ew on grudzień 10th, 2009

Bo z czym kojarzą mi się Niemcy i za co je kocham? Na pewno za stałą łączność ze światem zza żelaznej kurtyny. Paczki z kawą, odlotowymi bombonierkami, ale i pierwsze lalki Barbie, markowe resorki, firmowe perfumy, kolorowe tornistry, flamastry, piórniki, tapeta z Alfem robiącym koktajl z kota i modne ciuchy. Zapach wielkiego, wolnego, normalnego świata. Egzotyka.

I “nagle”, po 20 latach, oraz po 23 godzinach  doń jazdy, ląduję w Dolnej Saksonii - willkommen kamraty. Już wiem, że Niemcy-państwo, są uporządkowane, czyste, zadbane, schludne i stare - to piękne. Po 3 godzinach reanimacyjnego basenu niwelującego trudy podróży,  wiem również, że Niemcy-obywatele, są pozbawieni wszelakich kompleksów - to straszne.

Idziemy z Elon do centrum, mijamy zwykłą rzeczkę Schwinge, na której nie tylko masa kaczek, fotogeniczne łódki, ale i kajakowy szlak.

I nagle wstępujemy na Stary Rynek, gdzie po tylu latach obcowania z nazwą, dowiaduję się, że to miasto powstało w 994 roku! Respekt? Za co kocham Niemcy? Za tą lepszą historię, za Anno Domini 1660 nad drzwiami zwykłego domu, za kolor, za fakturę i detal, za urok, niepowtarzalny klimat i czar. Takie jest  właśnie miasto Stade,  miasto, któremu wikipedia poświęciła tylko jedno, jedyne zdanie. Ile w Niemczech jest takich miast?
Z przyczyn technicznych, na Ecodniu możemy obejrzeć tylko kilka zdjęć,  dlatego gorąco zapraszam na film, a najlepiej do… Stade - naprawdę warto - ew

Uliczkami:



Stare miasto, klimatyczne, nietuzinkowe piękne. Tam m.in. wspomnieniowy pomnik rybaczki, handlującej w tym mini porcie rybą:

Tylko garść charakterystycznych fasad domów, takich zdjęć, a każde inne, mogłabym wstawić bez liku:

Na domach z 1660 roku, słoneczne zegary i… kalendarze?

Na koniec już, tu do gołębi nie strzelają, zasiek nie stawiają, a wręcz przeciwnie - wygodne ławeczki:

fot. ewolny Stade, Niemcy
Zobacz również:
- Stade Germany 2008 - film ew
- Niemcy

4 komentarze do “Stade! I wszystko na ten temat”

  1. Cudny kawał historii . Piękne stare kamienice i te uliczki . Pomyślałam , że te braki w wikipedii to mogłoby być wyzwanie dla Ciebie , z którym napewno byś sobie poradziła. :)

  2. Cześć, nie znam tego miasteczka, ale jedna, wyjątkowo trafna teza w Twoim opowiadaniu, mnie uderzyła. Prawdziwe Niemcy to właśnie takie, pozornie małe miasta. Małe z naszego blokowiskowo-przemysłowo-komunistycznego punktu widzenia. Tymczasem te “małe” wymiarami są w rzeczywistości wielkie siłą swej tradycji, przywiązaniem mieszkańców do swego “Heimat” (Małej Ojczyzny). To niemieckie, bardzo popularne słowo nie ma nawet odpowiednika w języku polskim. My, gdy słyszymy “Ojczyzna”, automatycznie myślimy o narodzie, martyrologii i wielkich postaciach historycznych. To wszystko Niemcy określają mianem “Vaterland” (Ojczyzna, dosłownie “Kraj Ojców”). Jednak ich duszom bliższe jest niepozorne, nieznane nam pojęcie “Heimat” trafnie wyrażające miłość i przywiązanie do miejsca pochodzenia.
    Na wschód od Łaby, gdzie by nie pojechać, wszędzie znajdziemy “Konin”. Pomijając niewielkie, zachowane jako zabytki stare fragmenty, wszystkie miasta wyglądają tak samo. Bez różnicy czy będzie to Konin w Polsce, Brześć na Białorusi, rosyjska Moskwa, litewskie Zarasaii, Ramincu-Valcea w Rumunii, czy Kiszyniów na Mołdawii. Zawsze stoją tam takie same bloki z wielkiej płyty, między nimi prowadzą takie same dziurawe drogi o nieprzemyślanym, “urzędniczym” przebiegu (vide sprawa Rospudy), po których jeżdżą takie same, “socjalistyczne” samochody (choć to się ostatnio gwałtownie zmienia :) )
    W Austrii, Włoszech, Niemczech, Holandii, a przede wszystkim w mało dotkniętej wojną Francji jest inaczej. Każdy przybysz ze Wschodu natychmiast wyczuwa tę różnicę. Dlaczego tak jest? Odpowiem jak Tewie Mleczarz: to TRADYCJA. W takim Stade apteka jest w Rynku zapewne od 6 pokoleń, w Waimarze jadłem obiad w knajpie działającej od 1526 roku (przy drzwiach była tablica dumnie informująca, że tu właśnie regularnie jadał obiady Johann Wolfgang von Goethe), a później byłem na koncercie chóru kościelnego o 400 letniej tradycji. W północnej Francji, w cudownym, zachowanym w 100%, nie zmienionym od XIII wieku Mont Saint-Michel jest oberża, której początki sięgają wieku XI (czyli pamięta ona czasy Bolesława Chrobrego!). Ta oberża działa, nie jest muzeum, dają tam najlepsze w całej Bretanii Creperies.
    A u nas… Firmy z duma piszą “Mamy 10 lat tradycji”, a najstarszy działający w Polsce chór właśnie kończy “aż” 125 lat. Nie nasza wina, taką mieliśmy historię, tak potoczyły się losy naszego narodu. Przez stulecia na porządku dziennym były u nas “wędrówki ludów”, jeśli nie z Azji do Europy (dziadek mojej Żony pochodził z Kaukazu) to przynajmniej “ze wsi do miast”, najlepiej wielkich i uprzemysłowionych. Jak wszystko, taka historia ma nie tylko wady, ale też zalety. Nie jesteśmy mocni tradycją lokalną ani państwową, ale za to mało kto dorówna nam zaradnością i operatywnością. W czasie II Wojny w Anglii miejscowi z niedowierzaniem i podziwem mówili, że “jeżeli gołego Polaka zamknąć pod szczelnym, szklanym kloszem, to dwóch tygodniach on będzie ubrany, umeblowany, najedzony i będzie pędził bimber”. Taka pokręcona historia spowodowała, że Polacy (a stanowimy tylko 0,6% ludności świata) są obecni i znani na całym świecie. Nie przez przypadek najbardziej wędrujący papież w historii Kościoła był Polakiem. Albo przykład ze znacznie niższej półki. Gdy pewien Niemiec sprzedał swoją fabrykę na Białoruś, to najlepszych fachowców do jej przeniesienia poszukał w Polsce. Firmy niemieckie bały się prac na Białorusi, białoruskie prac w Niemczech. Najtańsi byli Turcy, ale okazali się partaczami. Już po dwóch dniach przez nieumiejętny demontaż (cieli kable energetyczne siekierą!) zniszczyli jedną z maszyn. Ostatecznie zadanie wykonaliśmy my, czyli kilku Polaków. Dzięki temu miałem okazje poznać miasteczko Itzehoe. Jest bardzo podobne do opisywanego Stade, mieści się niedaleko, po drugiej stronie Łaby, jakieś 40 km na północ. Przez dwa tygodnie prowadziliśmy tam demontaż, a później przez dwa miesiące montowaliśmy i uruchamialiśmy produkcję w Brześciu.
    I właśnie to jest naszą, polską siłą. Jesteśmy sprawni i skuteczni wszędzie tam, gdzie rzuci nas los. Dlatego drodzy Czytelnicy - proszę bez narodowych kompleksów.

  3. Tkwi we mnie takie ciągłe głupie patrzenie na Niemców, Niemieckość i same Niemcy jakby przez pryzmat Czterech Pancernych, Klosa czy choćby Złota dla naiwnych albo Bękartów wojny. Poza tym co wrosło w postrzeganie tego narodu spowodowanego historią jest pielęgnacja takiego światopoglądu gdzieś w swoim wnętrzu. Koledzy w szkole, telewizja, właśnie filmy, książki i podobne propagandowe bombardowanie umysłu przez wiecznie żywy stereotyp zrobiło swoje. Nawet znając prawdę i będąc tolerancyjnym nie da się już do końca otrząsnąć z takiego sposobu myślenia bo co by było “gdyby ktoś przy dziecku mówił po niemiecku?”
    Wykrzesując z siebie najbardziej obiektywne osądy przyznam, że tam gdzie byłem w Niemczech powoli dobijałem tą klepiącą slogany głosem Gustlika maszynkę wpajającą “Niemcy są be” i po rozczarowaniu Berlinem bardzo odbudowałem wizję zachodniego sąsiada Dreznem. Miasto zdawało się swojskie jak np Wrocław który jest miastem partnerskim. Swojskość to może wymieszanie tak znajomej socjotechniki z przebogatą historyczną architekturą. Ludzie są identyczni jak u nas, różnice się zacierają w sposobie życia. A z tym obiektywizmem to chciałem dotrzeć do porównania Niemiec, Polski i np. Austrii która tak bardzo odpowiada mi przez swoje dopieszczenie i romantyczno-artystyczną duszę. Austria po prostu podoba mi się bardziej. Jak do tej pory oczywiście bo fotografie zawarte w tym temacie zbliżają jeszcze bardziej do polubienia Niemiec i ostatecznego odrzucenia stereotypu antyniemieckości wpojonej.
    To urocze miejsce fajnych i dobrych ludzi takich jak my. Już czekam na powrót do Niemiec :)

  4. Tomek - łatwiej było mi pokochać Niemiaszkowo, całkowicie i bezwarunkowo, bo pomostem pomiędzy tą złą i tą dobrą historią, był przepiękny, bo przecież niemiecki, a jednak już nasz - polski Szczecin.

    Tips - rozwalasz mnie na stojąco niektórymi komentarzami :) Toć to na odrębny wpis - wystarczy nawiązać do poprzedniego, okrasić odpowiednim linkiem i heja - publication.

    Pozdrawiam Was.

    ps.
    Ewa - wyzwanie nie takie straszne jak go malują, ale… za wysokie progi.

Trackbacks/Pingbacks

Skomentuj