Młody książę cieszyński, imieniem Bolko, chciał się ożenić, jak życzyła sobie jego matka, Monika. Cóż z tego, kiedy Bolko w żaden sposób nie mógł znaleźć dla siebie oblubienicy. Na zamek przyjeżdżali swatowie-posłowie z dalekich cudzoziemskich krajów i wychwalali pod niebiosa cnoty i przymioty swych księżniczek, a im samym, Bolka przedstawiano tak:
- Ani święty Florian nie jest tak przystojny, jako przystojny jest książę Bolko! – i tu wskazywano przez okno na rynek, na którym była tak zwana czyszczarnia, czyli zbiornik na wodę, a na jej środku stał słup, na słupie zaś święty Florian (wyrzezany niezdarnie z kamienia), lejący wodę z cebrzyka. Nos miał perkaty i krzywe nogi – Bolko jest tak urodziwy, jak tamten święty Jerzy, który usiłuje strącić smoka ze słupa – tu swat wskazywał na świętego Jerzego, który godził dzidą w rozdziawioną paszczę smoka.
Nie pomogło mizdrzenie się i krygowanie, nie pomogły barwiczki i kanarkowe szczebiotanie, ani nawet przewracanie oczami i zalotne uśmiechy. Książę Bolko zdawał się być na wszystko nieczuły. Rozwodził się nad pogodą, a więc że dzisiaj świeci słońce i to jest bardzo dobrze, ponieważ zboże dojrzewa w polu, a gdy deszcz pada, to niedobrze, bo siano moknie i wtedy konie nie mają co jeść. Każda księżniczka patrzyła zdumiona… Cóż on to plecie?
- A może szlachetna dziewica zagra ze mną w guziki? – Dodawał. A ponieważ żadna nie umiała, przeto się dalej rozwodził nad zbawiennymi skutkami suszonych śliwek, i że lepiej je suszyć w piekarskim piecu, i że trzeba uważać, żeby nie były robaczywe. Ech… Matka Monika, gdy ostatnia księżniczka o ślicznym imieniu Ondyna, lecz z dużym zezem odjechała do domu, rzekła:
- Żadna ci się nie podobała? Mnie też żadna się nie podobała, było ich jedenaście. I jedenaście razy położyłam miotłę na progu komnaty. Żadna jej nie podniosła. Co zatem?
Zatem przyszło im czekać na dwunastą księżniczkę. I oto doczekali się – przybiegli strażnicy z wieży zamkowej i rzekli, że są znaki, iż w kierunku Cieszyna zdąża jakiś znamienity poczet. Palą się bowiem ognie na szczytach Jaworowego, Czantorii, Stożka i na Baraniej, które głoszą, że mnóstwo ludu posuwa się wzdłuż Beskidów na Cieszyn.
I w końcu dostrzegli, że w otoczeniu garbatych zwierząt, podobnych ni to do koni, ni smoków, idzie ogromny, biały zwierz z dużymi uszami, który zamiast nosa ma długą trąbę. I że ową trąbą macha na lewo, na prawo, a od czasu do czasu zatrąbi na niej bardzo donośnie. Otworzono bramę i wszyscy zobaczyli, jak przepychają się przez nią tamte garbate cudaki, a między nimi i ten srogi zwierz z machającą trąbą. Siedzą na nich jacyś dziwni ludzie podobni do Cyganów, gadający cudacznym językiem, ubrani w pstrokate szaty. Wiedzie ów orszak Turek czy zgoła jakowyś Murzyn na koniu, a na białym, ciężkim, zwalistym zwierzu z dwoma ogromnymi kłami, z kłapiastymi uszami i z tą długą trąbą zamiast nosa, kołysze się miarowo coś w rodzaju altanki czy glorietki obwieszonej drogocennymi dywanami. Spoza dywanów zaś wygląda… prześliczna dziewczyna… Fiks laudon!
Pierwszy zmiarkował się kościelny Pietruszka z kotliczkiem święconej wody i z kropidłem w dłoni. Bo ni stąd, ni zowąd zaintonował baranim głosem: Trzej królowie monarchowie wschodni kraj opuszczają…
Teraz wypadki potoczyły się szybko. Czarny Murzyn odziany w turban utkany perłami wielkości kurzych jaj zsiadł z konia i poprosił, w wyszukanych słowach, o gościnę dla zmęczonej trudami podróży księżniczki Meluzyny. Gospodarze zauroczeni nieprzeciętną urodą dziewczyny, zgodzili się natychmiast, bowiem już wiedzieli, że ta i tylko ta zostanie księżną cieszyńskiego zamku. Cieszynianie tymczasem, nie mogli wyjść z zadziwienia bratając się z przybyszami. Oto goście w pełechatych, czarnych łbach i o gębach rzezimieszków, ale z gołębimi sercami, wciąż szczerzyli bieluśkie zęby i śmiali się śpiewając jakieś wesołe psalmy, a ich zwierzęta kąpały się w Olzie. Garbusy spijały wodę, a kłapouch oblewał się wodą po grzbiecie i sikał nią na patrzących. Obozujący nad Olzą zamorscy dworzanie, siedząc w kucki koło ognisk, lub na poduszkach ze skrzyżowanymi nogami śpiewali zawodząco, przeciągle jakieś smętne psalmy.
- Proszą o wodę. Proszą o wodę Allacha. Bo tam skąd przybywamy, nie ma wody. A oni przecież nie zostaną nad Olzą, oni tam wracają. Jest tam dużo słońca, lecz mało wody. Będą wracali przez piaski… Ja wyrosłam w białym murowanym alkazarze, w białym murowanym zamku, gdzie było dużo wody. Wszędzie były fontanny. Woda dzwoniła jak dzisiaj dzwoni w mojej Olzie. Zamek stał na wysokiej skale, a w dole pod zamkiem było białe miasto. Zamku strzegły wysokie mury zębate, brama była złocona, ściany zaś rzeźbione w marmurową koronkę, podobną do czepków cieszyńskich mieszczek.
Zostawiamy zadumaną Meluzynę i podchodzimy do organisty, który w tym czasie nadął się tak, jak to przystoi mądremu człowiekowi, co to z niejednego pieca chleb jadł i wie, co w trawie piszczy:
- Ten zwierz z trąbą, ludeczkowie złoci, to jest elefant, czyli Loxodonta Africana, albo też Elephas Maximus, a wydłużony nos, ma za swe łakomstwo i złodziejstwo… Bo kiedy święty Noe, pozbierał wszystkie zwierzęta do korabia, jako że wtedy Olza wylała i była wielka powódź, i cały świat zatopiła, to ów elefant chciał w onym korabiu ukraść świętemu Noemu krupnioka, który smażył se na patelni. Święty Noe wyszedł popatrzeć, czy wody Olzy już opadły, a tymczasem słoń wsadził nochal we szpary do drzwi i jął pociągać, pociągać. A że krupniok pięknie pachnie, przeto wyciągał ten nochal i wyciągał, aż nochal zamienił się w trąbę. A te garbate to wielbłądy, czyli Camelidae, a garby mają tak wielkie, bo noszą w nich ludzkie grzechy. Ale to jeszcze nie wszystko! – dodał stanowczo organista – Pamiętajcie ludeczkowie złoci, jeżeli będziecie skąpili grosika dla mej osoby duchownej, jeżeli będziecie cyganili na wadze, jeżeli będziecie dolewali wody do mleka, może wam podobny garb urosnąć na grzbiecie.
A gdy mieszczanie słuchali z rozdziawionymi gębami, na zamku działy się jeszcze większe cuda, oto książę Bolko zaręczył się z Meluzyną! Takiego wesela, jak Cieszyn Cieszynem, nikt jeszcze nie widział. Tak urodziwej pary nikt jeszcze nie widział i nikt nie wiedział, że panna młoda wymogła na Bolku osobliwą obietnicę. Otóż na środku zamkowego parku miała powstać, tylko dla niej, malutka glorietka z wodą, a w niej to, nie niepokojona przez nikogo, miała w samotności zażywać sobotnich kąpieli.
Czy tajemnicze kąpiele, w wybudowanym przez zakochanego Bolka, marmurowym basenie, wypełnionym po brzegi krystaliczną, świeżą wodą, miały coś wspólnego z opowieściami o pustynnym braku wody? A może to bratanie się z tajemnymi mocami, zdrada, lub coś jeszcze gorszego? Dowiedział się o tym z czasem Bolko, gdy namawiany solidnie przez matkę, złamał daną swej żonie przysięgę – Meluzyna okazała się być syreną, czar prysł a wraz z nim znikła i ukochana małżonka, Bolko umarł ze zgryzoty, jego matka umarła ze zgryzoty, dzieci ich pomarły, acz nie napisali czy ze zgryzoty. A sama Meluzyna, chociaż setki lat już minęły, unosi się w wichrze podczas każdej ciemnej nocy i płacze szukając swej trójki dzieci… Warto było? – ew
fot. ewolny Cieszyn
na podst. Gustaw Morcinek
Przedziwna Historia o Zbójniku Ondraszku
Nasza Księgarnia 1966
Zobacz również:
- Cieszyn Cieszy – artykuł
- Cieszyn & Český Těšín – film










Nie znałem tej bajki. Dzięki Cito.
Żal tych legend, baśni i bajań, na których myśmy się wychowali. Może narażę się, Baśnie Andersena tak, ale dlaczego tylko one?
Od zawsze marzyłam o przemyceniu czegoś z tych starych ksiąg. Ostatnio znalazłam furtkę, zauważcie jakie one są (sic!) ekologiczne. Bo oto w nich przecież gloryfikowanie przyrody, prostota, dobro, szlachetne cechy i wartości, życie w zgodzie i bliżej natury, ale nie tylko… To co mnie cieszy najbardziej to niebywale barwna historia Polski, nawet jeśli nie wielkomiejskiej a prowincjonalnej, zaściankowej. Owszem sfabularyzowana, ale za to jak się ją czyta! To nasze klimaty, bo przecież nie tylko Skarbnik, nie tylko Ondraszek, nie tylko Baśnie znad Łyny i… i krok w świat a tam czekają przecudownej urody baśnie rosyjskie, ale i szwedzka noblistka, wspaniała postać, Selma Lagerlöf.
A Meluzyna? To bardzo znana w świecie, literacka postać kobiety-ryby. Na przykład ^pawelyaho podrzucił klip YT ze świetnym motywem muzycznym o Meluzynie z? Podróży Pana Kleksa!
http://www.youtube.com/watch?v=M1HHK-qPPFY&feature=player_embedded
Najbardziej znaną wersją tej postaci jest właśnie ta, opisana na Ecodniu, ale oczywiście w innych realiach, bo spisana już w XIV wieku przez Jeana d’Arras, który na pewno „ubrał” ją w inne kamieniczki niż cieszyńskie, inny szum rzeki niż Olzy, i inne potrawy niż krupniok…
Na koniec już, dla naszych wilków morskich, Mike’a, Tipsa i Pana Robaka, termin meluzyna to nic innego jak galion.
Jeśli wybrać jedną, uniwersalną, to jednak Pismo Św. Niuniek dostał od mojej Kingi Biblię w obrazkach, barrdzo stare wydanie, jedna przypowieść na każdy wieczór, okraszona piękną ilustracją i pytaniem, skłaniającym do szukania odpowiedzi. Cieszy mnie, że jest codziennie czytana. Chyba żadna inna nie wniosłaby lepszej treści.
Pozdrawiam, Dzień Lepszy!
W dzieciństwie dostałam pod choinkę „Godki śląskie” Ondrusza. Bajki i podania ze Śląska Cieszyńskiego. Mam je do dziś. A ta widzę pochodzi z opracowania Morcinka. Tego nie znam.
Pozdrawiam.
W dzieciństwie miałem grubaśną księgę pod prostym tytułem „Klechdy Domowe”. Solidne tomisko, ładnie, nietuzinkowo ilustrowane zawierało przeszło 100 polskich ludowych baśni i przypowieści. Teksty opracowali najlepsi, między innymi Chotomska, Morcinek, Ożogowska, a całość wydała oczywiście „Nasza Księgarnia”. W tej książce, czytanej wprzódy przez rodziców a później samodzielnie, pierwszy raz zetknąłem się z między innymi opisywaną powyżej księżniczką Meluzyną. To chyba ten sam tekst. Niestety, ta wspaniała książka wsiąkła gdzieś przy kolejnej przeprowadzce, jeśli nie mojej to być może mojej siostry. Ma może ktoś egzemplarz?
Dzięki Cito za oddech dzieciństwa, proszę o więcej!