Monthly Archives: Grudzień 2009

„Żałosna historia o Meluzynie”, czyli dlaczego warto być słownym

Młody książę cieszyński, imieniem Bolko, chciał się ożenić, jak życzyła sobie jego matka, Monika. Cóż z tego, kiedy Bolko w żaden sposób nie mógł znaleźć dla siebie oblubienicy. Na zamek przyjeżdżali swatowie-posłowie z dalekich cudzoziemskich krajów i wychwalali pod niebiosa cnoty i przymioty swych księżniczek, a im samym, Bolka przedstawiano tak:
- Ani święty Florian nie jest tak przystojny, jako przystojny jest książę Bolko! – i tu wskazywano przez okno na rynek, na którym była tak zwana czyszczarnia, czyli zbiornik na wodę, a na jej środku stał słup, na słupie zaś święty Florian (wyrzezany niezdarnie z kamienia), lejący wodę z cebrzyka. Nos miał perkaty i krzywe nogi – Bolko jest tak urodziwy, jak tamten święty Jerzy, który usiłuje strącić smoka ze słupa – tu swat wskazywał na świętego Jerzego, który godził dzidą w rozdziawioną paszczę smoka.

Nie pomogło mizdrzenie się i krygowanie, nie pomogły barwiczki i kanarkowe szczebiotanie, ani nawet przewracanie oczami i zalotne uśmiechy. Książę Bolko zdawał się być na wszystko nieczuły. Rozwodził się nad pogodą, a więc że dzisiaj świeci słońce i to jest bardzo dobrze, ponieważ zboże dojrzewa w polu, a gdy deszcz pada, to niedobrze, bo siano moknie i wtedy konie nie mają co jeść. Każda księżniczka patrzyła zdumiona… Cóż on to plecie?
- A może szlachetna dziewica zagra ze mną w guziki? – Dodawał. A ponieważ żadna nie umiała, przeto się dalej rozwodził nad zbawiennymi skutkami suszonych śliwek, i że lepiej je suszyć w piekarskim piecu, i że trzeba uważać, żeby nie były robaczywe. Ech… Matka Monika, gdy ostatnia księżniczka o ślicznym imieniu Ondyna, lecz z dużym zezem odjechała do domu, rzekła:
- Żadna ci się nie podobała? Mnie też żadna się nie podobała, było ich jedenaście. I jedenaście razy położyłam miotłę na progu komnaty. Żadna jej nie podniosła. Co zatem?

Zatem przyszło im czekać na dwunastą księżniczkę. I oto doczekali się – przybiegli strażnicy z wieży zamkowej i rzekli, że są znaki, iż w kierunku Cieszyna zdąża jakiś znamienity poczet. Palą się bowiem ognie na szczytach Jaworowego, Czantorii, Stożka i na Baraniej, które głoszą, że mnóstwo ludu posuwa się wzdłuż Beskidów na Cieszyn.
I w końcu dostrzegli, że w otoczeniu garbatych zwierząt, podobnych ni to do koni, ni smoków, idzie ogromny, biały zwierz z dużymi uszami, który zamiast nosa ma długą trąbę. I że ową trąbą macha na lewo, na prawo, a od czasu do czasu zatrąbi na niej bardzo donośnie. Otworzono bramę i wszyscy zobaczyli, jak przepychają się przez nią tamte garbate cudaki, a między nimi i ten srogi zwierz z machającą trąbą. Siedzą na nich jacyś dziwni ludzie podobni do Cyganów, gadający cudacznym językiem, ubrani w pstrokate szaty. Wiedzie ów orszak Turek czy zgoła jakowyś Murzyn na koniu, a na białym, ciężkim, zwalistym zwierzu z dwoma ogromnymi kłami, z kłapiastymi uszami i z tą długą trąbą zamiast nosa, kołysze się miarowo coś w rodzaju altanki czy glorietki obwieszonej drogocennymi dywanami. Spoza dywanów zaś wygląda…  prześliczna dziewczyna… Fiks laudon!

Pierwszy zmiarkował się kościelny Pietruszka z kotliczkiem święconej wody i z kropidłem w dłoni. Bo ni stąd, ni zowąd zaintonował baranim głosem: Trzej królowie monarchowie wschodni kraj opuszczają…

Teraz wypadki potoczyły się szybko. Czarny Murzyn odziany w turban utkany perłami wielkości kurzych jaj zsiadł z konia i  poprosił, w wyszukanych słowach, o gościnę dla zmęczonej trudami podróży księżniczki Meluzyny.  Gospodarze zauroczeni nieprzeciętną urodą dziewczyny, zgodzili się natychmiast, bowiem już wiedzieli, że ta i tylko ta zostanie księżną cieszyńskiego zamku. Cieszynianie tymczasem, nie mogli wyjść z zadziwienia bratając się z przybyszami. Oto goście w pełechatych, czarnych łbach i o gębach rzezimieszków, ale z gołębimi sercami, wciąż szczerzyli bieluśkie zęby i śmiali się śpiewając jakieś wesołe psalmy, a ich zwierzęta kąpały się w Olzie. Garbusy spijały wodę, a kłapouch oblewał się wodą po grzbiecie i sikał nią na patrzących. Obozujący nad Olzą zamorscy dworzanie, siedząc  w kucki koło ognisk, lub na poduszkach ze skrzyżowanymi nogami śpiewali zawodząco, przeciągle jakieś smętne psalmy.
- Proszą o wodę. Proszą o wodę Allacha. Bo tam skąd przybywamy, nie ma wody. A oni przecież nie zostaną nad Olzą, oni tam wracają. Jest tam dużo słońca, lecz mało wody. Będą wracali przez piaski… Ja wyrosłam w białym murowanym alkazarze, w białym  murowanym zamku, gdzie było dużo wody. Wszędzie były fontanny. Woda dzwoniła jak dzisiaj dzwoni w mojej Olzie. Zamek stał na wysokiej skale, a w dole pod zamkiem było białe miasto. Zamku strzegły wysokie mury zębate, brama była złocona, ściany zaś rzeźbione w marmurową koronkę, podobną do czepków cieszyńskich mieszczek.

Zostawiamy zadumaną Meluzynę i podchodzimy do organisty, który w tym czasie nadął się tak, jak to przystoi mądremu człowiekowi, co to z niejednego pieca chleb jadł i wie, co w trawie piszczy:
- Ten zwierz z trąbą, ludeczkowie złoci, to jest elefant, czyli Loxodonta Africana, albo też Elephas Maximus, a wydłużony nos, ma za swe łakomstwo i złodziejstwo… Bo kiedy święty Noe, pozbierał wszystkie zwierzęta do korabia, jako że wtedy Olza wylała i była wielka powódź, i cały świat zatopiła, to ów elefant chciał w onym korabiu ukraść świętemu Noemu krupnioka, który smażył se na patelni. Święty Noe wyszedł popatrzeć, czy wody Olzy już opadły, a tymczasem słoń wsadził nochal we szpary do drzwi i jął pociągać, pociągać. A że krupniok pięknie pachnie, przeto wyciągał ten nochal i wyciągał, aż nochal zamienił się w trąbę. A te garbate to wielbłądy, czyli Camelidae, a garby mają tak wielkie, bo noszą w nich ludzkie grzechy. Ale to jeszcze nie wszystko! – dodał stanowczo organista – Pamiętajcie ludeczkowie złoci, jeżeli będziecie skąpili grosika dla mej osoby duchownej, jeżeli będziecie cyganili na wadze, jeżeli będziecie dolewali wody do mleka, może wam podobny garb urosnąć na grzbiecie.

A gdy mieszczanie słuchali z rozdziawionymi gębami, na zamku działy się jeszcze większe cuda, oto książę Bolko zaręczył się z Meluzyną! Takiego wesela, jak Cieszyn Cieszynem, nikt jeszcze nie widział. Tak urodziwej pary nikt jeszcze nie widział i nikt nie wiedział, że panna młoda wymogła na Bolku osobliwą obietnicę. Otóż na środku zamkowego parku miała powstać, tylko dla niej, malutka glorietka z wodą, a w niej to, nie niepokojona przez nikogo, miała w samotności zażywać sobotnich kąpieli.

Czy tajemnicze kąpiele, w wybudowanym przez zakochanego Bolka, marmurowym basenie, wypełnionym po brzegi krystaliczną, świeżą wodą, miały coś wspólnego z opowieściami o pustynnym braku wody? A może to bratanie się z tajemnymi mocami, zdrada, lub coś jeszcze gorszego? Dowiedział się o tym z czasem Bolko, gdy namawiany solidnie przez matkę, złamał daną swej żonie przysięgę – Meluzyna okazała się być syreną, czar prysł a wraz z nim znikła i ukochana małżonka, Bolko umarł ze zgryzoty, jego matka umarła ze zgryzoty, dzieci ich pomarły, acz nie napisali czy ze zgryzoty. A sama Meluzyna, chociaż setki lat już minęły, unosi się w wichrze podczas każdej ciemnej nocy i płacze szukając swej trójki dzieci… Warto było? – ew
fot. ewolny Cieszyn

na podst. Gustaw Morcinek
Przedziwna Historia o Zbójniku Ondraszku
Nasza Księgarnia 1966

Zobacz również:
- Cieszyn Cieszy – artykuł
- Cieszyn & Český Těšín – film

Bo kobiety są gorące, w wysokich Alpach też

fot. Monia Alpy

Doliny Himalajów, a stworzenie świata


fot. Psi Ząb Bhaga, Himalaje www.kazir.blog.onet.pl

Hymn o stworzeniu (wg Rigwedy)

Niebyt nie istniał wtedy ani byt nie istniał, Nie było też przestrzeni i nieba u góry. Co miało się ku życiu? Gdzie? W czyjej opiece? Czym wody były otchłanne, głębokie?

Śmierć nie istniała wówczas ani nieśmiertelność, Pomiędzy dniem i nocą nie było rozłamu, Przez własną moc TO JEDNO bez tchu oddychało I nic innego nigdzie poza nim nie było.

Była ciemność – ciemnością od początku odkryte Wszystko było jednym bez cech oceanem. Zarodek bytu w pustkowiu zawarty Stał się TYM JEDNYM mocą swego żaru.

Lecz oto żądza powstała z początku, Stając się myśli najpierwszym wysiewem. Związek bytu z niebytem wysiłkiem rozumu Znaleźli wieszczowie, w swym sercu szukając.

Na wskroś przenika promień ich poznania – Czy była ona na górze, czy też była na dole? Byli dawcy zarodków, były sił potęgi, Różnorodność w dole, u góry dążenie.

„…Kto zaiste, wie, kto tutaj może powiedzieć, Skąd powstał, skąd ten świat? Po jego istnieniu (powstali) bogowie, Więc kto wie, skąd się wziął?

Ten świat skąd się wziął, Czy jest uczyniony, czy też nie. Który (jest) jego stróżem w najwyższym niebie, Ten tylko wie, czy też nie wie.” DOLINY HIMALAJÓW opr. Kazimierz Widera K-ce 2006
Dla porównania, obraz M. Roericha, Mount Lahau

Niech moc będzie z Tobą Kobieto, czyli Wigilia Feministki

Od pewnego czasu Kazimiera bała się świąt. Wszystko zaczęło się już jakiś czas temu, gdy z „dziewczyny po trzydziestce” nieodwołalnie stała się „dziewczyną przed czterdziestką”. Nagle zauważyła, że wokół robi się pusto. Jej koleżanki („siostry w feminizmie” – jak kiedyś myślała) po kolei wychodziły za mąż, wkrótce zaokrąglały im się brzuszki, i po kilku miesiącach ich mieszkania rozbrzmiewały radosnym gaworzeniem… Nawet Ela, feministka niegdyś tak zajadła, że Kazimiera podejrzewała ją o lesbijstwo, znalazła mężczyznę swojego życia. Kazimiera wpadła na nią niedawno na ulicy. I zagadnęła jak dawniej:
- Czytałaś nową „Zadrę”?
- Nie mam czasu – rzuciła Ela – muszę jeszcze kupić jakieś ciasto dla Stasia… – Chciała biec dalej, ale zatrzymał ją widok osłupienia malującego się na twarzy Kazimiery.
- Wiem… – powiedziała zmieszana – kupione to nie to samo, co domowe, ale dopiero uczę się piec… Cześć!
Pomknęła w swoją stronę zostawiając oszołomioną Kazimierę samą wśród tłumu przechodniów… A Kazimierze stanęły przed oczami wszystkie jej przyjaciółki, kiedyś radykałki, a teraz już tydzień przed świętami buszujące po sklepach, uwijające się w kuchniach, z dziką radością pichcące przysmaki dla mężów i dzieci… Dzieci. Dawniej drażniły ją te małe, wymagające istoty. Widząc matkę z dzieckiem Kazimiera myślała „idiotka marnuje sobie życie”. Ale i to się zmieniło. Teraz, na taki widok, coraz częściej całym jej jestestwem wstrząsał straszliwy spazm wysychającej macicy domagającej się zapłodnienia. Wszystkie te objawy nasilały się w okolicy Bożego Narodzenia. Kazimiera nie podejrzewała się kiedyś o podobne sentymenty. Chrześcijaństwo było dla niej ideologią wymyśloną przez mężczyzn w celu zniewolenia kobiet. Zresztą – snobowała się na Żydówkę, po matce. A tu proszę – magia świąt dopadła i ją… Od kilu lat, gdy tylko minęła połowa grudnia ogarniał ją niepokój. Wreszcie, w tym roku, coś w niej pękło. Poczuła, że oszaleje, jeśli kolejne święta spędzi sama, w pustym mieszkaniu nad butelką wódki. Do nowego roku muszę znaleźć sobie męża! – postanowiła 20 grudnia – Tad9

Na pracę nie miała co liczyć, by podtrzymać tradycję. Same kobiety przecież. Jedne w sytuacji takiej jak ona, inne zgoła porządniej doświadczon – po przejściach. I te jak sążnistą mantrę powtarzały stale „choćby miał dupę wysadzaną brylantami – nigdy!”. Skołowana bez reszty, sama już nie wiedzion jaki obrać kierunek: tu podszepty i tkliwe wzdychy tych co to by chciały a nie mają z kim, a tu ostre, przesążniste wrzaski tych co i owszem, mają, ale zaiste nie wiedzieć czemu nie chcą.
Ech… wstyd przyznać – była w dodatku jeszcze dziewicą.
A na Allegro znów widziała dziś super furę. Beżowa, taka jak lubi w kolorze rodzimej waniliny, wielkie srebrne koła być może nawet resorowane, na budce dwie misternie tkane koroneczki i wielka do kompletu torba na jeszcze większy zapas pieluch, smoczków, butelek, gryzaczków i czego tam jeszcze – dziś nie wiedziała. Niedroga była, marne dwa i pół tysiąca rodzimych złociszy. Już,  już by ją bukowała, bo już  projekcja trwała, już widziała wewnątrz SWOJEGO dzidziusia pachnącego mleczkiem, oliwką i świeżo wyciśniętą kupką. W myślach pchała wózeczek na spacer szlakiem żarciowych sklepów, i gdy dzidzi zanosiło się od płaczu przestawała staremu kupować kolejne salcesony, zgrzewki i ziemniaki a podnosiła maleństwo do piersi i w chwilach, kiedy dzidziuś heftał jej bluzkę z Orsey’a, z matczyną czułością podawała mu z buteleczki przez smoczek słodziutkie mleczko. Na komputer patrzyłaby tylko wtedy, gdyby dzidzi wyrósł z limuzyny i trzeba byłoby kupić mu nowy wózeczek. Ech, super życie: ja, wrzaszczuś i stary, mój, jedyny, ojciec mego dziecka, chrapiący słodko w znoszonych gaciach przed telewizorem.
Chcę mieć pod choinkę pewność, że w końcu moje jajeczko spuchnie, macica przecież nie jest aż tak bardzo wyschnięta niż innych jaja.
Chcę w końcu dostać to, co inne dostają już za pierwszym razem…
Chcę… i tu rozłożyła nogi w oczekiwaniu na zesłanie namaszczenia.

Tad nagle otworzył szeroko oczy zadziwion swą szeroko rozstawioną postawą. „Co je kurde bele na jeża? Co za sen prze#wyrazowy miałem jakem patriarcha zniewolon. Musi to przez tę kiełbasę zwyczajną co to ją z pół ceny w Tesco dorwałem, jak nic miała tę strychninę irlandzką w sobie i ona mi zaszkodzon, bo źle strawion”.
Pot mu ściekał wielkimi kroplami po żylastym i suchym w swej żylastości czole, starł go szybko swymi zażółcon od skręcania taniego tytoniu palcami. Stetryczałym pazurkiem, co to go miał zostawion na specjalne cele, jeszcze se zagrzebał szybko w uchu, skulił swe wyliniałe oczy i wyszeptał „baby mają jednak prze***ane” – ew

Tad rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu śniadania. Na starej Wyborczej leżała pajda zaschniętego chleba, nieopodal sterczała szyjka butelki po wysączonym do końca przysmaku wiśniowym marki Agropol. Tad pogmerał w rozporku, który mylnie wziął za kieszeń i nie znalazłszy tam nic ciekawego sięgnął po leżący na kuchence portfel. Pusto.
Parę złotych pieniążków o nominale 1 gr, 2 gr, 5 gr nie dało się nijak złożyć w okrągłą sumkę 4,50, na butelkę Przysmaku Wiśniowego. Ba! Nie dało się nawet z tego złożyć dwóch złotych na chleb.
Tad usiadł ciężko przy stole, oparł głowę na pięściach i smętnie pomyślał, że idą święta, a on tymczasem o suchym pysku będzie siedział. I w dodatku sam.
„Ech, baba by się zdała” pomyślał i otrząsnął się nie wiadomo z czego: ze wstrętu czy przeciwnie: ze spodziewanej rozkoszy.
„Baba by zadbała, żeby było i na Agropol i na chleb a może czasem i na jaki salceson” – przekonywał sam siebie. Jakiś zły duch mu szepnął do ucha:
- A może by tak do pracy ?
Poderwał się jak skuty ostrogą. Jasne! Że tez nie wpadł wcześniej na takie proste rozwiązania. Praca! Znajdzie pracę. Złapał starą, wytartą kurtkę i nie troszcząc się o zamykanie zamka runął po schodach w dół. Tak po prawdzie to zamykać nie było za bardzo co, po ostatniej imprezie z Miśkiem, kiedy mu się zwidziała, że na zamku mrówka gigant siedzi… Czasu nie było dotąd by zamek naprawić, ale i wynosić też nie za bardzo było co z Tadowego mieszkania.
Tak dumając Tad pokonał wszystkie osiem pięter (winda jak zawsze była nieczynna) i lecąc jakby go kto gonił wpadł całym impetem na sąsiadkę z piętra niżej, która właśnie wracała z torbami pełnymi zakupów. Rymnęli oboje jak dłudzy, każde w przeciwną stronę, z toreb z napisem TESCO i Biedronka posypały się jaja, kartofle i pomarańcze. Hermetycznie pakowana szynka wylądowała Tadowi na piersi.
- Moja kochana – wyrwało się Tadowi spod serca – O mój Boże, jak ja na ciebie czekałem!
Kazimiera otworzyła szeroko oko umalowane na niebiesko i spojrzała z zaciekawieniem na mężczyznę leżącego niemal u jej stóp – prowincjuszka

Po czym powłóczyście chrząknęła:
- Po prawdzie mieszkam tu już jakiś czas, ale hmmm nie widziałam jeszcze sąsiada. Dziwne.
Tadzikowi rozhulała się burza w mózgu „co rzec, co rzec, co pedzieć, co pedzieć. Przecież nie może się przyznać, że w dzień sypia, nocą grasuje, czasem grzebnie w śmietniku, czasem za petem zanurkuje w koszu, przetrzepie zsyp”. Nie znał ptaszyny, ale już czuł, że nie może wypuścić onej z garści, tak bardzo nastawion był na sprowadzenie w swe życie kobiety, tak bardzo zdesperowanon, że musiał coś wymyślić i to na boga teraz, na szybko, natychmiast, już.
- Hmm kochana, te nocne dyżury na ratunkowym mnie zamęczą, wykończą. W czasie pracy i po pracy, więcej w pracy, dodatkowo czynnie udzielam się w #ttdkn – wracam i padam, ja nawet nie wiem, że takie anioły mieszkają tuż, tuż za moją ścianą! Tyle czasu tracę chodząc po tym padole jak palec sam (szukał górnolotnych słów i nie znajdywał choć już czuł, że w te święta nie tylko poje, ale i pospuszcza).
Nie narzekał dotychczas, bo nie był stworzony do singlowego życia i jakoś póki nie był sam, se radził.
Rok temu starej swej wyniuchał pod Auchanem padniętego karpia i tak jak inni łuskę na szczęście tak on jego oko usadowił, acz nie w portfelu a na samym szczycie jarzynowej sałatki. Dobre to były święta. Stara z pawlacza wyjęła choinkę okrytą foliowym workiem, zdmuchnęła kurz i już mieli nastrój – toć nigdy jej nie rozbierali. Tak jak i nie myli garnka po ziemniakach, skoro zaś w nim  gotować mieli one nazajutrz. Zgodne małżeństwo to było, radzące se z codziennymi problemami tego świata. Tylko, że on jakby za bardzo poszedł był w życiową konsumpcję. Coraz więcej czasu spędzał na biznesowych przetrzepywaniach marketów, w poszukiwaniu czegoś fajnego na ich sklepowych śmietnikach. Żony lubią świecidełka, jak na przykład to śliczne oko od karpia ale też i chciałyby krztynę czułości, atencji i odrobinę uczucia. Na to Tadzik był za i za bardzo, po penetracjach marketowych, już zmęczon. A to się mści. Nadszedł był dzień, gdy żona jego wzięna kapcie i tak jak stała razu pewnego zwyczajnie wyszła.
Świat się Tadzikowi zatrząsł w posadach. Już nie miał mu kto  rzec „ty głupi c***u”. Ustawić w pion, j****ć przez plecy i zagnać do roboty. Gnił teraz w marazmie licząc miedziane grosiwo, co to nie tylko na Agropol nie starczało ani na chleb, ale nawet na to, by se tym pobrzdąkać w kieszeni. Z zamyślenia wyrwał go anielski wprost głos:
- U mnie zawsze jest dodatkowe nakrycie do stołu. Nazywam „Dla Anonima”, i nie sądziłam, że z Pusią zasiądę z kim jeszcze, kto nie tylko Avatarem postraszy, ale i ludzkim głosem w Wigilię zagadać doń może.
I już po żołniersku, by pokazać kto tu rządzi dokończyła:
- Zapraszam, 6 piętro 46. Pukać. Dzwonek nie działa, Pusia nie lubi. O 19 proszę.
Wstała i jak stała tak zamaszyście znikła.
Tadzikowi został pod powiekami błękit nieba z jej ócz, kolor nieba z jego stron, w sensie wymalowanych dość ostro powiek.
Dziewiętnasta, dziewiętnasta mruczał szybko człapiąc do domu, by jaką koszulę wyszukać, umyć to i owo a może i ogolić jakąś też resztę a potem niczym listonosz zapukać dwa razy.
Kazia tymczasem szelmowsko zmrużyła powieki a spod nich niczym Kasandry wieszcz odezwało się przesłanie „Co za c**l, ale… lekarz! Wykształcon! Medyk! Społecznik! Ustawion jak trza”.
- Człowiek nie musi szukać, bo najciemniej jest wrzdy pod latarnią. Zrobię to z nim. Są właśnie te dni, więc DZIŚ!

Po czym zwinęła się szybko, by przygotować  nader solidnie do niezapomnianej wigilii. Pozdrawiam. Keep Rockin’! – ew

Złapać chwilę, czyli IV Międzynarodowy Festiwal Rzeźby Lodowej w Poznaniu

Solidna fala mrozów, która ostatnio tak nam utrudniła życie, miała też swoje dobre strony. W Poznaniu odbył się tradycyjny już, IV Międzynarodowy Festiwal Rzeźby Lodowej. Zawodnicy z różnych stron świata stworzyli na poznańskim Starym Rynku niezwykłe, lodowe cuda, które, dzięki wspomnianym mrozom, mogliśmy podziwiać w pełnej krasie przez niemal dwa tygodnie. Duże, dochodzące do 3 metrów wysokości rzeźby bardzo efektownie prezentują się na tle urokliwych, kolorowych kamieniczek. Ich twórcami są między innymi drużyny z Kanady USA, Szwajcarii, Polski, Szwecji. Pierwsze miejsce zgarnęła drużyna z USA, za rzeźbę, u której w podstawie wyrzeźbiony był znak pokoju a nad nim anioł z gołębiami. Druga lokata przypadła Polakom. Zaprezentowali oni bardzo szczegółowo dopracowany wizerunek Spiderman’a. Trzecią nagrodę zabrała do domu drużyna z Kanady. Artyści z pod znaku klonowego liścia wykonali rzeźbę Gwiazdora jadącego na Harley’u i świetnie się przy tym bawiącego. Mnie osobiście najbardziej urzekła właśnie ta ostatnia praca.

Niestety, pogoda sprawiła, że owe cuda do Świąt już chyba nie dotrwały. Dlatego dobrze, że utrwaliłem je choćby na fotografiach, by pokazać Ecodziennikom, którzy nie mieli okazji zobaczyć ich na żywo. Miłego oglądania:


fot. Tips_Senior Poznań

„Czerwone i czarne kamienie”, czyli od kiedy znamy węgiel

Niegdyś na ziemi śląskiej szumiała wielka puszcza. Cisy i białokore brzozy rosły tam obok modrzewi, dębów i buków potężnych, które jesienią odziewają się w najpiękniejsze złoto i purpurę. Wśród nich ciemniały sosny i świerki o pniach szarych od porostów. Dołem krzewiły się zarośla malin i leszczyn, a niekiedy spomiędzy zielonego gąszczu ukazywała swe korale kalina. Dni całe w puszczy było słychać stukanie siekier, a wesołe nawoływania drwali przeplatały się z piosnkami dziewczyn i dziecięcym śmiechem. (…) Puszcza użyczała wszystkim hojnie swego bogactwa. Wszyscy też starali się najpilniej o drzewo na zimę, bo wtedy jeszcze innego opału na Śląsku nie używano. Ludzie nie znali węgla!

Kiedy jesienne słońce złociło najpiękniej listki na brzozach, a żwawe pszczoły tłumem całym uwijały się wśród rozkwitłych wrzosów, przybiegła po chrust do lasu Hanulka sierota, ta, której chatka stała na końcu wsi, maleńka i uboga, ze strzechą przerzedzoną przez wiatry. Sama Hanulka wesoła była i pracowita. Biegnąc przez las wtórowała swą pieśniczką szumowi gałęzi i ptakom, które zleciały się do kalinowych jagód: Ja uboga sieroteczka, nie mam korali, moja matka-wyrobnica nie sieje roli…”.
- Oto masz korale, Hanulko! – zawołał nieoczekiwanie wesoły głos i na ścieżkę wyszedł chłopak jasnowłosy, w brunatnym kaftanie i w połatanych skórzniach na nogach. Za pasem miał piszczałkę własnej roboty. Stał przed dziewczyną uradowany i tym, że ją widzi, i tym, że znalazł dla niej w lesie najpiękniejsze z kalinowych gron, które tak bardzo lubiła.
- Tak rano jeszcze, a tyś już w lesie, Matyjaszku! I czegoż to szukasz po rosie? – zawołała.
- Czego szukam, tom i znalazł! – zaśmiał się chłopak. – Przyszedłem ci pomóc, Hanulko, bo się utrudzisz sama!
- No kiedy tak, tom ci rada ze serca, Matyjaszku.

I tu mógłby być koniec opowieści, zakończony słowami „i żyli długo i szczęśliwie”, gdyby gładkiego lica Hanulki, nie dostrzegł również bogatszy brat Matyjaszka. Elijasza zawiść zżerała, że dziewczyna bardziej  jest rada, z towarzystwa biedaka. Widok śmiejącej się Hanuli, patrzącej błyszczącymi oczami na Matyjaszka niosącego jej chrust, wprawiał Elijasza w prawdziwy gniew, a zawiść, niczym zła żmija, żądliła mu serce. I za namową starszyzny, gardzącej biedniejszym, bracia stanęli w tym samym dniu w konkury tej samej dziewczyny. Ta przyparta do muru  przez dobrze jej życzące ciotki,  w desperacji odrzekła, że wybierze tego, który jej lepszy dar w dniu wesela przyniesie. I poszli bracia w świat, z tym, że Elijasz za namową jednego ze stryjów, zepchnął Matyjaszka w głąb wielkiej dziupli, otwór zamknął jeszcze większym kamieniem, ręce otrzepał i zadowolony z siebie wrócił do wsi. Tymczasem… ciemno, ciasno i duszno w tej dziupli wierzbowej, a próchno nie daje wsparcia nogom – Matyjaszek osuwa się coraz niżej i niżej. Aż…

Podziemne przejście rozszerzyło się u swego końca w przestronną komorę o połyskliwym, krągłym sklepieniu. Tu i ówdzie na sklepieniu powrastały w czarną skałę bryłki kryształów. Migotały one jak gwiazdy na firmamencie nieba i oświetlały podziemie zielonawym blaskiem. W głębi komnaty stała wielka ława ułożona z czarnych płyt. Na ławie siedział mąż siwobrody i bacznie spozierał na Matyjasza spod nawisłych siwych brwi. Stroiła go czarna odzież, spięta na guzy ze srebra. W dłoni trzymał siekierkę żelazną osobliwego kształtu, jakiej jeszcze nigdy Matyjasz nie widział. Gdy starzec zobaczył pachołka, ściągnął swe kępiaste brwi i skinął na niego ową siekierką.
- Ktoś ty jest? Po coś tu wlazł?
- Prosty jestem pachołek, Matyjasz, ubogi człek! – tu skłonił się godnie, rozumiejąc, że ze znaczną osobą gada.
- Toś pewnie skarbów szukać przyszedł tutaj pod ziemią?! Śrybła? Złota?
- Nie, panie! Trafem ino do was żem wlazł. Szliśmy obaj z bratem w świat. Aż tu anim się spodział, jak brat mnie chycił i wciepnął do dziupli we starej wierzbie, co wielka jak choćby piec! Potem jeszcze kamieniem srogim mnie przywarł…
- Takiż to twój brat?! – zawołał starzyk – I o cóż złość do cię chowa?
- O dziouchę jedną. Słaliśmy do niej swaty jednego dnia. On bogaty, ja biedny. namawiali ją swatowie i tak, i tak, aż rzekła, że tego wybierze, kto lepszy dar przyniesie.
- Miłujeszże ty po prawdzie oną dziouchę?
Matyjasz pomilczał chwilę, jakby wspominając dziewczynę lub przywołując myślami przed oczy jej obraz:
- Miłuję ją jako słońce, bo lepszej i robotniejszej nad nią na całym świecie nie ma! I urodna jest, choćby kwiotek jaki…
- A co zaś jej ofiarować możesz? – pytał coraz bardziej zaciekawiony starzec.
- Co ofiarować? Ano wszystko, co mam! I życie całe, i szczyre serce, i ręce, które w robocie nie mdleją, i pieśniczkę, i granie. A we świecie, daleko, to może nalazłbym co jeszcze dla niej… Przeto żem i szukać poszedł!
- A twój brat powiadasz bogaty? Drogie kamienie powiadasz ma? Czerwone? – tu siwy mąż uderzył rękami w ławę czymś mocno poruszony – No! Kiej tak, to i ty jej przyniesiesz kamienie. Ino nie czerwone a czarne, te co tu je wszędy widać. Bier ile uniesiesz… I pełną czapkę, i do kapoty nabierz, a tu masz jeszcze mieszek. Bier ile uniesiesz, ciepnij je w ogień a potem niech dzioucha wybiera. A jak wam braknie, to i pod ziemią żadnemu z was nie wzbronię ich szukać. Niechaj służą ludziom i niechaj im dobra przysporzą. (…) Ostrzegał was zawżdy będę, byście się chronili w czas. Ukażę wam znakiem osobliwym, kiej się skała oberwie. Mnie posłuchają skały, bo ja rządzę nimi jako i skarbami ziemi. (…) Jam jest Skarbnik Zabrzeski! Strzegę skarbów ukrytych pod ziemią, co się od prawego brzegu Odry poczyna. Wielkie to skarby i wiele dobra ludziom poczynią, skoro je tylko dobywać zaczną.

I tu dochodzimy do końca opowieści. W weselnej chacie jadło stygnie, drew nie styka, by dopiec pieczyste, zimno po paluchach szczypie, goście jak w zatrzymanej klepsydrze tkwią w oczekiwaniu. Panna młoda wypatruje drugiego konkurenta, tęsknie spoglądając przez okno. Elijasz ze swą skrzynią wysadzaną drogimi kamieniami, wypełnioną po brzegi, kolorowymi świecidełkami, czuje się  nieswojo, gdy nagle wraca, uznany przezeń za zmarłego, znienawidzony brat. Wtedy to właśnie, Hanuli aż liczko poróżowiało nagle z radości, oczy rozsiały promienie, przeskoczyła  z impetem przez ławę,  i rzuciła się ku drzwiom, w których stanął jej Matyjaszek. Wśród strojnych gości weselnych ubrany w swoją starą, zniszczoną kapotę, na pobladłej twarzy, na której znać było ślady zmęczenia,  miał płatki pierwszego śniegu,  a w ręku trzymał swą wytartą czapkę, pełną dziwnych, czarnych kamieni.

- Witaj, miła Hanusiu! Oto mój dar dla ciebie. Bierz no te kamyki po jednym i ciepaj do pieca. Obaczymy wszyscy, co zaś to za kamienie.
Ludzie zbliżyli się do komina ciasnym półkolem i oto oczom ich ukazał się dziw nie widziany: czarne kamienie zaczęły się palić! Trzaskały wesoło, sypały iskierkami, a potem zahuczało w kominie od żywego płomienia!
- Do kuchni dawajcie! Do kuchni! Terozki się nam kołacz upiecze! Sujcie co więcej do kuchni! Oj! jakoż to ciepło od nich w izbie! Daj no jeszcze…
- Terazki, Haniś wybieraj! Jakie ci kamienie  bardziej do serca przypadły: czerwone czyli czarne? – zapytał Matyjaszek patrząc prosto w oczy bratu.
Elijasz spuścił głowę, a Hanula podeszła do Matyjaszka , ujęła go za rękę i uniósłszy na chłopaka swe modre oczy, pełne radości i szczęścia rzekła:
- Dar Elijasza piękny jest i cenę ma wielką. Ino cóż? Mnie by jednej służył, żadnemu więcej. Lepszy zda mi się dar Matyjaszowy, bo wszystkim połuży ku pożytkowi. Matyjasza miłowałam zawsze. Rada więc przyjmuję dar jego, i serce. Niech przeto Matyjasz małżonkiem moim zostanie…” Słuszny wybór? – ew

Kornelia Dobkiewiczowa
„Miedziana lampa”
Baśnie i opowieści o śląskim Skarbniku
Nasza Księgarnia 1969

Rejs, czyli uwagi na marginesie – historia Tyńca

(…) Dawno w zamierzchłych czasach zostałem wysłany na wakacje. Miałem płynąć statkiem po Wiśle, wykorzystując znajomości. Nie był to bowiem statek pasażerski lecz holownik, ciągnący galary w górę rzeki, z Krakowa do Oświęcimia. Tam na te galary ładowano węgiel i z powrotem płynęły one sobie z prądem. Taki statek holowniczy miał tę właściwość, że w górę rzeki płynął bardzo powoli. Po prostu było nudno, ale ja się nie nudziłem. Siedziałem cały czas jak zaczarowany, w tak zwanej sterbudzie, w której mieściło się koło sterownicze i rura prowadząca w dół do maszynowni. Przez rurę tę sternik podawał polecenia na przykład: „cała naprzód” albo „cała wstecz”. Sternikiem był p. Maj, który pozwalał mi tam przebywać i rozkoszować się bliskością urządzeń sterowniczych. Pewnego razu zapewne z nudów zapytał mnie czy sterowałem kiedyś statkiem, gdy zaś odpowiedziałem negatywnie, zapytał:

„A może chciałbyś spróbować”?

Oczywiście, że chciałbym. Było to moim marzeniem, tylko czy potrafię?

„To jest bardzo proste, musisz tylko patrzeć na maszt na dziobie i według niego kręcić w lewo lub w prawo kołem.”

„Chodź spróbuj!” – powiedział. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Już byłem przy kole i już obserwowałem maszt na dziobie. Ale on się nie poruszał, natomiast parostatek sunął naprzód, prosto w kierunku brzegu. Brakowało jeszcze paru centymetrów, by wjechać na ląd. Pan Maj jednak był przytomny i w ostatniej chwili wprowadził nas na właściwy kurs. Nie muszę mówić, że już więcej mi nie pozwolił tknąć  koła sterowego..

Zdarzyło się to, gdy zbliżaliśmy się do Tyńca, którego wieże klasztorne i mury widać było po prawej stronie a statek musiał opuścić komin, by przepłynąć pod liną, do której przywiązany był prom.

Wiele lat później korzystałem z tego promu, by się przeprawić samochodem z Tyńca do Piekar. Ostatecznie zlikwidowany został w 1989 roku. Podobno pierwszy prom został uruchomiony w XII wieku.

Uwagi na marginesie – historia Tyńca

IX wiek przed Chr. – ślady grodziska z okresu brązu.
X wiek n. E. – Bolesław Chrobry funduje klasztor benedyktynów.
XII wiek – powstaje kościół klasztorny i prom na Wiśle.
1259 – zdobycia klasztoru przez Tatarów.
1772 – obrona klasztoru przez konfederatów barskich.
1815 – kasacja klasztoru przez Austriaków.
1923 – uruchomienie promu linowego.
1939 – powrót benedyktynów do Tyńca.
1989 – likwidacja promu linowego.
1977-1998 – budowa stopnia wodnego Kościuszko.

Po minięciu Tyńca przez kilka godzin pruliśmy fale w górę Wisły, aż przyszedł czas i ktoś z załogi powiedział mi: „przygotuj się”. Potem otwarto luk na dziobie i kazano mi tam wejść i siedzieć cicho. Po pół godzinie, gdzieś w okolicy Zatora statek przybił do brzegu, rzucono cumy i spuszczono trap. Po chwili usłyszałem mowę niemiecką a po trapie na pokład weszli celnicy, gdyż tutaj biegła granica między Generalnym Gubernatorstwem a Rzeszą. Kapitan, który był rodowitym Gdańszczaninem i miał papiery rajchsdojcza, poprosił celników do swej kajuty, gdzie spędzili około pół godziny a następnie wyszli w stanie wskazującym… i z pękatymi torbami, od których pachniało krakowską kiełbasą oraz wystawały flaszki spirytusu.

Gdy odcumowaliśmy, wyszedłem na pokład i dalej już płynęliśmy bez przeszkód. Niedaleko Oświęcimia opuściłem statek, by udać się do znajomych, gdzie miałem spędzić wakacyjny miesiąc. Po jego upływie znowu się zaokrętowałem, tym razem na statek „Piast”, którego kapitanem był pan Szydłowski, mój gospodarz wakacyjny. Gdy mijaliśmy Zator, sytuacja się powtórzyła i znów wylądowałem pod pokładem i znów celnicy odwiedzili kapitana, by wyjść w stanie wskazującym… z torbami pachnącymi krakowską kiełbasą i z wystającymi szyjkami butelek ze spirytusem.

Jak pisze J. Heller w książce „Paragraf 22” podobno nawet Amerykanie wysłali z Włoch samolot do Krakowa po ładunek kiełbasy krakowskiej. Nie pisze jednak nic o spirytusie. W każdym razie jakiś aliancki samolot rozbił się gdzieś pod Krakowem, ale czy to był amerykański, nie dam głowy.

Mijając Tyniec, zacząłem się pakować i przygotowywać do zejścia na ląd. (…)


fot. Psi Ząb Tyniec
www.kazir.blog.onet.pl

Czwartkowe spotkania „Jesienne śmieci”

Tak – śmieci, lecz nie te opadłe liście. Te wysypane, do jednej śmieciarki pojemniki z posortowanymi odpadami tworzyw sztucznych i papieru. To pewnie znowu nie sprawa urzędników burmistrza. To pewnie sprawka kapitalizmu, jak mawia naczelnik odpowiedzialnego wydziału. „Mamy wolną konkurencję” mawiał na „komisji śmieciowej” – my nie możemy się wtrącać firmom zajmującym się zbiórką odpadów komunalnych.

Dokładnie jak w tym powiedzonku – „Jak sobie mały Kaziu wyobraża kapitalizm”.

Z sortowaniem jest tak:
1. Wstępnie posortowane odpady, tj. papier, plastik i szkło, jest łatwiej rozdzielić na te przydatne do recyklingu, niż z całej masy wszystkich odpadów. Praktycznie to co jest w śmieciarce idzie na składowisko.
2. Skoro posortowane, przez ludzi w domach, odpady idą do tej samej śmieciarki to dlaczego mam sobie robić kłopot z sortowaniem w gospodarstwie domowym?
Skoro praktyka jest taka jak w Wyszkowie, niech urząd zawiadomi mieszkańców, że od dziś nie sortujemy odpadów.

Tego nie zrobi, bo to jest łamanie prawa. Lepiej więc oszukiwać.


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl

Heaven On Earth, czyli Bielsko świątecznie

1

Tęgi mróz, sobotni wieczór, na Starówce świąteczny jarmark, a w pamięci kilometry Tomka, które przemierzył, by obejrzeć taki sam w Dreźnie. I jego słowa „jaka szkoda, że mam słaby aparat, bo brak tu nocnych zdjęć, a to przecież tak, jak oglądanie gwiazd przed… nocą”.


Każdy pretekst jest dobry, by wyjść gdzieś z domu, szczególnie, gdy aura nie teges. Czy przez to, że starzejemy się, wybieramy wygodne jestestwo? A może starzejemy się, bo jesteśmy coraz bardziej wygodni i właśnie leniwi?

Ale czy zawsze i wszędzie musimy być ułożeni jak pies, perfekcyjni i idealni? A gdzie spontan i wprost dziecięca radość cieszenia się „beleczym”? Czy mam nie pokazać Wam bielskiej choinki tylko dlatego, że z Sony Ericsson? Poza tym, to wyśmienita okazja obejrzeć stare mury w blasku… elektrycznych świec,  więc jak zatem z niej nie skorzystać?

Dwa lata temu bawiliśmy się wspólnie wystawą jesienną, w zeszłym roku tagiem szadź, w tym, tag choinka, i bardzo liczę na to, że podzielicie się też swoją. Idą święta, zlotoslane święta:

fot. ewolny B-B