Monthly Archives: Styczeń 2010

Moedling w Austrii, czyli co na to nasze budowlane prawo?


fot. Wiesław Czapski Moedling w Austrii
Zobacz więcej:
- www.owyszkowie.blox.pl

„Cieszyn cieszy” wg Tomka

Wypad do Cieszyna to było COŚ! Pamiętam jak w komentarzu do tematu Cieszyn cieszy napisałem, że kiedyś też odwiedzę Wenecję Cieszyńską. Co powiedziałem, to zrobiłem.

Urocze to miejsce, zgodnie z nazwą, przypominające klimatem Włochy. A klimat był iście Wenecki. W Wiśle śnieg i lód zalegał na drogach, a w Cieszynie coś, jakby mikroklimat, sprawiało, że ledwo 25km przenosiło człowieka, pomimo grudnia, ponownie w złotą polską jesień.

Jak w pamiętnym temacie Cieszyn cieszy obiecałem, spełniam też kolejną obietnicę…

Wieża Piastowska została zdobyta i dostarczam zdjęcia z góry:

fot. Tomek Cieszyn

035 Mój wrócił do dom na czas i z kiełbasą, czyli zapomniana sztuka właściwej konwersacji

Na dzisiejszej lekcji zajmiemy się z pozoru prostym zdaniem, ale jakże bogatym w treść:

Mój wrócił do dom na czas i z kiełbasą.

Drżyjcie te z was drogie kobiety, co nie mają na własność onego, wstyd powinien was spalić do skóry właściwej, bo tu nie dość, że on jest, że jest jej, to jeszcze  był  wziął i wrócił. A ileż z was może się pochwalić, że miało to szczęście posiadać onego, ale nie były już na tyle kobiece i dobre w pożyciu, by ony wyszedł i był szczęśliwie, w ramionach innej,   nie zaginął? Ba, drogie panie, nie dość, że jest, że można go wypuścić, bo wraca, to jeszcze robi to… na czas! A przecież  jak wiemy, jest zmorą w męskim wydaniu, wrócić o właściwej, umówionej  doń porze. Zatem taki męski osobnik to skarb nad skarby co był, jest i  nagminnie  na czas powraca.
Pytanie tylko czas czego? Tu odpowiedzi mogłoby być sporo, od dzielenia wątrobianką, po czas na wspólny sen. Ale nas to akurat nie interesuje, bowiem w omawianym zdaniu jest jeszcze nie byle jaki deser, nie wątrobianka, a  kiełbasa! Noo, drogie panie, ta informacja zbija z nóg: nie dość, że jest, że wraca, i to na czas, to nie z pustymi rękami, ale z kiełbasą! Zapewne podsuszaną jałowcową, bo o zwykłą zwyczajną, prekursorki w kunsztownym przemycaniu treści w pozornie nic nie znaczącym krótkim zdaniu, nie posądzamy.

Sztuka konwersacji konwersacją stoi. Nie może być tak, że konwers cichnie – sztuki tu zanik albowiem. Wypowiedź, od której zaczęliśmy dziś one studia „a mój przyszedł do dom na czas i z kiełbasą”. Ileż tu przebogatej w swej wymowie treści, ileż informacji, ileż sygnałów w tym jednym, jedynym zdaniu, zatem konieczny rozbiór zdania treściwszy:

a – „a” zamyka licytację, bo…
mój – bo ja go mam, a ty? Masz? Nie masz? No, kochana, nie wiem jak ci to powiedzieć, nikt cię nie chciał? Współczuję…
przyszedł – bo mój jest ekologiczny, dba o siebie, ma sylwetkę, nie jeździ, a chodzi, jest trendy, to sportsmen
do dom – bo my dom mamy, nie jakiś tam blok, cela w spółdzielni z pryczami, a dom z ogrodem, najlepiej na wsi, z malwami,  ławeczką,  wielką łazienką i jeszcze większym małżeńskim łożem
na czas – bo mój jest  punktualny, nie dlatego, że tak ma, ale szanuje moje uczucia, dba o mnie, troszczy się i spieszy do mnie wręcz na palcach i w skowronkach
i – bo u nas zawsze  jest coś jeszcze, bo gdybyś miała inny charakter, albo chociaż ciut urody, że o rozumie nie wspomnę też byś  to „i” miała
z kiełbasą – bo mój ma gest, to nie kutwa jak inni  co se myślą tylko o sobie,  mój wie, że lubię kiełbasę i tej mi nie żałuje, kocha mnie, więc co rusz obdarza mnie nowymi podarunkami w postaci ślicznych pętek pachnących korali – ew

Barbarzyństwo, czyli przyjdzie nowe i wyburzy

Leon Tarasewicz
(ur. w 1957 roku w Waliłach na Białostocczyźnie) – polski malarz białoruskiego pochodzenia, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, profesor macierzystej uczelni. Jeden z najwybitniejszych polskich artystów, laureat prestiżowych nagród, autor wielu wystaw w Polsce i na świecie. Znany z malarskich realizacji bezpośrednio na ścianach lub innych podłożach, nieraz w przestrzeni miejskiej. Inspiracją jego abstrakcyjnej sztuki jest pejzaż i natura.

W roku 2009 Leon Tarasewicz namalował ufundowany przez Gemini Park mural, w miejscu nieistniejących już Zakładów Przemysłu Wełnianego im. J. Niedzielskiego „Welux” oraz mozaiki Bieńka zburzonej podczas prac budowlanych w 2000 roku. Mural powstał na ścianie 147 m, o wysokości 3,3 m i łącznej powierzchni 500 m². Jest największą istniejącą instalacją malarską Leona Tarasewicza w Polsce. Abstrakcyjna forma, namalowana przy użyciu farb akrylowych, nawiązuje do zmieniających się barw czterech pór roku, poza tym to swoiste nawiązanie do przemysłu włókienniczego, nitek osnowy:

fot. ewolny Bielsko-Biała

Ignacy Bieniek
(1925-1993) – artysta, malarz, grafik, rysownik, projektant sztuki użytkowej, animator kultury. Urodzony w Bystrej Krakowskiej, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, żył i działał w Bielsku-Białej. Popularyzował nowe trendy sztuki współczesnej, umiejętnie łącząc je z tradycją oraz z inspiracją kulturą ludową. Zatrudniony przez blisko trzydzieści lat na stanowisku plastyka w ZPW „Welux”. Współzałożyciel artystycznej grupy „Beskid”, był jej najbardziej awangardowym przedstawicielem.

W latach 1966-1969 Ignacy Bieniek na ścianie tkalni „Welux” przy ulicy Leszczyńskiej, stworzył mozaikę wielkości 500 m² (na zdjęciu obok, artysta w trakcie polewania wodą swej pracy, rok 1967). Wykorzystując nowatorskie rozwiązania formalne i materiałowe posłużył się abstrakcyjnym ornamentem, ale też wprowadził narrację: sceny z tysiącletniej historii Polski oraz przeszłości Bielska-Białej:

Klik, by powiększyć to archiwalne zdjęcie, a już poniżej, fragment ocalałej, choć w opłakanym stanie, innej pracy Bieńka, mieszczącej się niedaleko wyburzonej mozaiki,  bo przy ulicy Partyzantów:



fot. ewolny Bielsko-Biała
Tekst z tablicy pamiątkowej obok Gemini Park, zdjęcie L. Tarasewicza podczas pracy z um.bielsko.pl, zdjęcia archiwalne  I. Bieńka z www.ppptu.org, gdzie  m.in.:

„przygotowując plac pod budowę wspomnianego tu „Gemini Park”, pewnej nocy ( 20/21 listopada 2000 r.) zburzono mur, niszcząc bezpowrotnie dar Mistrza Bieńka.

Oburzonym mieszkańcom żądającym wyjaśnienia przyczyny tego bezprzykładnego aktu wandalizmu przedstawiono wytłumaczenie, iż winna tu jest firma prowadząca prace wyburzeniowe zaś dla uciszenia opinii publicznej wytoczono sprawę sądową prezesowi firmy, która kupiła teren po Weluxie wraz z zabudowaniami i właścicielowi firmy wynajętej do prac wyburzeniowych, która to firma rzekomo na własną rękę zburzyła mur wraz z monumentalną mozaiką.

W rezultacie procesów, które miały miejsce w 2004 i 2006 roku obu podsądnych uniewinniono.

Akt oskarżenia nie zarzucał im zresztą zniszczenia dzieła sztuki lecz tylko spowodowanie zagrożenia katastrofą budowlaną. Na tym oficjalnie sprawa zniszczenia mozaiki została zamknięta.

My jednak nie kwestionując bynajmniej orzeczenia sądu, musimy zadać pytania:

* dlaczego zburzenia dokonano z takim pośpiechem w roku 2000 podczas gdy budowa „Gemini Park” ruszyła na dobre dopiero w 2008 roku?
* dlaczego prace rozbiórkowe zaczęto akurat od zburzenia ściany z mozaiką, choć do rozbiórki było wiele innych obiektów?
* dlaczego zburzenia ściany dokonano skrycie, nocą bez jakiegokolwiek uprzedzenia czy to władz czy mieszkańców miasta?
* dlaczego urzędnicy ratusza nie zadbali o to, aby sprzedając Welux zabezpieczyć własność mieszkańców miasta, jaką była mozaika- dar Ignacego Bieńka.

Odpowiedzi na te pytania staną się oczywiste, jeżeli przypomnimy treść dzieła.

Wśród upamiętnionych w nim wydarzeń historycznych były takie, /dziś niesłuszne/ jak strajk bielskich robotników 15 VII 1936 roku przeciw kapitalistycznemu wyzyskowi czy (o zgrozo!) Bitwa pod Lenino.

Ile więc jest prawdy w krążących wśród mieszkańców Bielska-Białej opinii iż zniszczenie mozaiki było celową robotą, niektórych przedstawicieli władz miasta i opanowanej przez zaślepioną w nienawiści do Polski Ludowej część radnych?

Rzucony na „otarcie łez” pomysł wykonania przez Leona Tarasewicza na ścianie „Gemini Park” muralu mającego nawiązać do zniszczonego dzieła Ignacego Bieńka niczego już nie zmieni.”

Fine! – ew

Więcej czadu na Kel Tole, czyli wstęp do apteki tybetańskiej

(…) Wszystkie ulice w Kathmandu przecinają się pod kątem prostym, z wyjątkiem jednej, Indra Czouk, która biegnie po przekątnej, od Mahan Tole przez Kel Tole i Asan Tole. Właśnie ten plac, przy którym można zauważyć bramę z dwoma lwami to jest Kel Tole. A brama prowadzi do buddyjskiej świątyni Śwetaśwary, czyli białego Awalokiśwary. W długiej na kształt tunelu bramie przy bocznych ścianach położone są podesty. Na jednym z nich o godzinie ósmej wieczorem zasiadają grajkowie, ze swymi właściwymi Nepalowi instrumentami, a więc jest tam i sitar, instrument szarpany i tabla, czyli dwa bębenki i szehnai, czyli flet i peti czyli taka harmonia, na której się gra jedną ręką a drugą kalikuje. Początkowo muzyka rozwija się płaczliwie, mało rytmicznie. Wtedy jeden z muzykantów wyjmuje fajeczkę z terakoty, taką prostą i ładuje do niej jakieś liście suszone. Oni mówią na to bhang. Następnie podają ją sobie kolejno, trzymając w rękach zwiniętych w trąbkę. Kiedy opowiadałem to w towarzystwie nieco młodszym, jedna paniusia przerwała mi i rzekła: “Przecież my wiemy, jak się pali”. Znowu się wygłupiłem. Wracając do orkiestry, zauważamy, że oczy grajkom zaczynają błyszczeć, rytmy stają się żywsze, po prostu w powietrzu jest coraz więcej czadu.

Wstęp do apteki tybetańskiej: lecznicze działanie środków farmaceutycznych określa się  za pomocą czterech czynników: smaku, działania po dodaniu, siły działania środka i siły działania mieszaniny środków. Podstawą smaku jest pięć żywiołów, wśród których żywioł ziemi jest najważniejszy… Oprócz niego istnieją: żywioł ognia, żywioł powietrza i żywioł przestrzeni. Rozróżnia się sześć smaków: cierpki, palący, gorzki, słony, kwaśny i słodki. Smaki te są zależne od pięciu żywiołów i od połączeń między nimi.  Szczególnie parzyste połączenia stanowią podstawę sześciu zasadniczych smaków.

I tak parzyste połączenia to:
1. ogień + ziemia
2. ziemia + woda
3. woda + ogień
4. woda + powietrze (gazy)
5. ziemia + powietrze
6. ogień +  powietrze

Smaki określa się językiem. Za najważniejszy smak uważa się słodki, a za najmniej ważny cierpki. Na przykład w grupie smaków słodkich znajdują się: lukrecja, rodzynki, trzcina cukrowa; w grupie kwaśnych; granat, pigwa, wódka, kumys; w grupie gorzkich: cytryna, goryczka; w grupie palących: czarny pieprz, imbir, czosnek; w grupie cierpkich: drzewo sandałowe, żywice, czeremcha, i kwiaty orlika.

Działanie leków tybetańskich wg traktatu medycznego Dżud – szi:

Słodkie lekarstwa przydatne są dla zwiększenia podstawowych sił życiowych. Dlatego pożyteczne są dla osób starszych, młodzieńców, osób wyniszczonych chorobą itp. Leki o smaku słodkim sprzyjają wzmocnieniu ciała, gojeniu się wrzodów i ran, przydają twarzy świeżości i zdrowego wyglądu oraz sprawności narządom zmysłów  jak również sprzyjają długowieczności, leczą choroby dug (zatrucia) a także choroby rlung i mkhris. Jednakże nadmierne spożywanie słodyczy prowadzi na ogół do chorób bad-kan, obniżenia ognia ciała, aktywności funkcjonalnej, otłuszczenia, na tle których rozwijają się np. choroby moczu gdin-snji (cukrzyca), obrzmienie gruczołów.” „Lekarstwa kwaśne pobudzają ciepłotę, wywołują apetyt, sprzyjają trawieniu, wchłanianiu pożywienia, poprawiają stan systemu rlung, jednakże przy nadmiernym ich spożywaniu powstają zaburzenia w systemie mkhris i we krwi, słabość, zawroty głowy, migotanie w oczach, obrzęki, choroby skórne i stany gorączkowe.” Lekarstwa słone działają przeczyszczająco, w postaci ciepłych okładów sprzyjają tworzeniu ciepłoty, potliwości, pobudzają apetyt.  Nadmierne ich użycie prowadzi do wypadania włosów, pojawienia się siwizny i zmarszczek, obniża siły, wzbudza pragnienie, sprzyja powstawaniu raka, zachorowań skóry, a także chorób rlung i mkhris.”
Lekarstwa gorzkie zwiększają apetyt, leczą zatrucia, niszczą robaki, goją rany, przywracają przytomność, powodują wymioty, wydalają tkanki martwe.  Ich nadmierne użycie prowadzi do chorób rlung i bad-kan.”

Podsumowując można stwierdzić, że  lekarstwa słodkie, kwaśne, słone i palące leczą zaburzenia w systemie rlung ( nerwowym), gorzkie, cierpkie i słodkie w systemie mkhris (humoralnym i krwiogennym), palące, kwaśne i słone zaś w systemie bad-kan (humoralno – endokrynnym).

Jak zachować wieczną młodość i zdrowie

Wg przekazu Marpy, który odwiedził Indie trzykrotnie, by studiować święte prawo. Podczas tych podróży spotykał się z różnymi ludźmi i przeżywał różne przygody. Pewnego dnia wyszedł z domu i wtem zobaczył pewnego siwobrodego starca, który niósł zwłoki młodego człowieka. Postanowił śledzić go, by dowiedzieć w jakim celu ten starzec to robi. Niosący zwłoki wszedł do pieczary i po pewnym czasie wyszedł z niej młody człowiek, a Marpa nadał czekał, aż wyjdzie z niej starszy człowiek, ale ten nie wychodził. Wszedł zatem do jaskini po schodach, bardzo głęboko i tam na samym dnie natknął się na zwłoki starca.

Nie rozumiejąc, co się stało, udał się do swego guru i poprosił o wytłumaczenie tego zdarzenia. Nauczyciel odpowiedział mu, że był to człowiek, który posiadł umiejętność i wiedzę jak wchodzić w cudze ciało. Po prostu starzec porzucił swe sterane ciało i wszedł w zwłoki mężczyzny młodego i ponownie stał się młody i zdrowy.

Marpa nie mogąc zapomnieć o tym, udał się do mistrza i poprosił o wtajemniczenie go w szczegóły wchodzenia w cudze ciało. Mistrz dał mu specjalny środek i objaśnił go jak się nim posługiwać.

Gdy Marpa wrócił do Tybetu, zdarzyła się okazja, by wypróbować działanie remedium otrzymanego w Indiach. Mianowicie, zachorował ciężko jego syn, spadając z konia i raniąc się śmiertelnie. Marpa postanowił uratować syna, poznanym w Indiach sposobem, ale nie mógł nigdzie znaleźć zwłok. W pobliżu znajdowały się jedynie zwłoki kukułki. Nie mając wyjścia, Marpa wykorzystał ciało martwego ptaka i przeniósł duszę umierającego syna do zwłok kukułki, która natychmiast po zmartwychwstaniu odleciała a syn Marpy umarł.

Rzekomo Marpa nie opowiedział o tym sposobie nikomu i pamięć o nim nie została przekazana, chociaż istnieje legenda, że nauczył tego własnego ucznia Milarepę, który żyje do dziś gdzieś w Tybecie, a tajemnicę przenoszenia duszy posiada szkoła kargju-pa.

Choroby układu nerwowego: gałka muszkatułowa, tojad, pieprz długi, kości, narządy zwierząt. Jeżeli choroba jest związana z systemem endokrynologicznym to stosuje się: imbir i hedychium. Jeżeli z chorobą nerwową występuje gorączka, wtedy stosuje się: perełkowiec japoński, psiankę, koper włoski, kostowiec arabski i cebulę.  Choroby układu krwi: sandałowiec czerwony, judaszowiec wschodni, tojad, opierstka gorzka, pięciornik gęsi, marzanna barwierska i inne. Jeżeli choroba krwi jest związana z układem hunoralnym wtedy stosowane są: goryczki, swercja, przepękla, cholarchena, tojad, pępawa, mącznica, i berberys. Choroby z gorączką: sandałowiec, kamfora, szafran, glinka żółta, kamień żółciowy i gips. Jeżeli gorączka występuje w połączeniu z układem dokrewnym wtedy stosowane są: powidlnik, oman, wielki, kolendra siewna, rokitnik zwyczajny, niebieski lotos i granat. Leki przeciw biegunce: dynia, arbuz, kruszyna, żołędzie, proszek z kory dębowej, babka i rdest wężownik.  Choroby układu moczowego: kardamon, sól kamienna chlorek amonowy i inne. Leki o działaniu wymiotnym: biała gorczyca, dąb, szczaw, ostrożeń warzywny, tatarak, rdest ptasi i mącznica. Leki na przeczyszczenie: żywica drzew, wilczomlecz, rzewień, i szczaw. Leki przeciw robakom: piżmo, zapaliczka lekarska, czosnek, bieluń dziędzierzawa, lulek, kosaciec, i barszcz kosmaty (…)
www.kazir.blog.onet.pl
fot. Monia Himalaje

Cztery pory roku – Bug. Wyszkowski Bug

Wiele miast żeby zareklamować swoje walory buduje wielkie „banery”.  Wyszków udostępnia piękne widoki gratis. Stojąc w korku na moście możemy koić nerwy pięknymi widokami, innymi o każdej porze dnia i roku.


fot. Wiesław Czapski Wyszków
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl

Charyzma

Gdzieś w Gandharze, ale gdzie jest Gandhara? 20 wieków temu stopiły się dwie religie, grecka i buddyjska. Nikomu to nie przeszkadzało, że one sobie zaprzeczały. Buddyzm twierdzi, że świadomość istoty czującej przechodzi z jednego ciała do drugiego, mimo, że nie ma na to dowodów, ale charyzma jego apostołów była tak wielka, że wszyscy uwierzyli. Są ludzie, którzy nie mają ani trochę charyzmy i chociaż udowodnią, że 2+2=4 to nikt im nie uwierzy, Tam w Puruszapurze, stolicy Gandhary powstały pierwsze wizerunki Buddy podobne w swej manierze do posągów bogów olimpijskich. Dziś to miasto nazywa się Peszawar i jest wylęgarnią talibów spod znaku Osamy bin Ladena.

Najlepiej mieć charyzmę. Wtedy nie potrzeba mieć racji. Wystarczy powiedzieć swoje. Znałem takiego faceta, który obwieścił wszem i wobec, że w Polsce powstanie druga Japonia i wszyscy mu natychmiast uwierzyli. Nawet gdy powiedział, że plusy są dodatnie i ujemne, też mu uwierzyli. A ja gdy udowodnię czarno na białym, że dwa plus dwa jest cztery, to mi nikt nie uwierzy.

Gdy zaraz po studiach zarabiałem marne grosze, podjąłem się nauczania fizyki w liceum, by powiązać koniec z końcem. Grasowała wówczas szajka o nazwie WODKO, której zadaniem było organizowanie lekcji pokazowych. Wicedyrektorka od razu wskazała palcem na mnie: „kolega poprowadzi tę lekcję”. Miałem inne zdanie ale cóż, nie będę się kopał z wicedyrektorką.

Myślałem i wymyśliłem, że najlepiej będzie przeprowadzić jakąś demonstrację, bo nie trzeba dużo mówić. Wziąłem garść grysiku, wrzuciłem do oleju rzepakowego i wstawiłem między elektrody maszyny elektrostatycznej. Te ziarenka ustawiły się na liniach kolistych. Jeszcze tylko żarówka i soczewka oraz rzucić to na sufit. Udało się. Na suficie widniały koliste linie pola. Dumny jak paw usiadłem i czekałem na oklaski. Pierwszy dyskutant zarzucił mi, że najpierw wymieniłem nazwisko ucznia, a potem dopiero zadałem pytanie. Drugi zganił mnie, że nie powtórzyłem materiału. Z dumnego pawia zamieniłem się w małego wróbelka. Trzeci i czwarty  też coś zarzucił, więc przeobraziłem się już w robaka pełzającego i czekającego na rozdeptanie. I rzeczywiście w samym ostatnim rzędzie siedział postawny nauczyciel, od którego biła charyzma. Ten mi teraz dosoli, pomyślałem. Ale on nic nie powiedział, tylko się zapytał: „Czy szanowne koleżanki lub koledzy widzieli kiedyś pole elektrostatyczne na suficie”? Zaległo milczenie. Charyzmatyczny pan czekał, a gdy cisza trwała, powiedział tylko: „Bo ja też nie widziałem, mimo że mam już 70 lat”. Na tym się skończyło, a ja jako marny robak podreptałem do domu, nierozgnieciony.

Ten pan nazywał się Waldemar Zillinger i był autorem dość popularnego podręcznika pt. „Zbiór zadań z fizyki”, 24 wydania, ostatnie w roku 1998.
www.kazir.blog.onet.pl

Wisła

Już kiedyś na Ecodniu były fotki z balkonu Korali. Cudownie spędzony czas. W mieście w rytmie praca-dom-praca zaczynałem tracić smak potraw i radości a tam wszystko powraca…

„Wisła. Ze źródeł na Baraniej Górze wypływają potoki Czarna i Biała Wisełka, które po połączeniu się i przyjęciu wód potoku Malinka tworzą rzekę Wisłę” – wikipedia

(…) Poczęcie Wisły dokonywuje się wśród świstu-poświstu wiatrów południa i wiatrów zachodu, przypadających na jasne mgły w kwiecistych tatrzańskich dolinach i na wilgotne obłoki ledwie powstałe spomiędzy koron sosnowych w szerokiej puszczy Beskidu.

W łonie chmury czarującej, której kształt nieprzerwanie nowy już się nigdy nie powtórzy, a piękność jedyna już nigdy drugi raz nie przepłynie w niebiosach, staje się Wisły istnienie.

Nadranna rosa wiosny, ciepły letni deszcz, różany szron jesieni i szadź okrywająca martwymi kolcami bezlistne drzewa, długotrwałe zimowe ulewy, ślepa zawieja i grad wszystko wyniszczający wciąż odnawiają nieprzeliczone jej źródła.

Ze śniegowic klinem wciosanych w szczeliny skalne między trzonami szczytów podniebnych, na których roztrzaskuje się wściekły huragan, wyją furie burzy ciężarne w zaspy śniegu i kamienie gradowe – sączą się w źleby zawalone mokrymi piargami wysokie wody do stawów.

Ze skalnych jezior, zawieszonych jakoby lutnie zawsze nowe pieśni samogrające, z kotlin wysiedzianych u podnóża krzesanic przez cielska lodowców, które odeszły były przed szesnastoma tysiącami lat w północne strony – uciekają strumienie wieczyście żwawe wyłomami w morenach przez milion lat uzgarnianych.

Z pieczar drążonych przez kamienne pokłady wskutek wzdrygnienia bezdennej wapiennej skaliny, gdzie czarne powierzchnie jezior podziemnych trwają nieruchomo w mroku przenigdy nie rozdartym spojrzeniem oczu istoty żyjącej – skradają się wody czarne chodnikami wykapanymi w granicie lub wyżartymi w wapieniu do przepaści głębokiej, którą biały ich wodospad napełnia powabem niewysłowionym.

Z łanów leśnych, sianych wytrwale przez zamierzchłość stuleci po garbach nieprzebytych wzgórz Śląska, z trzęsawisk torfowych, ponad którymi najobfitszy mży deszcz, spośród gnatów korzennych wieloramiennego buka i dębu-niepołoma, z pościeli mchów otulających stopy jodeł i świerków, z zagaja młodej olszyny, paproci i podbiałów – ściekowiskiem wykapu ze smereku wylewa się Czarna Wisła.

Głębokimi wąwozy, po wielkich złomach kamieni i kłodach zwalonych drzew, na dnie pełnym grubego żwiru, w cieniu gałęzi i bujnych traw, z hukiem i gwałtem pieni się Biała Wisła.

Czarne i białe ramię, dwa potoki, spadają z wyniosłości, aby złączywszy się toczyć zakolem – zakolem, w głębokich parowach, wśród gór i lasów, wspólne wiślańskie fale.

Niezliczone dzikie strumienie jak włókna i nici oplotły i przepoiły rozległy Śląska kraj, ażeby jego wodne zasoby Wiśle darować. (…)

Fragment Wisły Stefana Żeromskiego

Poza tym, dla Ecodnia prezent noworoczny. Uśmiech drzewa. To Korale go wypatrzyły :)

fot. Tomek Wisła

Wspomnienia z powojennego Opola

Czasem zastanawiam się dlaczego, wyprowadziwszy się z ze Śląska na Mazowsze, jestem tak bardzo ze Śląskiem związany. Sentyment? Mała ojczyzna? Dzieciństwo i młodość? Dlaczego to tak rzutuje na moje patrzenie na dzisiejszy świat? Dlaczego tak „wściekłem się” na Kurskiego za „dziadka z Wermachtu”?

Być może dlatego, że zostałem solidnie zaszczepiony przeciw takim głupotom.

W połowie lat 50-tych, jak we wszystkich szkołach, czytano z lekcyjnego dziennika listę uczniów by sprawdzić obecność. Był taki nauczyciel, kowbojem zwany, który czytał śląskie nazwiska, na siłę, wg partyjnych dyrektyw, „po polsku”. Uparł się na jednego. „Łysy” obecny? „Nie” odzywa się Lyssy. Obecny jest Lyssy. „Nieobecny” oznajmia „kowboj”. Po jakie licho robiono takie draki?

Przecież żyliśmy razem. Co z tego, że przyjechaliśmy tu „zza Buga”? Pan Pawleta, zawsze mieszkający w pobliskiej wsi, przez cały rok przynosił wiśnie, sery, jajka. Przynajmniej można było to kupić bez kolejki i trochę taniej. Czasem, szczególnie przed świętami, pojawiała się jego sąsiadka z większą ilością surowców potrzebnych do świątecznych wypieków. Co jakiś czas pan Pawleta, jako ślusarz pracujący w pobliskich garażach, dużej państwowej firmy, naprawiał w ramach sąsiedzkiej pomocy, to co się popsuło. Pospawał, polutował a to klamkę, a to cieknący piecyk węglowy w łazience. Jego sąsiadka opowiadała, przy okazji dostaw świątecznych towarów, o swoich doświadczeniach w służbie sanitarnej w Wermachcie. I co? Jakoś żyję! A dlaczego tylu Ślązaków wyjechało do RFN? Między innymi dlatego, że usiłowano ich na siłę „spolszczyć”.

To takie, jedno z wielu, wspomnień ze Śląska. Opole.

Obwarowania Opola, zbudowane przez Bolesława I ok. 1285 r. Pozostałości po baszcie Barbary, zachowane na dziedzińcu katedry. Zdjęcie sprzed kilku lat.

fot. Wiesław Czapski Opole
www.owyszkowie.blox.pl

Vademecum człowieka z RP

Człowiekowi w RP funduje się orędzia noworoczne oraz wymianę rozporządzeń i decyzji, tablic rejestracyjnych, rządu, książeczek ubezpieczeniowych, formularzy lub DO. I on się nie dziwi. Nie dziwi się, że wymiana rządu polega na przetasowaniu tych samych ludzi, w tych samych ugrupowaniach tylko nazwanych inaczej. Człowiek w RP nie zdziwion, że musi wziąć dwa razy urlop – raz by odstać  kilka godzin składając wniosek na  rodzinny zasiłek, drugi, by koniecznie założyć bankowe konto, po czym z fasonem już może iść odebrać… odmowę.

Do kolejek albowiem człowiek w RP przyzwyczajon jest jak żadna inna nacja. Kilka razy zdarzyło mu się już zmienić, swe tyskie pajero ze sraczkowatego na biały i za każdym razem w komunikacyjnym  swe odstał. Jak o urzędach, to odrębną sprawą są  te skarbowe. I tu kolejki jak wszędzie za wszystkim, ale korespondencja jak z żadnym onym. Cudownie iść potem na peryferie miasta, by skorygować roczne zeznanie, za machnięcie się w górnej półce o kilka groszy.

Człowiekowi w RP bliżej do Kosmosu niż innym, bowiem jak grom z jasnego nieba, spada na niego kosmiczny rachunek za, oszczędzane do bólu, CO. Kosmiczny tak, jak gdyby już był przeniesion na głęboką, norweską północ i dogrzewał mieszkanie na żar. Przepiękne kwoty wyższe niż jego pobory miesięczne, niż marzenia o słonecznej Krecie, ba – o czymkolwiek. Człowiek radzi sobie, płynnie zamienia Kretę na kreta do udrożniania rur i zapomina, że miał jakieś górnolotniejsze marzenia. Cudownie jest też doświadczyć próby zdjęcia licznika za gaz, zważywszy, że jest prawie stówa… nadpłaty. Co do onej, to pamięta o stówie, którą był S. pożyczył K. na tacę tym uświęconym oligarchom, co to jeżdżą prawdziwym pajero i nomen omen wcale tak jak ten zakonnik nie muszą sami swego nasienia na zimię… tfu.  Wirtualna stówa przemieszcza się  pewnie do dziś w markowych kieszeniach, w ten sam wirtual, jakim jest stówa dla matki, której nie stać  na  dwuzłotowy bilet. Ma stówę wytrzepać z niebytu, bo kanar był wstał, ziewnął i złapał oną jeszcze w czasie trwania nocnej ciszy.  I wytrzepie, w przeciwieństwie do przyznających jej dziecku rodzinne.

A już koniec wspomnianej nocnej ciszy, to nie pierwsze wersy kolędy świętej, to w RP w ogóle najmniej bezpieczna godzina. To o tej porze z angielska wybudzają „Go! Go! Go! To my ABeWu i CeBeA!”, a skutkiem takich pobudek są nie tylko parafrazy helskich haseł „Wzięłam – by było lepiej”, ale i lęk przed umówieniem się na randkę z kimkolwiek, by nie okazał się superagentnym Tom.

No to gdzie człowiek ma się udać, skoro termin do ginekologa ma ustalony, dopiero za dwa miesiące? Skoro ludzie chorzy na serce czekają na kardiologa nawet pół roku? Gdy nadal nie wie czy wybrać kraj liberalny, czy solidarny… znaczy się Irlandię lub Szkocję, zważywszy, że zimy tam jakby dłuższe, mocniejsze a on, ma już przecież doświadczenie z ogrzaniem swego małego M3. Co człowiek ma zrobić by podjąć decyzję? Nic. Nie dziwi bowiem już nic człowieka żyjącego w RP, bo wrósł w to i nie dostrzega wirtualnej śmieszności zjawiska, pogoni za wszechrzeczą dolarowej materii. To osobniki przebywające na zewnątrz dziwią się niepomiernie, są skonfundowane i podsyłają nam obserwatorów. Niby notkę cofnąwszy, ale i zdążywszy pokazać całemu światu, że demokracja to tu być może i jest, ale pisana nie polskim,  a cyrylicą?

Nie dziwi, że Kopernik był bardziej otwarty na świat i na zmiany od naszych włodarzy, że tak zdemoralizowanego rządu to Polska nie pamięta, że głowy państwa są największym nieszczęściem szkalującym dobre imię kraju, że dyplomatołki, że oligarchy, że lżyustroje, że niekumate wykształciuchy, że sprzedawczyki, że żenadą jest w ogóle o tym pisać. Bezrobotny w BMW a na pasku telewizyjnych życzeń zamiast „Wesołych Świąt życzy Paweł z rodziną” gryps  „Zdrowych i Wesołych Świąt, tatusiowi w więzieniu, życzy Ola i Piotruś. Wszystko OK, ciocia w sanatorium, babcia wyszła ze szpitala a wujek Zenek ma złamaną nogę”.

Już lepiej nadal grać głupa wpasowanego doskonale w tą polską rzeczywistość, już lepiej  beztrosko żyć w odurzeniu oparami absurdu: O kule o kule na mole kule po szpilu po szpilu nie wiadomo w ilu obalili halba halba obalili i kulali oba mama omotali kulali jabole kulali je… o yeah! – ew