(…) Dawno w zamierzchłych czasach zostałem wysłany na wakacje. Miałem płynąć statkiem po Wiśle, wykorzystując znajomości. Nie był to bowiem statek pasażerski lecz holownik, ciągnący galary w górę rzeki, z Krakowa do Oświęcimia. Tam na te galary ładowano węgiel i z powrotem płynęły one sobie z prądem. Taki statek holowniczy miał tę właściwość, że w górę rzeki płynął bardzo powoli. Po prostu było nudno, ale ja się nie nudziłem. Siedziałem cały czas jak zaczarowany, w tak zwanej sterbudzie, w której mieściło się koło sterownicze i rura prowadząca w dół do maszynowni. Przez rurę tę sternik podawał polecenia na przykład: „cała naprzód” albo „cała wstecz”. Sternikiem był p. Maj, który pozwalał mi tam przebywać i rozkoszować się bliskością urządzeń sterowniczych. Pewnego razu zapewne z nudów zapytał mnie czy sterowałem kiedyś statkiem, gdy zaś odpowiedziałem negatywnie, zapytał:
„A może chciałbyś spróbować”?
Oczywiście, że chciałbym. Było to moim marzeniem, tylko czy potrafię?
„To jest bardzo proste, musisz tylko patrzeć na maszt na dziobie i według niego kręcić w lewo lub w prawo kołem.”
„Chodź spróbuj!” – powiedział. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Już byłem przy kole i już obserwowałem maszt na dziobie. Ale on się nie poruszał, natomiast parostatek sunął naprzód, prosto w kierunku brzegu. Brakowało jeszcze paru centymetrów, by wjechać na ląd. Pan Maj jednak był przytomny i w ostatniej chwili wprowadził nas na właściwy kurs. Nie muszę mówić, że już więcej mi nie pozwolił tknąć koła sterowego..
Zdarzyło się to, gdy zbliżaliśmy się do Tyńca, którego wieże klasztorne i mury widać było po prawej stronie a statek musiał opuścić komin, by przepłynąć pod liną, do której przywiązany był prom.
Wiele lat później korzystałem z tego promu, by się przeprawić samochodem z Tyńca do Piekar. Ostatecznie zlikwidowany został w 1989 roku. Podobno pierwszy prom został uruchomiony w XII wieku.
Uwagi na marginesie – historia Tyńca
IX wiek przed Chr. – ślady grodziska z okresu brązu.
X wiek n. E. – Bolesław Chrobry funduje klasztor benedyktynów.
XII wiek – powstaje kościół klasztorny i prom na Wiśle.
1259 – zdobycia klasztoru przez Tatarów.
1772 – obrona klasztoru przez konfederatów barskich.
1815 – kasacja klasztoru przez Austriaków.
1923 – uruchomienie promu linowego.
1939 – powrót benedyktynów do Tyńca.
1989 – likwidacja promu linowego.
1977-1998 – budowa stopnia wodnego Kościuszko.
Po minięciu Tyńca przez kilka godzin pruliśmy fale w górę Wisły, aż przyszedł czas i ktoś z załogi powiedział mi: „przygotuj się”. Potem otwarto luk na dziobie i kazano mi tam wejść i siedzieć cicho. Po pół godzinie, gdzieś w okolicy Zatora statek przybił do brzegu, rzucono cumy i spuszczono trap. Po chwili usłyszałem mowę niemiecką a po trapie na pokład weszli celnicy, gdyż tutaj biegła granica między Generalnym Gubernatorstwem a Rzeszą. Kapitan, który był rodowitym Gdańszczaninem i miał papiery rajchsdojcza, poprosił celników do swej kajuty, gdzie spędzili około pół godziny a następnie wyszli w stanie wskazującym… i z pękatymi torbami, od których pachniało krakowską kiełbasą oraz wystawały flaszki spirytusu.
Gdy odcumowaliśmy, wyszedłem na pokład i dalej już płynęliśmy bez przeszkód. Niedaleko Oświęcimia opuściłem statek, by udać się do znajomych, gdzie miałem spędzić wakacyjny miesiąc. Po jego upływie znowu się zaokrętowałem, tym razem na statek „Piast”, którego kapitanem był pan Szydłowski, mój gospodarz wakacyjny. Gdy mijaliśmy Zator, sytuacja się powtórzyła i znów wylądowałem pod pokładem i znów celnicy odwiedzili kapitana, by wyjść w stanie wskazującym… z torbami pachnącymi krakowską kiełbasą i z wystającymi szyjkami butelek ze spirytusem.
Jak pisze J. Heller w książce „Paragraf 22” podobno nawet Amerykanie wysłali z Włoch samolot do Krakowa po ładunek kiełbasy krakowskiej. Nie pisze jednak nic o spirytusie. W każdym razie jakiś aliancki samolot rozbił się gdzieś pod Krakowem, ale czy to był amerykański, nie dam głowy.
Mijając Tyniec, zacząłem się pakować i przygotowywać do zejścia na ląd. (…)







fot. Psi Ząb Tyniec
www.kazir.blog.onet.pl










Czy ja mówiłam, że nie znoszę ebooków? Toż Twoje wspomnienia czyta się jak doskonałą książkę! Część o Słoweńcu przeczytałam wczoraj tacie i chyba pierwszy raz słuchał mnie z prawdziwą uwagą. W nim obudziłeś wspomnienia, a nam, młodszym, Twoje wypisy z życia, zwyczajnie pokazują jak po prostu było. Przecież my z Ewą płynęłyśmy tą samą Wisłą, w zupełnie innych, bo beztroskich okolicznościach. I niewiele brakowało, a dopłynęłybyśmy do tego samego Tyńca. Szkoda. Za to teraz, z największą przyjemnością poznaję go z Twoich zdjęć właśnie.
Dzień Dobry Psi Zębie!
Rzeczywiście,bardzo przyjemnie czyta się to wspomnienie owego rejsu. Nasz był o wiele za krótki. Tyniec jak widać – piękny.Ale co się odwlecze…
pozdrawiam. Dzień lepszy.
Habent sua fata homines. Vale Cito!
Rewelacyjna opowieść! W czasie wojny Anglicy mawiali, że jeżeli gołego Polaka zamknąć pod szklanym kloszem, to po dwóch tygodniach on będzie ubrany, najedzony, umeblowany i będzie… pędził bimber! Psi Zębie, Twoja opowieść tylko potwierdza tę tezę. Bo żaden Anglik chyba nie wymyśliłby takiego sposobu wysłania dziecka na wakacje. A nawet, gdyby wymyślił, to z pewnością by nie zastosował. A kiełbasa krakowska jest rarytasem do dziś.
Tak przy okazji, gdzie można dostać twojego ebooka? Z dziką rozkoszą znalazłbym go pod choinką.
O nie!
I Ty Jadwisiu??
Z dziką rozkoszą zapraszam wszystkich, a Ciebie przede wszystkim, do lektury E c o d n i a.
A tak poważnie, to oczywiście aktywność Psięgo Zęba w necie nie jest tajemnicą – adres Jego głównej strony jest przecież pod wpisem, ale… ogromnie się cieszę, naprawdę ogromnie, że zechciał się z nami i tu, na tych skromnych „łamach”, swoimi pracami podzielić.
Pozdrawiam!
historia i zdjęcia wyglądają tu na pięknie odnowione i widzę, że się podobają, a blogi PsiZęba są wiielkie i są długo, to wszystko podobnie ciekawe historie!!!