Monthly Archives: Styczeń 2010

Odlot żurawi, czyli ptasie zimowisko w Indiach

Jeśliby ktoś  interesował się ptakami, to najlepszą porą w Indiach jest zima. Wtedy wszystkie ptaki z północnej Azji zlatują się na subkontynent indyjski i gdzie się nie spojrzy tam widzi się ptaka, o jakim u nas nawet marzyć nie można. W kraju widziałem tylko raz dudka i prawdopodobnie więcej go nie zobaczę.

fot. Wiesław Czapski Bug, żurawie
Zwiedzając jednak Puranę Qila w Delhi, położyłem się na trawie, by odpocząć. Purana Qila to ruiny starej fortecy, w której jeden z wielkich mogołów, Dżahangir,  urządził sobie bibliotekę i tam sięgając na drabinie po książkę, spadł i zabił się. Jaka szlachetna śmierć przy czytaniu książki? Czy któryś z władców Polski umarł na skutek czytania? Wiem, że jeden zmarł z powodu przejedzenia się korniszonami, inny wyzionął ducha w wyniku wstydliwej choroby wenerycznej, dwaj inni polegli na polu bitwy, ale przy czytaniu książki? Wprawdzie niektórzy twierdzą, że był on kompletnie nietrzeźwy, gdyż miał zwyczaj spełniania pięciu pucharów wina dziennie. Inni dodają, że nadużywał również opium.

fot. Psi Ząb Ganges, orły
Tymczasem leżąc sobie na trawie zauważyłem żółtego ptaszka z czubem na kształt irokeza, jak to noszą punki. Był to istny dudek, a obok nie drugi, trzeci, po prostu setki dudków. Gdy mieszkałem w Srinagarze, to mnie nachodziły zimorodki i żołny. Kto widział te ptaki w Polsce? Ale najwięcej ptaków zaobserwowałem jednak, jadąc pociągiem z Madrasu do Bombaju. Imponujące zwłaszcza były żurawie. Tak, królewskie żurawie. Początkowo sądziłem, że to strusie, ale skąd strusie w Indiach. Majestatyczne żurawie. Przylatują tutaj z Syberii na dwa miesiące a potem odlatują w grudniu, by wrócić, jak turyści,

Czekając na odlot samolotu z Bombaju, wałęsałem się po mieście molochu, od India Gateway do Wzgórza Malabarskiego, gdzie wznoszą się wille milionerów indyjskich. Wreszcie rozpracowałem system komunikacji miejskiej i udało mi się dotrzeć do lotniska za kilkanaście rupii, unikając jednocześnie oszustw taksówkarzy bombajskich, jakie nam zgotowali, gdy po raz pierwszy stamtąd odlatywałem. Guru naszym był wtedy J. B. i po załadowaniu się do wozu, odbyciu prawie 30-sto kilometrowej podróży, zostaliśmy wysadzeni  przy budynku lotniska. Poprosiłem Janusza by sprawdził, czy to jest właściwy dworzec lotniczy, przeczuwając mistyfikację. Guru wszedł do budynku i po chwili zakomunikował nam:” Tak to jest dworzec odlotowy”. Więc zapłaciliśmy taksówkarzowi i po wyładowaniu się weszliśmy do budynku. I wtedy o mało mnie szlag nie trafił, gdyż był tam olbrzymi napis ARRIVE, przylot, zamiast DEPARTURE, odlot. Taksówkarz oszukawszy nas odjechał w pośpiechu, a na jego miejsce nadjechał drugi, doskonale się orientując w sytuacji i zażądał 20 rupii za dowiezienie na właściwy dworzec. Zaczęliśmy zbierać ostatnie drobne i doliczyliśmy się 11 rupii jedynie. Szofer jednak nie chciał się zgodzić na mniejszą sumę. Wtedy podszedł  policjant, który obserwował wszystko z boku, doskonale wtajemniczony w zdarzenie, zdarzające się tam dość często.

Podszedłszy, zapytał „Co się stało”? A gdy otrzymał odpowiedź rzekł tylko jedno słowo. „Wystarczy”.

Taksówkarz nic nie powiedział, tylko kazał nam wsiadać i zawiózł tam gdzie trzeba.
www.kazir.blog.onet.pl

Łzy wojownika

fot. MonsieurLaPadite Kanada

Jesień
Ja tylko przyszłam ci powiedzieć, że odchodzę…
Na zakurzonych skrzypcach wiatr sobie z nas drwi,
Z popiołów jak feniks już się nigdy nie odrodzę,
Minione dni – barwny poemat – wyrzucam przez drzwi.

Wspominasz tamte chwile i w oczach masz łzy…
Ja ci zmarszczkami wolności nie odgrodzę…
Ty jesteś wieczny – młody – taki jesteś ty.
Ja tylko przyszłam ci powiedzieć, że odchodzę…

Ja odchodzę, lecz nie pamiętam dlaczego przyszłam…
Aby ci wyznać moje marzenia i wstydliwe sny?
Żeby ci wręczyć klucze złote do niebiańskich bram?
Ja tylko przyszłam cichutko, by osuszyć twoje łzy.
MonsieurLaPadite

Pustynia Błędowska – graffiti na bunkrze, historia prawdziwa

Wpis Co można zobaczyć na Pustyni Błędowskiej – Bunkry i jak to miło przeczytać o swoich wyczynach po 17 latach. Ile trudu nas wtedy kosztowało „załatwienie” białej farby, pędzli… Ten napis nad wejściem, miał „przyciągać” turystów. Turystów spragnionych wody, a tu… PIWO  na środku pustyni. Młodzieńcze wybryki :)


A i dodam jeszcze, że w nieco powiększonym składzie, ręcznie i saperkami odkopywaliśmy ten bunkier w środku. Bo naprawdę,  wchodziło się tam wtedy prawie na „czworaka”. Całe 2 dni odkopywania, ale opłacało się, bo znaleziska były przy tym ogromne. Masa czajniczków, torby, łuski, fiolki z dziwną zawartością (okazało się że to było coś, do mierzenia napromieniowania) dokładnie nie pamiętam. Zdziwienie ludzi zwiedzających pustynię, widzących małolatów z bombami na rękach, a było tego sporo – bezcenne.  Powiadomiliśmy policję, mówiliśmy wojsku, saperom – bez echa. Jeszcze rok temu te wszystkie niewybuchy były w tym samym miejscu gdzie je zakopaliśmy. Ze względów bezpieczeństwa nie będę podawał gdzie.
A i dodam, że  baaardzo głęboko, tak że poszukiwacze skarbów, zainwestujcie w lepsze wykrywaczeWidget
fot. Dominik

Dotykając historię – Nachod

To czeskie miasto założone w I połowie XIII wieku, przez rycerza Hrona a pierwsze wzmianki o nim, ukazały się już w roku 1254.

W mieście tym miała miejsce tzw. Bitwa pod Nachodem, która rozpoczęła wojnę austriacko-pruską i pozostawiła po sobie do dziś wiele pomników oraz grobów, także polskich żołnierzy, walczących po obu stronach barykady.

Nachod to urocze miasteczko, nad którym góruje niewielki Zamek z XII wieku:

Odwiedzając nowe miasta lubię poznawać ich historię i kulturę poprzez wizyty w miejscowych muzeach. Tam w Nachodzie takim nauczycielem osobowości i charakteru miasta jest właśnie ów zamek. Obiekty muzealne rozpalają wyobraźnię.  Takie choćby zastawy i sztućce przemawiają przenosząc niczym Wehikuł czasu do tego co było kiedyś. Ktoś te przedmioty dotykał, używał, bawił się nimi…


Był tam również portret „Potwora”, czyli znienawidzonego przez żołnierzy oficera. W jego twarzy widać było pod pseudo miłym uśmiechem ukrytą wredność….
Wszystkie muzealne rzeczy, portrety i pomieszczenia tworzą w wyobraźni obraz tamtych czasów.

fot. Tomek Nachod Czechy

In flagranti wężykiem

Spacerując leśną ścieżką Parku Stanowego Harrimana,  usłyszałem nagle ostry, świszczący i ostrzegawczy syk. Znieruchomiałem, gorączkowo poszukując jego źródła. Szybko jednak udało mi się je zlokalizować, gdy niemalże u moich stóp odkryłem solidnych rozmiarów węża.

Po odliczeniu tego, co do jego wielkości dodał strach, było tego węża dobre półtora metra. W pierwszej chwili pomyślałem, że to grzechotnik, którego wcale nie jest tak trudno spotkać w Apallachach, ale wąż syczał a nie grzechotał. Zacząłem więc szukać w liściach (wzrokiem oczywiście) końca tego węża, aby upewnić się czy ma tam grzechotkę czy też nie.

Wtedy odkryłem, że ten wąż wcale nie jest sam! Tuż przy nim leżał drugi, znacznie mniejszy, pokryty cętkami. Co ja mówię tuż przy nim… na nim leżał, a właściwie leżała, bo to była wężyca!
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że węże też mają swoje życie intymne i właśnie nakryłem ich w tych krzakach, w samym środku bardzo erotycznych zalotów. Przy okazji okazało się, że żaden z węży nie ma na końcu ogona grzechotki więc nie były to grzechotniki. Za to głowa potężnego samca co chwila otwierała się i zamykała na sposób jaki robią to kobry, ale kobry nie żyją na pograniczu NJ/NY.

Oba węże okazały się należeć do gatunku Heterodon platyrhinos i zwane są popularnie świńskimi ryjkami, ze względu na charakterystyczny wygląd łba, który podobno przypomina świński ryjek. Węże używają tego ryjka do wykopywania sobie norek w ziemi. Wąż mimo, że wygląda bardzo groźnie, nie do końca jest niebezpieczny. Jego ulubionym daniem są żaby, a liczne jeziorka, stawy i sadzawki w Parku Harrimana w nie obfitują.

Wąż, aby zabić taką żabę, używa jadowitej śliny, która je obezwładnia lecz ślina ta, w zasadzie nie jest groźna dla człowieka (tzn. nikt do tej pory nie umarł od takiego ukąszenia/obślinienia). Świński ryjek Eastern Hognose zwany jest czasem także nadęta żmija i ma jeszcze jeden ciekawy obyczaj. Ukąszenie jest jego ostatnią linią obrony i jeśli jego groźnie wyglądający kołnierz i donośny syk nie wystrasza ewentualnego wroga, wąż wywraca się do góry nogami (wiem, że nie ma nóg :) ), otwiera pysk z którego zwisa mu jęzor i udaje w ten sposób martwego.

W jego pysku produkuje się wtedy substancja, która dla każdego drapieżnika (kojoty i oposy) ma oznaczać, że wąż jest niejadalny. Zważywszy jednak na fakt, że zastałem oba węże w sytuacji in flagranti, nie chciałem zmuszać ich do tego, by tą umiejętność dla mnie zademonstrowały.

Dlatego po pospiesznym kliknięciu kilku zdjęć, szybko oddaliłem się z tego miejsca patrząc jak potężny samiec wciąga swoją oblubienicę w jeszcze gęstsze krzaki. Wąż ten jest w Stanach niezwykle rzadki i znajduje się pod ochroną. Za złapanie go, płaci się 5 tys. $ kary i idzie do więzienia na 180 dni, dlatego pomyślałem, że pokazanie go, będzie interesującym tematem dla Ecodnia – Chris Miekina
fot. Chris Miekina USA
www.nowaatlantyda.com

Himalajskie in memoriam

Katmandu, stolica Nepalu, położona w Dolinie Katmandu (1350 m n.p.m.) Stare miasto znane z buddyjskich świątyń i pałaców. W Dolinie Katmandu znajduje się aż siedem obiektów umieszczonych na liście światowego dziedzictwa UNESCO:


Dolina Katmandu ma kształt prawie regularnego koła o średnicy 20 kilometrów, leżą w nim trzy  miasta: Patan, Bhaktapur i wspomniana stolica kraju Katmandu. Dolina usytuowana jest u podnóża Himalajów, w których znajduje się aż 10 z 14 ośmiotysięczników szczytów świata.  Tu okolice jednego  z nich, Lhotse (8501 m n.p.m.):

„(…) Spośród 14 ośmiotysięczników zdobytych w latach 1979–1987, na 10 wszedł nowymi drogami (poza swoim pierwszym ośmiotysięcznikiem wspinał się albo w ekstremalnie ciężkich warunkach zimą albo nowymi trasami), 7-krotnie w stylu alpejskim, na 4 – po raz pierwszy zimą, na 1 szczyt samotnie – żaden inny zdobywca 14 ośmiotysięczników nie może pochwalić się takim bilansem. Zginął na wysokości 8300 metrów 24 października 1989 podczas wejścia na Lhotse nową drogą (…)” Jerzy Kukuczka i wielu innych… – ew

fot. Monia Himalaje

Vademecum palanta, czyli a ogary poszły w gary

Aby zostać palantem wybieramy czystą, schludną odzież, przewiewne, lekkie, najlepiej siateczkowe buty, kropimy się dobrą aczkolwiek nie najdroższą wodą po goleniu i ze skórką jak dupcia niemowlaka udajemy do swego samochodu. Oglądamy niebo, liczymy obłoki, ręką przysłaniamy oczy i zerkamy na słońce – jest! To chwała Bogu, bo palantem być to być zadowolonym ze stabilności świata przez dwadzieścia pięć godzin na dobę.

Zadowolony jako się rzekło palant, podchodzi do swej maszyny. Jego samochód jest zawsze nieskazitelnie czysty, muchy i ptaki srają zawsze na samochody tuż obok, bo palant ma wieczystą umowę na wyłączność – być poza tą żównianą strefą. Palant zawsze wsiada do samochodu przodem tzn głową, nigdy tyłem tzn dupą, jak już wejdzie to robi lewoskręt, by otrzepać swe lekkie i tanie, bynajmniej tylko z wyglądu, buty z niewidzialnych aczkolwiek okropnie drażniących go paprochów. Palant zapina pas. Poprawia parcianą uprząż by czasami nie uciskała za mocno zbyt tęgiego brzucha. Bo palant lubi też dobrze zjeść, namiętnie karmi swe kubki smakowe, a karmiąc je, zagłusza inne zmysły w tym zmysł… dobrego smaku. Dlatego palant puszcza swe odjechane CD, reguluje wprawnym uchem pomiar głosu, uśmiecha się pod zgolonym wąsem – o yes, muzyczka „Majteczki w kropeczki” podnosi mu ciśnienie podczas dalekich, bo codziennych do pracy -  podróży.

Poprawiając pas już zerka we wsteczne lusterko, na którym niedbale dynda podrabiany różaniec z Fatimy. I już ręką sięga, z zamiarem poprawienia go choćby o milimetr. Kluczyk z breloczkiem pomarańczowej piłki nożnej wyciąga palant z lewej kieszeni, ponieważ w prawej ma zawsze zapałki, sznurówki, czekoladę i kompas, jak przystało na wzorowego od lat harcerza. Lekko niczym chirurg nacięcie, rusza, bo zbyt szybka jazda pali zazbytnio dużo benzyny a palanta poznasz również po tym, że jest na wskroś, na zabój oszczędny. Jadąc podziwia las, nowe drogi, fasady domów, czyta tablice, stara się nie zauważać na poboczu pojedynczych lub o zgrozo nawet podwójnych panienek w czarnych rajstopach w środku lata, czarniawych twarzach mimo braku słońca i butach takich jak palanta ego. Jeśli już taka panienka pomacha, bo blask czystego samochodu oślepi ją tak, że nie będzie wiedzieć co czyni, palant zatrzyma się, zapyta co się stało, w czym może pomóc, udając, że nie wie o co chodzi. Bo palant jest ponad, ponad każde uczucie i każdą   żądzę.

Czyste myśli, gesty, słowa, czyste, nieskazitelne, jałowe życie.

Jałowy gazik ma w herbie każdy porządny palant, pęsetę i płyn do dezynfekcji nie tylko jamy ustnej, a na makatce w kuchni własnoręcznie wyhaftowany, w samotne wieczory, czerwony napis „A ogary poszły w gary”.
Hawk! – ew

O potrzebie fotografowania

Dobrze jest wyjąć, ułożone dawno, mniej czy bardziej starannie negatywy czy slajdy, oddać do zeskanowania i zobaczyć, na nowo, na ekranie komputera swoje „dzieło”. Można wtedy odkryć wiele ciekawych klatek, kiedyś ocenionych negatywnie lub nie zakwalifikowanych do wykonania odbitki. Często tak oglądane zdjęcie wygląda zupełnie inaczej, niż na znanej od dawna odbitce wykonanej w minilabie.

Warto się przekonać.

Ostatnio przekonuję się o tym, „hurtowo” skanując „wspomnienia” z negatywów. Teraz przyszła pora na „pochwalenie się” zdjęciami z Lucerny, które wykonałem w czasie kilku godzin „urwanych” z noclegu podczas podróży po Europie:




fot. Wiesław Czapski Szwajcaria
Zobacz wszystko:
- www.owyszkowie.blox.pl

Zima w mieście – Beskidy

Ponieważ mieszkam raczej wysoko i do celu marszruty podeszłam w miarę szybko, więc meritum  naszego wpisu byłoby  już na samym jego wstępie.  Dlatego przewrotnie, nasz dzisiejszy spacerek, zaczniemy od kadrów zrobionych podczas powrotu. Zapiąć pasy, jedziemy.

Wirtualnie przenosimy się znacznie niżej, by znaleźć się nad potokiem straceńskim, zwanym  od zawsze „korytkiem”. Pójdziemy dziś pod tą parafialną górę, wynurzającą się zza okaleczonego konaru:

Ostatni rzut oka na masyw Klimczoka, z widoczną Saharą Szyndzielni,  bo zostawiamy go za plecami i idziemy. Spotykamy tu panów na biegowych nartach, którzy krzyczą, że też chcą zdjęcia, i żeby je wstawić na Naszej Klasie, ale ponieważ nie mam tam konta… Panowie odchodzą z nosem na kwintę, i ja chyba też, bo nie miałam śmiałości zaprosić ich na… Ecodzien:



Ponieważ tak jak mówiłam, tworzymy a’la interaktywny szlak, zatem przenosimy się ruchem konika szachowego, powyżej miejsca gdzie mieszkam, na sam początek spacerku. I tu płynnie przechodzimy z nowoczesnego budownictwa, pod (z cudem zachowane) elementy minionego:



I teraz to już naprawdę żabi skok, wspinając się ulicą ks. Brzózki, podchodzimy do ściany lasu:


Odwracamy się i…

Głęboki wdech: Bielsko-Biała, Beskidy, moje osiedle, wszystko jak na dłoni. Nawet najstarsi górale twierdzą, że w porywach i Jezioro Goczałkowickie, które jest teraz  niestety przykryte, puchową pierzynką śląskiego smogu:

I jak tu nie kochać gór? Przecież to tu w sposób naturalny, dzięki takim oto widokom oglądanego świata, czujesz jak rosną ci skrzydła i możesz wszystko – ew
fot. ewolny Bielsko-Biała

Z wizytą u Celine Dion

Le Chateau Frontenac w mieście  Ville de Quebec, które jest jednym z najstarszych miast na kontynencie północnoamerykańskim:


Mont Tremblant miasteczko narciarskie w górach Laurentydach, kanadyjskie Zakopane:

Komunikacja miejska  w Mont Tremblant:

Widok z Mont Tremblant na Laurentydy…

… i miasteczko u podnóża:

Ile d’Orleans to wyspa nieopodal miasta Quebec na środku rzeki św. Wawrzyńca:

Plaża w wiosce Saint Jean:

fot. Chris Miekina Kanada
www.nowaatlantyda.com