywym duchem Dzierżyńskiego, unoszącym się nad placem swego imienia – ew
fot. ewolny Szczecin










“Większość z nas jest jak słupy ogłoszeniowe, ten ma rację, kto ostatni coś na nas nalepił.”
Franciszek jest pozytywnym przykładem tego zdania które tak miło dziś brzęczy w myślach za sprawą Tipsa. Fascynujący człowiek ale też arcyciekawy jest odbiór jego osoby przez nas. Bo on jest jak Kmicic, czyli ktoś kto rozpala dyskusje o dobru i złu. Bo kimże był Franciszek wcześniej zanim został świętym. Miejscowy hulaka, wojak… niedoszły Krzyżowiec.
Są ludzie, którzy nie potrafią żyć normalnie, lecz muszą przeskakiwać z jednego ekstremum do drugiego.
A ta funkcja to i le ma ekstremów, jedno, dwa czy może nieskończenie wiele?
Żyć normalnie, to chyba umieć nadal żyć, mimo sięgnięcia jednego z ekstremum.
A my serwujemy taką równowagę jak na załączonym obrazku, masa ptaszków – zero drzew.
Ano, wielki Ci plus ulubiony antagonisto, za ten cudny matematyczny komentarz, ale i za… dostrzeżenie drugiego biedaczyny, Jędrzeja Wowro. Nie jesteś słup.
Czyli nie wychylać się poza krzywe obrysowe, styczne do ekstremów funkcji. Mądra (pozornie) zasada. Ale św. Franciszek ją załamał. Wyszedł poza „normalne życie”, czyli dopuszczalne w jego społeczeństwie „ekstrema” zachowań. I chwała mu za to!
Żył w czasach, gdy ludzkość właśnie odzyskiwała wiarę w siebie, mocno nadszarpniętą upadkiem Imperium Rzymskiego. Wielu mu współczesnych słusznie przeczuwało, że Człowiek może wiele, niemal wszystko. A on poszedł pod prąd. Pierwszy nie tylko zauważył, ale i miał odwagę głosić głośno że „móc” to nie to samo co „wolno”. Rozumiał, że we wszystkim, w tym oczywiście w ludzkiej działalności potrzebna jest pokora, umiar i rozwaga. Że zawsze należy mieć na względzie równowagę. Słusznie jest patronem ekologów.
PS Złota, nie wierzyłaś, że matematyką można opisywać życie, a tu proszę!
Dorobiliśmy się nowego, eleganckiego wyzwiska „Ty słupie!”
Pasuje zwłaszcza do co poniektórych polityków.