Niech moc będzie z Tobą Kobieto, czyli Wigilia Feministki

Od pewnego czasu Kazimiera bała się świąt. Wszystko zaczęło się już jakiś czas temu, gdy z „dziewczyny po trzydziestce” nieodwołalnie stała się „dziewczyną przed czterdziestką”. Nagle zauważyła, że wokół robi się pusto. Jej koleżanki („siostry w feminizmie” – jak kiedyś myślała) po kolei wychodziły za mąż, wkrótce zaokrąglały im się brzuszki, i po kilku miesiącach ich mieszkania rozbrzmiewały radosnym gaworzeniem… Nawet Ela, feministka niegdyś tak zajadła, że Kazimiera podejrzewała ją o lesbijstwo, znalazła mężczyznę swojego życia. Kazimiera wpadła na nią niedawno na ulicy. I zagadnęła jak dawniej:
- Czytałaś nową „Zadrę”?
- Nie mam czasu – rzuciła Ela – muszę jeszcze kupić jakieś ciasto dla Stasia… – Chciała biec dalej, ale zatrzymał ją widok osłupienia malującego się na twarzy Kazimiery.
- Wiem… – powiedziała zmieszana – kupione to nie to samo, co domowe, ale dopiero uczę się piec… Cześć!
Pomknęła w swoją stronę zostawiając oszołomioną Kazimierę samą wśród tłumu przechodniów… A Kazimierze stanęły przed oczami wszystkie jej przyjaciółki, kiedyś radykałki, a teraz już tydzień przed świętami buszujące po sklepach, uwijające się w kuchniach, z dziką radością pichcące przysmaki dla mężów i dzieci… Dzieci. Dawniej drażniły ją te małe, wymagające istoty. Widząc matkę z dzieckiem Kazimiera myślała „idiotka marnuje sobie życie”. Ale i to się zmieniło. Teraz, na taki widok, coraz częściej całym jej jestestwem wstrząsał straszliwy spazm wysychającej macicy domagającej się zapłodnienia. Wszystkie te objawy nasilały się w okolicy Bożego Narodzenia. Kazimiera nie podejrzewała się kiedyś o podobne sentymenty. Chrześcijaństwo było dla niej ideologią wymyśloną przez mężczyzn w celu zniewolenia kobiet. Zresztą – snobowała się na Żydówkę, po matce. A tu proszę – magia świąt dopadła i ją… Od kilu lat, gdy tylko minęła połowa grudnia ogarniał ją niepokój. Wreszcie, w tym roku, coś w niej pękło. Poczuła, że oszaleje, jeśli kolejne święta spędzi sama, w pustym mieszkaniu nad butelką wódki. Do nowego roku muszę znaleźć sobie męża! – postanowiła 20 grudnia – Tad9

Na pracę nie miała co liczyć, by podtrzymać tradycję. Same kobiety przecież. Jedne w sytuacji takiej jak ona, inne zgoła porządniej doświadczon – po przejściach. I te jak sążnistą mantrę powtarzały stale „choćby miał dupę wysadzaną brylantami – nigdy!”. Skołowana bez reszty, sama już nie wiedzion jaki obrać kierunek: tu podszepty i tkliwe wzdychy tych co to by chciały a nie mają z kim, a tu ostre, przesążniste wrzaski tych co i owszem, mają, ale zaiste nie wiedzieć czemu nie chcą.
Ech… wstyd przyznać – była w dodatku jeszcze dziewicą.
A na Allegro znów widziała dziś super furę. Beżowa, taka jak lubi w kolorze rodzimej waniliny, wielkie srebrne koła być może nawet resorowane, na budce dwie misternie tkane koroneczki i wielka do kompletu torba na jeszcze większy zapas pieluch, smoczków, butelek, gryzaczków i czego tam jeszcze – dziś nie wiedziała. Niedroga była, marne dwa i pół tysiąca rodzimych złociszy. Już,  już by ją bukowała, bo już  projekcja trwała, już widziała wewnątrz SWOJEGO dzidziusia pachnącego mleczkiem, oliwką i świeżo wyciśniętą kupką. W myślach pchała wózeczek na spacer szlakiem żarciowych sklepów, i gdy dzidzi zanosiło się od płaczu przestawała staremu kupować kolejne salcesony, zgrzewki i ziemniaki a podnosiła maleństwo do piersi i w chwilach, kiedy dzidziuś heftał jej bluzkę z Orsey’a, z matczyną czułością podawała mu z buteleczki przez smoczek słodziutkie mleczko. Na komputer patrzyłaby tylko wtedy, gdyby dzidzi wyrósł z limuzyny i trzeba byłoby kupić mu nowy wózeczek. Ech, super życie: ja, wrzaszczuś i stary, mój, jedyny, ojciec mego dziecka, chrapiący słodko w znoszonych gaciach przed telewizorem.
Chcę mieć pod choinkę pewność, że w końcu moje jajeczko spuchnie, macica przecież nie jest aż tak bardzo wyschnięta niż innych jaja.
Chcę w końcu dostać to, co inne dostają już za pierwszym razem…
Chcę… i tu rozłożyła nogi w oczekiwaniu na zesłanie namaszczenia.

Tad nagle otworzył szeroko oczy zadziwion swą szeroko rozstawioną postawą. „Co je kurde bele na jeża? Co za sen prze#wyrazowy miałem jakem patriarcha zniewolon. Musi to przez tę kiełbasę zwyczajną co to ją z pół ceny w Tesco dorwałem, jak nic miała tę strychninę irlandzką w sobie i ona mi zaszkodzon, bo źle strawion”.
Pot mu ściekał wielkimi kroplami po żylastym i suchym w swej żylastości czole, starł go szybko swymi zażółcon od skręcania taniego tytoniu palcami. Stetryczałym pazurkiem, co to go miał zostawion na specjalne cele, jeszcze se zagrzebał szybko w uchu, skulił swe wyliniałe oczy i wyszeptał „baby mają jednak prze***ane” – ew

Tad rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu śniadania. Na starej Wyborczej leżała pajda zaschniętego chleba, nieopodal sterczała szyjka butelki po wysączonym do końca przysmaku wiśniowym marki Agropol. Tad pogmerał w rozporku, który mylnie wziął za kieszeń i nie znalazłszy tam nic ciekawego sięgnął po leżący na kuchence portfel. Pusto.
Parę złotych pieniążków o nominale 1 gr, 2 gr, 5 gr nie dało się nijak złożyć w okrągłą sumkę 4,50, na butelkę Przysmaku Wiśniowego. Ba! Nie dało się nawet z tego złożyć dwóch złotych na chleb.
Tad usiadł ciężko przy stole, oparł głowę na pięściach i smętnie pomyślał, że idą święta, a on tymczasem o suchym pysku będzie siedział. I w dodatku sam.
„Ech, baba by się zdała” pomyślał i otrząsnął się nie wiadomo z czego: ze wstrętu czy przeciwnie: ze spodziewanej rozkoszy.
„Baba by zadbała, żeby było i na Agropol i na chleb a może czasem i na jaki salceson” – przekonywał sam siebie. Jakiś zły duch mu szepnął do ucha:
- A może by tak do pracy ?
Poderwał się jak skuty ostrogą. Jasne! Że tez nie wpadł wcześniej na takie proste rozwiązania. Praca! Znajdzie pracę. Złapał starą, wytartą kurtkę i nie troszcząc się o zamykanie zamka runął po schodach w dół. Tak po prawdzie to zamykać nie było za bardzo co, po ostatniej imprezie z Miśkiem, kiedy mu się zwidziała, że na zamku mrówka gigant siedzi… Czasu nie było dotąd by zamek naprawić, ale i wynosić też nie za bardzo było co z Tadowego mieszkania.
Tak dumając Tad pokonał wszystkie osiem pięter (winda jak zawsze była nieczynna) i lecąc jakby go kto gonił wpadł całym impetem na sąsiadkę z piętra niżej, która właśnie wracała z torbami pełnymi zakupów. Rymnęli oboje jak dłudzy, każde w przeciwną stronę, z toreb z napisem TESCO i Biedronka posypały się jaja, kartofle i pomarańcze. Hermetycznie pakowana szynka wylądowała Tadowi na piersi.
- Moja kochana – wyrwało się Tadowi spod serca – O mój Boże, jak ja na ciebie czekałem!
Kazimiera otworzyła szeroko oko umalowane na niebiesko i spojrzała z zaciekawieniem na mężczyznę leżącego niemal u jej stóp – prowincjuszka

Po czym powłóczyście chrząknęła:
- Po prawdzie mieszkam tu już jakiś czas, ale hmmm nie widziałam jeszcze sąsiada. Dziwne.
Tadzikowi rozhulała się burza w mózgu „co rzec, co rzec, co pedzieć, co pedzieć. Przecież nie może się przyznać, że w dzień sypia, nocą grasuje, czasem grzebnie w śmietniku, czasem za petem zanurkuje w koszu, przetrzepie zsyp”. Nie znał ptaszyny, ale już czuł, że nie może wypuścić onej z garści, tak bardzo nastawion był na sprowadzenie w swe życie kobiety, tak bardzo zdesperowanon, że musiał coś wymyślić i to na boga teraz, na szybko, natychmiast, już.
- Hmm kochana, te nocne dyżury na ratunkowym mnie zamęczą, wykończą. W czasie pracy i po pracy, więcej w pracy, dodatkowo czynnie udzielam się w #ttdkn – wracam i padam, ja nawet nie wiem, że takie anioły mieszkają tuż, tuż za moją ścianą! Tyle czasu tracę chodząc po tym padole jak palec sam (szukał górnolotnych słów i nie znajdywał choć już czuł, że w te święta nie tylko poje, ale i pospuszcza).
Nie narzekał dotychczas, bo nie był stworzony do singlowego życia i jakoś póki nie był sam, se radził.
Rok temu starej swej wyniuchał pod Auchanem padniętego karpia i tak jak inni łuskę na szczęście tak on jego oko usadowił, acz nie w portfelu a na samym szczycie jarzynowej sałatki. Dobre to były święta. Stara z pawlacza wyjęła choinkę okrytą foliowym workiem, zdmuchnęła kurz i już mieli nastrój – toć nigdy jej nie rozbierali. Tak jak i nie myli garnka po ziemniakach, skoro zaś w nim  gotować mieli one nazajutrz. Zgodne małżeństwo to było, radzące se z codziennymi problemami tego świata. Tylko, że on jakby za bardzo poszedł był w życiową konsumpcję. Coraz więcej czasu spędzał na biznesowych przetrzepywaniach marketów, w poszukiwaniu czegoś fajnego na ich sklepowych śmietnikach. Żony lubią świecidełka, jak na przykład to śliczne oko od karpia ale też i chciałyby krztynę czułości, atencji i odrobinę uczucia. Na to Tadzik był za i za bardzo, po penetracjach marketowych, już zmęczon. A to się mści. Nadszedł był dzień, gdy żona jego wzięna kapcie i tak jak stała razu pewnego zwyczajnie wyszła.
Świat się Tadzikowi zatrząsł w posadach. Już nie miał mu kto  rzec „ty głupi c***u”. Ustawić w pion, j****ć przez plecy i zagnać do roboty. Gnił teraz w marazmie licząc miedziane grosiwo, co to nie tylko na Agropol nie starczało ani na chleb, ale nawet na to, by se tym pobrzdąkać w kieszeni. Z zamyślenia wyrwał go anielski wprost głos:
- U mnie zawsze jest dodatkowe nakrycie do stołu. Nazywam „Dla Anonima”, i nie sądziłam, że z Pusią zasiądę z kim jeszcze, kto nie tylko Avatarem postraszy, ale i ludzkim głosem w Wigilię zagadać doń może.
I już po żołniersku, by pokazać kto tu rządzi dokończyła:
- Zapraszam, 6 piętro 46. Pukać. Dzwonek nie działa, Pusia nie lubi. O 19 proszę.
Wstała i jak stała tak zamaszyście znikła.
Tadzikowi został pod powiekami błękit nieba z jej ócz, kolor nieba z jego stron, w sensie wymalowanych dość ostro powiek.
Dziewiętnasta, dziewiętnasta mruczał szybko człapiąc do domu, by jaką koszulę wyszukać, umyć to i owo a może i ogolić jakąś też resztę a potem niczym listonosz zapukać dwa razy.
Kazia tymczasem szelmowsko zmrużyła powieki a spod nich niczym Kasandry wieszcz odezwało się przesłanie „Co za c**l, ale… lekarz! Wykształcon! Medyk! Społecznik! Ustawion jak trza”.
- Człowiek nie musi szukać, bo najciemniej jest wrzdy pod latarnią. Zrobię to z nim. Są właśnie te dni, więc DZIŚ!

Po czym zwinęła się szybko, by przygotować  nader solidnie do niezapomnianej wigilii. Pozdrawiam. Keep Rockin’! – ew

18 Responses to Niech moc będzie z Tobą Kobieto, czyli Wigilia Feministki

  1. johnny kalesony pisze:

    …………………..WIGILIA FEMINISTKI – RELOADED………………….

    24 grudnia przed świtem, nagle wyrwana ze snu Kazia usiadła pośród zmierzwionej pościeli i ciężko dysząc spojrzała na refleks światła ulicznej latarni, odbijający się w choinkowej bombce. Ze sferycznego, srebrnego owalu spoglądała na nią uśmiechnięta od ucha do ucha twarz Andrei Dworkin. I wtedy zadzwonił telefon …

  2. ew pisze:

    W słuchawce zdziwiona Kazia usłyszała Marylę Rodowicz, jak z zapałem piała:
    - Ale to już byyyyło i nie wróci więęęcej…
    Kazia przetarła połą męskiej piżamy soczewki swych ócz:
    - Wszędzie doabiają na boku, a niektórzy całkiem nieźle – mruknęła, chrząknęła, bowiem w słuchawce Maryla z wystudiowaną w Rodzinie zastępczej dykcją zapowiedziała:
    - Będzie rozmowa, proszę czekać – znów zadziwionej Kazi zamgliły się soczewki.
    Czekając szarpnęła mocniej za ową piżamę:
    - Gdzie ja urwa jestem? Czyj to telefon? Gdzie jest amera, gdzie sa taśmy?? Gdzie jest urwa szafa z Blipowym archiwum??!
    Zmierzwiona niezbyt świeża pościel, poruszyła się, najpierw wynurzył się obszerny zad wielkości wieloryba, potem noga z łyżwą zamiast skarpetki. Kazia z obrzydzeniem w oczach odsunęła się na drugi koniec wersalki, od niewątpliwie nieoczekiwanie zastanej płci męskiej, gdy tymczasem w słuchawce telefonu odezwał się Blip:
    - Uwaga łączę…

  3. Tomek pisze:

    Piiii, piiiii, piiii…
    Metaliczny odgłos rozległ się w słuchawce i w ułamku sekundy Kazia wniknęła w sieć. Jak w lunaparkowej kolejce pędziła po przewodach opuszczając Matrix.
    Myśli. Świadomość. Jestestwo. Poczucie rzeczywistości. Wszystko zostało porażone potężnym impulsem przypominającym ten jakiego doznają skazańcy na krzesłach elektrycznych.
    Podróż trwała krótko i na końcu czekała ją eksplozja zmysłów. Feeria barw opanowała jej mózg a Kazia niczym zbudzony przez porażenie elektryczne Frankenstein zadrgała każdą cząstką swego „prawdziwego” ciała spoczywającego w wypełnionym płynem akwarium.
    Nie minęło nawet kilka sekund a akwarium otwarło się a woda wylała na podłogę.
    Dookoła stało z tuzin mężczyzn w kitlach lekarskich i wpatrywało w nią z zainteresowaniem. Obserwowała to tylko przez chwilę bo zaraz dopadło ją zaćmienie pośpiączkowe.
    - Ciemność…Ciemność… Widzę ciemność… – krzyczała.
    - To uboczny skutek eksperymentu – powiedział męski głos. – Bomba przygotowana przez panią profesor Kuperśrodę zwróciła się przeciw kobiecym genom i pozostawiła na świecie tylko geny męskie. Witamy w Patriarchlandzie!

  4. ew pisze:

    Patriarchlandem jednakowoż jako dziwo rządziła HGW, która jakoby Kazi głosem (och, ta solidarność jajników) przemówiła do zgromadzonych:

    - Czewona małpa? Kto to powiedział? Kazia nie nosi już czewonych okulaów tylko soczewki, któe nie są bynajmniej kolou czewonego, to hmmm efekt świadomej powokacji, by zyskać dowody rzeczowe w iadomej, jedynej slusznej, ale kude zapomniałam już jakiej spawie? Czy ktoś z obecnych byłby miły przypomnieć? A w ogóle gdzie jest Kazia?!!

    Rozległ się szmer zaniepokojenia, nikt z obecnych nie chciał stracić wygodnego stołka. Odwykli od siedzenia na ryczce.

    Cisza nadal dzwoniła w uszach, tylko gdzieś w oddali dźwięczał niczym źle odlany dzwon głos:
    - …………….

  5. turbomini pisze:

    Święta – niewygodny okres czasu pomiędzy Halloween a Sylwestrem. Nie da się zapomnieć, że istnieje, nie da się od niego uciec, kolędy brzęczą ze wszystkich stron, karpie gapią się tępo z witryn sklepowych, aaaa, nie wytrzymam, aaaa! W takiej chwili zbawienie może przyjść już tylko z jednego miejsca – z telewizji! Kazia ochoczo rzuciła się po pilota od telewizora i nacisnęła czerwony guziczek pałer:

    -Dzień dobry, Państwu! Dziś w programie „Warto rozmawiać” nie boimy się rozmawiać o tradycji polskich Świąt Bożego Narodzenia, a w szczególności kontrowersyjnego ostatnio tematu jemioły. Czy należy zwiększyć wymiar kary za wieszanie jemioły w domu (wyrazu zepsucia moralnego)? Kto stoi za silnym ostatnio w Polsce lobby popierającym ruch Jemiołystów? Pokażemy państwu również nieznane dotąd nagrania taśmowe z parady Jemiołystów. Ze względu na drastyczne sceny pokazujące pary całujące się pod jemiołą, prosimy dzieci o oddalenie się od odbiorników telewizyjnych. W tym programie naprawdę warto rozmawiać…

    „W święta nawet telewizja bywa zdradziecka” – pomyślała z rozpaczą i zmieniła kanał na…..

  6. margot_may pisze:

    na nic…
    Bo HGW capnęła pilota i odezwała się gromki głosem:
    - W telewizoe tylko sama sieczka leci, pawda?
    Za nią rozległy się aprobujące pomruki patriarchalnego elektoratu zadowolonego, że mogła się podlizać.

    - A teaz…! Zunifikować! – wrzasnęła wyciągająć rozcapierzony pazur w stronę Kazi.
    - Co, Co, Co…? – Kazia wytrzeszyła oczęta.
    - Najpiew włosy! Na łyso! Potem eszta! Pazuki obciąć…
    - Ale, ale, ale… – Kazia najwyraźniej się zacięła, przełknęła ślinę i przemogła się…- A to na… twojej głowie…, to co to?
    - Peuka – zademonstrowała HGW – Bo mi zimno w głowę, ot co!

    Oj, trybiki w Kazi mózgu zaczęły sie obracać: jak się wykręcić od zgolenia na łyso? Właśnie zaczęła zapuszczać włosy, w nadziei na długie sploty niczym Heleny warkocze…

    - Nie pozwolę! Nigdy! Po moim trupie!
    - Jeszcze zobaczymy! – wrzasnęła bufetowa.
    Machnęła pilotem i drzwi ścienne szafy zaczęły się rozsuwać ukazując w swym wnętrzu zestaw kina domowego. Zanurzyła druga rękę w przepastnej kieszeni i wyciągnęła stamtąd srebrzysty krążek po czym podsunęła go Kazi pod sam nos…

    - G… I… Janee… – wydukała Kazia – O nie!!
    - O tak! – warknęła bufetowa – Po czymś takim zapagniesz zgolić się na łyso własnoęcznie! HA HA HA HA HA!

  7. Tomek pisze:

    Bufetowa śmiała się demonicznie unosząc brwi złowieszczo.
    - A jak już film się skończy to mam następny! – rechotała pokazując Kazi drugi srebrzysty krążek z Obcym 3 i Sigourney Weaver namalowanej na okładce.
    Kazimiera odwróciła głowę z przerażeniem i obrzydzeniem identycznie jak
    wspomniana Sigourney Weaver przed obcym.

  8. ew pisze:

    - Perwersja, podobnie jak czystość moralna, jest sposobem panowania człowieka nad zwierzęcą energią – powiedziała mama odbierając SMS po północy. Ktoś składał świąteczne życzenia pomny zasadzie „Piersi w pracy i nauce”.
    Sen o inicjacji, niczym karpia sen o spełnieniu w chrupiącej panierce, nie ma swego odpowiednika w żadnym senniku. Mama westchnęła chrząkając spod płuc, splunęła żółtą śliną, związała w supeł stary pikowany szlafrok, podrapała się po głowie w wolnym miejscu między papilotami i poczłapała posuwistym krokiem w swych przetartych z lekka papuciach do przedpokoju. Tam stał już był taboret, co go jeszcze przed szychtą narychtował jej ćwierćwieczny już mąż Tadzik. Wlazła na niego podtrzymując z tyłu jedną ręką swój chromy krzyż, coby się nie rozszedł na boki pod wpływem takiego wysiłku, szybkim szarpnięciem póki zawrót w głowie jej nie zrzucił był z ryczki, otworzyła obustronne drzwi pawlacza, niczym gwiezdne wrota rozwarły się ukazując przepastną czeluść… Powiało zapachem stęchlizny.

    Mama z wysiłkiem wysunęła obskubaną sztuczną choinkę, co to ją jeszcze wuj Stanisław w MDMie wystał na bony. Podparła się nią niczym laską i jakoś zeszła była z taboreta:
    - Skaranie z tą robotą w domu, gdyby człowiek nie była tak perfekcyjny dawno by to olał – chrząknęła zaś, tym razem jakoś zielonkawą flegmą spod płuc i posuwistym krokiem poczłapała do pokoju ciągnąc za sobą choinkę. Tymczasem w przedpokoju dał się słyszeć szczęk otwieranych drzwi:
    - Jestem już, udało mi się w Auchanie dostać głowy karpi z przeceny po pięćdziesiąt groszy za kilo – krzyknął zadowolony ćwierćwieczny mąż Tadzik.
    - Ee opowiadasz? – stopień zadowolenia mamy zaczął stopniowo wzrastać.
    - Nie opowiadam, dodam jeszcze, że jednego karpia sprzedawczyk dał mi całkiem darmo. Nie zauważył był bowiem jak mu pod wanną cały dzionek wyskoczywszy leżał.
    - Doprawi się nikt nie pozna – Tadzik czekał na pochwałę żony, w jego oczach jak w oczach spaniela dało się widzieć pożądanie akceptacji, bezapelacyjnej pochwały, choćby chwilowej uwagi.
    - No, kto jak kto ale ja pieprzyć potrafię, hehehehe – mama całkiem już zadowolona pogłaskała stetryczałą dłonią swego ślubnego po wyliniałej łysinie.
    - Wyciąg z wora tę choinkę, dobrze, że od lat jej nie rozbieramy, nie trza na nowo ubierać – po czym posuwistym ciut szybszym krokiem poczłapała do kuchni.
    Tadzik wyjął choinkę z worka, poprawił przekrzywione bombki, zdmuchnął całoroczny kurz i usiadł na chwilę rozmarzon…

    Rozmarzon siedząc wspominał „a był czas, gdy jego mamuśka werwy miała za dziesięć takich, sam nie wie jak go okręciła wokół palca, wszystko by dla niej zrobił, nie tylko wygonił darmowego karpia. Jeszcze dziś mimo wieku daje se mamuśka radę z domem lepiej niż niejedna młódka, stale coś wymyśla by było łatwiej i żeby się nie zmęczyć. Od dawna nie myją garnka po ziemniakach, bo i po co jak jutro zaś w tym samym są ziemniaki. Bardzo proste rozwiązania, jak na ten przykład to, że on kąpie się w bieliźnie, w skarpetach i tym samym od razu ma je uprane, spodnie se kładzie pod prześcieradło i rano ma jak ulał odprasowane na glanc”.
    Siedział tak Tadzik uśmiechawszy się sam do siebie, aż nagle jego wzrok przykuło jakieś świecidełko kole drzwi, podszedł trzymiąc to w zasięgu wzroku by nie zgubić celu, schylił się, sięgnął ręką i paznokciem z najmniejszego palca co se zostawił by czyścić uszy popchnął delikatnie. Szkiełko, brylancik? Da mamuśce pod choinkę! Podniósł, podszedł z tym bliżej do światła eee – to oko karpia.
    Patrzyło się na niego z niemym wyrzutem. Coś Tadzika ukuło w sercu. Brrr:
    - Nie gap się tak na mnie, ja ci nic nie zrobiłem – oko tymczasem nic nie mówiąc rzekło…

    - Pójdziesz ty chłopie po kolędzie, zaśpiewasz ty kolędę-hasło po czym dostaniesz kolędę-odzew.
    Tadzik nie wiedzieć, którym zmysłem zrozumiał mowę oka niemowy. Silna telepatia, niczym w rozmowie z przybyszem z planety zwanej przez astronomów 78 mu-1, leżącej 73 lata świetlne od Ziemi, od razu kazała mu, że musi to zrobić.
    - Mamuśkaaaa a idę jeszcze przelecę po Auchanie może coś wyrzucać bęęęędąąą! – krzyknął zarzucając szal dziergany z nieużywanego dawno moheru, w biegu łapiąc myckę i już go nie było.
    Wyszedł na zimowe, grudniowe popołudnie, słońce mocno przypiekało było plus 13 stopni. Szal niczym chorągiew powiewała na wietrze, mimo, że nie zapytał oka gdzie ma kolędować, nogi same go niosły pod pewne drzwi. Zadzwonił, szybko, dwa razy, niczym listonoszcz, wieszcz wieści:
    - Cholea, poa wigilijna kogo tam niesie czot czany – krzyknął damski głos zza otwieranych już z siedmiu zamków drzwi zbrojonych pancerną blachą. Tymczasem Tadzik nabrał tchu w pierś i jednocześnie z otwarciem drzwi zaśpiewał:
    - Zawiteeej placuuusku, na słonkuuu piecooonyyy, jesce nie łupiecony aa jus łobgryzionyyyyy
    Pani w czerwonych szkłach kontaktowych odśpiewała:
    - Zawiteeeej flaseckoo cięskoo wycyganionooo, jesceee do dom nie psyniesionooo a jus łoprusnionoo. Hej! – i szybkim ruchem rozglądając się na boki wciągnęła Tadzika do mieszkania.

    - Jest gupa, ktoa zbawia świat, swą madością wyzwala świat z ciemnoty – szepnęła konspiracyjnie pani w czerwonych szkłach kontaktowych, w których oczy wyglądały jej niczym znalezione kole drzwi oko karpia z Auchanu, który był dobę przeleżał pod wanną bez wody…
    - Nie może być – szepnął teatralnym szeptem Tadzik – Wyzwoli z buców?
    - Wyzwoli! Idź i przekaż to dalej! – i tu zakończył się kontakt z wielkim, medialnym światem Tadzika, który zaczął natychmiast – by zdążyć przed północą – bratać się z ludem, chodząc od drzwi do drzwi i śpiewając niczym mantrę tę samą pieśń:
    - Zawiteeej placuskuu, na słonku pieconyyy… – ludzie o dziwo znali odzew:
    - Zawitej flaseckooo, cięskooo wycyganionooo… – widać dawno oczekiwali wolnomularskiego wyzwoliciela. Wybiła wnet północ i wszyscy gromkim głosem zaśpiewali…

    - Wśród nocnej ciszy tetedekaen!

    I tylko ze szczytu sałatki jarzynowej oko karpia zerkało nań z wyrzutem:
    - Przecież nie jestem groszkiem!!!
    Ale w domu wykształconego po pachy Tada, nic nie mogło się zmarnować, gospodarz sięgnął aluminiową łyżką stołową do półmiska:
    - Auuuu…

  9. margot_may pisze:

    - Iiihaaa!
    Kazia drgnęła i przetarła oczy. Przesłyszała się?
    - Iiihaa!
    Zza drzwi na korytarzu dobiegał łomot i stukot, coś jak pata-taj, pata-taj i kląskanie języka o podniebienie… Coraz głośniejsze dźwięki pozwalały mniemać, że tajemnicze coś zaraz wtargnie w spokojna sferę uniseksu HGW i jej wyznawców,oraz Kazi. ŁUP! To drzwi walnęły o ścianę…
    -GEROONIMOO!
    Do pomieszczenia wbiegł dziwak w kowbojskim kapeluszu i kowbojkach siedzący okrakiem na kiju od szczotki. Kij miał na czubku gumowy kalosz z narysowaną sugestywnie parą oczu z rzęsami godnymi przyzwoitej Drag Queen i zębistym śmiechem na podeszwie. Kazia nie takie rzeczy już widywała, zwykle po kilku miłych dla ducha tabletkach, więc i teraz siedziała spokojnie jak Budda i czekała na rozwój wypadków. Ale HGW była mniej doświadczona, biedaczka, nie eksperymentowała… no więc co się dziwić, że teraz straciła głowę…
    - Wynocha pętaku! Kto ci pozwolił tu wtentegować, co?! – wrzasnęła
    Ale Kaleson Barbarzyńca (bo tak się nazywał ów śmiałek) nie był w ciemię bity:
    - Jam jest Kaleson! Błędny Barbarzyńca! Wyzwalam uciśnione dziewczę z łap smoków! Albo złap uniseksu, na jedno wychodzi. Oba potworne… – rzekł i wzdyrgnął się malowniczo.
    Kazia zastrzygła uszami. Czyżby ratunek? Nie może być… Śmiałek ruszył do przodu rozkołysanym krokiem kowboja, przystanął i rozejrzał się:
    - Czy są tu jakieś grzeczne dziewice…?
    Kazia zastanowiła się… Czy była grzeczna? W zasadzie tak… Jedno trafienie na dwa, to już coś! Podniosła w górę dwa palce.
    - Aaa… no proszę – rozpromienił się Kaleson. – Znaczy co ja gadam… Znaczy… Pójdź ze mną nadobna niewiasto! Uratuję cię!
    - TUTAJ rządzę ja, panie Kaleson!
    Kaleson obejrzał się… małe, czerwone i trzęsące się ze złości zjawisko. Hmmm… Spojrzał jeszcze raz uważniej, ocenił sytuację… oblicze jego rozjaśniło się, a gdyby był postacią z komiksu nad jego głową zaświeciłaby mała żaróweczka. Widać wpadł na jakiś pomysł… …pochylił się, zbliżył twarz do twarzy HGW i wyszeptał sycząco jak wąż:
    - Sssskórzana…. Miniówwwweczka…
    - Nie słucham!
    - …Pończossszki….
    - Jestem głucha!
    - …Gorssset…
    HGW zakryła uszy rękami i zacisnęła powieki.
    - La la la! LA LA LA! – HGW zaśpiewała na cały głos.
    Starała się za bardzo, bo Kaleson zastosowawszy ten fortel zarządził odwrót, który polegał na zmuszeniu Kazi, nie bez trudu, żeby wsiadła na Matyldę (rumaka rączego) i oddała się rozkoszom ucieczki. To jest wycwałowania z pokoju. A co z wierną świtą HGW… Po prostu stała i przyglądała się bez drgnienia powieki. Ano, tak. Wszak Mężczyźni robią tylko to, co im się każe. Zdaniem niektórych, żeby nie było…
    Na korytarzu Kaleson wyjął zgrabną komóreczkę i wystukał paluchem numer:
    - Yyy… Nie można… – wydukała Kazia.
    - Koteczku, Barbarzyńcy istnieją w każdej rzeczywistości, zawsze i wszędzie!…
    - Tadziu, to ja… – rzucił do słuchawki – mamy problem i musimy… – obejrzał się na drzwi, za którymi czaiła się HGW. Drzwi nie było… Kleson zdębiał. Kazia też. Podeszła do ściany, w której jeszcze kilka sekund temu były solidne dębowe drzwi. Popukała w tynk. Przystawiła ucho…
    - I co? – odezwał się Kalseon, nie wiedzieć czemu, szeptem.
    - Nic nie słyszę. Cisza.
    Spojrzeli po sobie… Dziwna sprawa. Znajdowali się na końcu ciemnego korytarza. Nie było w nim okien, same ściany, ściany i ściany. Tylko po drugiej stronie widać było z oddali…
    - Drzwi! – stwierdzili jednocześnie.
    Drzwi, bo to były one istotnie, stały sobie jak gdyby nigdy nic, przyozdobione zgrabnym okrągłym okienkiem, które w tym momencie rozbłysło białą poświatą…
    - Myślisz, że to te same? – wyjąkała Kazia
    - Hmmm… – Kalesonowi zaschło w gardle, ale wolał udawać Twardego Faceta, Który Się Zastanawia – Hmm… Nie będziemy wiedzieli, póki się nie dowiemy.
    Zgrabnie powiedziane.
    Ruszyli na palcach w głąb korytarza. Kaleson dzierżył Matyldę. Kazia… obgryzała paznokieć. Oboje wpatrując się zahipnotyzowanym wzrokiem w złowieszcze drzwi. Gdyby tylko był tam ktoś, kto stanąłby teraz za nimi i zrobił „Buuu!”… Ale nie było. Oczywiście. Zatrzymali się przed kilka kroków przed… Z bliska blask bijący z szyby był bardziej intensywny, co więcej zza drzwi dochodziło ciche brzęczenie…
    - Eee… I co teraz? Kto otworzy?
    Kazia odchrząknęła i zaczęła oglądać sobie paznokcie.
    - A więc dobrze! – Kaleson podjął decyzję!
    Ujął klamkę, drzwi ustąpiły i poczęły otwierać się z cichym…
    - Nie skrzypią – skonstatował – Powinny skrzypieć. – zaczął majtać drzwiami. – Zawsze tak jest!
    Ale Kazia nie odpowiedziała. Gapiła się na to, co było za drzwiami… Weszła, jak lunatyczka do środka, a Kaleson za nią.
    Zobaczyli dużą salę. Ogromną. Całą wypełniona jakąś białą, promieniującą jasnością mgłą… Gdzieś pośrodku, za mgłą kryło się źródło brzęczącego dźwięku…
    Kazia ruszyła do przodu. (odważna kobieta!).To nie wyglądało groźnie (co by nie było…). Podeszła do mgły i zamrugała oczami. Przed nią wisiała na wieszaku zaczepionym na linie biała, nowiuteńka, okryta folia, suknia ślubna… Za nią kolejna. To samo z obu stron. I wszędzie na koło. Pomiędzy sukniami biegły ścieżki, jak w labiryncie… Kazia pomacała folię. Prawdziwa. To nie sen. Z boku do folii doczepiona była karteczka, na której czyjaś ręka napisała: „5 8 9 7″, Kazia, pełna przeczuć, chwyciła kolejną suknię: „5 8 9 8″…
    - Ta panna, co to wszystko jej, to widać grymaśna – odezwał się Kaleson za jej plecami. – Zdecydować się nie może, niebożę.
    - Cichoo! – syknęła Kazia, bo właśnie w tej chwili brzęczenie ucichło.
    - Myślisz, że wiedzą, że tu jesteśmy?.
    - Kto?
    - No, ci co tam są. Ktoś musi tu być…
    Kazia runęła na kolana i zaczęła posuwać się na czworakach pod sukniami w stronę, z której wcześniej dochodził dźwięk. Kaleson za nią, klnąc szeptem co chwila, kiedy udawało mu się zaplątać w zwisające treny.
    Przed oczami dwojga wyłonił się widok złożony ze zwałów białego tiulu, a gdzieś pośrodku tej mieszaniny stał stolik i krzesło. Na stoliku maszyna do szycia ruszyła brzęcząc i stukając, a spod jej igły na nowo zaczęły wypływać metry tiulu przyozdobionego koronką… Maszyną operowała szczuplutka i malutka kobieta ledwo widoczna pomiędzy tym wszystkim, jakby jej kolory pożerała wszechobecna biel.
    - Uciśniona dziewica? – westchnął marząco Kaleson – Czujesz Kaziu może zapach siarki…? Nie? – jęknął – Opary duszącego dymu, które towarzyszą obecności diabelskiego pomiotu? Też nie? Jakieś smocze łuski porozrzucane po kątach… – rozejrzał się badawczo…
    - Ha! Widać potwora postanowiła przyczaić się w swojej kryjówce! Moją powinnością jest wywlec smoczą paskudę, zgładzić i zyskać wdzięczność i… ehm, szacunek młodej damy. – to mówiąc wyprostował się na pełną wysokość i ruszył do przodu rozgarniając gwałtownie atłasy ecru i aksamity. A Kazia za nim.
    - Nadobna niewiasto…- zaczął tubalnie, stając przed kobietą, od czego Kazi jak zwykle zęby same zazgrzytały. – Pragnę uwolnić…
    - Numer proszę! – rzuciła ostro blondynka omiatając ich znudzonym spojrzeniem…

  10. Tomek pisze:

    A tymczasem akcja na chwileczkę przeniosła się za lustro weneckie wiszące na ścianie. Ze świstem w chwili przejścia przez jego płaszczyznę pojawiliśmy się w pokoju z ludźmi w białych kitlach.

    Doktor Szlirencauzen kiwał głową rozkładając ręce w geście rezygnacji.
    - To beznadziejna sytuacja. Proponuje ostateczną fazę leczenia czyli elektrowstrząsy a w przerwach lewatywę z melatoniny i żurawiny. Końskie dawki szybciuchno!

    To powiedziawszy trzepnął siwą grzywą, która w zwolnionym tempie pięknie poszybowała w powietrzu. Jego nogi wykonały szatański taniec połamaniec po czym wrócił do poprzedniej pozycji. Przejechał palcem wskazującym po wargach wydając z siebie odgłos:

    - Blblblblblblblp – i z powrotem rzucił okiem na pomieszczenie po drugiej stronie lustra. Obraz ze świstem ponownie przeszedł przez szklaną taflę i znalazł się w pokoju.

  11. margot_may pisze:

    Bardzo dobrze się stało, bo w małym pokoiku, którego teraz oczywiście nie widzimy, rozległ sie wrzask doktorka:

    - Zabierzcie ta muchę! Bzyczy i bzyczy! Bzzz… Tfu…
    - Tu nie ma żadnej muchy, doktorze Szliren coś tam…
    - Jest! Słyszę wyraźnie, siwy, nie znaczy głuchy! O, a teraz szura… Szurru, szurru…
    - Faktycznie szura…

    Panowie doktorkowie rozglądali się w około. Za którymś razem zobaczyli czarną falę wlewająca się przez szparę od drzwi… Falę mrówek ludożerców, które zawędrowały tu w poszukiwaniu czegoś od jedzenia! Mrówki wdarły sie do pokoju…

    Spuśćmy na koniec dzielnych lekarzy litościwą zasłonę…

    Czy już…?

    Fujj…!

    Nie, jeszcze nie.

    Zdaje się, że po doktorkach została tylko kupka kości.

  12. Moon pisze:

    Skrajne ideologie, w tym feminizm, nie przynoszą niczego dobrego kobiecie. Co widać także w tym obrazku literackim.

  13. psiząb pisze:

    Przeczytałem z ciekawością. Pozdrawiam!

  14. Tomek pisze:

    A tymczasem szklane oko Rewolwerowca potoczylo się po gorącej od słońca asfaltowej drodze. Ileż to już lat minęlo a ono wraz z rzuconym niedbale ubraniem leżało jak eksponat muzealny na przerywanej lini szosy tuż obok Saloonu. Ktoś nawet otoczył resztki tego stopionego człeka barierką z opisem „Tutaj spoczywa legendarna postać a wlaściwie jej resztki”.
    A tymczasem szklane oko Rewolwerowca toczylo się mijając rozgniecionego w Saloonie robala obcasem kobiecego bucika, kostkę rubika ktora kiedyś wyleciala z ciężarowki z mnostwem fotografii po bokach naczepy, przekulała się przez całą Austerię i ostatecznie wpadła w nurt Rubikonu który wyrzucił ją po drugiej stronie. źrenica szalenie spogladala co chwile w innym kierunku aż wreszcie turlajace się oko wpadło w grząską glebę. Wzrok oka gwałtownie zatrzymał się w miejscu.
    A tymczasem nieświadoma istnienia oka para przekroczyła go oddalając z pola jego widzenia. Trzymali się za dłonie a on drugą gładzil okolicę jej brzuszka. oko widzialo jeno ich plecy. owo niezniszczalne oko. Niezniszczalne oko. Oko. Oko. Oko…
    A tymczasem Rewolwerowiec spoglądając na wygladającą z balkonu Zlotoslanos zaplakał. Na jego skórze pojawily się krople które jak wosk ze świecy zaczęly splywać w dół po czym chlop rozplynąl się na jezdni wlewając do sudzienki kanalizacyjnej. pozosaly po nim jedynie rewolwery, pas, drogie buty z aligatora, brązowa meksykańska kamizela, sfatygowany kapelusz (wykorzystany w grafice do Tomek w krainie Czerwonych Wierchów), złoty ząb i szklane oko. Szklane oko które też zaczęlo się topić i skwierczeć na asfaltowej patelni przypominając już raczej jajko sadzone niż pozostałość wielkiego /rewolwerowca.
    A tymczasem Zlotoslanos opuciła balkon i wstąpiła do Saloonu. Bufet jak i pozostala część wnętrza lśniły czystoscią.
    Na twarzy kobiety wystąpił usmiech. pomyślala przez chwilkę o czymś co było kiedyś cofając usmiech ale zaraz zastąpiła kiedyś tym co teraz i pełny uśmiech powrócił.
    -Ta podloga jest tak cudownie czysta – powiedziala do siebie.

  15. ew pisze:

    „Ta podłoga jest tak cudownie czysta”, bo stąpają po niej czyste nogi.

    To zarazem jest odpowiedź dla Moon, która postrzega Feminizm tylko przez pryzmat rozkrzyczanych, wulgarnych, pewnych siebie mądral, które czym są głośniejsze, tym mniej pomagają a więcej szkodzą.
    Nie trzeba głośno mówić o swoim sexie, żeby mieć do tego prawo i z powodzeniem móc go uprawiać. Szacunek dla siebie, szacunek dla innych, wzajemny szacunek do siebie. Mogę Cię nie lubić, ale z tego powodu, nie muszę krzywdzić. Możesz mi się nie podobać, bo czytasz inne książki, nosisz inny kapelusz, śpisz z kimś, z kim ja bym nie spała, ale to nie powód, żebym mieszała Cię z błotem.

    Dla mnie Feminizm, to prawo do szacunku. Prawo do samostanowienia o sobie w sposób… nie brudzący podłogi.

    Nie tylko w przypadku Feminizmu, nie trzeba deptać jeden drugiego niczym wypasionego robala, by udowodnić wszem swoją rację. Taki marsz po trupach, z klapkami na oczach, chroniącymi przed tym co mówią inni zasyfia podłogę, na podobieństwo perszerona sunącego tylko do przodu a srającego za siebie. To nic innego jak zaściankowy, nie oglądający się na boki – radykalizm!

    Nie poznasz świata jeśli świata nie dopuścisz do siebie, zatkasz uszy przed tym co ten świat do Ciebie mówi, zamkniesz oczy na to co zechce Ci pokazać. Świat jest zbyt duży, by go samemu ogarnąć, szkoda zamykać się na to, co mają do powiedzenia inni, nawet, gdy niezbyt zgadzamy się z treścią. Radykalizm to kolejny IZM zawężający spektrum doznań, krąg treści i wrażeń… Poza tym, ma to do siebie, że w końcowym efekcie, może się okazać, że nie miało się wcale racji w zamknięciu w jakiejś tezie, niczym w kółku nakreślonym święconą kredą, że jest się po prostu zwyczajnym głupcem.

    Zatem płynne ruchy. Kompromis, tolerancja i otwarcie na innych, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Żyj i daj żyć innym.

    Tych płynnych ruchów uczył mnie kapitan żeglugi wielkiej(?), mądry człowiek, który chronił przed zbyt dosadnym głoszeniem opinii, zbyt konkretnie wysuwanymi roszczeniami, zbyt szybkimi, ostrymi, nieprzemyślanymi ripostami, słowami, których nijak cofnąć. Codzienne, pokorne szorowanie pokładu, by lśnił jak najlepiej wypastowana podłoga.

    Pozdrawiam Was!

  16. Mike pisze:

    Spokój i płynne ruchy znam z dwu sytuacji – nurkowania we wraku, gdy zgubiło się odwrót, oraz z rutyny pożycia małżeńskiego.
    Moon, Twa kobiecość nie na pokaz mnie zniewala.

  17. Moon pisze:

    @Mike

    Dziękuję :)

  18. Tips_Senior pisze:

    O kuuuuuurna……..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>