Niegdyś na ziemi śląskiej szumiała wielka puszcza. Cisy i białokore brzozy rosły tam obok modrzewi, dębów i buków potężnych, które jesienią odziewają się w najpiękniejsze złoto i purpurę. Wśród nich ciemniały sosny i świerki o pniach szarych od porostów. Dołem krzewiły się zarośla malin i leszczyn, a niekiedy spomiędzy zielonego gąszczu ukazywała swe korale kalina. Dni całe w puszczy było słychać stukanie siekier, a wesołe nawoływania drwali przeplatały się z piosnkami dziewczyn i dziecięcym śmiechem. (…) Puszcza użyczała wszystkim hojnie swego bogactwa. Wszyscy też starali się najpilniej o drzewo na zimę, bo wtedy jeszcze innego opału na Śląsku nie używano. Ludzie nie znali węgla!
Kiedy jesienne słońce złociło najpiękniej listki na brzozach, a żwawe pszczoły tłumem całym uwijały się wśród rozkwitłych wrzosów, przybiegła po chrust do lasu Hanulka sierota, ta, której chatka stała na końcu wsi, maleńka i uboga, ze strzechą przerzedzoną przez wiatry. Sama Hanulka wesoła była i pracowita. Biegnąc przez las wtórowała swą pieśniczką szumowi gałęzi i ptakom, które zleciały się do kalinowych jagód: Ja uboga sieroteczka, nie mam korali, moja matka-wyrobnica nie sieje roli…”.
- Oto masz korale, Hanulko! – zawołał nieoczekiwanie wesoły głos i na ścieżkę wyszedł chłopak jasnowłosy, w brunatnym kaftanie i w połatanych skórzniach na nogach. Za pasem miał piszczałkę własnej roboty. Stał przed dziewczyną uradowany i tym, że ją widzi, i tym, że znalazł dla niej w lesie najpiękniejsze z kalinowych gron, które tak bardzo lubiła.
- Tak rano jeszcze, a tyś już w lesie, Matyjaszku! I czegoż to szukasz po rosie? – zawołała.
- Czego szukam, tom i znalazł! – zaśmiał się chłopak. – Przyszedłem ci pomóc, Hanulko, bo się utrudzisz sama!
- No kiedy tak, tom ci rada ze serca, Matyjaszku.
I tu mógłby być koniec opowieści, zakończony słowami „i żyli długo i szczęśliwie”, gdyby gładkiego lica Hanulki, nie dostrzegł również bogatszy brat Matyjaszka. Elijasza zawiść zżerała, że dziewczyna bardziej jest rada, z towarzystwa biedaka. Widok śmiejącej się Hanuli, patrzącej błyszczącymi oczami na Matyjaszka niosącego jej chrust, wprawiał Elijasza w prawdziwy gniew, a zawiść, niczym zła żmija, żądliła mu serce. I za namową starszyzny, gardzącej biedniejszym, bracia stanęli w tym samym dniu w konkury tej samej dziewczyny. Ta przyparta do muru przez dobrze jej życzące ciotki, w desperacji odrzekła, że wybierze tego, który jej lepszy dar w dniu wesela przyniesie. I poszli bracia w świat, z tym, że Elijasz za namową jednego ze stryjów, zepchnął Matyjaszka w głąb wielkiej dziupli, otwór zamknął jeszcze większym kamieniem, ręce otrzepał i zadowolony z siebie wrócił do wsi. Tymczasem… ciemno, ciasno i duszno w tej dziupli wierzbowej, a próchno nie daje wsparcia nogom – Matyjaszek osuwa się coraz niżej i niżej. Aż…
Podziemne przejście rozszerzyło się u swego końca w przestronną komorę o połyskliwym, krągłym sklepieniu. Tu i ówdzie na sklepieniu powrastały w czarną skałę bryłki kryształów. Migotały one jak gwiazdy na firmamencie nieba i oświetlały podziemie zielonawym blaskiem. W głębi komnaty stała wielka ława ułożona z czarnych płyt. Na ławie siedział mąż siwobrody i bacznie spozierał na Matyjasza spod nawisłych siwych brwi. Stroiła go czarna odzież, spięta na guzy ze srebra. W dłoni trzymał siekierkę żelazną osobliwego kształtu, jakiej jeszcze nigdy Matyjasz nie widział. Gdy starzec zobaczył pachołka, ściągnął swe kępiaste brwi i skinął na niego ową siekierką.
- Ktoś ty jest? Po coś tu wlazł?
- Prosty jestem pachołek, Matyjasz, ubogi człek! – tu skłonił się godnie, rozumiejąc, że ze znaczną osobą gada.
- Toś pewnie skarbów szukać przyszedł tutaj pod ziemią?! Śrybła? Złota?
- Nie, panie! Trafem ino do was żem wlazł. Szliśmy obaj z bratem w świat. Aż tu anim się spodział, jak brat mnie chycił i wciepnął do dziupli we starej wierzbie, co wielka jak choćby piec! Potem jeszcze kamieniem srogim mnie przywarł…
- Takiż to twój brat?! – zawołał starzyk – I o cóż złość do cię chowa?
- O dziouchę jedną. Słaliśmy do niej swaty jednego dnia. On bogaty, ja biedny. namawiali ją swatowie i tak, i tak, aż rzekła, że tego wybierze, kto lepszy dar przyniesie.
- Miłujeszże ty po prawdzie oną dziouchę?
Matyjasz pomilczał chwilę, jakby wspominając dziewczynę lub przywołując myślami przed oczy jej obraz:
- Miłuję ją jako słońce, bo lepszej i robotniejszej nad nią na całym świecie nie ma! I urodna jest, choćby kwiotek jaki…
- A co zaś jej ofiarować możesz? – pytał coraz bardziej zaciekawiony starzec.
- Co ofiarować? Ano wszystko, co mam! I życie całe, i szczyre serce, i ręce, które w robocie nie mdleją, i pieśniczkę, i granie. A we świecie, daleko, to może nalazłbym co jeszcze dla niej… Przeto żem i szukać poszedł!
- A twój brat powiadasz bogaty? Drogie kamienie powiadasz ma? Czerwone? – tu siwy mąż uderzył rękami w ławę czymś mocno poruszony – No! Kiej tak, to i ty jej przyniesiesz kamienie. Ino nie czerwone a czarne, te co tu je wszędy widać. Bier ile uniesiesz… I pełną czapkę, i do kapoty nabierz, a tu masz jeszcze mieszek. Bier ile uniesiesz, ciepnij je w ogień a potem niech dzioucha wybiera. A jak wam braknie, to i pod ziemią żadnemu z was nie wzbronię ich szukać. Niechaj służą ludziom i niechaj im dobra przysporzą. (…) Ostrzegał was zawżdy będę, byście się chronili w czas. Ukażę wam znakiem osobliwym, kiej się skała oberwie. Mnie posłuchają skały, bo ja rządzę nimi jako i skarbami ziemi. (…) Jam jest Skarbnik Zabrzeski! Strzegę skarbów ukrytych pod ziemią, co się od prawego brzegu Odry poczyna. Wielkie to skarby i wiele dobra ludziom poczynią, skoro je tylko dobywać zaczną.
I tu dochodzimy do końca opowieści. W weselnej chacie jadło stygnie, drew nie styka, by dopiec pieczyste, zimno po paluchach szczypie, goście jak w zatrzymanej klepsydrze tkwią w oczekiwaniu. Panna młoda wypatruje drugiego konkurenta, tęsknie spoglądając przez okno. Elijasz ze swą skrzynią wysadzaną drogimi kamieniami, wypełnioną po brzegi, kolorowymi świecidełkami, czuje się nieswojo, gdy nagle wraca, uznany przezeń za zmarłego, znienawidzony brat. Wtedy to właśnie, Hanuli aż liczko poróżowiało nagle z radości, oczy rozsiały promienie, przeskoczyła z impetem przez ławę, i rzuciła się ku drzwiom, w których stanął jej Matyjaszek. Wśród strojnych gości weselnych ubrany w swoją starą, zniszczoną kapotę, na pobladłej twarzy, na której znać było ślady zmęczenia, miał płatki pierwszego śniegu, a w ręku trzymał swą wytartą czapkę, pełną dziwnych, czarnych kamieni.
- Witaj, miła Hanusiu! Oto mój dar dla ciebie. Bierz no te kamyki po jednym i ciepaj do pieca. Obaczymy wszyscy, co zaś to za kamienie.
Ludzie zbliżyli się do komina ciasnym półkolem i oto oczom ich ukazał się dziw nie widziany: czarne kamienie zaczęły się palić! Trzaskały wesoło, sypały iskierkami, a potem zahuczało w kominie od żywego płomienia!
- Do kuchni dawajcie! Do kuchni! Terozki się nam kołacz upiecze! Sujcie co więcej do kuchni! Oj! jakoż to ciepło od nich w izbie! Daj no jeszcze…
- Terazki, Haniś wybieraj! Jakie ci kamienie bardziej do serca przypadły: czerwone czyli czarne? – zapytał Matyjaszek patrząc prosto w oczy bratu.
Elijasz spuścił głowę, a Hanula podeszła do Matyjaszka , ujęła go za rękę i uniósłszy na chłopaka swe modre oczy, pełne radości i szczęścia rzekła:
- Dar Elijasza piękny jest i cenę ma wielką. Ino cóż? Mnie by jednej służył, żadnemu więcej. Lepszy zda mi się dar Matyjaszowy, bo wszystkim połuży ku pożytkowi. Matyjasza miłowałam zawsze. Rada więc przyjmuję dar jego, i serce. Niech przeto Matyjasz małżonkiem moim zostanie…” Słuszny wybór? – ew
Kornelia Dobkiewiczowa
„Miedziana lampa”
Baśnie i opowieści o śląskim Skarbniku
Nasza Księgarnia 1969










Ciekawa legenda.
A od dziś na eco również legendy, gdzie gloryfikowana natura, prostota, dobro, szlachetne cechy i wartości spychane ostatnio gdzieś w czambuł…
Słuszny wybór, powiedziałbym, że to niemal utopia.
Wciągnęła mnie opowieść.