Dobrze jest wyjąć, ułożone dawno, mniej czy bardziej starannie negatywy czy slajdy, oddać do zeskanowania i zobaczyć, na nowo, na ekranie komputera swoje „dzieło”. Można wtedy odkryć wiele ciekawych klatek, kiedyś ocenionych negatywnie lub nie zakwalifikowanych do wykonania odbitki. Często tak oglądane zdjęcie wygląda zupełnie inaczej, niż na znanej od dawna odbitce wykonanej w minilabie.
Warto się przekonać.
Ostatnio przekonuję się o tym, „hurtowo” skanując „wspomnienia” z negatywów. Teraz przyszła pora na „pochwalenie się” zdjęciami z Lucerny, które wykonałem w czasie kilku godzin „urwanych” z noclegu podczas podróży po Europie:






fot. Wiesław Czapski Szwajcaria
Zobacz wszystko:
- www.owyszkowie.blox.pl










Panie Wiesławie, właśnie zdałem sobie sprawę, że większość tych zdjęć dzieje się na wodzie i w związku z nią. A więc nie tylko fotografią się wspólnie pasjonujemy!
Nie wiem, czy właściwie interpretuję drugie zdjęcie, jako zerwaną zaporę – niepowstrzymany, dziki, huczący wał szybko uciekającej wody. Mogę się temu przypatrywać godzinami – jest tak od dzieciństwa. Niedaleko szkoły podstawowej nr 3 w Kaliszu gdzie ,,uczęszczałem”, u stóp starego kościoła franciszkanów, jest na rzece Prośnie nieczynna od dawna mała elektrownia wodna. Tam stoi podobna zapora, którą w okresie wezbrań wody podnoszono – i wtedy żywioł, uwolniony z pęt, szalał opadającymi w dół rzeki wirującymi kłębami. Wagarowałem, żeby to oglądać. Ciągnęło mnie, by wskoczyć.
A dziś – myślę o spływie tratwą po którejś syberyjskiej wielkiej rzece. To do dość dalekie od spokoju i uregulowania szwajcarskiej Lucerny. A żeby Szanownych Czytelników kompletnie dobić, namawiam do zagooglowania w hasło: ,,seven sunny days”. I opiszcie wrażenia.
ach Ci Szwajcarzy! Ci to mają prawie wszystko piękne jak spod igły!
„Zagooglowałem”
Dzięki temu nasza zima wydaje się już nie taka straszna. Zima zimie nie równa bo tam tak jakoś chciałoby się być.
Zapomniałem dodać, że na ,,seven sunny days” są wariacje (czy może wariactwo) nie tylko narciarskie, ale też lotnicze. Gość skacze z wysokiej na setki metrów skały (takie są w Norwegii), mając rozpięte pomiędzy rękoma i nogami niewielkie powierzchnie nośne z tkaniny – podobne błonie międzypalcowej u żab. Po nabraniu szybkości swobodnego spadania (200 km/godz) – zaczyna lecieć pod katem jakieś 30 stopni do poziomu – JAK PTAK!! Ląduje jak prom kosmiczny – za pomocą niewielkiego spadochronu hamulcowego. To trzeba zobaczyć koniecznie!
No i – Panie Wiesławie – czy nie za daleko odjechaliśmy od Szwajcarii?