Monthly Archives: Luty 2010

Zakopane, czyli dziennik z podróży

Silnie namawiana przez  rozkochanego w Tatrach Tomka, niskopienna góralka trzymająca się kurczowo swych pni jak upośledzony sznurówki, dała się w końcu namówić i w 2006 roku wylądowała w Zakopanem. Trzy pociągi, dwie przesiadki, i nagle gdzieś w okolicach Białego Dunajca, a na pewno przed Poroninem i Nowym Targiem,  niesamowity widok! Oto na horyzoncie, do którego powoli zmierzał pociąg,  majestatycznie wynurzył się koniec drogi, Polski, mapy. Nie wiem dlaczego, ale skojarzenie „koniec mapy” przemawia do mnie najbardziej. Ściana stworzona jakby z obłoków odbijających słoneczny blask, wysoka do samego nieba, ostro zarysowana na kształt znajomej koronki Tatr - zobaczyć to i umrzeć!

Spostrzeżenie pierwsze to Giewont cały w bieli, leżący tu od wieków niemy rycerz, widoczny  prawie z każdej części Zakopanego. Śpię na Pardałówce, od której na Antałówkę tylko żabi skok,  gdzie nie tylko sterty noworocznych petard i korków z szampana, ale i sieczący mocno deszcz. Pogoda udowadnia wielokrotnie, że w górach potrafi się zmieniać diametralnie jak w kalejdoskopie, po kilka razy na dobę – nagle i nieoczekiwanie. To był kwiecień, a nie tylko w wysokich partiach zalegał śnieg, w dolinach również nadal leżały jego wielkie połacie, a zimno idące z gór dla takich zmarzluchów jak ja, to prawdziwa szkoła przetrwania. Cebulka wtedy nie działa, ani kilogramy pierza w kurtce, swoje trzeba wytrząść, bo nie ogrzewają nawet takie widoki, ani tym bardziej „sakramencko mocne spod samiutkich Tater”:

Idąc Krupówkami przyszła myśl, że oto Stanisław Witkiewicz, onegdaj zachwycający się sprawnością, zręcznością w posługiwaniu siekierkami góralskich cieśli, które w rezultacie zainspirowały go do stworzenia stylu zakopiańskiego, przewraca się teraz w grobie. Główna zakopiańska ulica zawsze była niejednorodna stylistycznie, bowiem ten tygiel artystyczno – góralsko – sportowy musiał dawać i daje, swe odbicie również w architekturze. Małe chałupki będące pozostałością wsi, a obok kamienice secesyjne, modernistyczne, to mieszanka trudna do strawienia dla purystów urbanistyki za to malownicza dla obrońców, wielbicieli i smakoszy tego zakątka. Ale dziś ten specyficzny wizerunek ulicy jest zagrożony, bowiem bakcyl regionalizmu rozprzestrzenia się na siłę po całym mieście. Na „chama” są przenoszone wiejskie chałupy do miasta, secesyjne kamienice obijane belami drewna i kryte daszkami z desek, które mają imitować góralską karczmę. Same Krupówki to świątynia pieniądza, wybieg dla rewii mody od tych co to są dopiero po nartach, do tych co w szpilach i płaszczach skórzanych, wyskoczyli tylko na balety swoim nowym BMW. Sklepy z logami najlepszych firm, cenami przyprawiającymi o zawrót głowy ukrywają się pod płaszczykiem regionalizmu, zbitego naprędce z kilku desek, a obok tandetne budki ze skarpetami, gazetami, oscypkami, kolorowe jarmarki, blaszane zegarki. Nawet pies zbierający na kiełbasę jest już jedną z głównych atrakcji Krupówek A przecież są one jak jedna z ulic wychodzących z Rynku Głównego w Krakowie, gdzie zapach historii, kostka brukowa,  stylowe latarenki, plastycy, rzeźbiarze, mimowie, anonimowy tłum i atmosfera, którą tworzą ludzie zwiedzający, niespieszący się, obwieszeni aparatami, kamerami i mający czas tylko dla siebie:

Stanisław Witkiewicz marzył, aby Zakopane świeciło przykładem na całą Polskę, aby styl zakopiański stał się stylem narodowym. Dziś patrzyłby z przerażeniem jak powstają cudeńka, które nie tylko nie mają nic wspólnego ze stylową architekturą podhalańską, ale w ogóle z żadną. Dyskusyjne jest wstawianie w nowoczesny organizm miasta zabudowy i stylu życia z natury wiejskiej. A obok niej nowobogackie Pszonki dające jazdę nowobogackim mieszczuchom za całe 50 zł. To stymulator emocji, zakopiański Disney’land za parę groszy, a w zamian jak masz „szczęście”, w pakiecie ubicie konia na śmierć.  I tylko nad tym wszystkim skamieniały, wciąż taki sam, mający to co ludzie robią z tym miastem – głęboko gdzieś – Giewont:

Zostawiając go w spokoju, i idąc w dół Krupówkami, można dojść do rozległego targowiska tzw. Targowicy. Wszystko tu można kupić, od masowej tandety, do ręcznie haftowanych obrusów, kurek w zalewie, miodu, kożuchów i małych piesków. Spragnieni mogą spić też cud wynalazek – piwo a’la Ludwik (dla młodszych Czytelników Ludwik to zielony, miętowy płyn do naczyń). Piwo ma nie tylko ten sam kolor, ale nawet i smak – miętową nutę. A sama Gubałówka  mieszcząca się tuż nad targowiskiem, to prawdziwy raj dla mieszczuchów sprzed plazmowych telewizorów, bowiem z centrum miasta i suchą stopą zawozi na górę nowoczesna kolejka. I to daje możliwość, już w kilka minut, wspiąć się na wyżyny, gdzie masyw Tatr na wysokości oczu, oraz możliwość spotkania, również rozkochanego  w Tatrach, ducha Ojca Świętego. Ulubione miejsce zadumy i chwili skupienia, kontemplacji nad nicością życia. Na wprost Rysy, w dole Zakopane, a na stoku Gubałówki nad Budrysówką stary cmentarz, gdzie  między innymi miejsce spoczynku   wspomnianego i u nas Hasiora, ale i Kornela Makuszyńskiego, i wreszcie wielkiego piewcy Zakopanego – Stanisława Witkiewicza. To właśnie tu, na tym Pęksowym Brzyzku stoi nadal stary zabytkowy kościółek, ulubione miejsce zakochanych par. To tu zauroczeni krajobrazem chłopcy oświadczają się swym dziewczynom, a te, cierpiące na niedotlenienie mózgu z racji rozrzedzonego powietrza normalnego  przecież na tej wysokości,  mówią TAK:

Onegdaj zafascynowana dywagacjami na temat spontanicznego, czystego uśmiechu kobiety zacytowałam wypowiedź, że tego rodzaju serdeczne powitanie, można już tylko szukać na górskich szlakach. Będąc w Zakopanem i mając widok z okna nie tylko na wszechobecny Giewont, ale i Nosal i patrząc na ten popularny wśród narciarzy stok, nie sposób było nie pomyśleć o chamstwie, które niestety wdziera się na bezpieczne dotychczas pod tym względem,  turystyczne szlaki. Wolne od przestępstw, goszczące ciepłych, serdecznych, żądnych czystych, duchowych i fizycznych, wrażeń, na ogół służących sobie pomocą ludzi… Na ogół, bowiem akurat tu na Nosalu, została brutalnie pobita i okradziona turystka z Lublina.

Oczy wysłane w nieznane dotychczas tereny, przekazują  również widok jeszcze nieśmiało otwierających się, ale wychodzących już licznie spod połaci zalegającego wszem śniegu, zamkniętych fioletem kielichów. Dzikie krokusy wszechobecne na każdym nieużytku, każdym  nawet niezagospodarowanym zielonym terenie. A Dolina Kościeliska, dolina zakochanych? Być tam właśnie wiosną i patrzeć na te połoniny skute w fiolecie milionów krokusów, tak podobnych z dali do jesiennych wrzosów. Marzenie.

Jeszcze z Pardałówki mijając podnóże Nosala, przejść można przez rondo z odnogą Przewodników Tatrzańskich, i później skręciwszy w Bronisława Czecha minąć Ośrodek Sportowy w Zakopanem, by znaleźć się wprost pod skoczniami. Mała Krokwia i Wielka Krokwia – umiejscowione obok siebie - pusto, mokro, brzydko. Jednak to tłum, światła i kamery, oczekiwanie na rywalizację, głośny doping robią tą niepowtarzalną scenerię i godną oprawę wielkich międzynarodowych zawodów. To tu nasz Adam stawał na najwyższym pudle, to tu nasz prezydent bił mocne brawa, a teraz? Autobusy z turystami w złotych okularach, mocno tlenione blondynki, wysocy, szczupli panowie głośno szprechając kamerują i cykają cyfrówkami. To tabuny niemieckich turystów zjeżdża tłumnie, by nacieszyć oczy i powspominać czasy niemieckiej passy w skokach narciarskich. I to dla nich również tu stoją stragany z wełnianymi skarpetami, oscypkami i drewnianymi rzeźbionymi na tokarce góralami. Jeszcze raz okazuje się, że Zakopane to mocne logo w handlu, a wiadomo, że „lepsze deko handlu niż kilo roboty” i tu, jak nigdzie indziej,  potrafią to wykorzystać – ew
fot. ewolny Zakopane

Prehistoryczne graffiti

Często gdy na ścianie jakiegoś budynku pojawia się napis, rysunek, albo choćby coś co z niczym się nie kojarzy, staram się zrozumieć genezę tego zjawiska. Co też pchało człowieka, który pozostawił po sobie taki ślad. Czy to negatywne bodźce czy te pozytywne, dyktowane wrodzonym artyzmem, które zawsze dają się odczuć pierwotną wręcz chęcią zaznaczenia swojego istnienia. Wczuwając się w intencje rysującego,  przychodzi na myśl ekstaza, że oto ktoś, ba wielu ludzi przechodzących obok, zobaczą coś mojego, zauważą mnie.

To zjawisko nie dotyczy tylko naszych czasów. Nie dotyczy też odległej starożytności opisanej już na Ecodniu we wpisie Starożytne graffiti – dotyczy jeszcze dalszej przeszłości. Początków ludzkości. Oglądając udokumentowane na fotografiach prehistoryczne malowidła, docieramy do naszych własnych źródeł. Wkraczamy nie tylko w umysły naszych praprzodków, ale poznajemy też nasze własne instynkty. Pierwotne pasje, pobudzające wyobraźnie wydarzenia, które wpływały na losy rysujących. To podróż w głąb nas samych, bo czyż nie jesteśmy podobni do tamtych ludzi?

Rysunki tryskają wręcz życiem. Silnie oddziałują na oglądających dzięki swojej naturalności. Co ciekawe i widoczne doskonale, na fotografiach rysunki zwierząt są w porównaniu z wizerunkami ludzi, dziełami sztuki. Najczęściej powtarzającymi się motywami są sceny polowań. Malowidła w większości miały swoje podłoże w jaskiniach, a do rysowania służyły farby z pigmentów i gliny. Te proste farby nanoszono rękoma, albo też mchem. I – co tak bardzo kojarzy się z dzisiejszym graffiti – wykorzystywano też wydrążone kości do pryskania barwnikiem. Prezentowane zdjęcia ze strony: www.zwoje-scrolls.com


Zobacz więcej zdjęć w pokazie – > SLIDESHOW

Pióro do wynajęcia

(…) Podobno Dostojewski pisał dla pieniędzy, żeby zaspokoić żądzę gry w ruletkę przy zielonym stoliku w Sankt Petersburgu, a Faulkner i Fitzgerald oddawali swoje talenty na usługi różnym wielkim bogaczom (dziś oligarchom) – z reguły byłym szmaciarzom, którzy zapełniali „Ogród Allacha” sprowadzanymi na Zachodnie Wybrzeże literatami, żeby ci realizowali ich kasowe marzenia.
Bez względu na to, czy te historie są apokryficzne, czy też nie, wspomnienie wielu genialnych pisarzy, którzy zastawiali artystyczną uczciwość niczym w lombardzie, tłukło mi się po głowie już od kilku miesięcy. Aż wreszcie, kiedy siedziałem sobie w mieszkaniu i bujałem w obłokach – łaskocząc Muzę, żeby zmusić ją do podrzucenia tematu godnego wielkiej powieści, którą powinienem pewnego dnia napisać – nieoczekiwanie odezwał się telefon.
- Mealworm? – szczeknął z drugiej strony ktoś, kto bez najmniejszych wątpliwości trzymał w ustach cygaro.
- Owszem, Flanders Mealworm przy aparacie. Z kim mam przyjemność?
- Jestem E. Coli Biggs. Mówi ci coś to nazwisko?
- No… Właściwie to nie za bardzo…
- Mniejsza z tym. Jestem producentem filmowym i to nie byle jakim. Chryste panie, nie czytasz „Variety”? Mój najnowszy film jest teraz największym sukcesem kasowym w Gwinei Bissau.
- Prawdę mówiąc, lepiej orientuję się w świecie literatury – przyznałem.
- Tak, wiem. Czytałem twoje „Kroniki mielonkowe”. I właśnie dlatego chciałbym się z tobą spiknąć. Przyjdź dzisiaj o 15.30. Hotel Carlyle, apartament królewski. Zameldowałem się jako Ozymandias Hoon, żeby miejscowi kandydaci na artystów nie zarzucali mnie scenariuszami.
- Skąd ma pan mój numer? – zapytałem – Jest zastrzeżony.
- Znalazłem w internecie, gdzie figuruje obok zdjęć rentgenowskich z twojej kolonoskopii. Mniejsza z tym, pojaw się tylko o umówionej godz, koteczku, a wkrótce obaj będziemy mieli co włożyć do garnka.
Z tymi słowy mój rozmówca trzasnął słuchawką tak gwałtownie, że mało nie pękła mi trąbka Eustachiasza. (…)

Woody Allen

Oddychać nosem

Zanim dasz ripostę swojemu nieznośnemu rozmówcy, zawsze głęboko odetchnij. Poczuj jak tlen rozchodzi się w twoich żyłach i czyni cię zdolniejszym do adekwatnej odpowiedzi.

Wciągnij go, zatrzymaj, wypuść. Powtórz tę czynność ze trzy razy a poczujesz się silniejszy, rozluźniony i spokojniejszy. Panując nad swoimi emocjami, będziesz gotowy – by z rozbrajającą cierpliwością – skonfrontować się z człowiekiem, którego masz na przeciwko. Dlaczego tak się dzieje?

Często zapominamy, mimo, iż to podstawowa czynność ludzkiego ciała, że kiedy nie ma oddechu, nie ma życia.

Biegnąc, instynktownie zaczynasz oddychać inaczej, kiedy odpoczywasz, twój oddech się spowalnia, kiedy się złościsz, zaczynasz pompować powietrze. A tymczasem w takiej chwili byłby ci potrzebny zupełnie inny rytm, dzięki któremu mógłbyś osiągnąć jaśniejszy osąd bulwersującej sytuacji. Gdy czujesz, że zaczynasz tracić kontrolę, naprawdę pomóc ci może tylko świadomość jak oddychasz, a nawet nawiązanie kontaktu ze swoim oddechem. Już dzięki temu, że o tym pomyślisz i przez kilka chwil postarasz się go uspokoić, zyskasz okazję i czas na to, by zmniejszyć ciśnienie, w każdym znaczeniu tego słowa.

Bo kontrolowany oddech naprawdę obniża ciśnienie tętnicze a oprócz tego, że uspokaja stres, powstrzymuje cię od powiedzenia rzeczy, których potem mógłbyś żałować. Za to ten zyskany czas, doskonale pozwoli ci dobrać ton i słowa, pasujące do kłopotliwej sytuacji.  Dlaczego ta właśnie ilustracja tutaj? Spokój, cisza – parafrazując – benedyktyńska wręcz cierpliwość… – ew
Źródło: Pierre Haineault
fot. Psi Ząb
bazylika OO. Dominikanów w Krakowie

HOMO HOMINI, czyli wystawa w Wyszkowie

Wernisaż wystawy rzeźby i rysunku młodej wyszkowianki Moniki Adamczyk odbył się 22 stycznia w WOK „Hutnik” w Wyszkowie. Wystawa została zatytułowana „HOMO HOMINI Człowiek człowiekowi” i można ją oglądać do końca lutego.

Pani Monika mówi:

- „Wystawa „HOMO HOMINI” jest to cykl moich osobistych przemyśleń na temat ciała ludzkiego; procesów, jakim ono podlega, począwszy od narodzin, poprzez starość i śmierć. Wybrałam tu esencję. Prezentowane akty pochodzą z I i II roku studiów. Zaprezentowane rysunki są na pograniczu malarstwa i rysunku klasycznego. Używam podkładów, kolorów, łączenia tuszu, sepii, węgla.”

Zobacz więcej: www.owyszkowie.blox.pl

fot. Wiesław Czapski

Quebec – prowincja kanadyjska wszystkich świętych, czyli łyk przejrzystego powietrza

MonsieurLaPadite

Quebec, wraz z Ontario jest jedną z dwóch prowincji, które są zaczątkiem federacji kanadyjskiej. Dwie odrębne kultury, dwa odrębne języki angielski i francuski, dwie odrębne religie protestantyzm i katolicyzm oraz animozje historyczne przeniesione ze starego kontynentu Anglików i Francuzów. Quebec ma swoją historię nierozłącznie związaną z religią katolicką. Do lat 70-tych ubiegłego wieku wiele instytucji, jak szpitale, sierocińce, szkoły, były pod zwierzchnictwem kościoła katolickiego. Od roku 1970 wprowadzono całkowitą laicyzację tej prowincji lecz nazwy ulic, parków, gór i miejscowości zostały nietknięte. Dlatego dzisiaj wiele małych osad posiada takie nazwy jak: Saint-Tite, Saint-Zotique, Sainte-Eulalie (Święta-Eulalia), Sainte-Justine, Sainte-Anne i tak dalej aż do kompletnego wyczerpania całej listy świętych. Dlatego ja tę prowincję nazywam prowincją wszystkich świętych.

W Montrealu istnieje ogromna ilość parków, gdzie zimą można spotkać całą masę wiewiórek, pomimo tego montrealczycy bardzo chętnie opuszczają to miasto chociaż na kilka chwil w czasie weekendu, aby poobcować z naturą, z dala od miejskiego smrodu, zgiełku i brudu.

Pierwszym napotkanym zwiastunem, bardzo powoli zbliżającej się wiosny, jest właśnie ta niemiłosiernie wygłodzona wiewiórka, której głód pokonał strach i kazał jej podejść do fotoreportera z nadzieją, że dostanie coś do jedzenia. Niestety nie byłem przygotowany na tak niezręczną sytuację. Następnym razem, zabiorę ze sobą worek orzeszków ziemnych.

W Parku Narodowym Saint-Bruno, jest kilka posiadłości znaczących lub debilnie bogatych ludzi. Między nimi Guy Laliberté, twórca Cirque du Soleil, człowiek, którego fortunę ocenia się na miliardy dolarów.
Idąc dalej wypielęgnowaną dróżką, mijamy stary młyn wodny; dzisiaj zamieniony na muzeum przyrody.

Mijamy zamarznięty o tej porze roku Żurawinowy Strumyk i ten pejzaż, taki typowy dla kanadyjskiej zimy – późna zima lub bardzo wczesna wiosna – czas kiedy klony budzą się do życia…

A klony te, tą bardzo wczesną wiosną, puszczają tak szybko soki, które są tak bardzo bardzo bogate w cukier, że Kanadyjczykom pozostaje tylko wyrabiać z nich syrop klonowy o konsystencji miodu – naleśniki zatopione w tym syropie są tutaj prawdziwym rarytasem. Wreszcie dotarliśmy do posiadłości właściciela Cirque du Soleil, brama była otwarta, lecz nie pytałem się przez domofon zamontowany w obumierającym drzewie, czy Guy ma świeżo zaparzoną kawę. Po kilku minutach spaceru, ciągle w pobliżu posiadłości tego oligarchy, następna brama tym razem otwarta, lecz doszedłem do wniosku, że to była tylko służba w służbowych BMW, która przyjechała, aby posprzątać i doglądnąć posesję. Później minęliśmy amatorów zimowych sportów, których było bardzo wielu… A poprzez murowany mostek, wobec zamarzniętego Książęcego Jeziora, bardzo szybkim truchtem udaliśmy się na parking. Dotlenieni i wygłodniali spojrzeliśmy sobie w oczy z rozpaczą w oczach – co jemy? Oczywiście pierogi!!!
fot. MonsieurLaPadite Canada

Ekologia po chińsku

W XXI wieku, nikt chyba o zdrowych zmysłach nie neguje potrzeby ochrony przyrody. Jesteśmy jej integralną częścią i tak jak staramy się dbać o naszą kondycje psycho-fizyczną, naturalną potrzebą jest zadbanie również i o nasze otoczenie. Rządy, organizacje, a także (a może przede wszystkim?) obrotni przedsiębiorcy dokonują tego w przeróżny sposób, od zmuszania nas do zakupu niby ekologicznych żarników po bardziej sensowne i pomocne otoczeniu rozwiązania np. elektryczne samochody, które już w niedalekiej przyszłości będą jeździć po Izraelu – O żarówkach. Odrębnym, ale bardzo istotnym elementem jest również zachowanie pewnej staranności przy ochronie tzw pomników przyrody, parków narodowych, obszarów o szczególnych walorach krajobrazowo – przyrodniczych, które z jednej strony MUSZĄ BYĆ CHRONIONE – to nie podlega żadnej dyskusji – ale z drugiej strony MUSZĄ BYĆ UDOSTĘPNIANE! Jak to pogodzić?

Różne były i są nadal koncepcje ochrony polskich Tatr przed inwazją turystów i infrastrukturą techniczną. Pisałem już wcześniej w jaki sposób można by było jednocześnie udostępniać, a z drugiej strony chronić.

W czasie pobytu w Chinach, przekonałem się, że nie odkryłem Ameryki, taki model z powodzeniem stosowany jest np. w słynnych Żółtych Górach „Huang Shan” w południowo-wschodniej części państwa. Huang Shan – od 1990 roku wpisane na listę UNESCO – od wieków swym tajemniczym pięknem były natchnieniem dla cesarzy, poetów, malarzy jak i również zwykłych ludzi. Dlatego dzisiaj Żółte Góry, są turystyczną Mekką, nie ustępującą w niczym rodzimemu Kasprowemu czy Morskiemu Oku. W sezonie tysiące ludzi w tłumie, jazgocie i upale podziwia naturę, mimo to góry trwają i żadna krzywda przyrodzie się nie dzieje. Ale od początku.


Niestety wstęp do Narodowego Parku jak i sama kolejka nie jest tani. Przyjemność zwiedzania została wyceniona przez dyrekcję na (sic!) 230 yuanów w sezonie i poza sezonem na 150 czyli odpowiednio wg obecnego kursu na 100/65 złotych. Wyjazd kolejką to z kolei wydatek rzędu 35 zł w jedną stronę. Oczywiście, nikt wyjeżdżać kolejką nie każe, można kilka kilometrów stromymi schodami wykutymi w skale wdrapać się na szczyt, pokonując tym samym, dość znaczną różnicę wzniesień. Co od razu rzuca się w oczy: wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane i przygotowane na przyjęcie tak olbrzymiej ilości górskich entuzjastów. Co kawałek ustawione są kosze na śmieci, od czasu do czasu pojawiają się też wkomponowane w teren eleganckie i czyste toalety. Co kilkaset metrów turysta ma też możliwość odpocząć i posilić się w przydrożnych bufetach zaopatrzonych w podstawowe produkty – rzecz jasna im wyżej, tym produkty droższe, bo wszystko wynoszą tam tragarze. Nawet jeśli się człowiek zmęczy, to także tragedii nie ma. Tragarze chętnie opadłego z sił delikwenta wyniosą lub zniosą lektyką. Przyjemność ta nie jest co prawda tania, ale czy w Żółtych Górach to może dziwić? Z drugiej strony te 100 czy 200 zł (w zależności od odległości) przy cenie wstępu to chyba i tak niewiele? Po drodze zachwyca też niezwykła dbałość o detale: barierki, ukryte rury, przewody… Nie chcę się silić nawet na porównanie z TPN – bo tutaj po prostu nie ma co porównywać! Gołym okiem widać, że przyroda Gór Żółtych jest należycie chroniona, konkretnymi rozwiązaniami, a nie pustosłowiem!

Oczywiście, nie ma dymu bez ognia, dostrzegam też i tego minusy. Korzystając z kolejek wszystko można z powodzeniem zwiedzić w ciągu jednego dnia. Chcąc jednak dłużej nacieszyć się widokami, należy zatrzymać się na górze w jednym z kilku hoteli, ale ponieważ nie są one tanie, istnieje też możliwość rozbicia obok nich namiotu. Fakt hotele trochę jednak szpecą krajobraz, niemniej na pewno w niczym przyrodzie nie szkodzą. Kanalizacja sprytnie zamaskowana (vide fotki) i wszelkie turystyczne nieczystości odprowadzane są poza park. Nie ma też problemu ze śmieciami, choć jak wiadomo Chińczycy czystością nie grzeszą. Jak widać i na to dyrekcja parku znalazła remedium – zatrudniła po prostu ekipę sprzątającą, która wszystkie szlaki immanentnie monitoruje i oczyszcza, że nawet małego papierka na swej ścieżce nie uświadczysz. Cały teren jest poza tym pod kontrolą przez strażników i służby ratunkowe. Czy tak jest w polskich górach?

A teraz podsumujmy: 1-wpływy do budżetu z biletów z całą pewnością olbrzymie, 2-turyści wszystko mają podstawione niemalże pod nos, 3-miejscowi mają zatrudnienie, 4-ponieważ szlaki są ściśle wytyczone i nie ma możliwości z nich schodzenia, zwierzyna i roślinność mają zatem święty spokój. Moim zdaniem tak powinno być w każdym nazbyt popularnym rezerwacie! Oczywiście, nie ma dymu bez ognia, dostrzegam też i tego minusy.

Otóż, w tak zorganizowanym parku nie ma bowiem szans na beztroskie wałęsanie się po skałkach, lesie, na prawdziwy odpoczynek, romantyzm, samotność… Wszystko tam zostało zaaranżowane jak w muzeum, gdzie chodzisz i niczego dotknąć, i człowiek musi poruszać się wyznaczoną trasą, a poza tym ten niemiłosierny ścisk, jak swego czasu w Krakowie podczas wystawy prac Chagall’a. Niemniej, moim zdaniem nie ma innej możliwości, aby motłoch nie zadeptał przyrody o szczególnych walorach! No bo jaka może być inna? Podnieść jeszcze drastyczniej i tak wysokie opłaty za wejście czy limitować ilość turystów nad czym cały czas zastanawia się nasz TPN? Owszem, można by było w ten sposób, ale… gdzie wtedy by znalazła się idea udostępniania narodowi jego dziedzictwa przyrodniczego? Park Narodowy byłby w takim układzie wyłącznie dla osób zamożnych lub/i mających szczęście we wciśnięciu się w wyznaczony odgórnie limit… Niestety, tam gdzie istnieją miejsca wyjątkowo tłumnie odwiedzane, moim zdaniem nie ma innej możliwości, jak turystyką w takim miejscu właściwie pokierować, tak aby zapanować nad „dzikim” tłumem.

W polskich Tatrach od lat aż się prosi aby tak właśnie zrobić. Zmodernizować Kasprowy Wierch (wyciągi, infrastruktura narciarsko-gastronomiczna), pociągnąć elektryczną kolejkę do polskiej Mekki: Morskiego Oka, pozostawić ponadto do zwiedzania parę popularnych miejsc np. Giewont oraz kilka dolinek, a resztę całkowicie wyłączyć z udostępniania. Amen

WOJCIECH ŚLIWIŃSKI

Zakopane, dnia 27 stycznia 2010
www.sliwinski.ws

Pale Male i Lola, czyli myszołowy na Manhattanie

Nie wiadomo dokładnie od ilu lat myszołowy żyją na Manhattanie. Obecność drapieżnych ptaków tej wielkości w tym miejscu, nie była jednak dla ornitologów zaskoczeniem. Szczury i gołębie stanowią główne pożywienie myszołowów a w Nowym Jorku jednych i drugich jest pod dostatkiem. Myszołowy gnieżdżą się zwykle na wysokich drzewach lub w miejscach zupełnie niedostępnych dla ich potencjalnych wrogów, toteż wystające gzymsy wieżowców na Manhattanie, szczególnie przypadły im do gustu.

Para myszołowów gnieżdżąca się przy 5 Av. nr.927, przez długi czas była publiczną tajemnicą nowojorskich miłośników ptaków. Gniazdo do którego ta sama para myszołowów wracała co rok, można było obserwować przez lunetę z Central Parku. Do końca 2004 roku, szczęśliwie wychowało się w nim 7 piskląt. Myszołowy te – zwane myszołowami rdzawosternymi lub włochatymi (Buteo jamaicensis) – dostały od ludzi swoje własne imiona. Samca nazwano Pale Male – ze względu na bardzo jasną karnację upierzenia a samicę po prostu Lola. Jednak nie wszystkim widok tej ptasiej pary sprawiał przyjemność. Budynki przy 5 Av. należą do najdroższych miejsc na świecie i prezydent związku lokatorów – Richard Cohen – wytoczył ptakom świętą wojnę, utrzymując że gniazdo szpeci budynek a ich odchody brudzą elewację. Ponieważ nie ma ścisłych regulacji prawnych dotyczących gniazdowania myszołowów na Manhattanie, w 2005 Cohenowi udało się uzyskać pozwolenie na zlikwidowanie gniazda. Nie przewidział on jednak, jak potężnych wrogów ten czyn obróci przeciwko niemu i szybko pożałował tego co zrobił. Już dwa tygodnie później, w miejscu z którego zrzucono poprzednie gniazdo, zainstalowano specjalną konstrukcję, na której ptaki mogły je odbudować.

Pale Male i Lola ochoczo zabrali się do pracy, ale ze złożnych jajek nie wykluło się w 2005 r. żadne z pisklaków. Gniazdo było zbyt cienkie i samica nie mogła utrzymać właściwej temperatury potrzebnej do wylęgu piskląt. Mimo że od tego czasu myszołowy w sposób znaczący rozbudowały swe gniazdo, rok poźniej znów z jajek nic się nie wylęgło co ogromnie roczarowało nowojorskich miłośników ptaków. Ptaki jednak nie rezygnowały próbując naprawić to co zepsuł człowiek. O ile wykazują one olbrzymi hart ducha i mimo przeszkód i niemalże utraty gniazda wciąż są razem i cierpliwie oczekują piskląt o tyle los człowieka, który wytoczył im wojnę jest zgoła odwrotny. Richard Cohen, który prywatnie był mężem znanej dziennikarki CNN Pauli Zahn po burzliwej sprawie rozwodowej sam stracił swoje rodzinne gniazdo przy 5 Av.
Myszołowy na Manhattanie są oczkiem w głowie miłośnikow ptaków tego miasta i ich życie jest dokładnie fotografowane każdego dnia. Wydawane są albumy i kalendarze ze scenami z życia Pale Male i Loli, która jest drugą towarzyszką życia tego myszołowa. Pierwsza – zwana Pierwszą Miłością – zdechła po zjedzeniu zatrutego trucizną na szczury gołębia. Pale Male miał z tego związku troje pisklaków, z czego jedno z nich nazwano – ze względu na podobieństwo do ojca – Pale Male Junior. Junior w czasie swego pierwszego lotu, porwany podmuchem wiatru uderzył w drzewo. Oczywiście natychmiast zajęli się nim ludzie obserwujący gniazdo i młody myszołów poleciał w swój pierwszy, szczęśliwy lot, już tydzień później. Podtrzymując tradycję rodzinną Pale Male Junior – również osiedlił się na Manhattanie na budynku Trump Parc przy Central Park South. Gniazdo Pale Male i Loli można obserwować z Central Parku, z brzegów stawu na którym urządzane są regaty modeli jachtów.  Powyższe zdjęcie myszołowa rdzawosternego, zrobiłem na Sandy Hook, z którego widać Manhattan – Chris Miekina
www.nowaatlantyda.com

Odwiedziny

Była wiosna roku chyba 1939 gdy odwiedził nas p. Wolfram, wytworny starszy mężczyzna z elegancką walizeczką, w której miał próbki towarów galanteryjnych i inne rzeczy. Moja matka prowadziła  bowiem sklep galanteryjny, wtedy zwany składem, w Załężu, dzielnicy Katowic. Nie były to zresztą jego pierwsze odwiedziny. Co najmniej raz do roku można się go było spodziewać. Mama zapraszała go do pokoju, gdzie rozkładał on swoje skarby i zachwalał ich zalety. W tym czasie miałem zwyczaj wślizgiwania się niepostrzeżenie do pokoju, ukrywania się gdzieś pod stołem i podsłuchiwania rozmowy starszych. Gdy jednak zostawałem wykryty przechodzili na język niemiecki, tak bym nie mógł ich zrozumieć. Wprawdzie z niemieckim językiem spotykałem się na co dzień, gdyż niektórzy klienci naszego sklepu mówili po niemiecku, np.” ham zi di strumpfe?”, albo „gejben zi mir di fuszekle?” Ale tego co mówiła mama z p. Wolframem nie rozumiałem, zwłaszcza, że sposób  wymowy tego ostatniego był dość śmieszny mówił np. iś, diś, miś. To ostatnie słowo kojarzyło mi się z niedźwiadkami. Na zakończenie wizyty zawsze zostawiał jakiś prezent, przeważnie butelkę likieru lub wina.

Katowice ul. Zamkowa 100 lat temu
W styczniu 1940 złożyliśmy mu rewizytę w Krakowie, gdzie mieszkał razem ze swoja rodziną. Wracając z Tarnopola, dokąd rzuciły nas losy wojenne, poprzez Przemyśl, w którym spędziliśmy kilka miesięcy w oczekiwaniu na przepustkę do strefy okupacyjnej niemieckiej, dotarliśmy do Krakowa. Nie mając innych znajomych zostaliśmy przyjęci przez państwo Wolframów, którzy dysponowali obszernym mieszkaniem i tam rozgościliśmy się na okres dwóch miesięcy. Był to najtrudniejszy okres naszej tułaczki wojennej. Nie będąc zameldowanymi w Krakowie nie mieliśmy kartek żywnościowych. Na pomoc naszych gospodarzy nie mogliśmy liczyć, bo jako Żydzi mieli sami mniejsze racje żywnościowe niż Polacy. Wtedy dopiero pojęliśmy co to jest głód. Sytuacja poprawiła się, gdy znaleźliśmy własne mieszkanie i otrzymaliśmy kartki RGO na zupę i kromkę chleba.

W roku 1942 mieszkaliśmy przy ulicy Skawińskiej, która prowadzi od ulicy Krakowskiej do Wisły i kończyła się wówczas czworobokiem z dziedzińcem, zwanym Krajewskim i wsławionym przed wojną tym, że  mieszkał tam znany bandyta Maruszeczko, który ujęty został w moim rodzinnym Załężu , dzielnicy Katowic. W tymże roku wprowadziła się do naszego mieszkania rodzina pewnego zegarmistrza z żoną i dzieckiem, oseskiem jeszcze. Sprawa nie byłaby warta wspomnienia gdyby nie to, że pewnego dnia  żona zegarmistrza zwróciła się do mnie z prośbą, bym poszedł do getta i zaniósł jej bratu obiad. Nie powiem żebym był bohaterem, ale odmówić też nie mogłem. Czułem do niej pewną nic sympatii. czasem, gdy byłem w pobliżu wyciągała swoją pierś i zaczynała karmić synka czarnego jak król Dawid, lecz nie obrzezanego, bo ona przyjęła katolicyzm. I jak tu katoliczce nie pomóc i to jeszcze z taką obnażona piersią.. Oczywiście zgodziłem się. Do getta trzeba było przejść przez most Piłsudskiego i na rynek podgórski, gdzie  była brama, mój cel.

Gdy wszedłem na wartownię policjant żydowski w mundurze i z żółtym otokiem na czapce zapytał: czego? Powiedziałem, ze przyszedłem do Mońka. Na to policjant krzyknął: „Moniek chodź tu”! Za chwilę Moniek przybiegłszy zdyszany, zapytał tylko co tam masz i zaczął pochłaniać w przerażającym tempie najpierw zupę, potem drugie danie. Widać było, że dawno jadł; znałem to uczucie i rozumiałem go. Przychodziłem jeszcze kilka razy do niego, a gdy byłem ostatni raz, nie wiedziałem zresztą, że to jest ostatni podarował mi krawat czerwony w białe ciapki, krawatkę jak się wyraził. Miałem go długo, aż do lat sześćdziesiątych,  do przeprowadzki podczas której moja żona wyrzuciła go, co czyniła zawsze z wielką lubością, włączając w to książki, ubrania i buty. Po kilku miesiącach getto zostało zlikwidowane, a rodzina zegarmistrza przeniosła się na wieś. Zaczął się nowy etap w naszym życiu.

Pewnego dnia do domu nie wrócił jeden z lokatorów naszego mieszkania. Sprawa była podejrzana. Mogło wchodzić pod uwagę aresztowanie, zresztą każdy był wtedy podejrzany. I faktycznie na drugi dzień odwiedziło nas dwóch policjantów niemieckich, po cywilu z policji celnej. po krótkim przesłuchaniu przeprowadzili rewizje, podczas której znaleźli w szafie pół torebki tytoniu, w sam raz  tyle, aby pójść na rok do obozu koncentracyjnego. Wizyta zakończyła się wymianą zdań między policjantami, z której zapamiętałem:
- Was machen wir jetzt? – powiedział ten niższy rangą.
- Sie hat drei kindern. Lassen wir das – Odpowiedział ten drugi.
I tak skończyła się ta groźna wizyta.
Ale nie dla naszego lokatora, który jak na razie miał zapewnione mieszkanie w areszcie śledczym przy ul. Wielickiej, a przede mną otwarła nowa perspektywa odwiedzin i noszenia obiadów tamże. Tym razem wchodząc do budynku więziennego wyciągałem na powitanie rękę, w której miałem ukryte pięćdziesiąt złotych, a strażnik skwapliwie ją podejmował i wrzeszczał: „złodziej taki a taki” ma zejść na dół. Wtedy pojawiał się nasz lokator i spożywał przyniesiony obiad. Jednakże po procesie, na którym nasz lokator otrzymał najniższy możliwy wyrok, mianowicie jeden rok obozu koncentracyjnego, zmieniło się miejsce noszenia obiadów a strażnikami byli tam esesmani z potwornym psami.

Pierwsze moje spotkanie z nimi mogło się skończyć dla mnie tragikomicznie. Podchodząc do obozu, widziałem z daleka druty kolczaste i postać rosłego esesmana z psem. Skierowałem się więc w jego stronę, przygotowując sobie pięćdziesiąt złotych w ręce. Gdy podszedłem bliżej na odległość wyciągniętej ręki, zastosowałem wyuczony manewr i z ufnością podałem rękę. Wtedy nastąpiła rzecz nieprzewidziana, ten esesmański pies skoczył w kierunku mojej ręki i tylko mój szybki refleks i przytrzymanie psa przez strażnika uratowało mi palce u rąk. Jak się później okazało strażnikiem był Słoweniec z Lublany, który rozumiał i mówił trochę po polsku. Później przynosił też wiadomości z obozu i zanosił paczki, oczywiście za odpowiednią opłatą; tak wyglądała moja pierwsza wizyta w obozie koncentracyjnym.

Na zakończenie chciałbym dodać, że mieliśmy jeszcze jedną wizytę, może najgroźniejszą. Jakieś dwa tygodnie po tzw. wyzwoleniu przez armię sowiecką, ktoś zapukał pod wieczór do naszych drzwi. Krzyknąłem: „proszę” ale nikt otwierał, więc podszedłem i otworzyłem sam i zamarłem z wrażenia. Przede mną stał nieznajomy  człowiek z omotaną szalem  twarzą i zapytał mnie czy jest mama. Zawołałem mamę, która dalej sama z nim rozmawiała.

Okazało się, że był to ten Słoweniec, który chciał uzyskać jakąś pomoc od nas. Na szczęście mama umiała mu sugestywnie wytłumaczyć, iż o żadnej pomocy nie ma mowy, gdyż sami nie mamy żywności, a przy okazji wskazała mu na niebezpieczeństwo, jakie mu grozi, gdyby chciał tu pozostać. Nam zresztą też groziło, gdyż na pewno był uzbrojony i bez skrupułów. Ile razy przypomnę sobie te odwiedziny, przechodzi mnie dreszcz.
www.kazir.blog.onet.pl

Wirtualna rzeczywistość


fot. Monia Alpy