Monthly Archives: Grudzień 2009

Stade! I wszystko na ten temat

Bo z czym kojarzą mi się Niemcy i za co je kocham? Na pewno za stałą łączność ze światem zza żelaznej kurtyny. Paczki z kawą, odlotowymi bombonierkami, ale i pierwsze lalki Barbie, markowe resorki, firmowe perfumy, kolorowe tornistry, flamastry, piórniki, tapeta z Alfem robiącym koktajl z kota i modne ciuchy. Zapach wielkiego, wolnego, normalnego świata. Egzotyka.

I „nagle”, po 20 latach, oraz po 23 godzinach  doń jazdy, ląduję w Dolnej Saksonii – willkommen kamraty. Już wiem, że Niemcy-państwo, są uporządkowane, czyste, zadbane, schludne i stare – to piękne. Po 3 godzinach reanimacyjnego basenu niwelującego trudy podróży,  wiem również, że Niemcy-obywatele, są pozbawieni wszelakich kompleksów – to straszne.

Idziemy z Elon do centrum, mijamy zwykłą rzeczkę Schwinge, na której nie tylko masa kaczek, fotogeniczne łódki, ale i kajakowy szlak.

I nagle wstępujemy na Stary Rynek, gdzie po tylu latach obcowania z nazwą, dowiaduję się, że to miasto powstało w 994 roku! Respekt? Za co kocham Niemcy? Za tą lepszą historię, za Anno Domini 1660 nad drzwiami zwykłego domu, za kolor, za fakturę i detal, za urok, niepowtarzalny klimat i czar. Takie jest  właśnie miasto Stade,  miasto, któremu wikipedia poświęciła tylko jedno, jedyne zdanie. Ile w Niemczech jest takich miast?
Z przyczyn technicznych, na Ecodniu możemy obejrzeć tylko kilka zdjęć,  dlatego gorąco zapraszam na film, a najlepiej do… Stade – naprawdę warto – ew

Uliczkami:



Stare miasto, klimatyczne, nietuzinkowe piękne. Tam m.in. wspomnieniowy pomnik rybaczki, handlującej w tym mini porcie rybą:

Tylko garść charakterystycznych fasad domów, takich zdjęć, a każde inne, mogłabym wstawić bez liku:

Na domach z 1660 roku, słoneczne zegary i… kalendarze?

Na koniec już, tu do gołębi nie strzelają, zasiek nie stawiają, a wręcz przeciwnie – wygodne ławeczki:

fot. ewolny Stade, Niemcy

Drezno! I nie mam pytań

Gdy tylko autokar zatrzymał się po siedmiogodzinnej podróży, Drezno powitało nas piękną, modrą Łabą. To tam rozpoczął się spacer po tym uroczym i dostojnym miejscu. Idąc wzdłuż rzeki obraliśmy kierunek ku Katedrze.

Górująca nad tymi niskimi drzewkami widocznymi na fotografii, zaczęła ukazywać swoje piękno, w miarę zbliżania się do niej.

Zaraz obok Katedry mieści się Zamek, który łączy się z nią dobudowanym przejściem.

Takim sposobem Zamkowi nie musieli stawiać stopy na miejskim bruku, by wejść do kościoła. W owej Katedrze byłem pierwszy raz na mszy odprawianej w języku niemieckim. Śmieszne to uczucie, gdy tylko przypuszczamy o czym mówi ksiądz. Z ciekawostek komunia podawana była do dłoni. I chyba dobrze, że w taki właśnie sposób.

Na dziedzińcu trwało głośne rozpoczęcie Jarmarku Świątecznego. Parada maszerowała ulicami Drezna wśród ogromnego tłumu widzów. Po zwiedzaniu wnętrz kościołów, przyszła pora na Zwinger. Szkoda, że to była późna jesień, bo ogrody nie pokazywały pełni swej krasy. Dokoła mieszczą się muzea. Odwiedziliśmy muzeum japońskiej porcelany a w niej najbardziej zainteresowała mnie przedziwna waza z wbudowaną klatką na ptaki i uszami w kształcie trąby słonia.

Podobnie jak w Rzym bazylikę, Drezno ma swój charakterystyczny kościół. Kościół Mariacki tłumnie zwiedzany przez turystów. Warto wejść na jego wieżę, by zobaczyć miasto z perspektywy lotu ptaka.

W dalszej części wędrówki po Dreźnie pozostał sam Jarmark Świąteczny. To już inna bajka. Wieczór, ciemno, kolędy śpiewane przez chórki, gra świateł, choinki, stragany… ale o tym, kolejnym razem – Tomek
fot. Tomek Drezno

Hamburg! I wszystko jasne

Jak pokazać piękno miasta, to co zachowało się skrzętnie w sercu, tylko kilkoma zdjęciami? Jakich użyć słów, by oddać niezapomniane wrażenia z… z raptem jednodniowego pobytu? Jak ogarnąć miasto dziwek, marynarzy i pierwszych kroków… The Beatles?

Dworzec i „tu czuję świata pędzący rytm. To nic, że pociąg nie jedzie z New Yorku, że sam nie jestem na dworcu w Chicago. Ten sam w New Yorku tragarz znosi worki, ten sam w Maladze, spija się malagą…”:

A Hamburg to przepiękne portowe miasto, stąd nie tylko zabytki, urokliwe zakątki, ale i duże żagle, ogromna marina, masa łabędzi pod ratuszem, wielojęzyczny gwar, oraz… najsłynniejsza czerwona dzielnica – St. Pauli:

W zasadzie czy ja wiem? Dzielnica spora, ale niczym w dzień (sic!), specjalnie się nie wyróżniająca. Lokale z podtekstem:

Jakieś nocne kluby go go, powtarzające się witryny sex shopów, jeden z nich piętrowy (w dół), wyposażony  nawet w czarne gumiaki a’la Pszonka, oraz krótka ulica zamknięta żelazną bramą, za którą? Wystawowe okna z pustymi fotelami czekającymi na… wieczorny „towar”.  Może dlatego, że pod latarnią najciemniej, czerwona brama  prawie tuż pod bokiem komisariatu policji. Tak ja wiem, podobno kobietom tam wchodzić nie wolno, mimo to weszłam:

Marna to kultura, która nie ma swych śladów w postaci nekropolii, ale Hamburg ją ma – tam przecież największy na świecie cmentarz – 400 hektarów wzbudzający prawdziwe wrażenie. Nie mniejsze daje panorama miasta i okolic, ze 109 metrowej wieży kościoła St. Michaelis – wprost zapierające dech w piersiach widoki:

Wspięcie się tam po schodach, za jedyne 3 euro, to nie tylko pokonywanie swego lęku wysokości i nie tylko  możliwość 360 stopniowego zlustrowanie miasta. Rezygnując z windy, poznaje się, nomen omen, burzliwą historię kościoła i majestat, przed którym zwyczajnie klękasz:


A w cieniu hamburskiego ratusza, w ścisłym centrum, nie tylko przecudnej urody wspomniane łabędzie, ale i saksofonista grający niemniej cudnie, jeszcze cudniejsze standardy. Do tego ciepłe, sierpniowe słońce, kawałek schodka dla zmęczonych nóg, głowa pełna wrażeń, karta nabita zdjęciami i chłodne piwo… Żyć nie umierać – tęsknię – ew


fot. ewolny Hamburg, Germany

Etymologia słowa POGORIA


GENEZA NAZWY „POGORIA”

A.

Bogorya, rzeczka, bierze początek koło młyna Bogoryi, za Ząbkowicami, w pow. Będzińskim, przerzyna plant kolei warszawsko-wiedeńskiej, trakt z Gołonoga do Ząbkowic i ubiegłszy 10 wiorst wpada pod Gzichowem do Przemszy czarnej. Płynie okolicą lesistą i bagnistą. Na karcie woj. top. król. (XXI c.) mylnie nazwana Pogoryą.

Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego

i innych krajów słowiańskich, t. 1, Warszawa 1880, s. 279.

B.

Czy jednak uda nam się złączyć nazwę tej rzeczki z rodem Bogorjów? [...] Na próżno szukalibyśmy śladu owego młyna na najdokładniejszych mapach sztabowych. Zwróciliśmy się zatem do „Mapy województwa krakowskiego i księstwa siewierskiego”, sporządzonej i wydanej w r. 1792 przez geografa nadwornego królewskiego, pułkownika Karola de Perthées’a, gdzie wśród szeroko jeszcze wówczas zalesionych obszarów, na przestrzeni między Ząbkowicami a Gołonogiem nad rzeczką Bogorją leżał młyn Bogorja, uwidoczniony przez autora na mapie.

Ale na tem nie koniec. Z końcem XVIII w. (1784) występuje sędzia grodzki siewierski Jan Zakrzewski, który na jednym akcie wycisnął swą pieczęć z herbem Bogorja. Znana ta rodzina z Zakrzewa lub Zakrzowa, używająca tego herbu, osiedloną była w granicach ks. Siewierskiego, musiała jednak posiadać majątki również i poza granicami ziemi siewierskiej, skoro spotykamy się z nazwą rzeczki i młyna Bogorji. W ten sposób byłaby załatwioną kwestia genezy nazwy rzeczki Bogorja, która niewątpliwie nazwana została od herbu właściciela terenu, przez który płynęła.

Zygmunt Wdowiszewski – Ród Bogorjów w wiekach średnich,

„Rocznik Polskiego Towarzystwa Heraldycznego we Lwowie”,

t. 9, r. 1928-1929, Kraków 1930.

C.

BOGORYA

Są  dwie strzały złamane białe, w polu czerwonem, takim kształtem; że  żeleźce, jednej ku górze, drugiej ku ziemi obrócone, na hełmie paw, z ogonem rozciągnionym, w prawą tarczy pyskiem skierowany, w którym strzałę także złamaną z żeleźcem do góry skręconym trzyma. [...]

Wszyscy się na to zgadzają nasi pisarze, że się ten herb w Polszcze naszej urodził, z tej okazyi. Bolesław Śmiały, trzema tylko tysiącami, swojej kawaleryi uzbrojony, na daleko większą zgraję Połowców pod Snowskiem natarł, i na głowę nieprzyjaciół poraził; w tej potyczce pułkownik między inszemi pierwszemi jeden, Bogorya nazwany, z wielkim serca męstwem Połowców siekąc, i swoich do zwycięstw zapalając, kilka ran i postrzałów na ciele wyniósł z tej batalji.

Powracającego tak z placu Bogoryą postrzegłszy Bolesław, i owe postrzały z piersi sam mu ręką Kró-

lewską  wyjął, i jak były złamane, tak jemu i jego potomkom, na wieczny zaszczyt nadał.

Herbarz Polski Kaspra Niesieckiego,

w opracowaniu J. N. Bobrowicza,

t. 2, Lipsk 1839, s. 194.

Przeglądarka może nie wspierać wyświetlania tego obrazu.

http://en.wikipedia.org/wiki/Image:Herb_Bogorya.jpg

D.

Rozpatrzmy obecnie genezę samej nazwy Bogorja. Nazw geograficznych o podobnem brzmieniu spotykamy kilka w obrębie Polski; należą do nich: Złotoryja, Czartoryja, Osoryja, Boryja, Świnoryje itd. Używanie formy Bogorja lub Czantorja, jak to ma miejsce w dzisiejszej mowie potocznej, jest niewłaściwe ze względu na prawidła językowe, jest ono tworem nowym, powstałym analogicznie do Marja, Azja itp.

Drugi człon nazwy ma widoczny związek ze słowem ryć, a podobne formacje znajdujemy w języku polskim: wodomyja, wilkomyja, wilkowyja, w starosłowiańskim: krŭtoryja, brěgoryja, groboryja, w serbskim: čarobija (incantatio), gočobija itp. Stosunek syntaktyczny i znaczeniowy obu członów złożenia może być rozmaity. Że człon drugi, w danym razie ryja może znaczyć: 1) miejsce wyryte, 2) czynność rycia, 3) ryjący (np. osoryja = sęp, czyli ryjący osy, gniazda os). Trudno w każdym wyrazie odgadnąć ten stosunek. Przypuszczać jednak można, że przezwiska osobowego Bogorja nie było w języku polskim, a mogło tak brzmieć tylko zawołanie herbowe, raczej rodowe [...]

Ks. Kozierowski przypuszcza, że bogo = bogactwo, zatem Bogoryja = miejsce, gdzie się bogactwo ryje; wydaje nam się jednak, idąc za cennemi wskazówkami prof. Łosia, że pierwsza część tego złożenia wyraża pojęcie „Boga”, cały wyraz zatem znaczyłby: „miejsce wyryte przez Boga lub dla Boga”.

Z. Wdowiszewski – Ród Bogorjów…, ibidem.

E.

Pogorya (Bogorya), osada nad rzeką Bogoryą alias Strachowiec, powiat będziński, gmina Olkusko-Siewierska, parafia Siewierz, ma 1 dom, 4 mieszkańców, 48 morgów ziemi dworskiej.

Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego

i innych krajów słowiańskich, t. 8, Warszawa 1887, s. 504.

F.

Pogorja, kolonia – gmina Olkusko-Siewierska; powiat Będzin; województwo kieleckie; poczta, stacja kolejowa, parafia – Gołonóg; linia autobusowa Olkusz-Będzin; sąd grodzki Dąbrowa Górnicza; sąd okręgowy Sosnowiec.

Skorowidz miejscowości Rzeczypospolitej Polskiej

„Książnica Naukowa”, Przemyśl-Warszawa 1931-37, s. 1331

G.

Pogoria, os. – siedziba PRN – Dąbrowa Górnicza; województwo katowickie; poczta – Dąbrowa Górnicza 3; stacja PKP – Ząbkowice Będzińskie; siedziba USC – Dąbrowa Górnicza.

Spis miejscowości Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej,

Wydawnictwo Komunikacji i Łączności, Warszawa 1967, s. 889

H.

Najważniejszymi sztucznymi zbiornikami wodnymi województwa katowickiego są:

[...]

5) zbiornik „Pogoria” koło Dąbrowy Górniczej o powierzchni około 80 ha, który powstał przez wyeksploatowanie do głębokości kilkunastu metrów pokładu piasku.

Bogumił  Rychłowski – Województwo katowickie,

zarys geograficzno-ekonomiczny, PWN, Warszawa 1967, s. 63.

I.

Po sezonie nawigacyjnym 1947 napisałem do paru najwierniejszych kursantów w RKŻ [Radiowy Klub Żeglarski], pochodzących ze Śląska i Zagłębia, i prosiłem o pomoc w znalezieniu na tych terenach odpowiedniego zbiornika wodnego, by od przyszłego sezonu móc rozpocząć działanie wymarzonego przeze mnie ośrodka. Wymieniano różne istniejące ówcześnie większe i mniejsze akweny (raczej mniejsze i mało tego było bardzo), wreszcie padło słowo: POGORIA. Że to może być to. [...]

Zbiornik niewielki, mała, ceglana buda na brzegu („na jej strychu” – mówiliśmy wtedy – „może być magazyn osprzętu…”), w sumie wrażenie nie zachęcające, ale, jak sądzić można było z dotychczasowych penetracji – było to jedyne realnie istniejące miejsce blisko miejsca zamieszkanaia większości kursantów RKŻ.

[...] obiecywaliśmy im, że już sezon nawigacyjny 1949 spędzą  pod swoimi żaglami, na swoim akwenie – na Pogorii. Rzeczywiście – spędzili go. Wszystko było bardzo prowizoryczne, ale robione od początku do końca własnymi rękami i pełne takiego zapału i takiej woli, by wszystko było naprawdę jak najlepiej, że ten sierpień 1949 był podobno – w sensie żeglarstwa i atmosfery – znakomity. [...]

Leżałem w szpitalu do marca 1950. Rok. Z oficjalnym otwarciem naszego ośrodka – czekano na mnie. Moment ten nastąpił 1 maja 1950 roku.

Dalekie to było od tego, co na Pogorii jest teraz, ale pełne miłości do tego spłachetka wody, z własnym sprzętem i zakochanymi w swej pracy instruktorami [...], którzy, jako gospodarze terenu, dwoili się i troili, by ośrodek rósł i piękniał. [...]

A na Pogorii, 2-6 czerwca 1951, odbyły się w klasach H i DINGHI pierwsze mistrzostwa okręgu – i tak już poszło dalej.

Stefan Wysocki – Takie były początki na Pogorii,

„Żagle i jachting Motorowy”, nr 6, czerwiec 1980.

Cytowane za: Kazimierz Robak – „Pogorią” na koniec świata,

Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1983, s. 161-163.

* * * * *

Na ten temat w 2001 r. wypowiedział się jeszcze Beno,

redaktor Internetowego Śpiewnika Szantowego:

Żaglowiec „Pogoria” zwodowano, gdy I sekretarzem KC PZPR był Edward Gierek, pochodzący z Zagórza – jednej z dzielnic Sosnowca, głównego miasta Zagłębia Dąbrowskiego. Z Zagłębia pochodziło też wielu działaczy politycznych i decydentów tamtego okresu, a wśród nich szef Radiokomitetu, pierwszego armatora „Pogorii” – Maciej Szczepański.

Nazwa „Pogoria” oznacza: małą rzeczkę, lewy dopływ Czarnej Przemszy, mającą swe źródła obecnie na terenie Huty Katowice, w Dąbrowie Górniczej, także osiedle robotnicze w Dąbrowie Górniczej, wybudowane w okresie międzywojennym przez Francusko-Włoskie Towarzystwo Kopalń Węgla dla robotników piaskowni. Nas jednak interesują najbardziej zbiorniki wodne, na terenie Dąbrowy Górniczej, będące pozostałościami po wyrobiskach piasku podsadzkowego dla kopalni węgla „Paryż”, dawniej „Generał Zawadzki”. Zbiorniki te mają bardzo czystą wodę i częściowo stanowią rezerwaty przyrody, ostoje ptactwa wodnego, tarliska ryb i wielu chronionych roślin.

  • Pogoria I, pow. 75 ha, powstała w 1943 r. Jest otoczona kilkunastoma ośrodkami wypoczynkowymi, należącymi do okolicznych zakładów przemysłowych. Niegdyś było to główne miejsce letniego wypoczynku mieszkańców Górnego Śląska i okolicznej ludności. Jezioro było dawniej szkołą dla żeglarzy i kajakarzy – wychowało się tu sporo dobrych żeglarzy starszego pokolenia. Trenował tutaj również na swoich ślizgaczach wielokrotny mistrz świata – Waldemar Marszałek. Swoje pierwsze (i jak mawiają złośliwi – jedyne) kroki żeglarskie właśnie tutaj stawiał Maciej Szczepański – i stąd właśnie nazwa żaglowca. Na Pogorii I wciąż jeszcze koncentruje się główne życie żeglarskie (10 klubów!), które dopiero pomału zaczyna migrować na największy, trzeci zbiornik.
  • Pogoria II, pow. 2,5 ha, jezioro częściowo zasypane nadkładem, przywożonym z odkrywkowej kopalni węgla „Brzozowica”. Otoczone zaroślami, trzcinami i szuwarami, stanowi częściowo rezerwat przyrody (młaki nad Pogorią). Zbiornik ten nie jest udostępniony do żeglugi i rekreacji, natomiast gęsto obsadzony przez wędkarzy.
  • Pogoria III, pow. 205 ha (2 km kw.), największy z zalanych zbiorników, z powstającą dopiero bazą turystyczną i sportową. Rezerwowe ujęcie wody dla Huty Katowice. Z powodu płycizn żeglarstwo rozwija się powoli, natomiast jest to prawdziwa wielka oaza windsurfingowców dla całego regionu. Jezioro ma przejrzystą wodę, leżąc w dogodnych warunkach geologicznych wśród warstw przepuszczających (a więc i filtrujących) wodę, a dodatkowo jest ona naturalnie oczyszczana w dwu pierwszych zbiornikach. Zalew stanowi dużą bazę wypadową dla płetwonurków, którzy założyli sobie tutaj nawet sztuczną rafę. Największe głębokości na zbiorniku dochodzą do 18 metrów. Zimą zaczyna się na akwenie rodzić także ruch bojerowy.
  • Na terenach, z których obecnie wydobywany jest piasek, powstanie zbiornik wodny, rozciągający się od Dąbrowy Górniczej aż po granice miasta Siewierz. Prawdopodobnie jednak nie będzie się już nazywał Pogoria, tylko „Kuźnica Warężyńska”. Zakończenie wydobywania piasku – jesień 2001. Układ wszystkich tych akwenów jest źródłem interesujących planów zagospodarowania całego obszaru z systemem śluz i parkiem wodnym.

[http://szanty.art.pl/spiewnik/piosenka.php?id=603]

Kazimierz Robak

Czwartkowe spotkania „Matka Artysty”

Stanisław Baj, po wielu wizytach, spotkaniach, rozmowach w Wyszkowie, w środowisku skupionym wokół Jego Mistrza – Ludwika Maciąga – pokazał swoje dzieła. Zachwyt! Nie inaczej można określić reakcję widzów.  Na więcej zdjęć zapraszam na www.owyszkowie.blox.pl Mam nadzieję, że nie zanudzę obrazkami z wernisażu.

Na drodze stało drzewo

Na drodze stało drzewo,
pochyłe drzewo nad rzeką.
a wszystkie ptaki z tego drzewa
Odleciały gdzieś bardzo daleko.

Trzy na Wschód, trzy na Zachód,
A reszta w południową stronę.
I zostawiły na pastwę burzy
Drzewo osamotnione.

Rzekłem matce: „Słuchaj, mamo,
Starczy jedno okamgnienie,
jeśli tylko nie przeszkodzisz,
W małego ptaka się zmienię.

I usiądę na tym drzewie,
I kołysząc się łagodnie
Będę w mroźnym drzewa śpiewie
Śnieżną śnił melodię.”

Rzekła matka: „O mój Boże!”
I zapłakała rzewnie.
„Uważaj, mój synku, ty możesz
Zamarznąć na tym drzewie.”

„Szkoda twoich oczu, mamo,
Jednym błyskiem, jednym znakiem,
Starczy jedno mgnienie oka,
A stanę się małym ptakiem.”

Płacze matka: „Itzik drogi,
Ja tego chyba nie przeżyję,
Przecież ty się przeziębisz,
Weź ciepły szalik na szyję.

No, już trudno, jak musisz być ptakiem,
To bądź, ale o jedno cię proszę.
Żebyś wziął baszłyk na głowę
I na nogi włożył kalosze.

I ciepły sweter zimowy
Weź, synku, mój synku szalony,
Jeśli nie chcesz zejść w gościnę
Do zmarłych i pogrzebionych.”

Podniosłem skrzydła, były ciężkie,
I natężyłem siły do ostatka,
Ale zbyt wiele rzeczy na me skrzydła,
Zbyt wiele włożyła matka.

I patrzyłem smutnie w jej oczy,
W oczy matki, której miłość była taka…
Że nie dała mi, nie pozwoliła
Zmienić się w ptaka.

Antoni Słonimski

Ludzie z południa nie gęsi i swój Olsztyn mają

Olsztyn to urokliwie położona miejscowość na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Największą atrakcją Olsztyna są ruiny zamku z XIV wieku. Zamek był świadkiem wielu dramatycznych losów. To tutaj zmarł śmiercią głodową krnąbrny Maćko Borkowic – wojewoda poznański, to tutaj bohatersko bronił twierdzy starosta Kacper Karliński, nawet za cenę życia swojego kilkumiesięcznego synka. Koniec wielkości zamku przyniósł potop szwedzki. Przybysze z północy splądrowali i spalili, zarówno zamek jak i miasto.


Dziś w dni wolne, Olsztyn przyciąga rzeszę turystów z całego kraju. Ruiny górują dumnie nad okolicą, przypominając o dawnym majestacie. Trzeba przyznać, że jak na tak duży teren, panuje tutaj zdumiewający porządek, chociaż nie jest idealnie.

Teoretycznie wstęp do ruin jest płatny, ale w rzeczywistości można ominąć myto, wspinając się z boku, lub z tyłu wzniesienia zamkowego. Jeśli nie macie wyrzutów z tego powodu a i chcecie troszkę sportu z dreszczykiem emocji – polecam serdecznie.

Gdy już znajdziemy się pośród skał i ruin, ujrzymy przepiękny widok na położoną kilkanaście kilometrów dalej Częstochowę. Można także skorzystać z lunety, umieszczonej na szczycie wieży Starościańskiej.
Sam zamek to nie jedyna atrakcja. W pobliżu Olsztyna znajdują się rezerwaty przyrody Sokole Góry i Zielona Góra oraz Góry Towarne.

Jako ciekawostkę, przytoczę fakt, że Olsztyn jest bardzo filmowym miejscem. To tutaj kręcono sceny do tak znanych filmów, jak m.in. – „Hrabina Cosel”, „Rękopis znaleziony w Saragossie”, czy też „Demony wojny wg Goi”. To tyle tytułem zachęty, o reszcie niech poświadczą fotografie. Serdecznie zapraszam do Olsztyna!

Czas opuścić zamczysko. W razie gdyby nas ścigano, zawsze można niepostrzeżenie zbiec ze wzgórza.
fot. ulth Olsztyn

Władysław Hasior, czyli wyszywanie charakteru

Przez Ecodzień kilka razy przewinęło się nazwisko Hasiora. Za każdym razem gdy pojawiała się o nim wzmianka przez moje ciało przebiegał dreszcz spowodowany wspomnieniem kontaktu z jego pracami. Pewnej zimy odwiedziłem Zakopane i chodząc po jego ulicach, drżąc z zimna, postanowiliśmy odwiedzić Muzeum Hasiora.

Nie zrobiłem wtedy zdjęć. Nie doceniłem, zlekceważyłem, nie przypuszczałem, że aparat się przyda. Teraz znajdując fotografie jego prac w sieci i przyglądając się im stwierdzam, że to nie to samo co widzieć je tam, na miejscu. W muzeum cały czas dobiegały dźwięki niepokojącej muzyki, a niemal fizyczny kontakt z pracami Hasiora, dostarczał ekstazy zmysłom. Odczuwałem coś jakby atmosferę piekła. Nie wiem dlaczego właśnie takie skojarzenia nachodziły me myśli, ale nic na to nie poradzę.

Jego twórczość współgra z tematem ostatniej czwartkowej galerii na Ecodniu Wypluwki. Hasior w swoich dziełach nawiązywał do surrealizmu, abstrakcji i nowego realizmu, ale też do kultury ludowej. Do swoich prac wykorzystywał nazywane przez siebie „Zużytymi rekwizytami codzienności” (!!!) czyli zwał jak zwał, rzeczy wyrzucone na śmietnisko przedmiotów niepotrzebnych.

Gorąco polecam odwiedziny muzeum, poświęconego jego twórczości. Zaręczam, że doświadczenie obcowania z tamtym miejscem odciśnie piętno na całe życie.

PS.
Moim faworytem jest konik czy też jednorożec spoczywający obok „Ogniopoju”. Przypatrywałem się długo tej niepozornej rzeźbie i do tej pory nie wiem co mnie w niej urzekło.

Zdjęcia  pożyczyłem ze strony – www.pabis.e.l.pl