Odwiedziny

Była wiosna roku chyba 1939 gdy odwiedził nas p. Wolfram, wytworny starszy mężczyzna z elegancką walizeczką, w której miał próbki towarów galanteryjnych i inne rzeczy. Moja matka prowadziła  bowiem sklep galanteryjny, wtedy zwany składem, w Załężu, dzielnicy Katowic. Nie były to zresztą jego pierwsze odwiedziny. Co najmniej raz do roku można się go było spodziewać. Mama zapraszała go do pokoju, gdzie rozkładał on swoje skarby i zachwalał ich zalety. W tym czasie miałem zwyczaj wślizgiwania się niepostrzeżenie do pokoju, ukrywania się gdzieś pod stołem i podsłuchiwania rozmowy starszych. Gdy jednak zostawałem wykryty przechodzili na język niemiecki, tak bym nie mógł ich zrozumieć. Wprawdzie z niemieckim językiem spotykałem się na co dzień, gdyż niektórzy klienci naszego sklepu mówili po niemiecku, np.” ham zi di strumpfe?”, albo „gejben zi mir di fuszekle?” Ale tego co mówiła mama z p. Wolframem nie rozumiałem, zwłaszcza, że sposób  wymowy tego ostatniego był dość śmieszny mówił np. iś, diś, miś. To ostatnie słowo kojarzyło mi się z niedźwiadkami. Na zakończenie wizyty zawsze zostawiał jakiś prezent, przeważnie butelkę likieru lub wina.

Katowice ul. Zamkowa 100 lat temu
W styczniu 1940 złożyliśmy mu rewizytę w Krakowie, gdzie mieszkał razem ze swoja rodziną. Wracając z Tarnopola, dokąd rzuciły nas losy wojenne, poprzez Przemyśl, w którym spędziliśmy kilka miesięcy w oczekiwaniu na przepustkę do strefy okupacyjnej niemieckiej, dotarliśmy do Krakowa. Nie mając innych znajomych zostaliśmy przyjęci przez państwo Wolframów, którzy dysponowali obszernym mieszkaniem i tam rozgościliśmy się na okres dwóch miesięcy. Był to najtrudniejszy okres naszej tułaczki wojennej. Nie będąc zameldowanymi w Krakowie nie mieliśmy kartek żywnościowych. Na pomoc naszych gospodarzy nie mogliśmy liczyć, bo jako Żydzi mieli sami mniejsze racje żywnościowe niż Polacy. Wtedy dopiero pojęliśmy co to jest głód. Sytuacja poprawiła się, gdy znaleźliśmy własne mieszkanie i otrzymaliśmy kartki RGO na zupę i kromkę chleba.

W roku 1942 mieszkaliśmy przy ulicy Skawińskiej, która prowadzi od ulicy Krakowskiej do Wisły i kończyła się wówczas czworobokiem z dziedzińcem, zwanym Krajewskim i wsławionym przed wojną tym, że  mieszkał tam znany bandyta Maruszeczko, który ujęty został w moim rodzinnym Załężu , dzielnicy Katowic. W tymże roku wprowadziła się do naszego mieszkania rodzina pewnego zegarmistrza z żoną i dzieckiem, oseskiem jeszcze. Sprawa nie byłaby warta wspomnienia gdyby nie to, że pewnego dnia  żona zegarmistrza zwróciła się do mnie z prośbą, bym poszedł do getta i zaniósł jej bratu obiad. Nie powiem żebym był bohaterem, ale odmówić też nie mogłem. Czułem do niej pewną nic sympatii. czasem, gdy byłem w pobliżu wyciągała swoją pierś i zaczynała karmić synka czarnego jak król Dawid, lecz nie obrzezanego, bo ona przyjęła katolicyzm. I jak tu katoliczce nie pomóc i to jeszcze z taką obnażona piersią.. Oczywiście zgodziłem się. Do getta trzeba było przejść przez most Piłsudskiego i na rynek podgórski, gdzie  była brama, mój cel.

Gdy wszedłem na wartownię policjant żydowski w mundurze i z żółtym otokiem na czapce zapytał: czego? Powiedziałem, ze przyszedłem do Mońka. Na to policjant krzyknął: „Moniek chodź tu”! Za chwilę Moniek przybiegłszy zdyszany, zapytał tylko co tam masz i zaczął pochłaniać w przerażającym tempie najpierw zupę, potem drugie danie. Widać było, że dawno jadł; znałem to uczucie i rozumiałem go. Przychodziłem jeszcze kilka razy do niego, a gdy byłem ostatni raz, nie wiedziałem zresztą, że to jest ostatni podarował mi krawat czerwony w białe ciapki, krawatkę jak się wyraził. Miałem go długo, aż do lat sześćdziesiątych,  do przeprowadzki podczas której moja żona wyrzuciła go, co czyniła zawsze z wielką lubością, włączając w to książki, ubrania i buty. Po kilku miesiącach getto zostało zlikwidowane, a rodzina zegarmistrza przeniosła się na wieś. Zaczął się nowy etap w naszym życiu.

Pewnego dnia do domu nie wrócił jeden z lokatorów naszego mieszkania. Sprawa była podejrzana. Mogło wchodzić pod uwagę aresztowanie, zresztą każdy był wtedy podejrzany. I faktycznie na drugi dzień odwiedziło nas dwóch policjantów niemieckich, po cywilu z policji celnej. po krótkim przesłuchaniu przeprowadzili rewizje, podczas której znaleźli w szafie pół torebki tytoniu, w sam raz  tyle, aby pójść na rok do obozu koncentracyjnego. Wizyta zakończyła się wymianą zdań między policjantami, z której zapamiętałem:
- Was machen wir jetzt? – powiedział ten niższy rangą.
- Sie hat drei kindern. Lassen wir das – Odpowiedział ten drugi.
I tak skończyła się ta groźna wizyta.
Ale nie dla naszego lokatora, który jak na razie miał zapewnione mieszkanie w areszcie śledczym przy ul. Wielickiej, a przede mną otwarła nowa perspektywa odwiedzin i noszenia obiadów tamże. Tym razem wchodząc do budynku więziennego wyciągałem na powitanie rękę, w której miałem ukryte pięćdziesiąt złotych, a strażnik skwapliwie ją podejmował i wrzeszczał: „złodziej taki a taki” ma zejść na dół. Wtedy pojawiał się nasz lokator i spożywał przyniesiony obiad. Jednakże po procesie, na którym nasz lokator otrzymał najniższy możliwy wyrok, mianowicie jeden rok obozu koncentracyjnego, zmieniło się miejsce noszenia obiadów a strażnikami byli tam esesmani z potwornym psami.

Pierwsze moje spotkanie z nimi mogło się skończyć dla mnie tragikomicznie. Podchodząc do obozu, widziałem z daleka druty kolczaste i postać rosłego esesmana z psem. Skierowałem się więc w jego stronę, przygotowując sobie pięćdziesiąt złotych w ręce. Gdy podszedłem bliżej na odległość wyciągniętej ręki, zastosowałem wyuczony manewr i z ufnością podałem rękę. Wtedy nastąpiła rzecz nieprzewidziana, ten esesmański pies skoczył w kierunku mojej ręki i tylko mój szybki refleks i przytrzymanie psa przez strażnika uratowało mi palce u rąk. Jak się później okazało strażnikiem był Słoweniec z Lublany, który rozumiał i mówił trochę po polsku. Później przynosił też wiadomości z obozu i zanosił paczki, oczywiście za odpowiednią opłatą; tak wyglądała moja pierwsza wizyta w obozie koncentracyjnym.

Na zakończenie chciałbym dodać, że mieliśmy jeszcze jedną wizytę, może najgroźniejszą. Jakieś dwa tygodnie po tzw. wyzwoleniu przez armię sowiecką, ktoś zapukał pod wieczór do naszych drzwi. Krzyknąłem: „proszę” ale nikt otwierał, więc podszedłem i otworzyłem sam i zamarłem z wrażenia. Przede mną stał nieznajomy  człowiek z omotaną szalem  twarzą i zapytał mnie czy jest mama. Zawołałem mamę, która dalej sama z nim rozmawiała.

Okazało się, że był to ten Słoweniec, który chciał uzyskać jakąś pomoc od nas. Na szczęście mama umiała mu sugestywnie wytłumaczyć, iż o żadnej pomocy nie ma mowy, gdyż sami nie mamy żywności, a przy okazji wskazała mu na niebezpieczeństwo, jakie mu grozi, gdyby chciał tu pozostać. Nam zresztą też groziło, gdyż na pewno był uzbrojony i bez skrupułów. Ile razy przypomnę sobie te odwiedziny, przechodzi mnie dreszcz.
www.kazir.blog.onet.pl

15 Responses to Odwiedziny

  1. psiząb pisze:

    Nie wierzcie w nic, co wam mówią w domu,w szkole i w kościele.(Jakiś mędrzec).

  2. signe pisze:

    PsiZębie, ja wierzę w to, co Ty opowiadasz i masz schomikowane w różnych swoich miejscach, ta opowieść jest nie tylko piękna, ale bardzo ważna, jest o prawdziwych ludziach i groźnych czasach: jestem Ci bardzo wdzięczna, że to zapisujesz.
    I ulica błękitna z paniami w długich sukniach też jest:) tak, mówiłeś, że one zamiatają tę ulicę i że to, co trzymają, to miotły, ale jest tu jakaś uroczysta atmosfera,
    dziękuję i pozdrawiam cały ecodzień:)

  3. ew pisze:

    Teraz dopiero widzę, że zamiatają. Wstawiłam to tylko dlatego, bo Psi Ząb pisze o dawnych Katowicach, a na tej jego ilustracji, są ścisłe okolice dzisiejszego Spodka.

    Opisywanie swojego minionego czasu przez poszczególne jednostki, chyba najrzetelniej buduje obraz historii całego społeczeństwa. W dodatku, gdy biorą się za to obdarzeni cudownym „piórem”. I to pewnie dlatego, jeden z nich, Jarek Kroplewski, rozwalił swoim pamiętnikiem konkurs Polityki.

    Powyższe „Odwiedziny”, przeczytałam niedawno swojemu tacie i powiem tylko tyle, że chyba po raz pierwszy z uwagą wysłuchał mnie do końca. Sam przeżył czas wojny w Lublinie. Oczytany, wygadany, inteligentny… ogromnie ubolewam, że nie spisał nigdy swych wspomnień.
    Być może to jest powodem, że tak uwielbiam zapiski Psiego Zęba i tak jak Signe, wierzę w każde jego słowo.

    Pozdrawiam Was serdecznie!

  4. Bosman pisze:

    Z wypiekami na twarzy,wywieszonym ozorem przeczytalem Psi Zebie, maleńką cząstkę wspomnień z bardzo dalekiej dla mnie przeszlości.Przypomnialo mi się moje dzieciństwo i opowieści mojej kochanej babci Karolci.Jej opowiadania dotyczyly Tarnowa,Brzozowa.Jakże inny świat, Katowice a np.Brzozów ale ludzie w tych opowieściach tacy sami.Może mam szczęście że,nie urodzilem sie w tych tragicznych latach.Zaś moje nieszczęście polega na tym iż tak prawdę mówiąc, nie mam co opowiadać moim przyszlym wnukom.

  5. ew pisze:

    Nie tylko trzeba mieć co opowiadać wnukom, trzeba mieć jeszcze takie wnuki, które zechcą to wysłuchiwać. A uwierz na słowo, akurat o to, w dzisiejszych czasach niezmiernie trudno.

  6. Bosman pisze:

    Kult nauczyciela padl,kult rodzica pada,kult dziadka padnie.O zgroza.

  7. psiząb pisze:

    Ew i Bosman: Macie rację. Dziś nie uchowa się żadna świętość. Pozdrawiam!

  8. MonsieurLaPadite pisze:

    Czyta się Odwiedziny z niesłychaną lekkością i przywołują również mnie samemu wspomnienia z Katowicami związane a szczególnie z Chorzowem,tym w pobliżu stacji kolejowej Chorzów Batory.Nawiasem;nigdy nie zadałem sobie trudu,aby odpowiedzieć na pytanie;co węgierski król ma wspólnego z Górnym Śląskiem.Ostatniego lata odwiedziłem te strony w dosyć tragicznych okolicznościach,aby oddać ostatni hołd mojemu przedwcześnie zmarłemu bratu,który był adoptowanym Hanysem,gwarę opanował do perfekcji,spędził całe swoje dorosłe życie tam właśnie i było to życie na wskroś szczęśliwe.Kamienice ,takie same jak zapamiętałem sprzed 25-ciu laty,z czerwonej cegły,familoki z udogodnieniami,bardziej nowocześnie urządzone,lecz wspólny hajziel na korytarzu pozostał jako relikt minionej epoki.I ten zapach w nozdrzach taki sam,niezmienny:dym z pobliskich kopalń ? Ino dziołchy jednako chichrajom sie i wadzom na klopsztandze woniając gansie pampki. Wunderbar Psizębie.Gratuluję daru literackiego !

  9. ew pisze:

    No Monsieur, dziś bez kawy to byś stąd nie wyjechał. Do K-c tyle, jak pewnie u Ciebie na opłotki Montrealu.

  10. psiząb pisze:

    MonsieurLaPadite: Sprawa nazwy Chorzów Batory jest prosta. Przed I wojną światową gmina ta nazywała się Wielkie Hajduki a huta nosiła nazwę Bismarck Huette. Kim był Bismarck, twórca kulturkamfu wiemy. To on skasował polskie szkoły i wprowadził język niemiecki do nich, jednak wyroby z Huty Bismarck były znane na świecie i nosiły znaki BH. Należało zmienić nazwę, ale zostawić te same znaki. I tak przypomniano sobie o królu Batorym, którego imię spełniało te wymagania, więc przy okazji jednocześnie zmieniono nazwę gminy i huty z powodów czysto handlowych. Pozdrawiam!

  11. MonsieurLaPadite pisze:

    Dzięki Psizębie za cenne informacje,ew:twoje zaproszenie zostało przyjęte,to będzie raczej proste do zrealizowania,tym bardziej,że w Chorzowie mieszka moja bratowa-anioł,nie kobieta,oraz dorośli bratanek i bratanica,zatem to jest tylko kwestia czasu.

  12. ew pisze:

    Od Tomka wiem, że można popełnić niezłą gafę, klasyfikując kogoś zza rzeki, do grona Hanysów. Jednak dla ludzi z zewnątrz, wszyscy mieszkańcy tamtych terenów są tacy sami, jak przykładowo dla Europejczyka żółty Azjata. Lata mieszkania na zielonych terenach, dokąd uciekali oni od śląskiego smogu, sprawiło, że wyrobione miałam niezbyt pochlebne zdanie. A wszystko przez profity wynikające z ich pracy, w zakładach „bez okien” – w kopalniach. Jak szalałam z kredytem MM, by cokolwiek na puste mieszkanie dostać, wszędzie było „na karty górnika” lub ewentualnie dla rolników za… żywiec. Ale to nie rolnicy zapełniali sobą po brzegi, nie tylko pociągi K-ce – Zwardoń, ale i drogi wylotowe w stronę Zywca, markami najlepszych aut. Za to na ich stokach, na których w lecie wypasali oni krowy, zimą mieli wyciągi, na których szalał hanysowski gwar odziany w najlepszy sprzęt, ale i wyposażony w karnety na… górnicze wyciągi. I to właśnie ci ostatni, z nieprawdopodobną ekspansją, wprowadzali się na zimowisko, letnisko i wszystkie wolne weekendy, zagospodarowując Beskidy, jak grzyby po deszczu, daczami nowymi lub… odkupywanymi starymi góralskimi chatami. To oni wreszcie nazwali nasze zlikwidowane województwo śląskim, rozdzielając już mniej sprawiedliwie prawa do przydziałów sanatoryjnych i etc. Odwieczne animozje.

    Dziś wiem, że ludzie ci, wszystko co mogli mieć, tak bardzo kolące nas w oczy, extra, mieli z ciężkiej pracy w likwidowanych kopalniach… Poza tym to co pisze Monsieur.

    Ale Monsieur pisze też o bratowej aniele. I rzeczywiście, zawsze podziwiałam za to właśnie znaną z Ecodnia Realkę – za gospodarność, zaradność, ale i gościnność, uczynność, życzliwość, tolerancję, humor, sympatię, empatię oraz dyplomatyczną spolegliwość. Tomek-mężczyzna, chyba też ma te cechy, że nie wspomnę o autorze omawianego tekstu, o Psim Zębie.
    Co sprawia zatem, że rodzą się tam tak sympatyczne… Berciki? :)

    ps.
    W chorzowskim ZOO ją wypijemy i przy okazji zrobimy razem fotoreportaż na Ecodzien. Pozdrawiam.

  13. Tomek pisze:

    Jak już tam będziecie to wstąpcie do Skansenu. Urocze chatynki z innego wieku, młyny, spichlerze. Zaglądałem do okienek oryginalnie wystrojonych wnętrz. Od ZOO to bardzo blisko. Żałuje, że nie zabrałem aparatu bo z dachów zwisały malownicze sople jakich jeszcze nie widziałem. Taka podróż w czasie. (Blokowisk na horyzoncie nie zauważajcie).
    Berciki? Tutaj przyznam, że mieszkanie i praca na Śląsku mnie osobiście boli. Gdy ksiądz w ramach żartu podczas kazania naśmiewał się z mieszkających za Brynicą czułem w sercu ukłucie wściekłości. Bo określenie „Gorol” odbieram jako „Ktoś gorszy od nas Ślązaków”. Czasem robię dobrą minę do złej gry. Czasem mam dość tego regionu Śląska i Zagłębia z tymi ciągle istniejącymi reliktami, tradycjami podsycającymi pod przykryciem żartu prawdziwą nienawiść wpajaną przez rodziców dzieciom. „Ten kto zza Brynicy jest be”. Zarówno na Śląsku i Zagłębiu ciągle trwa ta głupia i smutna wojna. Dlatego marzę by wynieść się kiedyś z tego miejsca. Przepraszam, że tak mówię. Tak czuję. To dla mnie nie zawsze jest śmieszne i pseudo tradycyjne.
    W pracy często słucham paranoicznych wypowiedzi w stylu „Przydałby się nowy Hitler”, „Polacy to najgorsza rasa”, „Gorole są jak zaraza”.
    Chciałem wybrać się odwiedzić Trójkąt Trzech Cesarzy, ale to przecież tak naprawdę symbol nieszczęścia i hańby. To tam zaczęło się to co odbija czkawką do dziś. Strona Pruska, Rosyjska, Austro-Węgierska. Szwaby, Kacapy…
    A może być tak dobrze, bo to w końcu ziemia dobrych i poczciwych ludzi.

  14. MonsieurLaPadite pisze:

    Ogromnie dziękuję ew. i Tomkowi za wprowadzenie mnie troszkę w klimat i atmosferę Górnego Śląska,nie sądziłem,że mój wpis wywoła taką reakcję,tym bardziej ,że przyczynkiem do tego był bardzo interesujący artykuł wspomnieniowy ,nie mający nic wspólnego z kwestią Śląską.Dla mnie osobiście słowo,jakiego użyłem na określenie górnoślązaka nie ma absolutnie żadnego zabarwienia pejoratywnego,raczej powiedziałbym że zamierzenie miałem jako żartobliwego określenia ,nie mającego żadnego ujemnego ładunku emocjonalnego. Myślałem,że te sprawy zostały już dawno uregulowane i że przestano już podsycać obustronną niewnawiść-okazuje się że nie.Niech mi to będzie poczytano jako gafę,jeżeli kogos uraziłem,to uczynłem to nieumyślnie. Pozdrawiam was wszystkich bardzo (nie powiem CZULE,ponieważ zdaje się papież Benedykt XVI popełnił już tą gafę straszliwie masakrując to słowo i wyszło mu coś co w uszach przede wszystkim Ślązaka brzmi arcy wulgarnie :) ) zatem pozdrawiam was bardzo serdecznie ,tak jest bardziej bezpiecznie,bezsprzecznie !

  15. psiząb pisze:

    Skąd wzięło się słowo gorol? W zamierzchłych czasach Dolnoślązacy tak określali mieszkańców Górnego Śląska. A mieszkańcy Opolszczyzny nazywali tak mieszkańców Gliwic, Bytomia i Cieszyna. To znam z autopsji. Ci zaś przenieśli tę nazwę jak wiemy na ludzi z Małopolski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>