Silnie namawiana przez rozkochanego w Tatrach Tomka, niskopienna góralka trzymająca się kurczowo swych pni jak upośledzony sznurówki, dała się w końcu namówić i w 2006 roku wylądowała w Zakopanem. Trzy pociągi, dwie przesiadki, i nagle gdzieś w okolicach Białego Dunajca, a na pewno przed Poroninem i Nowym Targiem, niesamowity widok! Oto na horyzoncie, do którego powoli zmierzał pociąg, majestatycznie wynurzył się koniec drogi, Polski, mapy. Nie wiem dlaczego, ale skojarzenie „koniec mapy” przemawia do mnie najbardziej. Ściana stworzona jakby z obłoków odbijających słoneczny blask, wysoka do samego nieba, ostro zarysowana na kształt znajomej koronki Tatr - zobaczyć to i umrzeć!
Spostrzeżenie pierwsze to Giewont cały w bieli, leżący tu od wieków niemy rycerz, widoczny prawie z każdej części Zakopanego. Śpię na Pardałówce, od której na Antałówkę tylko żabi skok, gdzie nie tylko sterty noworocznych petard i korków z szampana, ale i sieczący mocno deszcz. Pogoda udowadnia wielokrotnie, że w górach potrafi się zmieniać diametralnie jak w kalejdoskopie, po kilka razy na dobę – nagle i nieoczekiwanie. To był kwiecień, a nie tylko w wysokich partiach zalegał śnieg, w dolinach również nadal leżały jego wielkie połacie, a zimno idące z gór dla takich zmarzluchów jak ja, to prawdziwa szkoła przetrwania. Cebulka wtedy nie działa, ani kilogramy pierza w kurtce, swoje trzeba wytrząść, bo nie ogrzewają nawet takie widoki, ani tym bardziej „sakramencko mocne spod samiutkich Tater”:


Idąc Krupówkami przyszła myśl, że oto Stanisław Witkiewicz, onegdaj zachwycający się sprawnością, zręcznością w posługiwaniu siekierkami góralskich cieśli, które w rezultacie zainspirowały go do stworzenia stylu zakopiańskiego, przewraca się teraz w grobie. Główna zakopiańska ulica zawsze była niejednorodna stylistycznie, bowiem ten tygiel artystyczno – góralsko – sportowy musiał dawać i daje, swe odbicie również w architekturze. Małe chałupki będące pozostałością wsi, a obok kamienice secesyjne, modernistyczne, to mieszanka trudna do strawienia dla purystów urbanistyki za to malownicza dla obrońców, wielbicieli i smakoszy tego zakątka. Ale dziś ten specyficzny wizerunek ulicy jest zagrożony, bowiem bakcyl regionalizmu rozprzestrzenia się na siłę po całym mieście. Na „chama” są przenoszone wiejskie chałupy do miasta, secesyjne kamienice obijane belami drewna i kryte daszkami z desek, które mają imitować góralską karczmę. Same Krupówki to świątynia pieniądza, wybieg dla rewii mody od tych co to są dopiero po nartach, do tych co w szpilach i płaszczach skórzanych, wyskoczyli tylko na balety swoim nowym BMW. Sklepy z logami najlepszych firm, cenami przyprawiającymi o zawrót głowy ukrywają się pod płaszczykiem regionalizmu, zbitego naprędce z kilku desek, a obok tandetne budki ze skarpetami, gazetami, oscypkami, kolorowe jarmarki, blaszane zegarki. Nawet pies zbierający na kiełbasę jest już jedną z głównych atrakcji Krupówek A przecież są one jak jedna z ulic wychodzących z Rynku Głównego w Krakowie, gdzie zapach historii, kostka brukowa, stylowe latarenki, plastycy, rzeźbiarze, mimowie, anonimowy tłum i atmosfera, którą tworzą ludzie zwiedzający, niespieszący się, obwieszeni aparatami, kamerami i mający czas tylko dla siebie:

Stanisław Witkiewicz marzył, aby Zakopane świeciło przykładem na całą Polskę, aby styl zakopiański stał się stylem narodowym. Dziś patrzyłby z przerażeniem jak powstają cudeńka, które nie tylko nie mają nic wspólnego ze stylową architekturą podhalańską, ale w ogóle z żadną. Dyskusyjne jest wstawianie w nowoczesny organizm miasta zabudowy i stylu życia z natury wiejskiej. A obok niej nowobogackie Pszonki dające jazdę nowobogackim mieszczuchom za całe 50 zł. To stymulator emocji, zakopiański Disney’land za parę groszy, a w zamian jak masz „szczęście”, w pakiecie ubicie konia na śmierć. I tylko nad tym wszystkim skamieniały, wciąż taki sam, mający to co ludzie robią z tym miastem – głęboko gdzieś – Giewont:

Zostawiając go w spokoju, i idąc w dół Krupówkami, można dojść do rozległego targowiska tzw. Targowicy. Wszystko tu można kupić, od masowej tandety, do ręcznie haftowanych obrusów, kurek w zalewie, miodu, kożuchów i małych piesków. Spragnieni mogą spić też cud wynalazek – piwo a’la Ludwik (dla młodszych Czytelników Ludwik to zielony, miętowy płyn do naczyń). Piwo ma nie tylko ten sam kolor, ale nawet i smak – miętową nutę. A sama Gubałówka mieszcząca się tuż nad targowiskiem, to prawdziwy raj dla mieszczuchów sprzed plazmowych telewizorów, bowiem z centrum miasta i suchą stopą zawozi na górę nowoczesna kolejka. I to daje możliwość, już w kilka minut, wspiąć się na wyżyny, gdzie masyw Tatr na wysokości oczu, oraz możliwość spotkania, również rozkochanego w Tatrach, ducha Ojca Świętego. Ulubione miejsce zadumy i chwili skupienia, kontemplacji nad nicością życia. Na wprost Rysy, w dole Zakopane, a na stoku Gubałówki nad Budrysówką stary cmentarz, gdzie między innymi miejsce spoczynku wspomnianego i u nas Hasiora, ale i Kornela Makuszyńskiego, i wreszcie wielkiego piewcy Zakopanego – Stanisława Witkiewicza. To właśnie tu, na tym Pęksowym Brzyzku stoi nadal stary zabytkowy kościółek, ulubione miejsce zakochanych par. To tu zauroczeni krajobrazem chłopcy oświadczają się swym dziewczynom, a te, cierpiące na niedotlenienie mózgu z racji rozrzedzonego powietrza normalnego przecież na tej wysokości, mówią TAK:


Onegdaj zafascynowana dywagacjami na temat spontanicznego, czystego uśmiechu kobiety zacytowałam wypowiedź, że tego rodzaju serdeczne powitanie, można już tylko szukać na górskich szlakach. Będąc w Zakopanem i mając widok z okna nie tylko na wszechobecny Giewont, ale i Nosal i patrząc na ten popularny wśród narciarzy stok, nie sposób było nie pomyśleć o chamstwie, które niestety wdziera się na bezpieczne dotychczas pod tym względem, turystyczne szlaki. Wolne od przestępstw, goszczące ciepłych, serdecznych, żądnych czystych, duchowych i fizycznych, wrażeń, na ogół służących sobie pomocą ludzi… Na ogół, bowiem akurat tu na Nosalu, została brutalnie pobita i okradziona turystka z Lublina.

Oczy wysłane w nieznane dotychczas tereny, przekazują również widok jeszcze nieśmiało otwierających się, ale wychodzących już licznie spod połaci zalegającego wszem śniegu, zamkniętych fioletem kielichów. Dzikie krokusy wszechobecne na każdym nieużytku, każdym nawet niezagospodarowanym zielonym terenie. A Dolina Kościeliska, dolina zakochanych? Być tam właśnie wiosną i patrzeć na te połoniny skute w fiolecie milionów krokusów, tak podobnych z dali do jesiennych wrzosów. Marzenie.
Jeszcze z Pardałówki mijając podnóże Nosala, przejść można przez rondo z odnogą Przewodników Tatrzańskich, i później skręciwszy w Bronisława Czecha minąć Ośrodek Sportowy w Zakopanem, by znaleźć się wprost pod skoczniami. Mała Krokwia i Wielka Krokwia – umiejscowione obok siebie - pusto, mokro, brzydko. Jednak to tłum, światła i kamery, oczekiwanie na rywalizację, głośny doping robią tą niepowtarzalną scenerię i godną oprawę wielkich międzynarodowych zawodów. To tu nasz Adam stawał na najwyższym pudle, to tu nasz prezydent bił mocne brawa, a teraz? Autobusy z turystami w złotych okularach, mocno tlenione blondynki, wysocy, szczupli panowie głośno szprechając kamerują i cykają cyfrówkami. To tabuny niemieckich turystów zjeżdża tłumnie, by nacieszyć oczy i powspominać czasy niemieckiej passy w skokach narciarskich. I to dla nich również tu stoją stragany z wełnianymi skarpetami, oscypkami i drewnianymi rzeźbionymi na tokarce góralami. Jeszcze raz okazuje się, że Zakopane to mocne logo w handlu, a wiadomo, że „lepsze deko handlu niż kilo roboty” i tu, jak nigdzie indziej, potrafią to wykorzystać – ew
fot. ewolny Zakopane










Zakopane, Zakopane,
Zakopane, to znaczy tylko ja i ty,
Zakopane, Zakopane,
trzy, może nawet cztery dni
Czytasz między wierszami lub w myślach, byłam tam ten jeden, jedyny raz… cztery dni.
Poza tym zawsze i niezmiennie Beskidy. Aczkolwiek jak patrzę na te zdjęcia znów mnie coś kuje w sercu. Chciałabym w Tatry.
Zdjęcia zrobione są najzwyklejszym aparatem kliszowym. Raptem z 20 ich, odkryłam właśnie na jakiejś zawieruszonej, starej płytce CD. Poza tym malizny ze starych modeli telefonów, jak np. to pierwsze ze znaczkiem, które zostało zrobione z Tamy w Bystrej pod Nosalem (naturalna wielkość zdjęcia! i znaczek, na który nie miało się wpływu).
Tych zdjęć wtedy nie widziałem. Nie wszystkich. Pamiętam tamten marzec. Ten „koniec mapy” do dziś wspominam. wrażenie końca mapy nasila sie jeszcze gdy pociąg dobija do ostatniej stacji i po prostu tory kończą się nagle.
Tym razem może uda się z Koralami dobić na Koniec mapy ale z przeciwnej strony, na Helu
W Tatry, w Tatry mily bracie
tam przygoda czeka na cie.
No, koniec torów z napisem ZAKOPANE!
Żebyś Ty widział moją minę jak odkryłam co jest na tej znalezionej płytce. Nie widziałam tych zdjęć! To jedyne zdjęcia, a ja ich nie widziałam, nie pamiętam, nie wywoływałam, bo zrzuciłam na CD, ale w przedwojennych kompach nie miałam chyba nośnika płyt i tak zostało… Od zawsze obracam tylko tymi telefonowymi, które mogłam przesłać MMS. A wśród odnalezionych, jest nawet foto, jak siedzę przed karykaturzystą, a on szkicuje karykaturę. W sypialni mam je w trzech olbrzymich antyramach – kapitalna rzecz.
A wiesz co najbardziej pamiętam z tamtego czasu? Że przez Twoją pazerność na darmowy smalec, już trza za niego na Krupówkach płacić.
I jak na Hel, to koniecznie do Gdańska. Koniecznie.
Fajnie Cię tu widzieć.
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem wspomnienia, i wielce mnie zaskoczyło, że ludzie jeszcze w 2006 używali aparatów na klisze
Po drugie, niestety nie dowiedziałem się czy w sumie pobyt się udał i pani Ewelina wróciła zadowolona czy nie?
Swoją drogą, kto to sie w Tatry wybiera w okresie sylwestra? Toż to masochizm!
Podzielam zdanie odnośnie pewnych niedogodności i estetycznych wrażeń. W ogóle b. źle sie dzieje, że władze Z. nie radzą sobie z b wieloma problemami. Z ma wielki potencjał, a jest on marnowany przez kolejne ekipy rządzące miastem. Z. jestem też (przynajmniej tak powinno być) jedną z bogatszych gmin w PL a jakos dziwnie tego nie widać, te pieniądze gdzieś się z turystyki rozpływaja… Swego czasu napisałem o Z. takie dosadne podsumowanie. Jest na mojej stronie. Zresztą na niej też znajdziesz wiecej tekstów o zakopiańskich i tatrzańskich problemach.
Górol jo ci górol? Spod samiutkich Tater? Cudownie Waldku
Wiekowi ludzie potrafią zaskakiwać, na przykład ja, już wreszcie nie używam aparatu na kliszę, bo mam… telefon
Luknij m.in. tu:
http://ecodzien.pl/2009/05/27/na-zagle-w-beskidy/
Zaskoczę Cię jeszcze raz, to była Wielkanoc, radosny czas, kiedy spod topniejącego śniegu, wychodzą wszelkie pozimowe syfy – tu m.in. posylwestrowe korki. Ale zaskoczę Cię kolejny raz, Zakopane jest naprawdę czystym miastem. Co jest doprawdy dziwne, biorąc pod uwagę tę przepływową wielką, międzynarodową rzeszę turystów, którym zazwyczaj lubią niechcący upaść papierki, stare bilety lub pety – nigdy banknoty.
Wrażenia jeśli o Tatry na wielkie Tak, ale jeśli chodzi o samo Zakopane, to już niestety nie bardzo. Te same myśli mam co po Sopocie – naprawdę droga świątynia wielkiego pieniądza, która niekoniecznie musi być tą jedyną wypadową bazą w wysokie góry.
Proponuję salomonowe rozwiązanie – poprosimy o promujące miasto Twoje wpisy do opublikowania też tu, na ecodzien, i w nich podamy adres strony.
Warto promować siebie – gorąco do tego zapraszam – Ela.
No ja nie wiem, wydawało mi się, że o sylwestrze było, a teraz przejrzałem tekst i nie ma:(
Nie ważne. Tak się składa, że moje teksty o Z są mało promujące miasto – są krytyczne. Zresztą o dyrekcji TPN też dobrego zdania nie mam.
Zapomniałem tylko napisać, bo wspominasz Witkiewicza..
hm… i tutaj klops… No nawet ładnie to wymyślił ale… złosliwi mówią, że za przeproszeniem „zerżnął” to. Czytałem doskonałą książkę Antoniego Kroha – polecam – My i wojak Szwejk, jest tam również o pewnym czeskim architekcie, który podobne domy tworzył jeszcze przed Witkiewiczem. Ale co tam. Na pewno to b ładna architektura i nawet niegdyś była taka moda, aby w tym stylu stawiać w całym kraju – moim zdaniem cała polska jednakowa, to brzydko by chyba było, bo pewne rzeczy mają urok jak nie sa produkowane na masową skale…
Przejrzałam Twoją stronę:
http://www.sliwinski.ws/publicystyka.html
I jestem pod ogromnym wrażeniem: zakonnica, travel, bicykl, woda, snowboard.. A ja z Międzybrodziem wyskakuję
PS
To Cię zmyliło:
- „Śpię na Pardałówce, od której na Antałówkę tylko żabi skok, gdzie nie tylko sterty noworocznych petard i korków z szampana, ale i sieczący mocno deszcz”
Może być antyzakopiański tekst