Monthly Archives: Luty 2010

Zakopane, czyli dziennik z podróży

Silnie namawiana przez  rozkochanego w Tatrach Tomka, niskopienna góralka trzymająca się kurczowo swych pni jak upośledzony sznurówki, dała się w końcu namówić i w 2006 roku wylądowała w Zakopanem. Trzy pociągi, dwie przesiadki, i nagle gdzieś w okolicach Białego Dunajca, a na pewno przed Poroninem i Nowym Targiem,  niesamowity widok! Oto na horyzoncie, do którego powoli zmierzał pociąg,  majestatycznie wynurzył się koniec drogi, Polski, mapy. Nie wiem dlaczego, ale skojarzenie „koniec mapy” przemawia do mnie najbardziej. Ściana stworzona jakby z obłoków odbijających słoneczny blask, wysoka do samego nieba, ostro zarysowana na kształt znajomej koronki Tatr - zobaczyć to i umrzeć!

Spostrzeżenie pierwsze to Giewont cały w bieli, leżący tu od wieków niemy rycerz, widoczny  prawie z każdej części Zakopanego. Śpię na Pardałówce, od której na Antałówkę tylko żabi skok,  gdzie nie tylko sterty noworocznych petard i korków z szampana, ale i sieczący mocno deszcz. Pogoda udowadnia wielokrotnie, że w górach potrafi się zmieniać diametralnie jak w kalejdoskopie, po kilka razy na dobę – nagle i nieoczekiwanie. To był kwiecień, a nie tylko w wysokich partiach zalegał śnieg, w dolinach również nadal leżały jego wielkie połacie, a zimno idące z gór dla takich zmarzluchów jak ja, to prawdziwa szkoła przetrwania. Cebulka wtedy nie działa, ani kilogramy pierza w kurtce, swoje trzeba wytrząść, bo nie ogrzewają nawet takie widoki, ani tym bardziej „sakramencko mocne spod samiutkich Tater”:

Idąc Krupówkami przyszła myśl, że oto Stanisław Witkiewicz, onegdaj zachwycający się sprawnością, zręcznością w posługiwaniu siekierkami góralskich cieśli, które w rezultacie zainspirowały go do stworzenia stylu zakopiańskiego, przewraca się teraz w grobie. Główna zakopiańska ulica zawsze była niejednorodna stylistycznie, bowiem ten tygiel artystyczno – góralsko – sportowy musiał dawać i daje, swe odbicie również w architekturze. Małe chałupki będące pozostałością wsi, a obok kamienice secesyjne, modernistyczne, to mieszanka trudna do strawienia dla purystów urbanistyki za to malownicza dla obrońców, wielbicieli i smakoszy tego zakątka. Ale dziś ten specyficzny wizerunek ulicy jest zagrożony, bowiem bakcyl regionalizmu rozprzestrzenia się na siłę po całym mieście. Na „chama” są przenoszone wiejskie chałupy do miasta, secesyjne kamienice obijane belami drewna i kryte daszkami z desek, które mają imitować góralską karczmę. Same Krupówki to świątynia pieniądza, wybieg dla rewii mody od tych co to są dopiero po nartach, do tych co w szpilach i płaszczach skórzanych, wyskoczyli tylko na balety swoim nowym BMW. Sklepy z logami najlepszych firm, cenami przyprawiającymi o zawrót głowy ukrywają się pod płaszczykiem regionalizmu, zbitego naprędce z kilku desek, a obok tandetne budki ze skarpetami, gazetami, oscypkami, kolorowe jarmarki, blaszane zegarki. Nawet pies zbierający na kiełbasę jest już jedną z głównych atrakcji Krupówek A przecież są one jak jedna z ulic wychodzących z Rynku Głównego w Krakowie, gdzie zapach historii, kostka brukowa,  stylowe latarenki, plastycy, rzeźbiarze, mimowie, anonimowy tłum i atmosfera, którą tworzą ludzie zwiedzający, niespieszący się, obwieszeni aparatami, kamerami i mający czas tylko dla siebie:

Stanisław Witkiewicz marzył, aby Zakopane świeciło przykładem na całą Polskę, aby styl zakopiański stał się stylem narodowym. Dziś patrzyłby z przerażeniem jak powstają cudeńka, które nie tylko nie mają nic wspólnego ze stylową architekturą podhalańską, ale w ogóle z żadną. Dyskusyjne jest wstawianie w nowoczesny organizm miasta zabudowy i stylu życia z natury wiejskiej. A obok niej nowobogackie Pszonki dające jazdę nowobogackim mieszczuchom za całe 50 zł. To stymulator emocji, zakopiański Disney’land za parę groszy, a w zamian jak masz „szczęście”, w pakiecie ubicie konia na śmierć.  I tylko nad tym wszystkim skamieniały, wciąż taki sam, mający to co ludzie robią z tym miastem – głęboko gdzieś – Giewont:

Zostawiając go w spokoju, i idąc w dół Krupówkami, można dojść do rozległego targowiska tzw. Targowicy. Wszystko tu można kupić, od masowej tandety, do ręcznie haftowanych obrusów, kurek w zalewie, miodu, kożuchów i małych piesków. Spragnieni mogą spić też cud wynalazek – piwo a’la Ludwik (dla młodszych Czytelników Ludwik to zielony, miętowy płyn do naczyń). Piwo ma nie tylko ten sam kolor, ale nawet i smak – miętową nutę. A sama Gubałówka  mieszcząca się tuż nad targowiskiem, to prawdziwy raj dla mieszczuchów sprzed plazmowych telewizorów, bowiem z centrum miasta i suchą stopą zawozi na górę nowoczesna kolejka. I to daje możliwość, już w kilka minut, wspiąć się na wyżyny, gdzie masyw Tatr na wysokości oczu, oraz możliwość spotkania, również rozkochanego  w Tatrach, ducha Ojca Świętego. Ulubione miejsce zadumy i chwili skupienia, kontemplacji nad nicością życia. Na wprost Rysy, w dole Zakopane, a na stoku Gubałówki nad Budrysówką stary cmentarz, gdzie  między innymi miejsce spoczynku   wspomnianego i u nas Hasiora, ale i Kornela Makuszyńskiego, i wreszcie wielkiego piewcy Zakopanego – Stanisława Witkiewicza. To właśnie tu, na tym Pęksowym Brzyzku stoi nadal stary zabytkowy kościółek, ulubione miejsce zakochanych par. To tu zauroczeni krajobrazem chłopcy oświadczają się swym dziewczynom, a te, cierpiące na niedotlenienie mózgu z racji rozrzedzonego powietrza normalnego  przecież na tej wysokości,  mówią TAK:

Onegdaj zafascynowana dywagacjami na temat spontanicznego, czystego uśmiechu kobiety zacytowałam wypowiedź, że tego rodzaju serdeczne powitanie, można już tylko szukać na górskich szlakach. Będąc w Zakopanem i mając widok z okna nie tylko na wszechobecny Giewont, ale i Nosal i patrząc na ten popularny wśród narciarzy stok, nie sposób było nie pomyśleć o chamstwie, które niestety wdziera się na bezpieczne dotychczas pod tym względem,  turystyczne szlaki. Wolne od przestępstw, goszczące ciepłych, serdecznych, żądnych czystych, duchowych i fizycznych, wrażeń, na ogół służących sobie pomocą ludzi… Na ogół, bowiem akurat tu na Nosalu, została brutalnie pobita i okradziona turystka z Lublina.

Oczy wysłane w nieznane dotychczas tereny, przekazują  również widok jeszcze nieśmiało otwierających się, ale wychodzących już licznie spod połaci zalegającego wszem śniegu, zamkniętych fioletem kielichów. Dzikie krokusy wszechobecne na każdym nieużytku, każdym  nawet niezagospodarowanym zielonym terenie. A Dolina Kościeliska, dolina zakochanych? Być tam właśnie wiosną i patrzeć na te połoniny skute w fiolecie milionów krokusów, tak podobnych z dali do jesiennych wrzosów. Marzenie.

Jeszcze z Pardałówki mijając podnóże Nosala, przejść można przez rondo z odnogą Przewodników Tatrzańskich, i później skręciwszy w Bronisława Czecha minąć Ośrodek Sportowy w Zakopanem, by znaleźć się wprost pod skoczniami. Mała Krokwia i Wielka Krokwia – umiejscowione obok siebie - pusto, mokro, brzydko. Jednak to tłum, światła i kamery, oczekiwanie na rywalizację, głośny doping robią tą niepowtarzalną scenerię i godną oprawę wielkich międzynarodowych zawodów. To tu nasz Adam stawał na najwyższym pudle, to tu nasz prezydent bił mocne brawa, a teraz? Autobusy z turystami w złotych okularach, mocno tlenione blondynki, wysocy, szczupli panowie głośno szprechając kamerują i cykają cyfrówkami. To tabuny niemieckich turystów zjeżdża tłumnie, by nacieszyć oczy i powspominać czasy niemieckiej passy w skokach narciarskich. I to dla nich również tu stoją stragany z wełnianymi skarpetami, oscypkami i drewnianymi rzeźbionymi na tokarce góralami. Jeszcze raz okazuje się, że Zakopane to mocne logo w handlu, a wiadomo, że „lepsze deko handlu niż kilo roboty” i tu, jak nigdzie indziej,  potrafią to wykorzystać – ew
fot. ewolny Zakopane

Prehistoryczne graffiti

Często gdy na ścianie jakiegoś budynku pojawia się napis, rysunek, albo choćby coś co z niczym się nie kojarzy, staram się zrozumieć genezę tego zjawiska. Co też pchało człowieka, który pozostawił po sobie taki ślad. Czy to negatywne bodźce czy te pozytywne, dyktowane wrodzonym artyzmem, które zawsze dają się odczuć pierwotną wręcz chęcią zaznaczenia swojego istnienia. Wczuwając się w intencje rysującego,  przychodzi na myśl ekstaza, że oto ktoś, ba wielu ludzi przechodzących obok, zobaczą coś mojego, zauważą mnie.

To zjawisko nie dotyczy tylko naszych czasów. Nie dotyczy też odległej starożytności opisanej już na Ecodniu we wpisie Starożytne graffiti – dotyczy jeszcze dalszej przeszłości. Początków ludzkości. Oglądając udokumentowane na fotografiach prehistoryczne malowidła, docieramy do naszych własnych źródeł. Wkraczamy nie tylko w umysły naszych praprzodków, ale poznajemy też nasze własne instynkty. Pierwotne pasje, pobudzające wyobraźnie wydarzenia, które wpływały na losy rysujących. To podróż w głąb nas samych, bo czyż nie jesteśmy podobni do tamtych ludzi?

Rysunki tryskają wręcz życiem. Silnie oddziałują na oglądających dzięki swojej naturalności. Co ciekawe i widoczne doskonale, na fotografiach rysunki zwierząt są w porównaniu z wizerunkami ludzi, dziełami sztuki. Najczęściej powtarzającymi się motywami są sceny polowań. Malowidła w większości miały swoje podłoże w jaskiniach, a do rysowania służyły farby z pigmentów i gliny. Te proste farby nanoszono rękoma, albo też mchem. I – co tak bardzo kojarzy się z dzisiejszym graffiti – wykorzystywano też wydrążone kości do pryskania barwnikiem. Prezentowane zdjęcia ze strony: www.zwoje-scrolls.com


Zobacz więcej zdjęć w pokazie – > SLIDESHOW

Pióro do wynajęcia

(…) Podobno Dostojewski pisał dla pieniędzy, żeby zaspokoić żądzę gry w ruletkę przy zielonym stoliku w Sankt Petersburgu, a Faulkner i Fitzgerald oddawali swoje talenty na usługi różnym wielkim bogaczom (dziś oligarchom) – z reguły byłym szmaciarzom, którzy zapełniali „Ogród Allacha” sprowadzanymi na Zachodnie Wybrzeże literatami, żeby ci realizowali ich kasowe marzenia.
Bez względu na to, czy te historie są apokryficzne, czy też nie, wspomnienie wielu genialnych pisarzy, którzy zastawiali artystyczną uczciwość niczym w lombardzie, tłukło mi się po głowie już od kilku miesięcy. Aż wreszcie, kiedy siedziałem sobie w mieszkaniu i bujałem w obłokach – łaskocząc Muzę, żeby zmusić ją do podrzucenia tematu godnego wielkiej powieści, którą powinienem pewnego dnia napisać – nieoczekiwanie odezwał się telefon.
- Mealworm? – szczeknął z drugiej strony ktoś, kto bez najmniejszych wątpliwości trzymał w ustach cygaro.
- Owszem, Flanders Mealworm przy aparacie. Z kim mam przyjemność?
- Jestem E. Coli Biggs. Mówi ci coś to nazwisko?
- No… Właściwie to nie za bardzo…
- Mniejsza z tym. Jestem producentem filmowym i to nie byle jakim. Chryste panie, nie czytasz „Variety”? Mój najnowszy film jest teraz największym sukcesem kasowym w Gwinei Bissau.
- Prawdę mówiąc, lepiej orientuję się w świecie literatury – przyznałem.
- Tak, wiem. Czytałem twoje „Kroniki mielonkowe”. I właśnie dlatego chciałbym się z tobą spiknąć. Przyjdź dzisiaj o 15.30. Hotel Carlyle, apartament królewski. Zameldowałem się jako Ozymandias Hoon, żeby miejscowi kandydaci na artystów nie zarzucali mnie scenariuszami.
- Skąd ma pan mój numer? – zapytałem – Jest zastrzeżony.
- Znalazłem w internecie, gdzie figuruje obok zdjęć rentgenowskich z twojej kolonoskopii. Mniejsza z tym, pojaw się tylko o umówionej godz, koteczku, a wkrótce obaj będziemy mieli co włożyć do garnka.
Z tymi słowy mój rozmówca trzasnął słuchawką tak gwałtownie, że mało nie pękła mi trąbka Eustachiasza. (…)

Woody Allen

Moje Kilimandżaro cz. 2

„Za oknem skoro świt Kilimandżaro, wyrasta co dzień mi Kilimandżaro, do góry parę mil Kilimandżaro, najbardziej suchy szczyt Kilimandżaro…” Suchy i tak jak w innych wysokich górach strefy równikowej i okołorównikowej, nierzadko można zobaczyć na nim potężne masy śniegu przybierające dziwaczne kształty. Często przypominając postacie pielgrzymów w białych szatach, zwane są przez to „śniegiem pokutniczym”.

Zdawałoby się, że dzięki temu, iż klimatyczna granica śniegu na tanzańskiej górze Kilimandżaro przebiega w miarę wysoko, jest tu więcej miejsca na florę i faunę wysokogórską. Nic bardziej mylnego, bowiem ubogi w opady i mroźny klimat zamienił większą część partii położonych powyżej 4500 m n.p.m. w jałową wysokogórską pustynię. I tylko gdzieniegdzie można zobaczyć na zboczach niskie krzewy, kępy sztywnych traw poza nimi już tylko tarasy ze spływającej ziemi oraz malownicze wzory pomrozowe. Na Mawenzi nie ma ani śniegu, ani pól lodowych a roślinność jest i tak skrajnie uboga. Jedynie gdzieniegdzie można zauważyć niewielkie zbiorowiska porostów, niskich roślin głównie mchów, które osiedliły się pomiędzy skalnymi żwirowiskami. Powyżej granicy lasów, na wysokości 2700-3000 m n.p.m. różnica temperatur między dniem i nocą jest bardzo wysoka. Dlatego w ciągu dnia gleba jest wysuszana przez słońce i wiatr a nocą ścinana przez przygruntowe przymrozki.

Do tych naprzemiennych pogodowych kąpieli dochodzą jeszcze nierzadko pożary wywołane przez błyskawice lub spowodowane przez ludzi – wszystko to razem nie sprzyja wzrostowi flory. A ta o dziwo i tak się do tych surowych warunków przystosowała. Takim przystosowaniem do ognia i mrozu są dziwaczne kształty roślin wysokogórskich. Rozety liści ciasno otulają pączki, chroniąc je w ten sposób przed mrozem, pożarami i wysuszeniem przez słońce. Podobne zadanie mają obumarłe liście, które nie opadają, ale otaczają sobą łodygę oraz kutner, który niczym psa sierść grzeje swoimi gęstymi, białymi włoskami liście i łodygi. Na stokach Kilimandżaro oprócz drobnej zwierzyny takiej jak złotokrety i myszy spotkać można również znacznie większe z rodziny antylop. Poniżej granicy lasów częstymi gośćmi są także bawoły kafryjskie, natomiast w trudno dostępnych lasach górskich żyje nawet spore stado słoni, które tutaj znalazły bezpieczne schronienie przed kłusownikami.

U stóp masywu rozpościerają się sawanny zamieniane stopniowo przez miejscowego człowieka w tereny uprawne. Zagospodarowywanie sawann powoduje, że warunki do życia zwierząt pogarszają się na nich z roku na rok. Napór ludności jest widoczny także w strefie objętej ochroną, gdzie poważnym problemem są niekontrolowane pożary, wywoływane przez pasterzy, przenoszące się z sawanny na wyższe tereny górskie. Pożary lasów i traw powstają także licznie podczas zbierania miodu dzikich pszczół, w wyniku odymiania ich gniazd. Rozwój turystyki jest równocześnie powodem do smutku jak i radości. Z jednej strony masa turystów rokrocznie wspinających się na najwyższą górę Afryki, wyrządza znaczne szkody w tutejszym środowisku z drugiej zaś, dochody z tej turystyki od lat swobodnie wystarczają na pokrycie wszystkich kosztów ponoszonych przez park.  Jak widać, z tego typu problemami, by to jakoś pogodzić, borykają się wszyscy vide Ekologia po chińsku – ew
Źródło: Peter Göbel
fot. wikipedia
Zobacz również:
- Moje Kilimandżaro cz. 1

Moje Kilimandżaro cz. 1

Bo każdy ma swoje Kilimandżaro – najwyższy szczyt Afryki, najwyższa wolno stojąca góra świata, ośnieżony bielą symbol Czarnego Lądu, a tak naprawdę cel połączony z marzeniami. Nierealne pomysły, gdy tylko w nie mocno wierzymy z czasem nabierają realnych kształtów. Bo Kilimandżaro to nade wszystko świadomość, że warto mieć te marzenia i wytyczone przez siebie cele. Mocna wiara w to, że kosztem dużego wysiłku i wyrzeczeń można czasami zrealizować coś pozornie nierealnego budząc w sobie duszę wojownika. Warto chcieć, a wtedy i siły się znajdą, i sposoby, nowe metody lub gotowe rozwiązania oraz… zawsze można napotkać na swej drodze życzliwych ludzi chcących dopomóc wspiąć się.

„Jedyny w swoim rodzaju fenomen natury o niesłychanym pięknie” – taką ocenę dostała najwyższa góra Afryki w Konwencji o Ochronie Dziedzictwa Przyrody, bowiem niewiele pomników przyrody może dostarczać turyście tak mocnych wrażeń estetycznych jak Kilimandżaro. Symbol Czarnego Lądu imponuje swymi gabarytami: wysokością 5895 m nad powierzchnią Oceanu Indyjskiego, olbrzymią powierzchnią 3885 km, rzadko spotykaną różnicą wzniesień – od powierzchni leżącej na płaskowyżu sawanny do wierzchołka ta różnica wynosi prawie 4900 m oraz długością masywu, który wynosi aż 60 km. Kiedy latem 1848 roku Johann Ludwig Krapf wraz z Johannesem Rebmannem odkrył tą górę dla zachodniego świata, zachwycony jej majestatem w swych notatkach napisał „górowała ona nad swoimi sąsiadami, jak olbrzym nad małymi dziećmi”.

Ten olbrzym jest jedną z najwyższych wolno stojących gór na Ziemi. Nad płaskowyżem sawanny wznoszą się trzy jego szczyty: Kibo (5895 m), Mawenzi (5149 m) i Shira (3962 m), które są wygasłymi lub uśpionymi wulkanami. Wspólnie tworzą wulkaniczną górę zbudowaną z lawy oraz popiołów. Za najstarszy z tych wierzchołków uważa się Shirę, który był czynny prawdopodobnie ponad 500 000 tysięcy lat. Od tej pory, na skutek erozji szczyt znacznie się obniżył i jest dziś najniższy. Kolejnym pod względem wieku jest poorany szczelinami Mawenzi, który podobnie uległ znacznemu zwietrzeniu. Najmłodszym szczytem, jest zachowany w dobrym stanie Kibo, posiadający dwa kratery z jednym centralnym kotłem. Wybuchał on przez kilka epok lodowcowych, dlatego w jego skałach wulkanicznych można spotkać osady lodowcowe. W ostatnich dziesięcioleciach Kilimandżaro swą nieco większą aktywnością fumaroli, wg. niektórych naukowców, wskazuje na zbliżającą się erupcję.

Góry tego typu mają nierzadko swój własny klimat, który znacznie różni się od otaczającej je okolicy. Mniej więcej od wysokości 3000 m n.p.m. podczas bezchmurnych nocy na Kilimandżaro może występować mróz. W siodle znajdującym się na wysokości 4400 m pomiędzy szczytami Kibo i Mawenzi temperatura -10°C nie jest rzadkością, dlatego też nierzadko pada tu śnieg. I to właśnie ten śnieg sprezentował nie tylko Śniegi Kilimandżaro Hemingway’a, ale i nazwę góry – Biała Góra.  Jednak ten afrykański biały przepych najwyższej góry kontynentu jest dosyć skromny – niewielkie lodowce w dolinach Kibo wynoszą tylko 1 km². To zapewne i wpływ ocieplenia klimatu, bo kiedy w październiku 1889 roku niemiecki geograf Hans Meyer i tyrolski alpinista Ludwig Purtscheller po raz pierwszy zdobyli najwyższy szczyt Afryki i nadali mu nazwę Szczyt Cesarza Wilhelma, języki lodowe schodziły do wysokości 4000 m n.p.m. Od tej pory, podobnie jak w wielu innych wysokich górach, masy lodowe na stokach Kilimandżaro znacznie się skurczyły – ew
cdn…
Źródło: Peter Göbel
fot. wikipedia
Zobacz również:
- Moje Kilimandżaro cz. 2

Oddychać nosem

Zanim dasz ripostę swojemu nieznośnemu rozmówcy, zawsze głęboko odetchnij. Poczuj jak tlen rozchodzi się w twoich żyłach i czyni cię zdolniejszym do adekwatnej odpowiedzi.

Wciągnij go, zatrzymaj, wypuść. Powtórz tę czynność ze trzy razy a poczujesz się silniejszy, rozluźniony i spokojniejszy. Panując nad swoimi emocjami, będziesz gotowy – by z rozbrajającą cierpliwością – skonfrontować się z człowiekiem, którego masz na przeciwko. Dlaczego tak się dzieje?

Często zapominamy, mimo, iż to podstawowa czynność ludzkiego ciała, że kiedy nie ma oddechu, nie ma życia.

Biegnąc, instynktownie zaczynasz oddychać inaczej, kiedy odpoczywasz, twój oddech się spowalnia, kiedy się złościsz, zaczynasz pompować powietrze. A tymczasem w takiej chwili byłby ci potrzebny zupełnie inny rytm, dzięki któremu mógłbyś osiągnąć jaśniejszy osąd bulwersującej sytuacji. Gdy czujesz, że zaczynasz tracić kontrolę, naprawdę pomóc ci może tylko świadomość jak oddychasz, a nawet nawiązanie kontaktu ze swoim oddechem. Już dzięki temu, że o tym pomyślisz i przez kilka chwil postarasz się go uspokoić, zyskasz okazję i czas na to, by zmniejszyć ciśnienie, w każdym znaczeniu tego słowa.

Bo kontrolowany oddech naprawdę obniża ciśnienie tętnicze a oprócz tego, że uspokaja stres, powstrzymuje cię od powiedzenia rzeczy, których potem mógłbyś żałować. Za to ten zyskany czas, doskonale pozwoli ci dobrać ton i słowa, pasujące do kłopotliwej sytuacji.  Dlaczego ta właśnie ilustracja tutaj? Spokój, cisza – parafrazując – benedyktyńska wręcz cierpliwość… – ew
Źródło: Pierre Haineault
fot. Psi Ząb
bazylika OO. Dominikanów w Krakowie

HOMO HOMINI, czyli wystawa w Wyszkowie

Wernisaż wystawy rzeźby i rysunku młodej wyszkowianki Moniki Adamczyk odbył się 22 stycznia w WOK „Hutnik” w Wyszkowie. Wystawa została zatytułowana „HOMO HOMINI Człowiek człowiekowi” i można ją oglądać do końca lutego.

Pani Monika mówi:

- „Wystawa „HOMO HOMINI” jest to cykl moich osobistych przemyśleń na temat ciała ludzkiego; procesów, jakim ono podlega, począwszy od narodzin, poprzez starość i śmierć. Wybrałam tu esencję. Prezentowane akty pochodzą z I i II roku studiów. Zaprezentowane rysunki są na pograniczu malarstwa i rysunku klasycznego. Używam podkładów, kolorów, łączenia tuszu, sepii, węgla.”

Zobacz więcej: www.owyszkowie.blox.pl

fot. Wiesław Czapski

Ekologia po chińsku

W XXI wieku, nikt chyba o zdrowych zmysłach nie neguje potrzeby ochrony przyrody. Jesteśmy jej integralną częścią i tak jak staramy się dbać o naszą kondycje psycho-fizyczną, naturalną potrzebą jest zadbanie również i o nasze otoczenie. Rządy, organizacje, a także (a może przede wszystkim?) obrotni przedsiębiorcy dokonują tego w przeróżny sposób, od zmuszania nas do zakupu niby ekologicznych żarników po bardziej sensowne i pomocne otoczeniu rozwiązania np. elektryczne samochody, które już w niedalekiej przyszłości będą jeździć po Izraelu – O żarówkach. Odrębnym, ale bardzo istotnym elementem jest również zachowanie pewnej staranności przy ochronie tzw pomników przyrody, parków narodowych, obszarów o szczególnych walorach krajobrazowo – przyrodniczych, które z jednej strony MUSZĄ BYĆ CHRONIONE – to nie podlega żadnej dyskusji – ale z drugiej strony MUSZĄ BYĆ UDOSTĘPNIANE! Jak to pogodzić?

Różne były i są nadal koncepcje ochrony polskich Tatr przed inwazją turystów i infrastrukturą techniczną. Pisałem już wcześniej w jaki sposób można by było jednocześnie udostępniać, a z drugiej strony chronić.

W czasie pobytu w Chinach, przekonałem się, że nie odkryłem Ameryki, taki model z powodzeniem stosowany jest np. w słynnych Żółtych Górach „Huang Shan” w południowo-wschodniej części państwa. Huang Shan – od 1990 roku wpisane na listę UNESCO – od wieków swym tajemniczym pięknem były natchnieniem dla cesarzy, poetów, malarzy jak i również zwykłych ludzi. Dlatego dzisiaj Żółte Góry, są turystyczną Mekką, nie ustępującą w niczym rodzimemu Kasprowemu czy Morskiemu Oku. W sezonie tysiące ludzi w tłumie, jazgocie i upale podziwia naturę, mimo to góry trwają i żadna krzywda przyrodzie się nie dzieje. Ale od początku.


Niestety wstęp do Narodowego Parku jak i sama kolejka nie jest tani. Przyjemność zwiedzania została wyceniona przez dyrekcję na (sic!) 230 yuanów w sezonie i poza sezonem na 150 czyli odpowiednio wg obecnego kursu na 100/65 złotych. Wyjazd kolejką to z kolei wydatek rzędu 35 zł w jedną stronę. Oczywiście, nikt wyjeżdżać kolejką nie każe, można kilka kilometrów stromymi schodami wykutymi w skale wdrapać się na szczyt, pokonując tym samym, dość znaczną różnicę wzniesień. Co od razu rzuca się w oczy: wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane i przygotowane na przyjęcie tak olbrzymiej ilości górskich entuzjastów. Co kawałek ustawione są kosze na śmieci, od czasu do czasu pojawiają się też wkomponowane w teren eleganckie i czyste toalety. Co kilkaset metrów turysta ma też możliwość odpocząć i posilić się w przydrożnych bufetach zaopatrzonych w podstawowe produkty – rzecz jasna im wyżej, tym produkty droższe, bo wszystko wynoszą tam tragarze. Nawet jeśli się człowiek zmęczy, to także tragedii nie ma. Tragarze chętnie opadłego z sił delikwenta wyniosą lub zniosą lektyką. Przyjemność ta nie jest co prawda tania, ale czy w Żółtych Górach to może dziwić? Z drugiej strony te 100 czy 200 zł (w zależności od odległości) przy cenie wstępu to chyba i tak niewiele? Po drodze zachwyca też niezwykła dbałość o detale: barierki, ukryte rury, przewody… Nie chcę się silić nawet na porównanie z TPN – bo tutaj po prostu nie ma co porównywać! Gołym okiem widać, że przyroda Gór Żółtych jest należycie chroniona, konkretnymi rozwiązaniami, a nie pustosłowiem!

Oczywiście, nie ma dymu bez ognia, dostrzegam też i tego minusy. Korzystając z kolejek wszystko można z powodzeniem zwiedzić w ciągu jednego dnia. Chcąc jednak dłużej nacieszyć się widokami, należy zatrzymać się na górze w jednym z kilku hoteli, ale ponieważ nie są one tanie, istnieje też możliwość rozbicia obok nich namiotu. Fakt hotele trochę jednak szpecą krajobraz, niemniej na pewno w niczym przyrodzie nie szkodzą. Kanalizacja sprytnie zamaskowana (vide fotki) i wszelkie turystyczne nieczystości odprowadzane są poza park. Nie ma też problemu ze śmieciami, choć jak wiadomo Chińczycy czystością nie grzeszą. Jak widać i na to dyrekcja parku znalazła remedium – zatrudniła po prostu ekipę sprzątającą, która wszystkie szlaki immanentnie monitoruje i oczyszcza, że nawet małego papierka na swej ścieżce nie uświadczysz. Cały teren jest poza tym pod kontrolą przez strażników i służby ratunkowe. Czy tak jest w polskich górach?

A teraz podsumujmy: 1-wpływy do budżetu z biletów z całą pewnością olbrzymie, 2-turyści wszystko mają podstawione niemalże pod nos, 3-miejscowi mają zatrudnienie, 4-ponieważ szlaki są ściśle wytyczone i nie ma możliwości z nich schodzenia, zwierzyna i roślinność mają zatem święty spokój. Moim zdaniem tak powinno być w każdym nazbyt popularnym rezerwacie! Oczywiście, nie ma dymu bez ognia, dostrzegam też i tego minusy.

Otóż, w tak zorganizowanym parku nie ma bowiem szans na beztroskie wałęsanie się po skałkach, lesie, na prawdziwy odpoczynek, romantyzm, samotność… Wszystko tam zostało zaaranżowane jak w muzeum, gdzie chodzisz i niczego dotknąć, i człowiek musi poruszać się wyznaczoną trasą, a poza tym ten niemiłosierny ścisk, jak swego czasu w Krakowie podczas wystawy prac Chagall’a. Niemniej, moim zdaniem nie ma innej możliwości, aby motłoch nie zadeptał przyrody o szczególnych walorach! No bo jaka może być inna? Podnieść jeszcze drastyczniej i tak wysokie opłaty za wejście czy limitować ilość turystów nad czym cały czas zastanawia się nasz TPN? Owszem, można by było w ten sposób, ale… gdzie wtedy by znalazła się idea udostępniania narodowi jego dziedzictwa przyrodniczego? Park Narodowy byłby w takim układzie wyłącznie dla osób zamożnych lub/i mających szczęście we wciśnięciu się w wyznaczony odgórnie limit… Niestety, tam gdzie istnieją miejsca wyjątkowo tłumnie odwiedzane, moim zdaniem nie ma innej możliwości, jak turystyką w takim miejscu właściwie pokierować, tak aby zapanować nad „dzikim” tłumem.

W polskich Tatrach od lat aż się prosi aby tak właśnie zrobić. Zmodernizować Kasprowy Wierch (wyciągi, infrastruktura narciarsko-gastronomiczna), pociągnąć elektryczną kolejkę do polskiej Mekki: Morskiego Oka, pozostawić ponadto do zwiedzania parę popularnych miejsc np. Giewont oraz kilka dolinek, a resztę całkowicie wyłączyć z udostępniania. Amen

WOJCIECH ŚLIWIŃSKI

Zakopane, dnia 27 stycznia 2010
www.sliwinski.ws

Życie po śmierci jako szeroko rozumiane pojęcie

„Życie po śmierci” nie jest takim sukcesem wydawniczym jak „Życie po życiu”, na której to pozycji wypróbowywano pierwsze, nieporadne ksera, przekazywano je z rąk do rąk, traktowano jak biblię. Po latach ciekawa byłam co dostrzegę nowego i czy z takim samym zapałem, entuzjazmem przyjmę lekturę Iana Wilsona jak powyżej wspomnianą pozycję…

Ponieważ tekst jest jednolity, okraszony tylko jedną jakoby starą ryciną, wzrok mój przykuła strona z tabelką, jakimś zestawieniem. Znamienne jest jaki wpływ na myślenie na temat bytu egzystencjonalnego człowieka ma środowisko, w którym wzrasta. Dość powiedzieć, że wyczytałam tu o tym, jak przekrój biednej społeczności Indii, ludzie potrzebujący wsparcia, najuboższa sfera, doszukują się ratunku wmawiając sobie i najbliższym swą inkarnację z życia bogatej sfery. Wykaz ten wskazuje na jedno: motyw. W krajach gdzie wiara w reinkarnację jest rozpowszechniana, istnieje taki bezmiar nędzy, że nietrudno się domyślić, jaki to motyw. W Indiach lub Sri Lance biedna rodzina ma wiele do zyskania, a mało do stracenia przedstawiając swe dziecko jako kolejne wcielenie niedawno zmarłego członka bogatej rodziny. Jeśli uda się przekonać ową bogatą rodzinę, można oczekiwać, że nie pozwoli ona na nędzę w swojej nowej inkarnacji. Na przykładzie tylko jednego przypadku postaram się pokazać koszmarny proceder.

Sunil Dutt Saxen w wieku trzech lat zaczął twierdzić, że podróżował powozami, przesiadywał na poduszkach (gaddi – poduszka na której zwykle zasiadają hinduscy urzędnicy prowadząc swe interesy) był ważną osobistością, że pochodzi z Budaun, miejscowości oddalonej o trzydzieści pięć mil. Odczuwał pogardę do swej biednej rodziny… Bez większego trudu ustalono, że osobą której dotyczyły wszystkie twierdzenia, był Seth Sri Krishna, najbogatszy, a zarazem najhojniejszy człowiek z Budaun, który umarł na osiem lat przed narodzeniem Sunila. Sunil jednak nie zdał egzaminu, nie rozpoznał członków rodziny zmarłego, zdradzał zainteresowanie mięsem, rybami, podczas gdy Seth był zagorzałym wegetarianinem. Wykazując godną podziwu spostrzegawczość, rodzina Sri Krishny nie dała się przekonać. Pikanterii dodaje fakt, że dzieci wrastają w poczuciu mówienia prawdy odpowiednio podawanej przez wyszkolonych w swym fachu lekarzy, rodzinę.

Dlaczego o tym piszę? Znane jest u nas powiedzenie „jak trwoga to do Boga”. Czy zatem religie, wiara nie została podana człowiekowi na tacy, by zapełnić pustkę, którą ma tu na ziemskim padole, by mógł czerpać z niej nadzieję na lepsze jutro? Czy można przełożyć wiarę w reinkarnację podmiejskiej biedoty żerującej na bogatych przedsiębiorcach, w wiarę człowieka łaknącego ciepła, uczucia, bliskości znajdującego obietnicę, nadzieję w swą reinkarnację, w swe nowe życie po życiu, tu za życia? Czy to koreluje w obie strony, czy ktoś kto ma nadmiar empatii może, chce obdarowywać nią tych urodzonych z okrojonym bagażem uczuć, z nadmiarem nieszczęść, życiowych katastrof? Czy wierzymy bezgranicznie, bezwarunkowo, czy wierzymy może dlatego, że nam czegoś brakuje i rekompensujemy sobie substytutem brakującego elementu?

I na koniec, czy nie zachowujemy się jak nieświadome, sterowane odgórnie dzieci by sobie zapewnić lepszy, spokojny, przepojony miłością, codzienny byt? Czy jak zbite tyłki łakniemy miękkiego gaddi dla samej wygody spragnionej puchu egzystencji? Czy jest w tych uczuciach coś więcej, niż „dość”, dla ostrych, rosochatych kantów bezbarwnej egzystencji? A jeśli tak, to jak przeprowadzić egzamin, by sprawdzić czy to co mówimy to prawda? – ew